poniedziałek, 19 stycznia 2009

Wycieczka w piotrkowskie

Notka opublikowana w "salonie24", 14 grudnia 2007 roku.


Jak pielęgnować swoje zainteresowania pozazawodowe, gdy brak czasu spycha je na margines? Jest to niełatwe, ale możliwe.

Ostatnio musiałem pojechać do Gorzowa na jeden dzień. Wybrałem pociąg wieczorny, aby po pracy załatwić jeszcze niezbędne sprawy w Białymstoku. Dostałem dwa dni urlopu, jeden na pobyt w Gorzowie, a drugi na podróż powrotną. Postanowiłem jednak drugiego dnia nie jechać bezpośrednio do Białegostoku, tylko wykorzystać go na odwiedziny stron rodzinnych mojej babci. Aby to było wykonalne, trzeba było noc wykorzystać na podróż.

Pociąg z Gorzowa wyjechał o 21.45. Przesiadki miałem w Krzyżu (stacja aż zbyt dobrze znana byłemu gorzowianinowi studiującemu w Poznaniu), Kutnie i Skierniewicach. O 8.00 byłem w Piotrkowie Trybunalskim. Planując podróż nie wiedziałem jak dojadę do Dąbrówki, celu wyprawy. Wiedziałem, że do Sulejowa kursuje z dużą częstotliwością tania prywatna komunikacja autobusowa, ale co potem? Postanowiłem zaryzykować. Przed dworcem w Piotrkowie zgodnie z przewidywaniami, do odjazdu przygotowywał się już kierowca autobusu jadącego do Sulejowa. Bilet - 2,50 i jedziemy. Przy przystanku w Sulejowie, gdzie wysiadłem, stało kilka busów. Kilka zaczepionych osób oraz kioskarka poinformowała mnie, że autobus jadący przez Dąbrówkę będzie odjeżdżał około 10.00. Nie uśmiechało mi się to. Osoby zaczepione przeze mnie jakoś tak nie wydawały mi się dobrze poinformowane. Zbliżyłem się więc do starszego małżeństwa stojącego przy jednym z mini-busów.

-Przepraszam, nie wiedzą Państwo, jak najlepiej i najszybciej dojechać do Dąbrówki?
-Zależy do której.
-Koło Szarbska, Skórkowic.
-To ma Pan szczęście, ten bus jeździ właśnie raz w tygodniu w środę w tamte strony. Zaraz odjeżdża. Ale Pan chyba nie z tych terenów?
-Nie, babcia pochodzi z Szarbska.
-A jakie nazwisko nosiła babcia?
-Krupa.
-Znałem Kostka i Mietka Krupę z Szarbska. Ale oni już nie żyją. To może była Pana rodzina?
-Chyba nie. Zresztą babcia po wojnie już w Szarbsku nie mieszkała.
Wgramoliłem się do ośmioosobowego busa. Zapłaciłem 3 zł za kurs Dąbrówki. Gdy liczba pasażerów wyniosła 7, a przez dłuższą chwilę nikt nowy się nie pojawiał, drzwi zostały zamknięte i bus ruszył. Jechaliśmy przez tereny nizinne, odludne, porośnięte częściowo lasem.

Ale oto i Dąbrówka. Wysiadłem przed godziną 9.00 niedaleko skrzyżowania, przy którym stała tablica informująca, że do Szarbska jest 1 km. Z księdzem proboszczem parafii w Dąbrówce, Romanem Pankiem umówiłem się telefonicznie tydzień wcześniej. Zadzwoniłem jeszcze z Piotrkowa, aby potwierdzić wizytę.

***
Tu pora na dygresję. Na genealogicznych portalach internetowych często można przeczytać narzekania genealogów na księży, którzy nie odpowiadają na listy z prośbami o sprawdzenie czegoś w księgach, nie chcą się umówić na spotkanie, czy udostępnić ksiąg do wglądu.

Odwiedziłem już kilka parafii w różnych częściach Polski i zawsze spotkałem się z wielką ich życzliwością. Planując wizytę w parafii, trzeba sobie jednak uświadomić, że ksiądz też jest człowiekiem, który podobnie jak każdy z nas ma wiele obowiązków.

Pamiętam, jak jednego razu chciałem się umówić z księdzem proboszczem w jednej z podbiałostockich parafii, po to aby wykonać kilka zdjęć konkretnych zapisów w księgach. Zadzwoniłem do księdza, okazało się, że w najbliższych dniach nie ma czasu, ale tak w ogóle to bardzo chętnie. Umówiliśmy się na rozmowę telefoniczną w innym dniu. I rozpoczęła się zabawa trwająca parę miesięcy. Co ja zadzwonię, to ksiądz nie ma czasu w najbliższych dniach i umawiamy się na kolejny termin. W końcu stwierdziłem, że ten sposób nie ma sensu. Sprawdziłem godziny mszy świętych i w niedzielę udałem się na 9.00 na pierwszą z nich. Kolejna miała być o 11.00. Pomyślałem, że w ciągu godziny uda mi się załatwić sprawę. Gdy msza miała się ku końcowi, okazało się, że odbędzie się jeszcze poświęcenie samochodów przed kościołem. Myślałem już, że podejdę do księdza po ceremonii poświęcenia i uda mi się porozmawiać. Niestety pierwszeństwo mieli ci, z którymi trzeba było ustalić wycinkę drzewa na cmentarzu parafialnym. No, ale i ta rozmowa w końcu się skończyła. Nadeszła moja kolej. Podszedłem, przedstawiłem się. Ksiądz oczywiście mnie pamiętał.

-Nie da rady dzisiaj. Za chwilę wracam do kościoła, muszę jeszcze spotkać się z rodzicami dzieci jadących na kolonie. Później msza, a potem kolejne spotkanie.

Wzrok miałem na pewno zawiedziony. Nie mogłem wykrztusić słowa.

-Albo wie Pan co, pójdę spotkać się z rodzicami, niech Pan tu poczeka, zobaczymy co da się zrobić.

Po jakichś 10 minutach wrócił. Udaliśmy się na plebanię. Stary obszerny dom. Dokoła sad.

-To które księgi Pana interesują?
-Te i te.
-Dobrze, proszę, niech Pan tu siada wygodnie przy stole. Ja muszę Pana opuścić, bo kolejni goście przyszli.

Otwieram księgi, robię interesujące mnie zdjęcia. Przy okazji odnajduję zapisy ślubów i zgonów innych osób z rodziny.

-Kawy się Pan napije?
-Nie, dziękuję.
-A znalazł Pan, to co Pana interesuje?
-Pewnie, i nie tylko to. Znalazłem więcej niespodzianek.
-Wie Pan, ja tu jestem jedynym księdzem. Budynek kościoła zabytkowy, często muszę jeździć do ministerstwa, gdy chcę zrobić jakieś renowacje. Dodatkowo jeszcze się uczę. A spraw bieżących na głowie też sporo. Czas przecieka między palcami.
-Już za pięć jedenasta. Ksiądz ma zaraz mszę.
-Tak, zaraz muszę iść.
-To ja bardzo dziękuję za pomoc. Szczęść Boże.
-Szczęść Boże. Jak coś trzeba będzie pomóc, niech Pan przyjeżdża.


***
W Dąbrówce również spotkałem się z wielką życzliwością. Sfotografowałem interesujące mnie zapisy w księgach parafialnych. Poinstruowany, jak dojść do cmentarza, zostawiłem torbę na plebanii i ruszyłem w poszukiwaniu nagrobka mego pradziadka Ignacego Krupy.

Cmentarz w Dąbrówce położony jest za wsią, na wzniesieniu pod lasem. Mały. Pół godziny wystarczy, aby cały obejść. Wszędzie nazwiska znane z mikrofilmów parafii Skórkowice oglądanych u Mormonów: Dzidkowscy, Szokalscy, Kowalscy, Wroniszewscy, Dziemborowie, Laszczykowie, Symachowie, jest też skromny nagrobek zasłużonej dla okolicznej społeczności rodziny Żurawskich z Szarbska. Dotarłem do nagrobka pradziadka, znalazłem jeszcze inne interesujące mnie mogiły. Niebo zachmurzone, bezwietrzne, położenie cmentarza przy lesie, i pora dnia – późny poranek, sprawiły, że dokoła było cicho i spokojnie.

Wróciłem na plebanię, gdzie od księdza dowiedziałem się, że w czasie wojny dzięki działającej w okolicy Armii Krajowej, wieś Szarbsko nie podzieliła losu sąsiedniej wsi Zygmuntów, spalonej przez hitlerowców w 1944 roku. Cenna to informacja dla mnie, z Zygmuntowa pochodziła bowiem rodzina mojej babci ze strony matki. Tablica upamiętniająca działania AK w okolicy jest wmurowana w ścianę kościoła.

-Niech Pan przyjedzie latem. Jest wtedy gwarno, w Szarbsku jest ciekawy dworek rodziny Żurawskich, okolica nad Pilicą jest piękna. A teraz zimą u nas jest cicho i bardzo spokojnie. Parafia liczy nieco ponad 500 osób. Wyludnia się. Przed wojną mieszkało tu trzy razy więcej ludzi.

Pożegnałem księdza, zapewniając, że pewnie jeszcze nie raz przyjadę do Szarbska i ruszyłem w drogę powrotną. Jako, że najbliższy autobus do Sulejowa odchodzić miał za trzy godziny, udałem się na tak zwanego stopa. Miałem szczęście, zatrzymał się pierwszy jadący samochód, w Sulejowie wsiadłem szybko do busa i po 11.00 byłem z powrotem w Piotrkowie.

1 komentarz:

  1. Przepraszam bardzo, ale nie jest to zupełną prawdą..Szarbsko nie podzieliła losu Zygmuntowa, nie tylko dzięki działaniom AK w tamtej okolicy (oddziałów tej frakcji było tam akurat mało), ale głównie dzięki działaniom GL -znacznie na tym obszarze liczniejszej niż AK, sporo mieszkańców Szarbsko aktywnie udzielało się i pomagało okolicznym partyzantom tej formacji, wielu też spośród nich do oddziałów GL należało. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń