wtorek, 22 grudnia 2015

W drodze ku wolności

Świeżo po atakach w Paryżu zabrałem się za czytanie "Szkiców piórkiem". Czytałem już wcześniej Bobkowskiego - "Coco do Oro" i inne krótkie formy wydane kilka lat temu w jednym zbiorze. Ciekawe to było. Ale bez ochów i achów.

Świat w szoku. Francja zmasakrowana szaleństwem islamistów.

Dziennik Bobkowskiego rozpoczyna się w maju 1940 roku w Paryżu. Francja tuż przez kapitulacją.

I moja Francja, w głowie. Epoka napoleońska sławiona przez Łysiaka i moje sporadyczne kontakty z tym krajem, za które nie za bardzo chyba go lubię.

Czytam jednak "Szkice piórkiem" i coraz bardziej się w nich rozsmakowuję. Wzruszający, bardzo osobisty fragment rozstania z żoną Basią, kilka uwag o Francuzach i Polakach, jakże celnych.

I południe Francji, Tadzio i Andrzej. Monte Carlo, Carcassone, Gruissan, plaża, chleb, wino, oliwki, swoboda i wiele cennych,, pełnych życia rozmyślań.

Gdy dochodzę opisów rowerowego powrotu Andrzeja i Tadzia znad morza do Paryża, czuję że czytam jedno z najlepszych wydarzeń pisarskich od lat. Francja, rower, piękna pogoda, wojna, która jest gdzie indziej, smakowanie życia, powiew wolności. Już wiem, ostatni raz podobał mi się tak bardzo chyba "Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy" Piaseckiego. To samo poczucie osobistej wolności.

Gdy czytam Bobkowskiego, czuję jak inaczej myślimy. Jego ucieczka przed polskimi przywarami, wszelkiego rodzaju nacjonalizmami, życie chwilą - tą która jest teraz i jednocześnie życie pełne realizmu (ale nie cynizmu). W wielu miejscach nie zgadzam się z autorem, ale wczytując się w argumentację, jestem w stanie przyjąć dużo jego myśli jako swoje. Nie wiem, jak on to robi, ale brzmi bardzo przekonująco. Natrafiam na kolejne znakomite fragmenty, jak wywód na temat podstaw współczesnej cywilizacji opartej o trzy filary: kulturę grecką, rzymską i chrześcijaństwo. Z jakąż żarliwością opowiada o tym Tadziowi!

Dalsza część dziennika po powrocie do Paryża już nie jest tak lekka. Za dużo wojny, rozmyślań o teraźniejszości i nieciekawie rysującej się przyszłości.

Ale wciąż wiele smaku ma ta książka. Odwiedziny grobu Chopina 1 listopada, uwagi o Balzacu (muszę zacząć czytać Balzaca!), miłość do Francji - jedynego kraju w Europie, który potrafił ofiarować tak dużo wolności, a jednocześnie Francja z jej przywarami nie do zniesienia

Opisy wycieczek z żoną w ciepłe dni, wyjść do kawiarni, wyjazdów na wczasy na francuską prowincję, wywód na temat precyzji języka chińskiego versus pełne abstrakcyjnych pojęć języki europejskie i co z tego wynika. Jakże chciałbym wysłuchać polemiki Bobkowskiego z Feliksem Konecznym, który w swym dziele o cywilizacjach uważał, iż skomplikowanie języka chińskiego będzie zawsze istotną przeszkodą w rozwoju chińskiej cywilizacji.

Gdy czytam końcowy fragment książki z sierpnia 1944 roku, gdy Amerykanie wkraczają do Paryża, smucę się wraz z autorem. Najbardziej chyba tym, że pełna ucieczka w stronę wolności i szczęścia niezależnie od tego czy owego, nie była po prostu możliwa. Kawał świetnej literatury, która podładowała moje czytelnicze akumulatory na długo.

Andrzej Bobkowski, "Szkice piórkiem", Wydawnictwo CiS, Warszawa-Stare Groszki, 2014

czwartek, 17 grudnia 2015

Gródek

Gdy nadmiar pracy dusił, a siedzenie na miejscu nużyło, wykorzystałem pierwszą wolną chwilę i pojechałem do Gródka.

Nie znałem zupełnie tej miejscowości mimo długiego już czasu zamieszkiwania na Podlasiu. Po raz pierwszy otarłem się o nią podczas jednego z jesiennych grzybobrań parę lat temu. Później były rodzinne letnie wyjazdy nad zatłoczony zalew (przy okazji zaliczyliśmy Siabrouską Biasiedę), a dzięki Basi i Jarkowi miałem też okazję przejeżdżać kilkakrotnie przez Gródek, mijać Bielewicze, Wiejki, aby zaszyć się na końcu świata na Wyrębach. Liznąć nieco gródeckiej najnowszej historii mogłem jedynie podczas zeszłorocznej pttkowskiej wycieczki "Śladami Jerzego Nowosielskiego", zorganizowanej przez Iwonę Zinkiewicz.

Niedzielna wyprawa umożliwia spojrzenie również na pozostałości najstarszej historii Gródka. Dochodzę do końca uliczki Zamkowej mijając niską, drewnianą w większości zabudowę. Przede mną wije się wąską strugą Supraśl. Trzeba przyznać, że miejsce zupełnie nijakie. Łąka porośnięta gdzieniegdzie chaszczami. Gdyby nie tablica informacyjna, nie zgadłbym, że znajduję się w miejscu, skąd zaczęła się pisana historia Gródka. To w tym miejscu na przełomie XV i XVI wieku Aleksander Chodkiewicz rozpoczął budowę zamku, a kilka lat później to właśnie miejsce (zbyt gwarne, jak mówią podania) opuścili mnisi, aby nową siedzibę ulokować na skraju Puszczy Błudowskiej, rozpoczynając historię Supraśla. Jedyny zachowany opis gródeckiego zamku znajduje się w inwentarzu spisanym w 1677 roku, gdy Gródek czasy świetności miał już za sobą. Dwukrotnie prowadzone badania archeologiczne w połowie lat 80-ych i 90-ych XX wieku na dzisiejszej Górze Zamkowej potwierdziły istnienie osady grodowej. Kawałek wału obronnego, dwa groby znajdujące się najpewniej przy dawnej cerkwi, fragmenty dwóch budynków, z których jeden, nowszy, pochodził z przełomu XVII i XVIII wieku. O tych odkryciach dowiaduję się już w domu. Gdy stoję na Górze Zamkowej, mogę jedynie zamyślić się nad kruchością śladów materialnych zwiewanych przez wiatry historii.


Wracam w stronę urzędu gminy. Nieopodal znajduje się szkoła, na budynku której można oglądać herb Gródka, nawiązujący do rodu Chodkiewiczów, autorstwa Leona Tarasewicza.


Centrum miejscowości wyznaczone jest właśnie przez szkołę, kilka sklepów, urząd gminy i cerkiew prawosławną, wybudowaną już po II wojnie światowej w latach 1946-1970.


Przypominam sobie wycieczkę z listopada zeszłego roku "Śladami Jerzego Nowosielskiego". Odwiedziliśmy wtedy trzy miejsca, w których zachowały się dzieła mistrza (cerkiew w Gródku, cerkiew w Michałowie, baptysterium przy cerkwi w Bielsku Podlaskim). Byłem wtedy świeżo po lekturze  tekstów zebranych Nowosielskiego pt. "Inność prawosławia". Książka mnie zachwycała, gdyż ukazywała w sposób szczegółowy, filozoficzny te odczuwalne, choć trudne do zdefiniowania dla osoby wychowanej w kręgu kościoła zachodniego, fundamentalne różnice pomiędzy prawosławiem, a katolicyzmem. Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie wywód Nowosielskiego o tym, że prawosławie przyjmuje zło, jako integralną część świata, w odróżnieniu od katolicyzmu, który definiuje to co złe i dobre i próbuje kreować świat, w którym to pierwsze byłoby zminimalizowane. Trywializuję teraz tę wypowiedź Nowosielskiego, ale mniej więcej oddaje ona sens tego dość długiej i skomplikowanej wypowiedzi.

Podczas wycieczki, w autokarze, Iwona opowiadała o życiu rodzinnym Nowosielskiego, drodze artystycznej, wiązała te wszystkie elementy, tak abyśmy mogli zrozumieć jakie czynniki miały wpływ na tak oryginalny styl fillozoficzno-malarski.

Wnętrze cerkwi gródeckiej nie przypomina tego, do czego można było przyzwyczaić się mieszkając na Podlasiu. Sprawia wrażenie dość ciemnego - to jeszcze nic oryginalnego, ale największy efekt zadziwienia wywołuje zestawienie witraży, charakterystycznych raczej dla sakralnej architektury zachodu z polichromią na ścianach i kopule świątyni. Wewnętrzny wystrój cerkwi w Gródku to głównie dzieło Adama Stalony-Dobrzańskiego. Poza freskami i witrażami uwagę zwraca również wszechobecne liternictwo, jako składowa część dzieła.

Anna Radziukiewicz napisała o tym w następujący sposób: "Liternictwo? Tak, ono podpowiadało Dobrzańskiemu drogi myślenia plastycznego. Jego profesor, Ludwik Gardowski, prowadził pracownię liternictwa na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Dobrzański został jego asystentem. W literze zaczął dostrzegać wartość, siłę trwania, przekaz i tradycję. Litera stanowi u Dobrzańskiego integralną część polichromii i witraży, co doskonale widać w gródeckiej cerkwi."


Polichromia w gródeckiej cerkwi powstawała w pierwszej połowie lat 50-ych. Jerzy Nowosielski wówczas dopiero kształtował swój przyszły, oryginalny styl. Efekt jego pracy widać na ścianach po lewej stronie nawy.


Dzisiejszy Gródek, jak wiele miast i wsi na Podlasiu, ale i w całej Polsce przecież, przeżywa wyraźny regres. Śladów dawnej świetności z czasów Chodkiewiczów nawet nie sposób sobie wyobrazić. Ale i pozostałości przemysłowego rozwoju miejscowości z czasów XIX-wiecznego boomu włókienniczego nie widać. Niby to małe miasteczko, niby wieś. Pielęgnuje się ślady świadczące o historii Gródka, wydaje pieniądze z funduszy unijnych, ale prawdziwego życia nie są w stanie te surogaty dobrobytu przywrócić. Przepaść pomiędzy ofertą bogatszych krajów Europy, a tym co ma do zaoferowania nasza prowincja, jest wciąż nie do zasypania. Prowincja czeka na nowe historyczne rozdanie.

Obok szkoły stoi osiedle bloków mieszkaniowych powstałe za czasów PRLu, gdy w Gródku ulokowana została fabryka wyrobów dziewiarskich KARO. Bloki odnowione, ale budynki dawnego przedsiębiorstwa znajdują się w stanie daleko posuniętego rozkładu.


Śladów dawnego Gródka jadę szukać na cmentarzach. Najbliżej znajduje się prawosławny, w którego centrum stoi cerkiew cmentarna z połowy XIX wieku.


W jej okolicach odnajduję najwięcej śladów XIX-wiecznej historii Gródkq. Kamień z nie do odczytania w dzień deszczowy inskrypcją,


pamiątkę czasów zaboru rosyjskiego  - nagrobek majora 102 Wiackiego Pułku Piechoty - Fiodora Antonowicza Diakonowa (1823-1867),


czy nagrobki z przełomu XIX i XX wieku, niektóre zwieńczone artystycznie kutymi krzyżami kowalskimi.











Czytam inskrypcje - nazwiska  tutejsze: Michał Bogdanowicz (1855-1907), Franciszka Tarasewicz (1837-1910), Iwan Kondrusik, Mikołaj Sawicki (1911-1913), псаломщик Władimir Smolski (1842-1911), Marcin Borowski (1850-1911), Bartłomiej Kosteńczyk (1828-1899).

Wychodzę z cmentarza prawosławnego i jadę w kierunku Białegostoku. Chcę jeszcze koniecznie zobaczyć kirkut, który zlokalizowany jest właśnie przy drodze wylotowej z Gródka obok cmentarza katolickiego. Osadnictwo żydowskie, którego początek datuje się na XVI wiek, przyczyniło się do przemysłowego rozwoju Gródka w wieku XIX (podobnie zresztą, jak wielu innych podbiałostockich miejscowości). W 1890 roku w Gródku pracowało 21 zakładów, spośród których 2o działało na rynku włókienniczym, z czego tylko jeden należał do chrześcijan. Poza granicą celną pomiędzy Królestwem Polskim, a Imperium Rosyjskim, której powstanie spowodowało rozwój przemysłu włókienniczego w okolicach Białegostoku w ogóle, niewątpliwie dla Gródka znaczenie miało otwarcie stacji kolejowej w Waliłach w 1887 roku. Początek włókiennictwu w Gródku dała manufaktura hrabiny Niesiołowskiej w latach 20-ych XIX wieku. Ale w drugiej połowie wieku XIX wieku przodują w produkcji zakłady Wileńczyka, Łuńskiego (dwa - jeden Barucha, drugi Arona), Kronenberga, Repelskiego, Degentisza, Selpickiego. W roku 1914 działa w Gródku 5 bożnic Mitnagdim i 2 chasydzkie domy modlitwy. Dziś oczywiście po tym wszystkim nie ma śladu. Tym bardziej ciekawi mnie, czy kirkut gródecki podzielił los wielu podlaskich kirkutów, gdzie często poza pojedynczymi macewami ukrytymi w poszyciu nie ma nic, czy też może jednak przetrwał zawieruchy dziejowe, podobnie, jak kirkuty w Białymstoku, czy w Krynkach.

Przechodząc koło cmentarza katolickiego zwracam uwagę na pomnik poświęcony poległym żołnierzom AK w starciu z siłami niemieckimi pod wsią Żubry 15 lipca 1943 roku. To na samym cmentarzu. Ale tuż obok niego zwraca moją uwagę pomnik z napisem cyrylicą poświęcony zabitym w roku 1942: Stefanowi Chrenowskiemu, Siergiejowi Pietrowowi, Piotrowi Mieleszy i Konstantemu Denisikowi.

Poza cmentarzem, w lesie. Czy miejsce to upamiętnia poległych w walkach z Niemcami prartyzantów? Nie jestemk w stanie odnaleźć żadnych informacji po powrocie.


Niewielki obecnie kirkut gródecki został ogrodzony, obok postawiono tablicę opisującą historię cmentarza. Jednak niewiele macew przetrwało do dnia dzieisjeszego. Właściwie tylko fragmenty dwóch z nich zaawierają czytelne napisy.



Nie da się niestety odczytać z pozostałości żydowskiego cmentarza, świetności tej społeczności w XIX wieku. Ale jeden z dwóch fragmentów macew przykuwa szczególnie uwagę. Przedstawia mężczyznę z fajką, dość rzadki motyw w symbolice cmentarnej. Po raz pierwszy zetknąłem się z takim. Ciekawe, komu mógł być poświęcony?



Halina Karwowska "Ukryte ślady gródeckiego zamku", Gryfita, nr 20/21, 1999,
"Puszcza Knyszyńska. Przewodnik", Supraśl, 2009,
Anna Radziukiewicz, "Gródek nad Supraślą. Z dziejów prawosławnej parafii", Gródek, 2011,
Zbigniew Romaniuk, "Żydzi w Gródku koło Białegostoku (zarys historii osadnictwa)", Gryfita, nr 19, 1999.

sobota, 21 listopada 2015

O Sokracie po

Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie wywiad z Sokratem Janowiczem w Kurierze Porannym, gdzieś pod koniec lat 90-ych. Do tej pory o Białorusi, sprawach białoruskich nie wiedziałem prawie nic. Ot, istniał Związek Radziecki i jego republiki. Później Związek Radziecki upadł, republiki zyskały samodzielność i w jednej z nich zaczął rządzić postsowiecki satrapa. Była druga połowa lat 90-ych. Przybyszem zza wschodniej granicy, a więc i z Białorusi, najczęściej był wtedy handlarz z towarem poupychanym po reklamówkach i zdartych torbach, mieszczących różne mniej lub bardziej atrakcyjne badziewie sprzedawane na wielkomiejskich targowiskach. Bieda posowiecka po prostu. I nagle przeczytałem słowa wypowiadane przez Sokrata Janowicza o białoruskiej tożsamości, walce o nią, o wzniosłych ideach, a nie codziennej walce o chleb i moje wyobrażenia o białoruskiej sferze wartości nabrały kolorów, stały się bogatsze. Później była książka "Nasze tysiąc lat", do której z pobudzonym już zainteresowaniem sięgnąłem, chcąc się czegoś więcej dowiedzieć, kim jest ten Sokrat. Dzięki książce zacząłem z kolei podczytywać "Czasopis" i na stałe interesować się sprawami mniejszości. Nie raz przekraczałem w późniejszym okresie granicę z Białorusią i moje pojęcie o wschodnim sąsiedzie zaczęło nabierać prawdziwej, a nie tylko wyczytanej gdzieś treści.

Wyznania Sokrata o współpracy z SB również były niecodziennym wydarzeniem i paradoksalnie wzbudziły moją sympatię do  niego. Miało to miejsce w czasach, gdy niejeden ujawniony dawny współpracownik SB starał się pomniejszać swoją rolę donosiciela, zaprzeczać jej, bagatelizować, wreszcie w niektórych przypadkach milczeć. Wyznania Sokrata Janowicza do łatwych nie należały, ale odniosłem wrażenie, że były w dużej mierze szczere. Pokazywały, jak odczytywana była komunistyczna rzeczywistość przez wiejską, białoruską społeczność północno-wschodniej Polski. Wartością samą w sobie było przyznanie się i otwarte mówienie o swojej współpracy, ale pośrednio dzięki niemu mogliśmy również poznać mechanizmy, które spowodowały podjęcie decyzji o kolaboracji przez konkretnego człowieka.

Sięgnąłem później również po książki Janowicza. Na razie po te najstarsze. "Wielkie miasto Białystok" jest bardzo nierówne jakościowo. Perełki przeplatane miernymi opowiastkami. Zapominanie o wiejskiej i białoruskiej tożsamości przez postaci przewijające się na kartach zbioru, procesy asymilacyjne po przyjeździe do miasta, niechęć do wszystkiego, co kojarzyć się może z wsią. Dla mnie to wszystko było dotychczas obce, nieznane, a więc pod tym względem bardzo odkrywcze. Nie zrobiły na mnie natomiast aż tak dobrego wrażenia "Zapomnieliska", ani powieść "Ściana".

Wiosną tego roku dzięki Instytutowi Filologii Polskiej Uniwersytetu w Białymstoku ukazał się zbiór tekstów poświęconych Sokratowi Janowiczowi zatytułowany "Sokrat Janowicz, pisarz transgraniczny. Studia, wspomnienia, materiały", a ja przez wiele wieczorów jesiennych miałem przyjemność go czytać. Prawdziwą przyjemność, jaka nieczęsto się zdarza - inaczej nie pisałbym o książce w tym miejscu. Największą wartością zbioru jest pokazanie prekursora białoruskiej literatury na Podlasiu z wielu różnych perspektyw. Nie jest to bynajmniej laurka, a przecież nie jest łatwo nie ulec pokusie pokazania wielkiego człowieka (Tak - wielkiego. Wielkiego w sensie stworzenia podwalin pod odrodzenie białoruskie na Białostoczcyźnie w wymiarze literackim, wydawniczym, dziennikarskim i politycznym.) w li tylko różowych barwach. Po drugie, wiele tekstów jest dla mnie odkrywczych. Zacząłem bowiem interesować się Sokratem Janowiczem, tym co mówi i pisze, w dość późnym okresie jego życia, przez teksty w Czasopisie, pierwsze książki i nieliczne wypowiedzi w mediach. A przecież jego aktywność datuje się od lat 60-ych. Więc o wielu projektach, jak to dzisiaj nazwalibyśmy oraz aktywnościach pisarza po prostu nie wiedziałem.

Książka podzielona została na pięć części. W pierwszej, zatytułowanej "Przed Janowiczem", zwrócił moją uwagę tekst Elżbiety Dąbrowicz "Naród w jednej osobie", w którym autorka skupia się na wydanej w drugiej połowie lat 80-ych książce "Białoruś, Białoruś". Przybliżyła ta książka białoruską problematykę polskiemu czytelnikowi. Nie znam jeszcze tej pozycji, do tekstów Janowicza sięgnąłem dużo później, ale potrafię sobie wyobrazić ten ferment  w polskich środowiskach literackich wywołany prekursorską publikacją, krytykującą wiele elementów polskiej historii.

Przyznam, że druga część zbioru, zawierająca teksty literaturoznawcze była dość trudna dla mnie, ale i tu natknąłem się na ciekawe opracowania. Elżbieta Rybicka na przykład skupiła się na latach 40-ych i 50-ych i rewolucji społecznej, która się wówczas dokonywała. Po pierwsze z małych miasteczek i wsi zniknęli Żydzi, a pustkę po nich zaczęli wypełniać dotychczasowi sąsiedzi. Po drugie nastąpił rozwój uprzemysłowienia ośrodków miejskich i stopniowa emigracja ludności wiejskiej do lepszego życia w mieście. Tematyka podobna do tej znanej z kart choćby "Wielkiego miasta Białystok", choć autorka skupiła się na nieznanej mi dotychczas opowieści autobiograficznej Janowicza z 1993 roku"Dolina pełna losu". Podobnie ciekawie o tym, co najważniejsze (czyli białoruskość i powojenna migracja ze wsi do miasta) w pisarstwie Janowicza napisał Dariusz Kulesza. Podobał mi się także esej Elżbiety Konończuk "Poetyka miasta", w którym autorka skupiła się na opisach Białegostoku w dziełach Janowicza. Odnalazłem tu wzmiankę o okolicach ulic Brukowej i Sosnowej oraz warsztatach mechanicznych, do których prowadziły, która przypomniała mi "moje" rejony w centrum tego miasta. Ciekawie o przeobrażeniach Białostocczyzny w kontekście białoruskości "wychodzącej z cienia" napisała Jolanta Sztachelska. Wspomniała też o współpracy Janowicza z SB i jej trudnościom z rozgrzeszeniem tegoż. Takich głosów na łamach książki jest więcej. A przecież Sokrat w tej sprawie (przyznanie się, otwartość w mówieniu o tych przykrych sprawach) zachował się zupełnie inaczej niż większość byłych współpracowników, o czym pisałem wyżej. Z tym, że ja komentuję to z innej perspektywy - człowieka, który takich wyborów ze względu na wiek nie musiał podejmować.

Część 3 książki zatytułowana "Spotkania interkulturowe - recepcja i przekład" wciągnęła mnie na całego. "Polskie recenzje twórczości Sokrata Janowicza jako przestrzeń spotkania kolonialnego" Katarzyny Sawickiej-Mierzyńskiej bardzo odkrywcze. Przypomniało mi się parę scen z życia przy tej okazji.

Koniec lat 90-ych. Jestem z teściem na grzybach w lasach nad Narwią. Zajeżdżamy do baru, chyba w Gorodczynie, na piwo. Jesteśmy jedynymi mówiącymi po polsku. Wszyscy czy to młodzi, niektórzy długowłosi, starsi zamawiają piwo w języku "tutejszym". Czuję się trochę nieswojo (nie u siebie), gdy zamówiłem swoje 0,5 litra po polsku i po polsku zostałem obsłużony. Druga scena w Rydze na spotkaniu handlowym zorganizowanym przez jedną z firm sektora teleinformatycznego. Przy stole siedzę z kolegą Polakiem, obok siebie mamy kilkoro Litwinów. Rozmowa dotyczy stosunku państwa litewskiego do mniejszości polskiej wokół Wilna. Młody, sympatyczny Litwin mówi, że nas (Polaków) jest tam za dużo i dlatego państwo litewskie wzmacniając litewskość  nie może pozwolić mniejszości polskiej na pełne swobody. Innym razem czytam w Gazecie Polskiej wywiad z Valdasem Adamkusem, byłym prezydentem Litwy, który ostrzega rodziny poległych w katastrofie pod Smoleńskiem przed służbami rosyjskimi. W sprawie mniejszości polskiej wypowiada się w tym samym tonie, co mój rozmówca z Rygi. I wreszcie wzmiankowana tu na blogu Konstancja Skirmunt, która apeluje o oddanie Wilna Litwie. Piszę to dlatego, że wszystko to w pewnym sensie dotyka tekstu Katarzyny Sawickiej-Mierzyńskiej, która odnosząc swe słowa do polskiego terytorium kulturowego pisze o dyskursie kolonialnym dotyczącym literatury, a przede wszystkim stosunku do historii dyktowanym przez narody silniejsze narodom słabszym. Słabsi, aby móc przebić się ze swoją narracją, swoim opisem historii, kultury, stosunku do większości potrzebują o wiele więcej wysiłku. Wrażliwości w stosunku do mniejszości, państw mniejszych należy się nauczyć, gdyż nie jest dana od razu. Szanuje się to co swoje, więc nauka taka nie jest łatwa, ale konieczna, abyśmy mogli się nawzajem rozumieć i szanować.

O konieczności badań nad obecnością Sokrata Janowicza i jego dzieł na Białorusi napisała z kolei Grażyna Charytoniuk-Michiej. Dla mnie Sokrat Janowicz był przede wszystkim pisarzem białoruskim piszącym dla Białorusinów w Polsce i dla Polaków, więc to czego dowiedziałem się z tekstu, nie było wcale oczywiste. Jednak dużą część swego archiwum przekazał do Mińska i w życiu kulturalnym sowieckiej Republiki Białoruskiej i późniejszej Białorusi również starał się zaistnieć.

W części 3 znalazł się również tekst Anny Sobeckiej, tłumaczki dzieł Janowicza pt. "Sokrat". Ciekawe są listy Sokrata pisane pod koniec lat 70-ych przytoczone w  artykule. Wyłania się z nich osoba stanowcza, uparta i niezwykle dbała o końcowy efekt tłumaczeń. Wręcz pedantyczna. Jakże kontrastuje to z moim wyobrażeniem wolno mówiącego, zacinającego się pisarza, znanego z radia i telewizji.

W części 4 mamy z kolei bardzo ciekawe listy Sokrata Janowicza do Jana Leończuka z końca lat 70, część z lat 80 i jeden z roku 1996. Wyłania się z nich zażyłość, (czy przyjaźń?), jaka łączyła te dwie białostockie osobistości. Ale i tu widać podobnie, jak w listach do Anny Sobeckiej drobiazgowość Sokrata, gdy szło o literaturę.

Najciekawsza była dla mnie część ostatnia zawierająca osobiste wypowiedzi na temat Sokrata Janowicza oraz wywiady z różnymi osobami, których treścią był Sokrat. Tekst Jerzego Plutowicza znałem już wcześniej dzięki Pawłowi, koledze z klasy, który pewnego zimowego dnia zwrócił mi na niego uwagę. Cóż za ciekawe rzeczy opisał w nich autor, np. taki salonik literacki nad nie istniejącą już restauracją Grodno przy ulicy Sienkiewicza. Plutowicz również nawiązuje do ujawnienia współpracy Sokrata z SB pisząc, że "w ostatnich latach życia brakowało mu słów otuchy, kiedy otaczała go atmosfera sensacji".

Bardzo ciekawie zaczyna się tekst Dariusza Kiełczewskiego, który dzięki Sokratowi, jak napisał otwierał się na białoruskość. W kontekście wcześniej wspomnianej książki "Białoruś, Białoruś" brzmiało to tak: "W dodatku książka była bardzo nieprzyjemna dla mnie jako Polaka (tak to wtedy odczuwałem). To przecież my mieliśmy być narodem skrzywdzonym, rzuconym między agresywne Niemcy i jeszcze bardziej agresywną Rosję, germanizowanym, rusyfikowanym, kosnekwentnie pozbawianym elit. Tymczasem z książki Janowicza wynikało, że nie byliśmy lepsi, ponieważ jesteśmy równie agresywni i tak jak nas próbowano zrusyfikować, tak my polonizowaliśmy Białorusinów, w dodatku bardzo skutecznie i całkowicie zamazując wszelkie ślady prawdziwej tożsamości odebranych bohaterów. Strona po stronie odkrywałem białoruskie życiorysy niektórych polskich bohaterów narodowych i nie było to dla mnie wygodne. Nie byłem wtedy na taką lekturę i takie prawdy przygotowany." Jednak zawiodłem się na tym tekście pod sam koniec, gdy przeczytałem: "Tego wszystkiego zacząłem się uczyć od spotkania z Sokratem. Chyba niezły wynik, jak na samotnego człowieka odchodzącego na okładce w dal polną drogą,  z którego wieloma tezzami nadal się kompletnie nie zgadzam." Chciałoby się krzyknąć: - Ale z jakimi tezami, panie Dariuszu? Z tekstu tego nie da się wyczytać, a rozwinięcie ostatniego zdania mogłoby być całkiem ciekawe, podobnie, jak reszta eseju.

W podobnym tonie, nieco inaczej rozkładając akcenty wypowiedział się Krzysztof Gedroyć. Równie ciekawy tekst.

Bardzo podobał mi się wywiad z Waldemarem Smaszczem, gdyż ten nie szczędził słów cierpkich o Sokracie : "mnie, młodego człowieka raziły niekonsekwencje Sokrata. Wciąż na przykład opowiadał, jak był prześladowany przez władze, że zmienił bodaj 50 razy pracę, najdłużej ponoć zbijał skrzynki. Także o ciasnym mieszkaniu, kawalerce przy Alei 1 Maja, gdzie swoją pierwszą książkę napisał ... na muszli klozetowej, bo było to jedyne spokojne miejsce. I ten - w moim myśleniu - odrzucony przez "władze"pisarz ze wszystkimi sprawami do tych władz się udawał. Było to coś, czego nie rozumiałem." Pisałem wcześniej, że wartością tego zbioru tekstów jest to, iż nie jest laurką. Dzięki właśnie takim wywiadom, jak z Waldemarem Smaszczem. Ale w wywiadzie z nim pojawia się znów ciekawostka (podobnie, jak w tekście Plutowicza). Klub "Bakałarz", czyli klub nauczyciela, mieszczący się w piwnicy VI LO przy Warszawskiej, gdzie odbywały się spotkania literatów w laatach 70-ych.

Wywiad ze wspomnianym wyżej Janem Leończukiem dotyka również przykrych spraw, między innymi rozluźnienia relacji z Janowiczem w połowie lat 80-ych.

Zupełnie z kolei nie przypadł mi do gustu wywiad z Ignacym Karpowiczem. Optyka widzenia świata, w którym idea narodu przeżyła się, Sokrat Janowicz jest człowiekiem nie z tej epoki, kiboli i narodowców należy eliminować ze społeczeństwa, a cerkiew i kościół są tak samo paskudne. Przykro mi, dla mnie to jakieś getto gazetowyborcze, dalekie od rzeczywistości i tchnące inżynierią społeczną.

Polecam za to również wywiady z Michałem Androsiukiem, Leonem Tarasewiczem czy Jerzym Chmielewskim, gdyż pozwalają zobaczyć,  w jaki sposób Sokrat Janowicz nawiązywał i urzymywał kontakty z młodszymi twórcami, jak widział Sokrata jego współpracownik przy tworzeniu Villi Sokrates i kontynuator  tejże misji po śmierci mistrza, a także jak wyglądała współpraca przy opracowywaniu tekstów Janowicza współtwórcy "Czasopisu".

Jestem kontent i zachęcam!

"Sokrat Janowicz. Pisarz transgraniczny. Studia, wspomnienia, materiały", Trans Humana, Białystok, 2014

P.S. A tak już zupełnie prywatnie, gdyby nie pewna wycieczka do Krynek pewnie nie miałbym okazji sięgnięcia w szybkim czasie po zrecenzowaną książkę. Dziękuję pani Anno.

czwartek, 12 listopada 2015

Olmonty i Konfederacja Barska

W święto niepodległości pojechałem do Olmont. Ta niewielka wieś, leżąca parę kilometrów od Białegostoku, nie była dotychczas przeze mnie prawie zupełnie odwiedzana. Drogę do Olmont mijam od kilkunastu lat niemal codziennie, ale ... jakoś nie składało się. Byłem kiedyś co prawda tuż, tuż, pod samym Izabelinem. Ale dopiero przewodnik do szlaku turystycznego "Bitwa pod Białymstokiem", który dzięki uprzejmości współautora udało mi się niedawno zdobyć (Dziękuję panie Marku!), skłonił mnie do krótkiej wczorajszej wyprawy.

O bitwie pod Olmontami pisał Michał Starzeński, autor pamiętnika z czasów Jana Klemensa Branickiego i w przewodniku, o którym wyżej, relacja z jej przebiegu opowiedziana jest słowami autora "Na schyłku dni Rzeczypospolitej".

Konfederacja barska. Ruch patriotyczny, a jednocześnie pełen warcholstwa, zdrad, kompromitacji. Jej upadek oznaczał pierwszy rozbiór Polski. Ale  ówczesną Rzeczpospolitą toczył rak rozkładu od ponad półwiecza. Czy śmiertelnie chore państwo mogło zdobyć się na ruch poważniejszy i bardziej skuteczny od Konfederacji Barskiej?

Bitwa pod Białymstokiem to jedna z wielu klęsk w całym ich paśmie na przestrzeni historii konfederacji i ogólnie całego XVIII wieku. Główny jej bohater po stronie polskiej Józef Bierzyński herbu Jastrzębiec nie należał do postaci świetlanych. Jan Klemens Branicki, który dysponował możliwościami wsparcia wojsk konfederackich przyjął postawę stania z boku. W efekcie 16 lipca 1769 roku, konfederaci w liczbie około 4000 ludzi, dysponujący 18 działami, ponieśli porażkę pod Olmontami w starciu z 800 Rosjanami (3-4 działa).

Ale, jak pisze Marek Skrypko: "Wierzę, że odgrzebanie z niebytu bitwy, którą upamiętniają dziś tylko dwa bezimienne krzyże w Olmontach to w pierwszej kolejności złożenie hołdu konfederatom, którzy przez te wszystkie lata nie doczekali się żadnego upamiętnienia."

Święto niepodległości było doskonałym pretekstem z kolei dla mnie, aby zobaczyć miejsce ważne z punktu widzenia historii, a tak mało znane. Olmonty, które uzyskały swą nazwę od ziemian Wolimontów, do których tereny te należały w 1562 roku, dziś stają się powoli sypialnią Białegostoku. Powstaje w nich wiele nowych domów, a kolejnych mieszkańców przyciąga bliskość miasta i urokliwe położenie na skraju lasu. Jest tu jednak wciąż trochę domów o metryce z początku XX wieku, kapliczka i nieliczne krzyże przydrożne.

Szlak bitwy pod Białymstokiem jest dość dobrze opisany na stojących tu i ówdzie przy drodze do Olmont tablicach. Kończy się jednak na samym początku wsi przy boisku. Aby zobaczyć wspomniane dwa bezimienne krzyże (prawdopodobnie o metryce z początku XX wieku) należy dojechać do głównego skrzyżowania we wsi i skręcić w lewo. Prowadzi do nich droga asfaltowa, która później zmienia się w zwykłą utwardzoną, o niezbyt dobrej jakości. Krzyże stoją tuż przy ogrodzeniu sąsiadującego domu, prawie na skraju wsi po prawej stronie. Przydałby im się jakiś opis.


Józef Maroszek, Marek Skrypko "Bitwa pod Białymstokiem. Przewodnik do szlaku historycznego", Neoline Marek Białokoz, Białystok 2012

sobota, 31 października 2015

Tajemnica Katarzyny

Katarzyna Trocha. Patrzę na te dwa wyrazy z niejakim zdziwieniem, że tak właśnie nazywała się moja antenatka. Nie wiem jak wyglądała. Nie wiem ile przeżyła lat. Czy miała życie lekkie, czy pełne trosk. Ba, jestem bodaj jedyną osobą w rodzinie, dla której imię Katarzyna i nazwisko Trocha cokolwiek mówi.

Niewiele wiem o jej synu Marcinie Uzarku, a także o jego z kolei córce Józefie, choć w przypadku prababci krążą wśród rodziny opinie, że byłą ładną kobietą. Przeszłość zazębia się, choć jest to cienka nić, z teraźniejszością.

W poszukiwaniach genealogicznych, po ponad dziesięciu latach, dokumentuję głównie losy przodków, z którymi nie wiążą mnie więzy emocjonalne, którzy nie są znani żyjącym członkom rodziny, o których wiem tylko to, co ktoś kiedyś zapisał na papierze.

O istnieniu Katarzyny Trochy dowiedziałem się ponad dwa lata temu, gdy na mikrofilmach zawierających XIX-wieczne księgi stanu cywilnego z Odolanowa poszukiwałem metryki chrztu Marcina Uzarka. Wzięła ślub z Wojciechem Uzarkiem w kościele odolanowskim św. Marcina 15 października 1855 roku, jako 20-letnia panna wyznania katolickiego, pochodząca ze wsi Garki.

Katarzyna wzmiankowana jest również w metrykach swych dzieci: Wojciecha, który nie dożył pełnego roku, mego prapradziadka Marcina, Marianny, zmarłej podobnie jak Wojciech w niemowlęctwie, a także Stanisława, który wżenił się w rodzinę Szczepańskich i chyba dość dobrze mu się powodziło. Dzieci Katarzyna miała więcej, bo był i Michał, który zmarł mając roczek, Barbara póżniejsza żona Jana Augusta Pomieskiego, Rozalia, która poślubiła Augusta Śniatałę oraz najmłodsi Jan i Karolina - bliźniacy, o których losach nic nie wiem.

Najpóźniejszym zapisem, w którym występuje Katarzyna, do którego dotarłem jest akt zgonu jej męża Wojciecha z 1910, pod którym Katarzyna własnoręcznie złożyła podpis:



Nie mogłem jednak odnaleźć jej aktu urodzenia, choć dysponowałem dokumentami stanu cywilnego parafii odolanowskiej z okresu, w którym urodziła się. Dzięki sugestiom Krystyny, o której nie raz na blogu wspominałem, prawdopodobna stała się wersja o pochodzeniu Katarzyny z rodziny wyznania ewangelickiego.

Genealogia uczy jednak pokory i nie przyjmowania niczego za pewnik. Ostatnio miałem okazję znów przekonać się o tym.

Gdy parę dni temu otworzyłem skrzynkę pocztową, e-mail od Krystyny informował o zawarciu małżeństwa w roku 1908 przez niejaką Katarzynę Szydłowską w parafii Ostrów Wielkopolski. Najciekawsza informacja zawarta była linijkę niżej. Rodzicami Katarzyny byli Wojciech Uzarek i Katarzyna Trocha, a w chwili ślubu miała 54 lata.

Zaraz, zaraz. Czyli urodziła się w 1854 roku? Ale wtedy przecież jej rodzice Wojciech i Katarzyna (jeśli to ci sami Wojciech Uzarek i Katarzyna Trocha, którzy mieszkali w sąsiedniej odolanowskiej parafii we wsi Garki) nie byli jeszcze małżeństwem.

A może Katarzyna (późniejsza Szydłowska) urodziła się trochę później niż w 1854 roku, a wiek w chwili ślubu podany został "na oko"? Przecież Wojciech, pierwsze dziecko Wojciecha Uzarka i Katarzyny Trochy, przyszedł na świat dopiero w roku 1858, dwa i pół roku po ślubie rodziców. Jednak metryka ślubu daje na to odpowiedź. Według metryki ślubu Katarzyna urodziła się w Garkach, 27 października 1854 roku. Ale wciąż był to prawie rok do ślubu jej rodziców.

Napisałem o swoich wątpliwościach Krystynie.

Nie czekałem długo. Krystyna napisała, że spojrzała do ksiąg odolanowskich i okazało się, że Katarzyna Uzarek to nieślubne dziecko Katarzyny Trochy. Sprawdziłem. W księgach odolanowskich w roku 1854 jest akt chrztu nieślubnego dziecka Katarzyny Trochy z Garek, któremu nadano również imię Katarzyna. Nie wiązałem go z "moją" Katarzyną Trochą wcześniej, nie przypuszczając, że mogła mieć nieślubną córkę. Ale data urodzenia zgadza się z metryką ślubu - 27.10.,1854.

Burzy to w dużym stopniu hipotezę o ewangelickim pochodzeniu Katarzyny Trochy, gdyż ta zapisana jest w metryce chrztu córki jako katoliczka. No chyba, że w jakiś sposób zmieniła wyznanie wcześniej. Ciekawe jest również, kiedy Wojciech Uzarek uznał Katarzynę (późniejszą Szydłowską) za swoją córkę.

W każdym bądź razie stare przysłowie mówiące, że im dalej w las, tym więcej drzew, w genealogii sprawdza się znakomicie.

sobota, 3 października 2015

Zdarza się raz na dłuższy czas

Zaczyna się rozdziałem o wyprawie Amerykanki Louise Arner Boyd na Polesie w roku 1934. Czytałem wzmianki o niej w 59 numerze Karty, gdzie można obejrzeć zdjęcia przedwojennego Polesia wykonane przez paru innych fotografów, ale nie zanotowałem w pamięci. Okazuje się, że podróż przez Polesie samochodem w roku 1934 przy słabej infrastrukturze drogowej była iście pionierska. Opisy bazy hotelowej (w jednym z najbardziej luksusowych wówczas hoteli nie zmieniano pościeli po poprzednich gościach) wciągają i robią wrażenie. Zwłaszcza, że autorka co chwila wplata w tekst dygresje: a to o antycznych wyprawach Herodota, o przewodniku  po Polesiu Michała Marczaka z 1935 roku, o Witalu Jaŭtuchowiczu, miłośniku i zbieraczu starożytności, który jeździł z autorką po Polesiu, czy o Wiaczesławie Wereniczu, autorze niezwykłej książki o zanikającym słownictwie i nazwach miejscowych Polesia - "Poleskiego archiwum". Tak bardzo ze względu na genealogię interesuję się Polesiem, ale historii tych nie znałem wcześniej. 

Miłośnicy książek (są jeszcze tacy) wiedzą, że pozycje czytane na pojedynczym wdechu zdarzają się co kilka tytułów. Częściej lub rzadziej, ale są. Ja chciałbym opowiedzieć tym razem o książce wielokroć bardziej wyjątkowej, która dostała się w me ręce w tegoroczne wakacje. Nie czytałem jej jednym tchem, ale tylko dlatego, że każda z opowiadanych historii wymagała zatrzymania się, cofnięcia, przywołania zapisów z własnej pamięci. A jest to książka opisująca historie, które znałem w innym świetle, żyłem nimi ostatnio lub trochę dawniej, znałem osoby przywoływane na jej kartach bądź tylko słyszałem o nich, losami niektórych z nich interesowałem się żywo, byłem w miejscach, które przywoływała autorka albo chciałem w nich być i nie zrealizowałem dotychczas swych marzeń. O niektórych osobach bądź miejscach nie wiedziałem nic, tym bardziej więc książka mnie wciągnęła. Słowem nie spodziewałem się, że prezent, który dostałem od siostry okaże się aż tak interesującą pozycją.

Książka Małgorzaty Szejnert "Usypać góry. Historie z Polesia".

Autorka napisała książkę po wielu latach badań, ale i wypraw na Polesie. Przewijają się w niej osoby, które były Małgorzaty Szejnert przewodnikami na miejscu, ale jedna z nich występuje w książce w kilku miejscach, jako znawca i ten, do którego można się odwołać w każdej sprawie, bo prawie o wszystkim, co związane z historią Polesia ma pojęcie. Edward Złobin. Po raz pierwszy pojawia się w książce, jako archiwista, który spisał nazwy wszystkich ulic w Pińsku. Na kartach książki z reguły siedzi w pińskim muzeum i coś przegląda, gdy trafia na niego autorka. Wyjaśnia znaczenie miejscowej nazwy Sobaczka, cytuje z pamięci historię Poczapowa, a gdy potrzeba opowiada historię nagrobka Napoleona Ordy. Jest znany z bardzo dobrej znajomości pińskich Żydów, więc bardzo często cytuje go autorka w rozdziale im poświęconym. Edward. Cóż bym ja wiedział o Polesiu, gdyby nie on? Nie odbyłbym najważniejszej, z punktu widzenia poznawania Pińska i odkrywania korzeni mej rodziny podróży pociągiem, od opisu której zaczyna się ten blog. Znajomości poleskie, które zawarłem, większość dzięki Edwardowi. Mosze Aszpiz, Leon Bortnowski. Były to kamienie milowe w poznawaniu historii mej rodziny.

W jednym z rozdziałów książki autorka próbuje rozwikłać tajemnicę fotografii przedstawiającej dwór Wysłouchów w Perkowiczach. Głównym bohaterem opowieści jest Stanisław Wysłouch. Nie słyszałem wcześniej o tym człowieku, ale autorka nie poprzestaje na nim przywołując jego brata Franciszka w którego "Echach Polesia", czy "Opowieściach poleskich" zaczytywałem się pasjami, chłonąc z wypiekami na twarzy opisy poleskiej przyrody i ludzi. Jak napisałem wyżej jedna opowieść jest okazją do snucia najrozmaitszych dygresji. Dowiadujemy się więc o armacie szwedzkiej z początku XVIII wieku odnalezionej niedaleko majątku i o jej dalszych losach, o rodzinie Terleckich, potomków prawosławnego biskupa, jednego z protagonistów podpisanej w 1596 roku unii brzeskiej między rozdzielonymi kościołami katolickim i prawosławnym. Znajduję też tutaj wzmiankę o Ninie Łuszczyk-Ilienkowej, autorce jednej z najważniejszych dla mnie książek o Pińsku "Pińsk. Elektrownia. Mam 10 lat", która w Perkowiczach, gdzie za czasów sowieckich był już dom dziecka, pracowała jako księgowa.

Jest też w książce opowieść o Skirmuntach, Romanie i Henryku, ostatnich z tych, którzy trwali na ziemi przodków do czasu ostatecznego wchłonięcia jej przez ekspansywne państwo sowieckie. A skoro o Skirmuntach, to nie może zabraknąć również wzmianek o Konstancji Skirmunt. I znów pojawia się nazwisko Niny Łuszczyk-Ilienkowej i jej syna Wiaczesława, który zadbał o upamiętnienie osoby Romana Skirmunta w porzeckim parku.

Miasteczko Motol i Weizmannowie z kolei, wydobywają z mojej pamięci poznanego parę lat temu Aviego Weizmanna, potomka tej zasłużonej dla Izraela rodziny, który wracał podczas swych opowieści do czasów sprzed I wojny światowej, gdy Weizmannowie mieszkali w Motolu.

Z Motola przenosimy się do opisów ruchów sekciarskich na Polesiu i ich znaczenia po I wojnie światowej na zapadłych, bagnistych terenach zmienionych zupełnie po rewolucji, autorstwa entografa i badacza Polesia Józefa Obrębskiego. Okazuje się że protestanckie odłamy chrześcijaństwa były prawdziwą ostoją duchową dla ludzi w czasach Związku Radzieckiego, a i dziś mają się nieźle. Świetna i ciekawa kontynuacja interesujących opisów Obrębskiego.

Nie zabraknie w książce historii księży katolickich, utrzymujących trwanie religii na Polesiu za czasów Związku Radzieckiego, z najsłynniejszym z nich, ks. Kazimierzem Świątkiem, wejdziemy w świat przedwojennych dóbr radziwiłłowskich i angielskiego oryginała - de Wiarta opisywanego choćby przez Józefa Mackiewicza. Są i Dereszewicze Kieniewiczów, potraktowane przez autorkę nieco ironicznie.

Czy książka ma wady? Ma. Nie rozumiem choćby czemu miało służyć zamieszczenie rozdziału o kołtunie, tak jakby ta choroba (ba! - zjawisko) było charakterystyczne szczególnie dla Polesia. Ale jest to wada niewielka w porównaniu z całą zawartością książki.

Moja fascynacja Polesiem wciąż trwa. Mimo, że byłem w Pińsku dwukrotnie, chętnie odwiedziłbym to miasto raz jeszcze. Jego czar (poza korzeniami rodzinnymi) uświadomił mi cytat z "Imperium" Ryszarda Kapuścińskiego, zamieszczony w ostatnim rozdziale książki, poświęcony osobie Szwedki Marii Söderberg: "Moje pierwsze spotkanie z Imperium odbywa się przy moście łączącym miasteczko Pińsk z Południem świata".  Coś w tym jest. Miasto leżące nad morzem, które powstaje podczas wiosennych roztopów rzeczywiście wydaje się takim łącznikiem.

Jestem książką wciąż zachwycony i uważam, że jest to pozycja typu "must be read" dla wszystkich w jakiś sposób zainteresowanych Polesiem.

Małgorzata Szejnert "Usypać góry. Historie z Polesia", Wydawnictwo Znak, Kraków, 2015

środa, 9 września 2015

Dzięki pomocy innych genealogów ...

Kiedy w zeszłym roku skontaktował się ze mną pan Rafał, nie sądziłem, że tak dużo dowiem się o losach najstarszej siostry prababci Antoniny Krupy z Krzysztofików, Elżbiety. Moja ś.p. babcia nie wiedziała nic o swojej ciotce, gdy jeszcze miałem możliwość pytać. Internet to potęga, mógłbym po raz kolejny powtórzyć.

W tym roku na wiosnę dzięki panu Rafałowi, ustaliłem z dużym prawdopodobieństwem, jak nazywali się 4xpradziadkowie w linii Krzysztofików, czyli pradziadkowie Antoniny i Elżbiety. Jeszcze 28 czerwca 2013 roku pisałem:


"Przejrzenie duplikatów ksiąg stanu cywilnego parafii Sławno Opoczyńskie za lata 1834-1850 pozwoliło rozwiać wątpliwości. Stanisław urodził się 14 listopada 1841 roku. Musiał być najmłodszym dzieckiem Bonifacego Krzysztofika i Magdaleny bądź Marianny lub też Małgorzaty (w różnych odnalezionych metrykach kobieta ta występuje pod trzema różnymi imionami), gdyż po nim nie odnalazłem już żadnej metryki urodzenia dzieci Bonifacego."

Wspomniany Stanisław to ojciec Antoniny, czyli mój prapradziadek. Pan Rafał zaś podesłał odnalezioną metrykę ślubu 3xpradziadków.

Ślub miał miejsce w Zachorzowie 29 stycznia 1823 roku. Wspomniany wyżej Bonifacy występuje pod imieniem Bonawentura, które jest innym wariantem tego samego imienia. Jego żoną zostaje zaś Małgorzata Martyka. Z dużym prawdopodobieństwem więc, to właśnie imię nosiła 3xprababcia. Jeśli kiedyś sięgnę do metryk z parafii Sławno Opoczyńskie z okresu przed 1834 rokiem, być może ostatecznie potwierdzę, iż nie istniało na jej terenie inne małżeństwo Krzysztofika i Martyki o imionach, jak we wspomnianej metryce ślubu. Według niej moimi 4xpradziadkami byli:

Franciszek Krzysztofik i Salomea z Rudkowskich z Zachorzowa oraz Józef Martyka i Franciszka Jakobczyk, również mieszkający na gospodarstwie w Zachorzowie.

***

Niedawno skończyłem przeglądanie płyty DVD zawierającej "Akta stanu cywilnego parafii rzymskokatolickiej w Odolanowie z lat 1808-1874", otrzymanej dzięki Krystynie, z którą być może mam wspólne korzenie w wieku XVIII, kto wie? 1,5 roku przeglądania w wolnych chwilach 162 plików zapisanych w pdfie! Potrzeba determinacji do takiej systematyczności i zaangażowania. Nie są to kompletne zbiory ksiąg. Z lat 1815-1816 płyta zawiera tylko ekstrakty dokumentów. Z lat 1813-1814 tylko zgony, ekstrakty dokumentów i zapowiedzi ślubów, z lat 1807-1813 tylko urodzenia i ekstrakty dokumentów. Ale i tak ogrom danych genealogicznych znajdujących się na płycie jest nie do przecenienia. W jednym z dokumentów z początków XIX wieku odnalazłem nawet informację o ślubie białostoczanina osiadłego na terenie parafii odolanowskiej, niejakiego Lenczewskiego.

Dzieliłem się już radością z odnalezienia aktu zgonu 4xpradziadka Jana Uzarka. Przejrzenie pozostałych plików pozwoliło mi poczynić dalsze ustalenia i cofnąć informacje o bezpośrednich przodkach o jedno pokolenie wstecz.

W roku 1823 odnalazłem akt ślubu Jana z Rozalią z Kubiców. Odbył się 22 listopada w kościele odolanowskim. Jan Uzarek (zapisany jako Usarek) - wdowiec i Rozalia z Kubiców  - panna, w chwili ślubu mieli odpowiednio 31 i 20 lat i mieszkali w Garkach. Jako profesję małżonków wpisano Gospod., czyli gospodarze. Świadkami na ślubie byli Marcin Usarek i Andrzej Kociński. Niestety w metryce nie wpisano imion i nazwisk rodziców nowozaślubionych. Ale  sam zapis daje pośrednie wskazówki dotyczące poprzedniej żony Jana. Skoro wziął bowiem ślub w roku 1823, to z dużym prawdopodobieństwem jego musiała ona zakończyć ziemski żywot w tym samym roku lub niewiele wcześniej. Liczne rodziny na ówczesnej wsi wymagały rąk męskich i kobiecych do utrzymania gospodarstwa. Ślub zawierano z reguły dość szybko po zgonie poprzedniego małżonka.

Rzeczywiście, w roku 1823, 14 września w Garkach, przy połogu umarła 36-letnia chałupniczka Katarzyna z Jarzągów z męża Jana Usarka. Jednak w zapisach z września roku 1823 nie odnalazłem żadnej adnotacji o narodzinach, czy też zgonie dziecka Jana i Katarzyny. Aby mieć pewność, że Katarzyna była poszukiwaną przeze mnie żoną Jan, powinienem odnaleźć akta urodzenia dzieci Jana i Katarzyny, wymienionych w akcie zgonu Jana Uzarka z 1854 roku: Katarzyny, Józefa, Barbary i Jana.

Nie odnalazłem akt urodzenia Katarzyny i Józefa, z powodu braków ksiąg z okresu, który mnie interesowwał na płycie, ale już pod datą 3 maja 1819 roku odnalazłem akt urodzenia Barbary Uzarek, córki Jana Uzarka i Katarzyny z Jarzągów, 24 sierpnia 1821 roku zaś akt urodzenia Jana Uzarka, brata rodzonego Barbary. Odnalazłem także akt urodzenia Michała Uzarka, co do którego wyraziłem swoje wątpliwości w artykule o Janie Uzarku.  Michał urodził się 1 października 1824 w Garkach z Jana i Rozalii. Barbara i Jan okazali się więc starsi w porównaniu z zapisami w metryce zgonu swego ojca z roku 1854. Trudno w 100 % podać przyczynę dlaczego tak się stało. Nie znamy bowiem okoliczności spisywania tej metryki i powstania pomyłki. Być może osoba podająca dane o dzieciach Jana Uzarka nie orientowała się dokładnie w sprawach rodzinnych zmarłego.

To jednak nie był koniec mych ustaleń. W zapowiedziach ślubów z roku 1814 odnalazłem bowiem taki oto zapis:

"z Bogdaju
Roku tysiącznego osmsetnego czternastego dnia dziewiątego miesiąca stycznia w niedzielę
My, Urzędnik Stanu Cywilnego Gminy Odolanowskiey, powiatu odolanowskiego w Departamencie Kaliskiem udawszy się przed drzwi głowne w miescie do domu gminnego o godzinie dwunastey w południe donieslismy ogłosielismy po pierwszey raz rozeszło przyrzeczenie małżeństwa między wdowcem Janem Usarkiem liczącym lat dwadzieścia jeden, gospodarz wsi Garkach zamieszkały, syn Macieia Usarka i Rozalii z Markowskich spłodzonem synem z iednej, a wdową Katarzyną Cierpkową z Jarzągów, lat trzydziesci trzy mającą, gospodynią wsi Bogdaiu zamieszkałą, córką Macieia Jarząga iuż zmarłego i Barbary Szewczyków z drugiej strony. ..."

Zwraca uwagę duża różnica wieku między przyrzekającymi sobie małżeństwo - 12 lat. Co ciekawe zarówno Jan, jak i Katarzyna są we wdowieństwie. Niestety nie odnalazłem żadnych zapisów dotyczących pierwszej żony Jana. Ale dowiedziałem się przynajmniej, że Rozalia z Kubiców, moja 4xprababcia była dopiero trzecią, a nie drugą żoną mego 4xpradziadka.

Ostatnim znaleziskiem był dokument spisany 31 października 1812 roku, stanowiący ekstrakt akt urodzenia Jana Uzarka. Wynika z niego, że urodził się 8 lipca 1772 roku w Garkach z pracowitego Macieja Uzarka i żony jego Rozalii.

Moi 5xpradziadkowie w tej linii to Maciej Uzarek i Rozalia z Markowskich. Otrzymałem sporo nowych informacji, stanowiących bazę do dalszych poszukiwań. Dzięki wizycie w AA w Poznaniu wiem, że dostępne księgi metryczne z Odolanowa sięgają dużo dalej w przeszłość, a więc jest w czym szukać.

Ciekaw jestem do jakich ciekawych odkryć genealogicznych doszli inni czytelnicy bloga. Może odkrycia te też są związane z parafiami tu wzmiankowanymi: Sławnem Opoczyńskim i Odolanowem?

niedziela, 23 sierpnia 2015

Bieszczady

Nie chciałbym wymądrzać się na temat Bieszczadów. Byłem tam tylko przez tydzień. Na zobaczenie wielu ważnych miejsc nie starczyło czasu. Nie sposób było dotrzeć do wielu tych mniej ważnych, nasiąknąć klimatem, poznać ciekawych ludzi gór. Ale nawet po tak krótkim czasie mam swoje spostrzeżenia, ulubione miejsca, wspomnienia i wiem już czym są Bieszczady w rzeczywistości, a nie tylko w wyobrażeniu. Być może moje uwagi kogoś rozśmieszą, wydadzą się zbyt płytkie tym, którzy znają Bieszczady od podszewki, ale mam nadzieję, że mogą być ciekawe dla osób, które w Bieszczadach jeszcze nie były lub dla tych, które opisywane miejsca widzą trochę inaczej.

Jeszcze przed wyjazdem nie raz słyszałem opinie, że Bieszczady już nie są tak dzikie, jak kiedyś lub, że szlaki w tych górach są przeludnione. Trudno jest mi się wypowiadać w pierwszej kwestii, gdyż nie znam innych Bieszczadów, niż tegorocznych, ale gdybym miał porównać je z Tatrami sprzed lat 20-u, Peninami bądź nadbałtyckimi kurortami, jest to wciąż miejsce mogące uchodzić za dzikie. Na szlakach górskich wcale nie spotykaliśmy tłumów (poza wejściem na Tarnicę, ale i tu nie musieliśmy stać w kolejce, jak słyszy się o wejściach na niektóre szczyty na przykład w Tatrach). Faktem jest, że szlaki prowadzące na ten najwyższy szczyt Bieszczad są mocno "zryte" przez buty turystów. Bieszczadzki Park Narodowy zabezpieczył je informując na towarzyszących ogrodzeniom tablicach o planach odtworzenia zniszczonej roślinności bieszczadzkiej. Chciałbym również dodać, że w Bieszczady pojechaliśmy w trakcie rekordowych tegorocznych upałów, które mogły odstraszyć od chodzenia po górach potencjalnych turystów, co sprawiło w rezultacie, że nie przyjechało ich tyle co zwykle. Ale to tylko dywagacje, których nie jestem w stanie sprawdzić w tym momencie.

"Sosnowy Dwór" w Krzywym koło Cisnej, gdzie mieściła się nasza baza noclegowa miał w każdym bądź razie komplet turystów. Jest to miejsce czyste, bardzo wygodne, gdzie można się dobrze wyspać, posiedzieć w fotelu bądź na tarasie z kawą i książką, zjeść kiełbaski z ogniska, czy pograć w piłkę na nieopodal położonym boisku. W cenę pobytu wliczone są również śniadania. Mogę stwierdzić, że je się tam smakowicie (wędliny wysokiej jakości, jajecznica - palce lizać, serki wyrabiane na miejscu przez spiritus movens miejscowych kulinariów, panią Izę, rosół na kaczce, którego pewnego dnia dostaliśmy do obiadu - delicious).

Podkreślam sprawy kulinarne, gdyż niestety dobrze, smacznie i zdrowo zjeść w Bieszczadach nie było nam łatwo. Gdy trafialiśmy do miejsc, gdzie nam smakowało, porcje były niewielkie, zaś tam gdzie karmiono obficie, zazwyczaj były to potrawy średniego lotu. Było więc raczej przeciętnie.

To co oferują Bieszczady i jest niepowtarzalne to widoki górskie. Odsłonięte połoniny sprawiają, że przed naszymi oczami rozciągają się dalekie górskie krajobrazy. Wchodzimy na szczyt i możemy nie schodząc niżej iść przed siebie i zachwycać się różnymi odcieniami żółci, zielenie, a w końcu szarości. Są też bardziej strome podejścia dla osób lubiących wysiłek. W ciągu krótkiego tygodniowego czasu udało nam się na przykład wejść na Jawornik, gdzie wejście od Wetliny jest dość strome, Smerek od od strony Kalnicy (piękne widoki), Tarnicę od Ustrzyk Górnych i Wielką Rawkę oraz Krzemieniec. Podczas ostatniej z wypraw mieliśmy do czynienia z szerokim spektrum pogodowym, jakie można napotkać w górach. Na Wielką Rawkę z wywieszonymi językami wdrapywaliśmy się w upale. Później zaliczyliśmy trójstyk granic na Krzemieńcu i wracając już  z Wielkiej Rawki w stronę schroniska Bacówka musieliśmy pokonywać ścianę deszczu w otoczeniu błyskawic i grzmotów. Siedzieć wkrótce przy kawie i żurku w schronisku było właśnie tym, co można sobie wymarzyć.




Widok z Jawornika (1047 m n.p.m.)


Tarnica (1346 m n.p.m.)


Widok z Wielkiej Rawki (1304 m n.p.m.)

***
W upały ciężko jest chodzić po górach, więc organizowaliśmy sobie przerywniki. Podczas pobytu na basenie w Bystrem koło Baligrodu, wybrałem się na krótką przechadzkę w stronę szosy. Tuż przy niej natknąłem się na ciekawy obelisk.



"tam granica świata.
Za Baligrodem wjeżdża się jak w czarne gardło.
Droga i rzeka to jedno jest i toż samo,
a od rzeki z jednej i drugiej strony
wznoszą się czarne ściany jodeł i smereków"
Aleksander Fredro "Trzy po trzy"

Został postawiony na pamiątkę pobytu Aleksandra Fredry w miejscowości Rabe koło Baligrodu. Rabe od Bystrego dzieli tylko 3 km. A jej dziedzicem ponad 200 lat temu był Jacek Fredro (1770-1828), ojciec poety.

Gdy wróciliśmy wieczorem do Sosnowego Dworu, sprawdziliśmy w dostępnych źródłach i okazało się, że okolice Rabego i Bystrego są na tyle ciekawe, że warto poświęcić im jeden z dni wolnych od wspinaczki.

Zaczęliśmy od Bystrego, gdzie tuż przy szosie Cisna-Baligród położony jest niszczejący stary cmentarz. Do pierwszej wojny światowej stała na nim drewniana cerkiew, ale zniszczona w czasie działań wojennych, nigdy nie została odbudowana - mieszkańcy korzystali z cerkwi w nieodległym Baligrodzie. Na cmentarzu znajduje się tylko jedna płyta z czytelną inskrypcją - właściciela dóbr Łubne Józefa Jorasza (1817-1896) oraz jego dzieci. Pozostałe nieliczne nagrobki ich nie posiadają.







Z cmentarza pojechaliśmy jeszcze kawałek samochodem w górę szosy do letniskowej części dzisiejszego Bystrego. Stamtąd w lewo pod górę pnie się droga do Rabego i to przy niej trafiłem na obelisk poświęcony Aleksandrowi Fredrze. Z lewej strony tejże drogi nadleśnictwo utworzyło ścieżkę dla pieszych, prowadzącą wzdłuż lasu i towarzyszącą płynącemu malowniczo obok Rabskiemu Potokowi. Idealne miejsce, aby przysiąść na kamieniu i ochłodzić stopy w zimnej wodzie strumienia. Podobno w wodach Rabskiego Potoku pływają niezwykle rzadkie strzeble potokowe i głowacze białopłetwe. 

Oddalając się stopniowo od potoku idziemy w stronę kamieniołomu w Huczwicach. W pionowych ścianach kamieniołomu widać podobno kryształki czerwonego realgaru i żółtego aurypigmentu. Kryształki te podobno można znaleźć i w okolicach potoku. Po powrocie do domu i porównaniu ze zdjęciami w internecie okazało się, że przywieźliśmy dwa czerwonego koloru kryształki arsenu. Kolor ziemi stopniowo zmienia się przybierając gdzieniegdzie odcień jasnej czerwieni. Nic dziwnego. W okolicach znajduje się sporo rud darniowych, a Jacek Fredro, ojciec Aleksandra wytapiał z nich w Rabem żelazo na przełomie XVIII i XIX wieku. Dochodzimy do ściany kamieniołomu i naszym oczom ukazuje się olbrzymia skała, na której szczycie widać trzymające się kurczowo ziemi pnie drzew.



Rabe dziś nie istnieje jako wieś. Znajduje się tu tylko leśniczówka. Podzieliła los wielu innych miejscowości bieszczadzkich po II wojnie światowej. W latach 1977-1983 miejsce po dawnej wsi zwano Karolowem (od Karola Świerczewskiego), później wrócono do starej nazwy. Od 1974 przez pewien czas miało status uzdrowiska. Dziś Uzdrowisko Rymanów Zdrój utrzymuje tu jedną studnię zwaną Źródłem Rabskim z wodą źródlaną bogatą w związki mineralne, mającą właściwości lecznicze. Zlokalizowana jest kawałek za kamieniołomem przy drodze z Bystrego. Całkiem smaczna, o nieintensywnym zapachu.



Z Rabem związane jest jeszcze jedno ciekawe miejsce. Należy pójść jeszcze dalej piaszczystą drogą od Bystrego, mijając po lewej rezerwat Gołoborze. Wkrótce za zakrętem znajdziemy ścieżkę w lewo prowadzącą do kapliczki leśnej Synarewo wybudowanej najprawdopodobniej w początkach XIX wieku. Spod kapliczki wypływa źródełko uważane za cudowne o właściwościach leczniczych. Gdy tam doszedłem ledwo się sączyło.




Było pusto, cicho, gorąco, pod oknem leżały stare zeszyty wypełnione wpisami pielgrzymów i turystów oraz aktualna księga intencji.

Dotarłem do miejsc pobudzających wyobraźnię. Dotychczas Aleksander Fredro kojarzył mi się ze "Ślubami panieńskimi", "Zemstą" czy bajką wierszowaną "Paweł i Gaweł". Dzięki pobycie w Bystrem dowiedziałem się, że istotna część jego życia związana była z Bieszczadami, co znalazło odzwierciedlenie w twórczości. Samo Rabe zaś i okolice, niezależnie od Fredry, oferują wiele różnego rodzaju atrakcji.

środa, 19 sierpnia 2015

Rybniki, krzyż i dygresje okołowycieczkowe

Bywa, że na wycieczkę jedziemy nie przygotowani. Zapominamy sprawdzić w domu szczegóły dojazdu, lokalizacji ważnych obiektów bądź innych istotnych rzeczy. Wtedy pytamy już na miejscu okolicznych mieszkańców. Z reguły potrafią naprowadzić nas na właściwą ścieżkę, ale zdarza się też, że nie. Czasami wręcz podpowiadają fałszywe tropy.

Błądzimy wtedy, poirytowani często i źli na siebie samych. Ale bywa, że takie nieprzygotowanie skutkuje wieloma nieoczekiwanymi odkryciami. Tak też było i tym razem, gdy z wraz z rodziną oraz Jurkiem i Krzyśkiem pojechałem tego lata do Rybnik.

Po wysłuchaniu reportażu Agnieszki Czarkowskiej zatytułowanego "Testament" postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę śladami straconego z wyroku komunistycznego sądu w roku 1946, żołnierza niepodległościowego podziemia Aleksandra Rybnika. W Białymstoku na ścianie budynku dawnego kina "Ton", gdzie był sądzony, znajduje się tablica pamiątkowa, zaś przy kościele w Starosielcach, skąd pochodził, symboliczny krzyż, gdyż szczątki Aleksandra Rybnika do dziś nie zostały odnalezione.






Nas najbardziej interesował krzyż poświęcony Aleksandrowi Rybnikowi, postawiony w latach 80-ych przy lesie nieopodal wsi Rybniki przez syna - Jerzego Rybnika. Niestety nie przyjrzeliśmy się dokładnie zdjęciu na stronie Radia Białystok, dzięki któremu w łatwy sposób można określić jego lokalizację.

Dojeżdżając do wsi, pięknie położonej na rozległej polanie w Puszczy Knyszyńskiej, skręciliśmy z szosy augustowskiej w prawo, w stronę zwartej wioskowej zabudowy, mając nadzieję, że napotkani mieszkańcy wskażą nam drogę do krzyża.

W reportażu Jerzy Rybnik opowiada, że stoi on przy drodze niedaleko gajówki. (Gdybyśmy spojrzeli na towarzyszące reportażowi zdjęcie, wiedzielibyśmy, o jaką drogę chodzi.) Pytając ludzi, wspominaliśmy również o rzece Krzemiance przepływającej nieopodal krzyża, wzmiankowanej w reportażu. A to już wystarczało, aby kierować nas do lasu obok dawnej, spalonej już gajówki, na wschód od wsi. Krzemianka bierze swój początek po lewej stronie szosy do Augustowa, ale wkrótce ją przecina i płynie wzdłuż wschodnich granic wsi Rybniki na prawo od augustowskiej szosy. Nikt też nie kojarzył krzyża, do którego nas kierowano z osobą Aleksandra Rybnika, ale każda z napotkanych osób potwierdzała, że postawiony został dla upamiętnienia walk partyzanckich AK. Niektórzy co prawda wspominali, że przy szosie do Augustowa, niedaleko drogi do Kopiska, stoi inny krzyż związany z walkami partyzanckimi AK, ale miejsce to wydawało nam się zbyt dalekie od  wsi Rybniki.

Wjechaliśmy więc do lasu pod górę piaszczystą drogą, a następnie zatrzymaliśmy się przy polanie leśnej. W lewo od drogi poszliśmy ścieżką do miejsca pamięci narodowej. Dotarliśmy do krzyża i towarzyszącego mu pomnika. Napis na nim głosił: "Żołnierzom IV-go Insp. AK poległym za wolną Polskę w dniu 8 VII 1945 r., kpr. NN ps. Mściwy, szer Dresler Władysław ps. Wężyk. Cześć ich pamięci."



Jak się okazało, dotarliśmy do miejsca, w którym odbyła się jedna z największych bitew na Białostocczyźnie po zakończeniu II wojny światowej, znana jako Bitwa pod Ogółami. Jednak nie tego krzyża szukaliśmy. Wróciliśmy do wsi, nadal pytając okolicznych mieszkańców oraz penetrując wszystkie możliwe zakątki wokół wsi. Niedaleko leśniczówki natknęliśmy się na krzyż przydrożny postawiony przez Wincentego Rybnika jeszcze przed II wojną światową: "Od nagłej niespodziewanej śmierci zachowaj nas Panie. Ta pamiątka od Wincentego Rybnika dla całej jego rodziny, jako żołnierza amerykańskiego. Ten pomnik postawiony w 1931 roku."



Nieopodal zaś przy drodze prowadzącej do kolonii Rybniki, ujrzeliśmy stary drewniany krzyż zwieńczony u szczytu kutym ażurowym krzyżem żelaznym, jakie rozpowszechniły się na Podlasiu w wieku XVIII, a stawiane były jeszcze przy drogach w początku ubiegłego stulecia.



Spalona gajówka, koło której stał pomnik bitwy pod Ogółami, leśniczówka przy drodze do kolonii, inna położona bliżej rezerwatu Krzemianka. Namnożyło się tych miejsc, przy żadnym nie odnaleźliśmy krzyża postawionego ojcu przez syna. Nie przyszło nam do głowy, aby odszukać krzyż nieopodal drogi do Kopiska. Ja zaś podczas tej jazdy tu i tam, przypomniałem sobie osobę księdza Pawła Grzybowskiego, łączącego, podobnie jak Aleksander Rybnik, podbiałostockie Starosielce, gdzie odbudowywał życie parafii po pierwszej wojnie światowej z Rybnikami, gdzie zginął tragicznie w stodole przy gajówce.  Zastanawiałem się, o którą gajówkę może chodzić:

"15 sierpnia 1932 r. w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny spełniał posługę duszpasterską w swojej parafii w Starosielcach. Myślał już o jutrzejszym wyjeździe na obóz do swoich harcerzy w Rybnikach. Miał być tam tylko jeden dzień. Jego przyjazd uradował wszystkich harcerzy. Nie chcieli go wcześniej puścić do domu. Pozostał więc z nimi na apelu i ognisku wieczornym. Spóźnił się tym samym na ostatni pociąg jadący do Białegostoku i Starosielc. Musiał nocować, by następnego ranka odjechać do swojej parafii.

Postanowił przespać się na sianie w stodole należącej do tamtejszej gajówki. Było już późno i ciemno, kiedy wchodził po drabinie. Drabina, opierająca się o "klepisko", pod ciężarem wspinającego się ks. Pawła, osunęła się w dół. Ksiądz z wysokości paru metrów spadł na stojącą obok żelazną sieczkarnię. Upadek okazał się tragiczny. Ks. Grzybowski stracił przytomność i po kilku godzinach zmarł. Miał niespełna 58 lat."

Po drugiej stronie szosy augustowskiej, naprzeciw wjazdu do wsi, odczytaliśmy inskrypcje z dwóch innych ciekawych krzyży:

"Od powietrza, głodu, ognia i wojny zachowaj nas Panie. Pamiątka młodzieży ogólnej wsi Rybniki. 1 września 1928 r."



"Wincenty Pietreniuk. Żył 25 lat. Poległ na froncie francuskim w 1917 r. Proszę o zdrowaś Marya. Ta pamiątka od ukochanej matki Karoliny Pietreniuk."



Tam zakończyliśmy wycieczkę nie odnajdując poszukiwanego krzyża.

***

Po powrocie do domu, Jurek pierwszy przyjrzał się zdjęciu na stronie radia Białystok. Za chwilę, dzięki Google Maps, miał już pewność, gdzie stoi poszukiwany przez nas krzyż.

Pojechaliśmy tam pewnego popołudnia. Odnaleźliśmy go z łatwością.





Postawiony nocą w stanie wojennym, przypominał krzyż przydrożny, jakich wiele stoi przy szosach. Być może dlatego też przetrwał. Drogą obok krzyża weszliśmy do lasu. Tuż obok znajduje się odkryta w roku 1991 przez leśnika Romana Pruskiego prehistoryczna kopalnia krzemienia. Dość trudno do niej trafić ze ścieżki przyrodniczej rozpoczynającej się przy parkingu w rezerwacie Krzemianka, o czym nie raz miałem okazję się kiedyś przekonać. Według reportażu, w okolicach krzemiankowego wzgórza miał znajdować się bunkier partyzancki, ale na jego pozostałości tym razem nie natrafiliśmy.

Wojciech Kowalczuk, "Krzyż kowalski na Podlasiu", Muzeum Podlaskie w Białymstoku, 2013

Ks. Kazimierz Kułakowski, "Ks. Paweł Stanisław Grzybowski (1874 - 1932)", Białostocczyzna, nr 23/1991.