wtorek, 20 stycznia 2009

Łącznik między pokoleniami

Notka opublikowana w "salonie24", 2 stycznia 2008 roku.


Zakładając blog, myślałem że będę pisać trochę o polityce, trochę o lokalnych sprawach, jednak czas pokazał, że niekoniecznie tak musi być. Na politykę nie mam ostatnio ochoty. Ogólny kierunek działań rządu w kraju (powrót do „normalności” sprzed rządów PiS) i na zewnątrz (koncepcja proszącego i łaszącego się do możnych tego świata petenta), jaki nastał po wyborach w październiku mocno mi się nie podoba. Nie chcę uprawiać ciągłej krytyki rządu PO-PSL. Inni robią to ode mnie lepiej. Chciałbym pisać o plusach wynikających z działań rządu, a tych na razie nie widzę.

Na systematyczne interesowanie się sprawami lokalnymi zwyczajnie nie mam czasu. Będę więc o nich pisał od przypadku do przypadku. Pojawiły się inne ciekawe blogi mieszkańców Podlasia w salonie (wenhrin, oryszczyszyn), gdzie sprawy lokalne są ciekawie opisywane.

Od kilku już lat „kręci mnie” dość mocno genealogia, czyli odkrywanie swych korzeni rodzinnych. A że historii związanych z mymi poszukiwaniami mam w głowie sporo, czasami niektóre z nich aż się proszą, aby ujrzeć światło dzienne. Poniższą historię dedykuję Sosence, której kiedyś obiecałem, że o pewnej niesamowitej znajomości napiszę.
Sprawa zaczęła się mniej więcej jesienią 2005 roku. Od dawna już główkowałem nad możliwością odnalezienia potomków braci prababci Agaty, która wraz z dziećmi opuściła Pińsk wczesną wiosną 1940 roku udając się na Wołyń, po wojnie zaś trafiła na tzw. Ziemie Odzyskane. Z braćmi Janem i Antonim, pozostałymi w Pińsku nie utrzymywała kontaktu.

Na jednym z portali pińskich zamieściłem ogłoszenie, że poszukuję kontaktu z rodziną Szczerbaczewiczów, która przed wojną mieszkała w Pińsku. Podałem kilka innych szczegółów i ... po jakichś dwóch tygodniach dostałem e-maila od młodego historyka związanego z Pińskiem, który zaoferował, że w swych notatkach, dostępnych dokumentach, odszuka potrzebne informacje i być może uda mu się nawiązać kontakt z potomkami Jana i Antoniego.
Była to dla mnie prawdziwa petarda. Odpisałem najszybciej, jak można, że Agata urodziła się w rodzinie prawosławnej, podałem datę, imiona jej rodziców (Filip i Paulina Szczerbaczewicz), informację o tym, że mieszkali przy ulicy Krzywej, w miejscu, gdzie kiedyś stał zamek Wiśniowieckich, napisałem też, że Filip zmarł dość wcześnie, bo jeszcze przed I wojną światową.

Kolejnego dnia znów e-mail z Pińska i nowe dla mnie informacje:

Paulina Szczerbaczewicz mieszkała przy Krzywej 3. Nie ma już tej ulicy, nie ma też domu Pauliny (tego nie wiedziałem.) Uliczka Krzywa na przedmieściu Pińska, zwanym Karolin, łączyła ulicę Browarną (obecnie ulica Kulikowa) z ulicą Karolińską (obecnie ulica irkucko-pińskiej dywizji). Z przedwojennych zabudowań ulicy Krzywej, zachował się tylko budynek byłej szkoły żydowskiej. Drewniany dom Pauliny Szczerbaczewicz był jedynym domem chrześcijańskim przy tej ulicy. Pozostałe należały do rodzin żydowskich.
Tu dodam tylko, że dzięki tak rozpoczętej znajomości wyruszyłem na Białoruś i odwiedziłem Pińsk ponad rok później, byłem przy grobach Filipa i jego synów Antoniego i Jana na starym pińskim cmentarzu, spotkałem się z rodzinami ich potomków. O swej wyprawie napisałem w notce "Podróż do przeszłości".

Pora jednak wrócić do właściwego wątku, zwłaszcza że dalszy ciąg e-maila przynosił kolejną bombę. Okazało się, że osoba, która pisała do mnie z drugiej strony łącza internetowego miała kontakt z potomkami żydowskich sąsiadów Pauliny Szczerbaczewicz. Przy ulicy Krzywej 1 mieszkała rodzina Nochima i Malki Aszpizów. Ich syn Litman wraz z żoną i dziećmi został w 1940 zesłany przez NKWD w rejon Ałtaju. Pozostali członkowie licznej rodziny Aszpiz, którzy zostali w Pińsku, zginęli przed i podczas likwidacji pińskiego getta przez Niemców w 1942 roku.

Miałem więc adres mieszkającego w Izraelu wnuka Nochima i Malki, urodzonego pod koniec lat dwudziestych i jesienią 2005 napisałem do niego list po angielsku (wątek językowy jest dość istotny). Nadzieja, że odpisze niewielka. Minął jeden miesiąc, drugi, wreszcie tuż po świętach Bożego Narodzenia 2005 roku dostałem odpowiedź w języku rosyjskim. Mosze pamiętał moją praprababcię, pamiętał jak go karmiła w dzieciństwie w domu dziadków. Była traktowana jak domownik, być może dlatego, że pełniła rolę niani lub pomocy domowej. Koniec listu kończył się podziękowaniami za mój list, który pozwolił temu niemłodemu już człowiekowi wrócić pamięcią ponad 65 lat wstecz do szczęśliwej krainy dzieciństwa. Na końcu podany był numer telefonu.

Zadzwoniłem w sylwestra. Odebrała kobieta. Przedstawiłem się po angielsku. Usłyszałem po drugiej stronie wołanie dźwięcznym głosem: - Moojsze!

Za chwilę w słuchawce odezwał się męski głos z prośbą, abyśmy przeszli na rosyjski, gdyż jego angielski jest dość słaby. Na to ja, że z moim rosyjskim też nie najlepiej. Kolejna propozycja: - To może po polsku?

Szok. Tak dobrej polszczyzny się nie spodziewałem. Człowiek, który do Izraela trafił przez Austrię i Niemcy w 1947 roku i nie odwiedzał Polski od tego czasu, mówił powoli, ale bezbłędnie.

- Wie Pan kto nas odprowadzał na stację, gdy wywozili nas na Ałtaj? Paulina!

Na koniec długiej rozmowy złożyliśmy sobie życzenia noworoczne.

Prawie rok później wysłałem kolejny list z życzeniami i zdjęciami z wyprawy do Pińska. Mosze zadzwonił kilka tygodni później z podziękowaniami i zaproszeniem do siebie, do Izraela.

Kolejny telefon chciałem wykonać w sylwestra, dwa dni temu. W słuchawce usłyszałem: wybrany numer nie istnieje. Wystukałem jeszcze kilka razy. To samo.

Pozostaje mi napisać list z nadzieją, że ktoś po drugiej stronie odpisze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz