środa, 27 października 2010

Gustaw Kerszman "Jak ginąć to razem"

W ostatnim okresie czytam dużo książek związanych z historią Białegostoku. A że jest to historia nierozerwalnie związana z liczną i zamożną społecznością żydowską, kształtującą nasze miasto w ciągu ostatnich wieków, nie sposób uciec od tematyki z nią związanej. Jak wiadomo kres społeczności żydowskiej przyniósł rok 1943, po którym mieszkały w moim mieście tylko nieliczni rozbitkowie z nawałnicy wojennej. Rok 1968 ostatecznie wyeliminował ich z krajobrazu miasta. Pozostały nieliczne pamiątki materialne.

Jeśli chodzi o wymienioną w tytule notki książkę, wszystko zaczęło się od zakupionej w zeszłym roku w białostockim oddziale Instytutu Pamięci Narodowej książki Ewy Rogalewskiej "Getto białostockie". To dzięki niej sięgnąłem później po wspomnienia Samuela Pisara, a całkiem niedawno właśnie po wspomnienia Gustawa Kerszmana. Muszę powiedzieć, że z dwóch powyższych pozycji wyżej cenię właśnie książkę drugiego autora. Zbyt dużo miejsca w książce Pisara zajmują wspomnienia powojenne dotyczące kariery politycznej, jaką osiągnął w Stanach Zjednoczonych. Książka Kerszmana jest inna, bliższa szarej rzeczywistości, pozbawiona wtrętów ideologicznych, uzasadniania swych działań chęcią osiągnięcia trwałego pokoju na świecie. Poza tym autor podejmuje ważne tematy dotyczące stosunków polsko-żydowskich. W sposób, który odstaje od sztampy nakazującej szkalować naród polski, czyniąc z nas największych zbrodniarzy na świecie (polskie obozy śmierci), tak modny wśród emigrantów pomarcowych (Autor książki także opuścił Polskę na fali wydarzeń marcowych), którzy albo nierzetelnie podchodzą do badania i przedstawiania faktów (Gross, Marzyński) albo świadomie kłamią (Kosiński). Jest w stosunku do nas Polaków krytyczny, ale wydaje się, sprawiedliwy. Krytycznie ocenia entuzjazm dużej części społeczności żydowskiej wobec okupanta sowieckiego, podając jednocześnie wyjaśnienia, dlaczego tak się działo.

"Moja rodzina cieszyła się z tego, że znalazła się pod władzą sowiecką, zamiast nazistowskiej. Zarazem wkroczenie Sowietów do Polski odbierano, jako cios w plecy. To uczucie znacznie nasiliło się później pod wpływem zachowania władz sowieckich na zajętych terenach. Nikomu z moich bliskich nie przyszłoby do głowy witać Armię Czerwoną, nie mówiąc już o kolaboracji. Oczywiście nie zapominano o narastającym antysemityzmie z czasów Drugiej RP i wszystkich obrzydliwościach z tym związanych. Nie miało to jednak nic wspólnego ze zgodą na rozbiór Polski.

[...]Inaczej reagowała znaczna część biedoty żydowskiej. Przyczyny tego łatwo pojąć. Ludzie ci mówili po polsku słabo lub bardzo słabo, nie byli związani z kulturą polską. Odrodzone państwo polskie nie starało się ich pozyskać, lecz przeciwnie, odpychało ich.

[...] Biedni Żydzi żyli w trudnych, nieraz dramatycznie złych warunkach materialnych. Spotykali się na każdym kroku z niechęcią, nieraz z nienawiścią. Witali więc Armię Czerwoną, gdyż - jak napisał jeden z publicystów - woleli, żeby mówiono do nich "towarzyszu" zamiast "ty parchu".

[...] Żydzi z klas posiadających byli nastawieni wrogo do komunizmu, ale nie zawsze do tego stopnia, co "aryjczycy" z tych klas. Znany białostocki fabrykant AZ opowiadał, jak na pytanie swojego niemieckiego kolegi, czy woli, aby Białystok okupowali Niemcy, czy Rosjanie, odpowiedział: "Wolę bolszewików." "Przecież zaraz pana posadzą jako fabrykanta" - zaoponował Niemiec. "Wolę siedzieć u bolszewików jako fabrykant, niż u Niemców jako Żyd" - odparł AZ."

Początek wojny zastał rodzinę małego Gustawa Kerszmana w Białymstoku. W 1943 roku rodzice w obliczu przeczuwanej likwidacji getta zdecydowali się przenieść do Warszawy. Po upadku Powstania Warszawskiego wraz z matką, przenosi się mały Gustaw do Skierniewic. Bardzo pouczające wydają się fragmenty dotyczące stosunku ukrywającej się ludności żydowskiej do Powstania Warszawskiego:

"Powstanie przeżywaliśmy w zasadzie tak, jak inni mieszkańcy Żoliborza. Wspólne były radości i nadzieje, smutki, troski i zawody.

Nasze odczucia różniły się od ogólnych pod dwoma tylko względami.

Jeśli dla większości czas powstania był najtrudniejszym okresem, dla nas był to czas najlepszy. Nie byliśmy przedmiotem polowania, nie baliśmy się donosicieli i szantażystów. Nasze szanse przeżycia powstania wynosiły, jak dla wszystkich, mniej niż 80 %, podczas, gdy dla Żydów pod okupacją prawdopodobieństwo przeżycia wojny nie przekraczało 2-3 %.

W czasie powstania groziła nam tylko "zwykła" śmierć wojenna: bomby, pociski, nie przerażało nas to już.

Drugą różnicą było to, że zwłaszcza w pierwszych chwilach powstania, dużo mówiono o planach i nadziejach na czas powojenny. My mieliśmy tylko nikłą nadzieję, że ktoś z bliskich przeżył. Żadnych planów nie robiliśmy."

Rzecz najważniejsza dla mnie w książce - opis ogólnej atmosfery odczuwanej przez Żydów żyjących pod okupacją niemiecką w Polsce:

"Nie ulega dla mnie wątpliwości, że znaczna większość Polaków ani nie ratowała Żydów, ani ich nie mordowała.

Ratowanie Żydów wymagało ofiarności, a nieraz bohaterstwa. Nie można nikogo winić, jeśli nie znalazł w sobie tych przymiotów. Wydawanie i mordowanie było ohydną zbrodnią. Nikt nie może się szczycić tym, że jej nie popełnił.

Istotnym problemem wydaje mi się coś mniej konkretnego i namacalnego niż ratowanie i wydawanie, mianowicie klimat.

Holocaustowi towarzyszyło niesłychane natężenie propagandy nienawiści. Była ona w czasie okupacji wszechobecna. Dla Żydów komory z gazem trującym i zatrute słowa zlewały się w jedną całość. Tym większe było zapotrzebowanie na dobre słowo, na dobre gesty, na wyrazy sympatii, nawet jeśli nie szły za nimi konkrety.

Mój dziadek uzyskał kiedyś przepustkę na wyjście z getta na parę godzin. Musiał chodzić jezdnią, z żółtymi łatami na piersi i plecach. Spotkał księdza katechetę ze swojej szkoły. Ten zszedł na jezdnię, wziął dziadka pod rękę i przeszedł z nim resztę drogi przyjaźnie rozmawiając. Gest ten, chociaż oczywiście nie uratował dziadka, miał ogromną wartość. Dziadek opowiadał o nim wszystkim znajomym i ksiądz pozostał we wdzięcznej pamięci rodziny. Myślę, że przykład ten dobrze ilustruje, co mam na myśli, gdy mówię o klimacie.

Niestety wspomniany przykład nie był charakterystyczny dla stosunków polsko-żydowskich w czasie okupacji.

Pewnego razu w roku 1943 jechaliśmy z mamą tramwajem w Warszawie. Młoda wiejska kobieta siedząca obok mamy na widok człowieka, idącego chodnikiem zawołała: "o, Żyd". "Skąd pani wie?" - zdziwiła się mama.

"Ja Żyda na milę poznam. Mieszkam we wsi niedaleko Treblinki. Tam często kręcą się Żydzi, którzy uciekli z transportu. Kiedyś przyszli dwaj, nawet dobrze mówili po polsku. Ja się z mężem posprzeczała, on mówi nie, ja mówię tak. Kazała mężowi dać im jeść, a sama poleciała i dała znać. I co pani powie? Moja prawda wyszła".

Jeżeli zapamiętałem tę rozmowę dosłownie, to nie dlatego głównie, że kobieta była donosicielką, ani nie dlatego, że właśnie mamie chwaliła się zdolnością do rozpoznawania Żydów. Przerażające było to, że donosicielka uważała, iż może opowiadać o tym obcym ludziom w tramwaju."

Dla pasjonatów historii Białegostoku ciekawe będą wspomnienia autora z pobytu w Białymstoku podczas toczącej się kampanii wrześniowej, okupacji sowieckiej, a także tragicznej dla społeczności żydowskiej okupacji niemieckiej. Chciałbym wspomnieć o jednej osobie, zapisanej na trwałe w historii Białegostoku, o dziadku autora książki - Józefie Zeligmanie często wzmiankowanego na jej stronach.

Józef Zeligman w książce Andrzeja Lechowskiego "Białystok. Przewodnik historyczny" wymieniany jest, jako dziennikarz. Istotnie, w 1910 roku wydawał rosyjskojęzyczną "Bielastocką Gazetę", która szybko przestała się ukazywać, a sam jeszcze tego samego roku rozpoczął wydawanie "Gołosu Biełastoka", adresowanego głównie do inteligencji i przemysłowców żydowskich. Wydawanie gazety zostało zawieszone w latach 1915-1919. Po 1919 roku miała profil socjalistyczny, jednakże po pierwszych wyborach samorządowych, w których ludność żydowska nie wzięła udziału, zmieniła go w kierunku społeczno-literackim. Siedzibą redakcji była kamienica przy ulicy Kilińskiego 10. Gazeta przestała ukazywać się w 1920 roku, a sam Józef Zeligman założył wraz ze współpracownikami Józefem Lebenhaftem i Jakubem Dereczyńskim Gimnazjum Koedukacyjne, mieszczące się w nieistniejącym dziś budynku przy ulicy Sienkiewicza 4.

W książce Gustawa Kerszmana po raz pierwszy nazwisko dziadka pada przy wspomnieniach z okupacji sowieckiej z lat 1939-41:

"Wkrótce cios spadł i na naszą rodzinę. Aresztowano mego dziadka - Józefa Zeligmana. Był on współwłaścicielem i dyrektorem prywatnego gimnazjum, które jako jedyne w Białymstoku kształciło katolików, Żydów i prawosławnych. Tylko na lekcjach religii dzieci różnych wyznań rozdzielały się i szły odpowiednio do księdza, rabina i popa. Dziadek był wielkim zwolennikiem integracji i przypisywał ogromną rolę w jej realizacji szkole. Inicjatywa integracyjna spotkała się z wrogością zarówno ze strony endecji i reakcyjnych kół katolickich, jak i ze strony reakcji żydowskiej. Dla tej ostatniej szczególnie obraźliwe było to, że lekcje odbywały się także w soboty. Przeciwko dziadkowi prowadzono kampanię nienawiści i koła klerykalno-nacjonalistyczne parokrotnie nieomal nie doprowadziły do zamknięcia szkoły. Gimnazjum bronił współpracownik Piłsudskiego Zyndram-Kościałkowski, który przez pewien czas był wojewodą białostockim oraz senator Roman, krajan dziadka z Suwałk. W obronie gimnazjum wystąpiła też Liga Inwalidów Wojennych Wojsk Polskich.

Dziadek był aktywnym uczestnikiem rewolucji 1905 roku i po jej upadku zmuszony był na pewien czas wyjechać na zachód. W czasie pierwszej wojny losy rzuciły go do Rosji, gdzie entuzjastycznie przyjął wybuch rewolucji lutowej. Miał poglądy lewicowo-liberalne i do bolszewików odnosił się krytycznie.

Uczeń gimnazjum Tykociński doniósł do NKWD, że w jakimś artykule dziadek napisał, iż w ZSRR panuje "obłuda wzbudzająca wstręt". To stało się powodem aresztowania."

Mamie Gustawa udało się spowodować uwolnienie dziadka. Za okupacji sowieckiej uczył języka białoruskiego, którego nauczył się po wyjściu z więzienia! Za okupacji niemieckiej zaś, już w getcie uczył małego Gustawa języka polskiego i matematyki. W 1943 roku, tuż przed zbliżającą się zagładą getta, dzięki znajomościom, rodzina Kerszmanów opuściła getto białostockie i udała się do Warszawy. Dziadkowie mieli dołączyć niedługo później. Niestety nie udało im się to. Józef Zeligman zginął w obozie na Majdanku. Podobno przed śmiercią zażył truciznę.

Jak pisze Gustaw Kerszman we wstępie:

"Mam poczucie, że słowa Zbigniewa Herberta "masz mało czasu, trzeba dać świadectwo" są także dla mnie szczególnie obowiązujące. Te wspomnienia mają być w zamierzeniu jeszcze jednym przyczynkiem do wiedzy o czasach, których nie wolno zapomnieć".

Tymi kilkoma akapitami chciałbym i ja się przyczynić do upamiętnienia tej cennej książki.

Gustaw Kerszman "Jak ginąć, to razem"
Wydawnictwo Książka i Wiedza, Warszawa, 2006

czwartek, 7 października 2010

Z wizytą u staroobrzędowców w Wodziłkach

Jeden z ostatnich dłuższych wyjazdów tego lata. Suwalski Park Krajobrazowy z niezwykłą, jak na Polskę północną, pofałdowaną rzeźbą terenu, pełną różnorodnych form geologicznych, pochodzących z ostatniego zlodowacenia. W środku parku przycupnęła wieś Wodziłki, założona między 1787, a 1789 rokiem przez rosyjskich staroobrzędowców przybyłych na Suwalszczyznę z Litwy, Kurlandii, Inflant oraz Ukrainy.

***

Historia staroobrzędowców, jako odrębnego od cerkwi prawosławnej odłamu chrześcijaństwa, sięga XVII wieku, okresu panowania drugiego cara z dynastii Romanowów, Aleksego Michajłowicza. Po okresie smuty kolejni władcy dokonywali konsolidacji i wzmacniania rosyjskiego państwa, czego efektem były również zmiany w cerkwi prawosławnej. Carowi oraz patriarsze Nikonowi, przeorowi klasztoru nowospaskiego w Moskwie, pracującemu nad reformami cerkwi od lat 40-ych XVII wieku wraz z innymi duchownymi prawosławnymi zgrupowanymi w "Kółku obrońców dawnych cnót kościelnych" chodziło o uwiarygodnienie rosyjskiej cerkwi wśród innych cerkwi prawosławnych poprzez dopasowanie rytów rosyjskich do greckich. W 1653 zarządzono wprowadzenie trójpalcowego sposobu żegnania się w miejsce dwupalcowego, postanowiono również dokonać korekty ksiąg na podstawie bizantyńskich rękopisów, wprowadzono potrójne alleluja w miejsce podwójnego oraz zaczęto umieszczać na prosforach czteroramienny krzyż w miejsce ośmiokończastego, zmniejszając liczbę prosfor z siedmiu do pięciu, tak jak w cerkwi greckiej. Wywołało to protesty zarówno wśród innych członków duchowieństwa ze środowiska wspomnianego "Kółka Obrońców dawnych cnót kościelnych" jak i wśród ludu. Jednakże protesty zaczęto tłumić z całą surowością, na jaką było stać państwo rosyjskie. W 1682 spalono przywódców opozycji cerkiewnej z Awwakumem na czele, zamęczono zakonników klasztoru na Sołowkach, sprzeciwiających się reformom, zagłodzono bojarynię Eudokię Morozową. Represje te spowodowały wzrost nastrojów radykalnych i masowe ucieczki obrońców starego obrządku za granicę.

Wśród starowierców zaznaczyły się z biegiem czasu dwa główne odłamy: popowców i bezpopowców. Hierarchia cerkiewna w Rosji bowiem, za wyjątkiem jednego biskupa Pawła Kołomienskiego, opowiedziała się za reformami wprowadzonymi przez patriarchę Nikona. Biskup Paweł został zamęczony w roku 1656. Po jego śmierci wśród obrońców starego obrządku nie było żadnego hierarchy, mogącego wyświęcać nowych kapłanów. Sytuacja ta spowodowała wspomniany podział. Popowcy zaczęli pozyskiwać duchownych, mogących wyświęcać nowych kapłanów, spośród duchownych oficjalnej cerkwi prawosławnej. Bezpopowcy zaś uznali, że z konieczności pozostaną bez duchowieństwa.

Na tereny Rzeczypospolitej dotarli głównie członkowie odłamu bezpopowców. Większe skupiska starowierów na terenie dzisiejszej Polski można spotkać w Suwałkach, Gabowych Grądach koło Augustowa, Wojnowie na Mazurach, gdzie na skutek wyjazdów do Niemiec w latach 70-ych społeczność staroobrzędowców znacznie się skurczyła oraz właśnie w Wodziłkach.

***

Wodziłki są niewielką wsią rozrzuconą na wzgórzach, charakterystycznych dla Suwalskiego Parku Krajobrazowego. Nie mają zwartej zabudowy. Pierwszym punktem naszej wycieczki była molenna.

Mogliśmy ją obejrzeć jedynie z zewnątrz. Naprzeciwko molenny na drewnianym budynku zauważam ogłoszenie o możliwości skorzystania z bani. Dzwonię, dowiaduję się, że cała przyjemność kosztuje 50 zł, bez względu na liczbę osób, a przygotowanie trwa 2 godziny. Zamawiam. Ruszamy na dwugodzinną wycieczkę w kierunku Góry Zamkowej, a wracając do Wodziłek wstępujemy na cmentarz.

Zwracają tu uwagę charakterystyczne krzyże zawierające jedną belkę więcej w stosunku do krzyży prawosławnych, typowo rosyjskie nazwiska kończące się na -ow, zdjęcia brodatych mężczyzn i kobiet w chustach na głowie.

***
Kto lubi saunę, powinien koniecznie spróbować wybrać się do bani. Wrażenie jest niesamowite, mimo pozornie prymitywnych warunków. Bania mieści się najczęściej w drewnianej szopie na podwórku. Podzielona jest na przedsionek-przebieralnię i pomieszczenie główne. Siadamy na drewnianych ławeczkach, polewamy co chwile rozgrzane kamienie zimną wodą, wdychamy wszechobecną, gorącą, gryzącą w nozdrza parę, pocąc się obficie polewamy zimną wodą ciało, a dla zwiększenia krążenia podskórnego okładamy się brzozowymi witkami. Powtarzamy to kilkunastokrotnie. Z bani wychodzimy orzeźwieni, pełni energii do dalszych wędrówek.

wtorek, 5 października 2010

Polesie wg Józefa Obrębskiego

W 1998 roku, w ratuszu, głównej placówce Muzeum Podlaskiego w Białymstoku, miała miejsce ciekawa wystawa, zatytułowana "Dzisiejsi ludzie Polesia. Tropem ekspedycji Józefa Obrębskiego." Zaprezentowano na niej zdjęcia z wypraw etnograficznych Józefa Obrębskiego na Polesie, odbytych w latach 30-ych XX wieku, a także zdjęcia współczesne z tych samych wiosek, które odwiedzał Obrębski, wykonane podczas badań terenowych przez młodych warszawskich etnografów i socjologów w latach 90-ych. Wystawa przygotowana była przez Annę Engelking, od lat zajmującą się naukowo tematyką Polesia, osobę zaangażowaną w udostępnienie spuścizny Józefa Obrębskiego, w większości nieznanej polskiemu odbiorcy. Dzięki niej również została wydana w Polsce cenna książka mieszkającej w Pińsku Niny Łuszczyk-Ilienkowej "Pińsk. Elektrownia. Mam 10 lat." Tematyka wystawy dotykała autochtonicznej chłopskiej ludności zamieszkującej Polesie - Poleszuków.

Moje zainteresowania genealogiczne wtedy jeszcze dopiero kiełkowały, ale wspomniana wystawa stanowiła poważny bodziec do ich rozwoju. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że moja ś.p. prababcia Agata ze Szczerbaczewiczów pochodziła z rodziny prawosławnej. O tym, że Szczerbaczewiczowie byli zakorzenieni w Pińsku już w wieku XIX, upewniłem się prawie 8 lat później, prowadząc korespondencję z pińskim historykiem Edwardem Złobinem, a także odwiedzając stary piński cmentarz. Czy przodkowie mojej prababci mogli wywodzić się od Poleszuków? Tego nie jestem pewien, ale istnieją podstawy, aby taką tezę postawić. Ojciec prababci, Filip Szczerbaczewicz, urodzony w Pińsku w roku 1862 zajmował się rybactwem, czyli niekoniecznie miejskim zajęciem, jego druga żona, matka wszystkich jego dzieci, Paulina z Rozalików pochodziła najpewniej z miejscowości Wyszewicze koło Pińska. Istnieją przekazy, że z rodziny Rozalików wywodzili się duchowni prawosławni oraz, że byli spokrewnieni z pińską rodziną Makarewiczów. Czy Rozalikowie i Szczerbaczewiczowie wywodzili się z drobnej, schłopiałej szlachty czy z chłopskich Poleszuków, trudno, bez dogłębnych badań wyjaśnić. Pomocne mogłyby się okazać zapisy w księgach metrykalnych parafii prawosławnych Pińska i okolic, zlokalizowanych w archiwum mińskim. Jednak dla cudzoziemców opłaty są tam zaporowe. Nie dysponuję natomiast kontaktem z osobą lokalną, która mogłaby pomóc mi w poszukiwaniach.

W każdym bądź razie temat Poleszuków rozpalał moją wyobraźnię. Na tyle, że gdy dowiedziałem się, iż wyszedł pierwszy tom pism Józefa Obrębskiego opracowany przez Annę Engelking, wiedziałem, że książkę nabędę.

Józef Obrębski żyjący w latach 1905-1967, polski etnolog i socjolog, który w latach 30-ych prowadził badania terenowe na Polesiu i w Macedonii, a po II wojnie światowej na Jamajce ,nigdy nie zdążył opracować i opublikować swoich prac dotyczących Polesia. Po wojnie, gdy żył na emigracji, jego prace nie mogły się ukazać w powstałej rzeczywistości politycznej."

Książka pt. "Polesie. Studia etnosocjologiczne" omawia temat Polesia i Poleszuków wielowymiarowo. Autor na podstawie wypowiedzi swoich interlokutorów tłumaczy skąd brała się niechęć Poleszuków do polskości. Omawia czasy pańszczyzny, gdy polskość kojarzyła się głównie z wszechmocnym dworem, biorącym chłopa w opiekę, ale i niewolącym go w sposób dla nas dzisiaj niewyobrażalny. Choćby takie prawo pierwszej nocy opisane w relacji chłopa z Ozyrska:

"Kołyś eto było u nas w Wiczuwce - za Skirmunta. Był Skirmunt pomieszczyk takij, to eto było tak. Jak, znaczyć, ide uże dziewica zamuż, to dołżna matka priwesty do jeho etu dziewuszku. Priwede matuszka etu dziewuszku, to tohda on bere jeje w komnatu swoju i diełaje poczatok. I tohda wypuskaje, uże ona ide zamuż. A jeśli on ne zdiełaje jej poczatok, eto było take nawiedienje, to ona i zamuż ne ide. A etyj samyj Skirmunt to był opiekunom nad naszym Platerom."

Rzecz znana i ze "Szczenięcych lat" Wańkowicza i z innych przekazów. W tym świetle zrozumiałe staje się uwielbienie cara przez miejscową ludność, który uwłaszczył chłopów, biorąc ich niejako w w opiekę przed pańską-polską wszechwładzą. Zresztą kult cara spotykany był nie tylko na Polesiu. Na Podlasiu w Zaczerlanach można do dziś oglądać pamiątkę z XIX wieku, krzyż wzniesiony przez mieszkańców wsi na pamiątkę ocalenia cara z zamachu. W cerkwiach podlaskich wciąż czczony jest ostatni car - Mikołaj II. Ostatnio oglądałem krzyż ozdobiony rosyjskim dwugłowym orłem w cerkwi w podsiemiatyckich Rogaczach.

Wiele artykułów zamieszczonych w książce dotyczy okresu dwudziestolecia międzywojennego i przyczyn niepowodzenia misji polonizacyjnej na Kresach. Skoro wszystkie stanowiska na wschodzie w administracji, szkole, policji przeznaczone były dla Polaków, polska szkoła kultywująca patriotyzm, ucząca polskiej historii i języka, wartości sztucznych i obcych dla chłopa miejscowego, nie zapewniająca mu możliwości realizacji w panującym ustroju, misja polonizacyjna na Kresach nie miała szans powodzenia. Autor przeciwstawia szkole polskiej - pańskiej, carską wiejską szkółkę XIX-wieczną, szkołę mużycką (chłopską).

"[Marszałek Piłsudski] dał wolność, lecz wolnoć dla chłopa to nie ta abstrakcyjna wolność narodu od obcej przemocy, ta wolność, która [jest] członem naszej ideologii narodowej. Wolność chłopska to słoboda: wolność wypasów po staremu, wolność od [wygórowanych] podatków, wolność korzystania z ziemiopłodów leśnych, wolność powiększania polanek, wolność kłusownictwa, wolność od sekwestracji, od kar za przekroczenia leśne, od opłat za wypasy i szkody, wolność od podatków za psy, od kar administracyjnych, wolność dostępu do urzędu i sądu, wolność od kaucji sądowej, wolność od nieustannej kontroli policyjnej (śmiecie, studnie, psy, kominy, bosaki). Wolność chłopa poleskiego to nade wszystko wolność osobista."

Czytając powyższe słowa przypominałem sobie utrzymaną w podobnym tonie przedwojenną publicystykę Józefa Mackiewicza, opisującego wszechwładzę i niesprawiedliwości polskiej administracji zarówno na Polesiu, jak i na bliższej Mackiewiczowowi Wileńszczyźnie.

Szeroko potraktowana jest w książce tematyka świadomości narodowej Poleszuków, podziału Polesia na dwie odrębne krainy: północną będącą pod wpływem językowym i kulturowym sąsiednich Białorusinów oraz południową, ciążącą ku ukraińskiemu Wołyniowi. Wiele miejsca autor poświęca rozpadowi społeczności Polesia po II wojnie światowej, negacji własnej odrębności, kojarzonej z wartościami niższymi, gorszymi i ciążenie do kultur określanych pod względem języka, ubioru, dobrobytu, jako lepsze: ukraińskiej i białoruskiej.

Podjęta została próba wyjaśnienia fenomenu popularności komunizmu i sekciarstwa na Polesiu. Komunizm na wsi poleskiej przybierał formę oporu przeciwko pańskim, polskim wartościom, był bliski dążeniom chłopa poleskiego do uwolnienia się od obcej, opresyjnej administracji. Protestanckie sekty zaś, w sytuacji rozpadu tradycyjnego społeczeństwa wiejskiego, próbowały w sposób nowoczesny tłumaczyć i na nowo konstruować zdezorganizowany świat wyobrażeń przeciętnego chłopa. Podobnie było i Podlasiu. Stąd brała się popularność Hromady, a także fenomen Wierszalina i Eliasza Klimowicza.

Wśród pism Obrębskiego znajduje się również krytyka książki "Polesie. Cuda Polski" Ferdynanda Antoniego Ossendowskiego, przedstawiającej obraz Poleszuka i Polesia w sposób stereotypowy, daleki od prawdy, jakby na zamówienie polskiej propagandy państwowotwórczej. Książkę Ossendowskiego czytałem parę lat temu, była to jedna z pierwszych pozycji o Polesiu w mojej bibliotece. Miałem podobne wrażenie i nigdy nie ceniłem jej na równi z książkami choćby Józefa Mackiewicza.

Podobna krytyka spotyka opisywaną na łamach tego bloga książkę Józefa Ignacego Kraszewskiego "Wspomnienia Wołynia, Polesia i Litwy", moim zdaniem bardzo cennego, gdyż rzadkiego w XIX wieku dokumentu - reportażu. Obrębski zarzuca Kraszewskiemu, że książkę swą pisał z pozycji środowiska ziemiańskiego, do którego sam należał, krytykując głównie warstwę żydowską zamieszkującą Polesie. Obrębski zwraca uwagę, że największy ucisk spotykał ludność chłopską, a machiną ucisku było swoiste kondominium ziemiańsko-żydowskie.

Książki tak bogatej w treści nie sposób opisać dokładnie w krótkiej notce. Na pewno stanowi jedną z najcenniejszych pozycji dotyczących Polesia.

Józef Obrębski "Polesie. Studia etnosocjologiczne"
Oficyna Naukowa, Warszawa 2007.

niedziela, 3 października 2010

Kirkut w Krynkach

Jeden z wyjazdów wakacyjnych zaprowadził mnie do Krynek. Mimo, że to przygraniczne miasteczko odwiedzałem wielokrotnie, nigdy nie zawitałem wcześniej na żydowski cmentarz, jeden z największych na Podlasiu. Trafić do niego nie jest tak łatwo komuś nie znającemu dobrze Krynek. Wprawdzie przy dawnym rynku, zamienionym po II wojnie światowej na park, znajduje się plan miasteczka z dokładnym umiejscowieniem cmentarza, to jednak jadąc samochodem w pewnym momencie potrzeba intuicji, aby wjechać w wąski i wydawałoby się nieprzejezdny zaułek.

Jak informuje tablica umieszczona przy cmentarzu, składa się on z dwóch części: starej, założonej na mocy przywileju króla Jana Kazimierza z 12 stycznia 1662 roku oraz nowej założonej w XVIII wieku. Podczas II wojny światowej za okupacji niemieckiej wiele z kamieni nagrobnych zostało wykorzystanych do budowy mleczarni, zniszczono też wtedy kaplice cmentarne (ohele), po wojnie zaś wiele macew rozszabrowano na materiał budowlany.

Według opisu w części starej miało się zachować około 500 macew, najstarsze z lat 1755-99.

Niestety cmentarz krynecki nie jest wdzięcznym obiektem do zwiedzania. Koszmarna jest cześć stara, porośnięta wysokim zielskiem, dzikimi krzakami, drzewami. Trudno po niej poruszać się, jak również cokolwiek z dawnych nagrobków zidentyfikować. Poniższe trzy zdjęcia obrazują stan odnalezionych przeze mnie macew w części starej. Nie była to wielogodzinna wędrówka, więc zakładam, że cmentarz może kryć ciekawsze od ukazanych na zdjęciach.
Aby dojść do częściowo uporządkowanej części nowej, choć i tu bujne zielsko utrudnia poruszanie się, musiałem dosłownie przedrzeć się przez część starą. Nie wiem, czy jest wygodniejsze wejście na część nową, trudno je bowiem odnaleźć.


Próbowałem odnaleźć specyficzne motywy nagrobne opisane na czytanym przeze mnie ostatnio blogu Bobe Majse, takie jak dłonie kohena, czy dzban lewity. Niestety nie znalazłem. Nie odnalazłem również podczas mego pobieżnego oglądania macew ani motywów złamanego drzewa, kwiatu, świecy, ani biblioteki pełnej ksiąg.


Odnalazłem za to tajemniczy dla mnie motyw roślinny z ptakiem,

a także macewę z położonym kamykiem na szczycie.

Czytam o żydowskiej przeszłości Krynek w archiwalnych numerach Tutaj, lokalnego pisma wydawanego w latach 2001-2003 przez Jerzego Chmielewskiego, pełnego wspomnień mieszkańców oraz przedrukowującego w odcinkach Księgę Pamięci Żydowskiej Gminy Krynki "Pinkas Krynki", wydanej w roku 1970 w Izraelu. Czasy tętniącego kapitalizmu, powstającego przemysłu tekstylnego, a po jego upadku przemysłu garbarskiego, nieludzkiego wyzysku, knowań rewolucyjnych końca XIX wieku, ale i cenionych uczonych w piśmie. Ale również okres walk schłopiałych mieszkańców Krynek o odzyskanie odebranych w czasie zaborów praw miejskich (Cóż za paradoks historii, że wyludnione obecnie Krynki odzyskały prawa miejskie w 2009 roku.).

Będąc w Krynkach warto opisany powyżej zakątek odwiedzić.