niedziela, 19 listopada 2017

Z akt miasta Poznania. Kartoteka ewidencji ludności 1870-1931

Warto czytać czasopismo genealogiczne More Maiorum! Zamieszcza między innymi informacje o różnego rodzaju zasobach historycznych dostępnych w internecie. Dzięki tego rodzaju wzmiance trafiłem na stronę zawierającą Kartotekę ewidencji ludności z lat 1870-1931 - zasób należący do akt miasta Poznania, zdigitalizowany oraz zaopatrzony w alfabetycznie ułożony indeks nazwisk, co bardzo ułatwiło przeszukiwanie.

Nie spodziewałem się jakichś szczególnych odkryć. Ot, przybędzie mi trochę informacji dotyczących adresów, pod którymi mieszkali moi Paczkowscy przodkowie - myślałem. Myliłem się jednak. Znalazłem 5 fiszek - wszystkie dotyczyły pokolenia moich pradziadków i prapradziadków. Zawierały informacje z okresu od początku XX wieku do lat 20-ych, z których jedna przyniosła informację zupełnie nową i nieoczekiwaną.

Pierwsza z odnalezionych kart (nr 456) zawierała informacje o prapradziadkach: Wawrzyńcu Paczkowskim (zapisany jako Paczkowski Lorenz z niemiecka) i Katarzynie z Urbaniaków. Razem z nimi zapisana jest córka Rozalia Paczkowska, urodzona 30 sierpnia 1882 roku - starsza siostra pradziadka Józefa. (Tak a propos, metryki chrztu Rozalii nie znalazłem przeszukując kiedyś księgi chrztów parafii Kiekrz. Odpis metryki urodzenia Rozalii otrzymałem dopiero w zeszłym roku od pana Ryszarda, który przeczytał jeden z artykułów na moim blogu i przesłał wraz z odpisem metryki również zdjęcie Rozalii. Jak dotąd jest to jedyne zdjęcie rodzeństwa pradziadka Józefa Paczkowskiego, jakie posiadam.) Wracając do karty, zapisane jest, że Rozalia urodziła się w Jeżycach, choć jak wiadomo ze wspomnianego odpisu, urodziła się, jak i inne rodzeństwo w sąsiednich Krzyżownikach. Obok nazwiska Paczkowski Lorenz zapisano Müller, co jest kolejnym potwierdzeniem jego profesji młynarskiej. Niestety kompletnie nieczytelne są dla mnie zapisy w rubryce Wohnung - zamieszkanie.

Druga karta (nr 475) dotyczy praprababci Katarzyny Paczkowskiej z Urbaniaków. Odnotowano na górze nazwisko jej męża oraz zaznaczono krzyżykiem informację o jego zgonie. Niewiele nowego wnosi ta karta. Data i miejsce urodzenia Katarzyny, a także data jej zgonu były mi już od dawna znane. Jedyna nowa informacja znalazła się w rubryce Wohnung. Wynika z niej, że już jako wdowa mieszkała 9 listopada 1904 roku nadal w Krzyżownikach. Pozostała część tej rubryki nie jest dla mnie czytelna.

Kolejna trzecia już karta (nr 384) dotyczy pradziadka Józefa Paczkowskiego. Pierwsza adnotacja pochodzi z 11 stycznia 1904 roku, gdy zapisano, że mieszkał w Krzyżownikach. Kolejne informacje pochodzą już z czasów po pierwszej wojnie światowej. Jest informacja o żonie Józefie z Uzarków i dacie zgonu (15 lutego 1923) oraz o dzieciach Feliksie  - moim dziadku i jego siostrze Helenie. Oboje urodzeni w Bottrop - przyjechali do Polski z rodzicami i zostali zameldowani w odpowiednim urzędzie 4 marca 1919 roku. Zapiski z 1919 roku sporządzone zostały w języku niemieckim, ten z 1923 roku (o zgonie Józefy) już po polsku.





Równie ciekawa jest karta dotycząca Rozalii Paczkowskiej. Pierwsza wzmianka o zamieszkiwaniu w Krzyżownikach została sporządzona 4 stycznia 1897 roku. Ale zupełną nowością jest wpisana data ślubu z Pawłem Turkiem - 27 października 1910 roku.




Najciekawsza jednak jest ostatnia karta dotycząca drugiej żony pradziadka Józefa Paczkowskiego - Marii z Kaczmarków. Maria urodziła się w Psarskich w 1893 roku. Rodzicami byli Stanisław i Magdalena z Sobkowiaków. Ślub z Józefem wzięła dość szybko, bo już 28 kwietnia 1923 roku, czyli nieco ponad 2 miesiące po śmierci pierwszej żony - Józefy. Józef miał na wychowaniu na pewno trójkę dzieci: Aleksandra Kurosińskiego - syna Józefy z pierwszym mężem oraz dwójkę swoich dzieci. Zapewne ten fakt wpłynął na chęć szybkiego ponownego ożenku. Pomoc kobiety w wychowaniu dzieci była nie do przecenienia. Józefowi i Marii urodziła się jeszcze jedna córka Zofia, skonfliktowana później z dużą częścią rodziny. Ale od nikogo z rodziny nie słyszałem wcześniej, że Maria miała jeszcze jedną córkę!

Karta Marii Paczkowskiej z Kaczmarków musiała zostać sporządzona już w 1923 roku, choć na niemieckim druku to uczyniono.  Zapisano bowiem, że jest żoną kolejarza Józefa Paczkowskiego.

Pod danymi Marii wpisano zaś dane córki, również Marii, urodzonej 31 grudnia 1923 roku. Dziecko musiało umrzeć zaraz po urodzeniu, obok imienia dorysowano bowiem krzyżyk, a w polu Wohnung wpisano "przyj. (przyjęto) 23.12.1923 z Krzyżowniki, Poznań, 6.1.24 matkę z powrotem, Krzyżowniki, Poznań." Jak rozumiem Maria trafiła do Krajowej Kliniki dla kobiet i szkoły położnych 23 grudnia 1923 roku. 31 grudnia urodziła córkę, która wkrótce zmarła, a 6 stycznia kolejnego roku została wypisana ze szpitala  do domu.

Tu pojawia się szereg pytań, na które pewnie nie będę znał odpowiedzi. Czy Maria była córką Józefa? Jeśli tak, czy została poczęta jeszcze w marcu 1923 roku, gdy Józef był w żałobie po śmierci pierwszej żony?  A może została poczęta później, już po ślubie i urodziła się zbyt wcześnie, co mogło być przyczyną jej wczesnego zgonu? No i trzecia możliwość taka, że Maria nie była córką Józefa.

Wydawałoby się zwykłe fiszki z danymi meldunkowymi, a jaka waga gatunkowa zagadki.



środa, 1 listopada 2017

Ojciec

Gdy miałem 4 lata lubiłem jeździć z ojcem na działkę przy Wylotowej. Po prawej stronie stało wysokie drzewo, za nim buda - prowizoryczny budynek gospodarczy, którego wnętrze kryło łóżko polowe i jakiś stary mebel z szufladą. W okienku swą sieć zawsze rozpinał pająk krzyżak. Po drugiej stronie działkowego podwórka mieszkał pies w budzie, a za nią stały namioty kryte folią, w których ojciec hodował ogórki i pomidory. Całość otaczała przestrzeń pełna sadzonek ziemniaków. Tak to pamiętam.

Pierwszym naszym psem działkowym był Murzyn, dość łagodny kundel o czarnej sierści, po nim przyszła Norka, równie sympatyczna jasnobrązowa kundlica. Trzeciego z kolei psa miałem honor sam nazwać. Dostał ksywkę Bocian. Długo nie pożył, zakończywszy swój psi żywot pod kołami jakiegoś samochodu. Najbardziej nie lubiłem czwartego, Tatara. Ganiał mnie dookoła tatowego Żuka i chciał ugryźć w tyłek.

Z gałęzi wysokiego drzewa ojciec wycinał dla mnie fujarki, na których grało się jeden dzień, nie dłużej. Później stawały się bezużytecznym kawałkiem drewna. Spod dachu budy wyciągał zaś delikatne wróble jajeczka, które nieporadnie upuszczałem na ziemię.

Z działki przywoziłem pudełka po zapałkach pełne stonek ziemniaczanych, much, chrabąszczy i najbardziej atrakcyjnych, gdyż wykopywanych spod powierzchni ziemi pędraków. Raz przywiozłem zdechłego kreta. Chciałem go karmić na balkonie naszego blokowego mieszkania, aby ożył, ale mama nie wyraziła na to zgody.

W takim działkowym namiocie foliowym jadłem swe najlepsze śniadanie w życiu - jajecznicę ze szczypiorem usmażoną przez ojca na jakimś prowizorycznym palenisku.

Największa przygoda dzieciństwa również zdarzyła się na działce. Pojechaliśmy wieczorem. Spaliśmy w totalnej ciemności we wnętrzu budy na polowym łóżku. Długo nie mogłem zasnąć, wsłuchując się w chrobotanie myszy grasujących wewnątrz. Rano wstaliśmy wcześnie wraz ze świtem i poszliśmy na ryby do starego koryta Warty. Trzymałem w rękach wędkę, uczyłem się działania spławika i z największą przyjemnością obserwowałem pojawiające się w wiaderku ryby. Przywieźliśmy wtedy do domu 4 krasnopiórki. Z prawdziwego polowania.

niedziela, 29 października 2017

Stefan Rybi. Uwagi laika na temat malarstwa.

Po jednej stronie ulicy bloki komunalne, tzw. Barszczańska. Po drugiej garaże i mury mozolnie od wielu już lat wznoszonego nowego kościoła. Dalej za nimi teren torowiska, w sensie komunikacyjnym rzeczywista granica oddzielająca południowe Starosielce od Nowego Miasta. Prawdziwym centrum tego miejsca jest pawilon Biedronki. Przyczułki cywilizacji stanowią też salonik prasowy oraz wytwórnia ciast i tortów w pobliżu. W takiej to scenerii stoi dość nietypowa kaplica. Nic w tej prowizorycznej konstrukcji architektonicznej nie jest harmonijne. Ni to magazyn, ni pomieszczenie gospodarcze z dobudowaną drewnianą wieżyczką. Wrażenie tymczasowości potęgują drzwi wejściowe, jakby zapożyczone z osiedlowego sklepu spożywczego. Ale może właśnie dzięki tym dysharmoniom, taki właśnie kościółek pasuje do sąsiedztwa: bloków komunalnych, torowiska i garaży. Współgra z miejscem.


Podobna dysharmonia panuje we wnętrzu kaplicy. Ławki  z odzysku, krzesła takie i owakie, konfesjonały przypominające stylem meble schyłku komuny, na jednej ze ścian ten cukierkowaty, nieco kiczowaty, lecz bardzo popularny jak Polska długa i szeroka obraz Jezusa Miłosiernego, po drugiej stronie ołtarza kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, a także ciekawe, oryginalne, wykonane z metalowych prętów przedstawienia drogi krzyżowej na ścianach bocznych. W prezbiterium zaś obraz z innego świata, nie pasujące do eklektyzmu wnętrza kaplicy przedstawienie Przemienienia Pańskiego.

Przemienienie Pańskie to wydarzenie z życia Jezusa. Zostało opisane w ewangeliach świętego Mateusza, Marka i Łukasza, według których Jezus zabrał trzech swoich uczniów: Piotra, Jakuba i Jana na górę, gdzie ujrzeli go w nieziemskiej chwale rozmawiającego z Mojżeszem i Eliaszem. Nowy Testament został połączony we wspomnianej scenie ze Starym. Papież Kalikst III wprowadził Przemienienie Pańskie do kanonu świąt kościelnych po zwycięstwie wojsk chrześcijańskich z Turkami pod Belgradem w roku 1456. W kościele wschodnim obchodzone było jako święto już w VI wieku. Należy do 12 głównych świąt kościoła prawosławnego.


Na obrazie w centralnym miejscu widać Chrystusa ze złocistą aureolą uniesionego na tle rozświetlonej poświaty. Towarzyszą mu postaci Mojżesza, trzymającego tablice kamienne z dziesięcioma przykazaniami oraz Eliasza, obie w jednolitej przyciemnionej tonacji. Szaty realnych postaci natomiast, czyli uczniów noszą żywe barwy błękitną i karminową.

Miałem przyjemność oglądać niedawno wystawę malarstwa Stefana Rybiego w Operze i Filharmonii Podlaskiej, który jest autorem powyższego obrazu w starosielskiej kaplicy. O ile dość łatwo jest odczytać treść obrazu religijnego malowanego na specjalne zamówienie, jak powyżej, o tyle z malarstwem oglądanym na wystawie miałem problem. Pełno w nim symboliki, jest głęboko intelektualne. Niestety dla kogoś z przysłowiowej ulicy  bez gruntownej wiedzy na temat historii sztuki i nauk pokrewnych jest dość trudne. Czy interesujące? Bardzo. Mógłbym stać i wpatrywać się godzinami w obrazy Rybiego, gdybym tylko miał tyle czasu i zastanawiać się, co też zostało na nich przedstawione. Czy Chrystus ukrzyżowany na maszcie płynącego statku to metafora codziennego towarzyszenia chrześcijaństwa w podróży przez życie? Co dokładnie oznacza scena krzyżowania w kolejnym z dzieł? Obojętność? Czy piętrzące się mury wysokiej budowli i człowiek na schodach oznaczają ucieczkę? Co robi anioł wychodzący z wnętrza kobiecej piersi? Czy to symbol opieki? Wreszcie co symbolizuje anioł na pustej polnej drodze wśród śniegu i lodu? Pytania mógłbym mnożyć. Spójrzcie zresztą sami. Ciekaw jestem jakie są wasze skojarzenia.








Stefan Rybi przyznaje się do nauki kunsztu malarskiego pod okiem Aleksandra Welsa. Fascynacje malarskie odnajduje zaś u malarzy flamandzkich: Pietera Breugela, Vermeera van Delfta. Spoglądając okiem laika na dzieła zawieszone w salce białostockiej Opery i Filharmonii Podlaskiej myślę sobie, że symboliki niełatwej do odczytania nie powstydziłby się sam Hieronim Bosch. Patrząc na wznoszące się ku niebu opuszczone bądź ginące gdzieś za mgłą budowle, rozpadające się fragmenty tkanin, widzę podobieństwo również do malarstwa Zdzisława Beksińskiego, co prawda o wiele bardziej katastroficznego.

Patrząc na niektóre obrazy z elementami pejzażu, mam zaś przed oczami krajobrazy, które widzę jadąc samochodem do Tykocina drogą przez Złotorię i Siekierki. Z pewnością coś jest na rzeczy - autor kawałek dzieciństwa spędził w tej drugiej miejscowości.

A gdyby chcieli Państwo odnaleźć ślady Stefana Rybiego w przestrzeni miejskiej Białegostoku, warto przyjrzeć się niektórym ze sgraffiti w samym centrum, które powstawały w roku 1973 przed finałem ogólnopolskich dożynek i które turystom wydają się czasami dziełami sprzed kilku wieków. Warto również zajść do innego ze starosielskich kościołów, pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny z Guadelupe, w którym możemy podziwiać cały ołtarz główny, który wyszedł spod ręki mistrza.

Janka Werpachowska "Stefan Rybi. Jestem wierny holenderskim mistrzom", Kurier Poranny, 16 stycznia 2012,

Elżbieta  Kozłowska-Świątkowska "Święci Białegostoku", Archidiecezjalne Wydawnictwo św. Jerzego, Białystok, 2012

środa, 11 października 2017

Zagadka cerkwi w Bacieczkach

Bacieczki pojawiły się na blogu dwukrotnie, ale za każdym razem chodziło o historię ewangelickiej osady Kolonia Bacieczki.

Jednakże nie mniejszego kalibru zagadki skrywa przeszłość wsi Bacieczki, która podobnie jak jej kolonia stanowi dziś część Białegostoku. Do napisania na ten temat skłoniła mnie korespondencja z panią Zuzanną, która przesłała mi zdjęcia pamiątek rodzinnych ze wsi Bacieczki, z których najciekawszą wydał mi się ręcznik obrzędowy z roku 1888.

Chodzi mianowicie o niestniejącą już, starą cerkiew w Bacieczkach. Jej fundatorem w XVI wieku miał być Grzegorz Chodkiewicz. Niestety nie wiadomo, kiedy przestała istnieć, trudności sprawia także ustalenie jej lokalizacji, choć w tej sprawie pamięć mieszkańców zdaje się wskazywać właściwą lokalizację:

"Irena Surynowicz jest mieszkanką Bacieczek od dawna. Wiele pamięta z historii wsi. – W dawnych czasach – opowiada – była u nas cerkiew. Fundatorem jej był Grzegorz Chodkiewicz. Co się stało z tą cerkwią, nie wiemy. Ślady się zatarły. Wiele się zmieniło. Miejsce, gdzie prawdopodobnie stała cerkiew, nazywamy mogiłkami. To jest miejsce na wzgórku u styku ulic Jana Pawła, kiedyś Warszawskiej, i Knyszyńskiej, teraz Ełckiej, czy jeszcze inaczej. W 1932 roku przeprowadzono u nas komasację gruntów, bo wcześniej była szachownica. I tych gruntów, dawnych mogiłek i prawdopodobnie cerkwi, nikt nie chciał brać. Bo tam wyorywano szczątki ludzkie. Moja mama, urodzona w 1902 roku, mówiła, że przed bieżeństwem stały tam drewniane krzyże. Wszystko to zniknęło, ale w pamięci miejscowych przetrwał zwyczaj oświęcania pól w dniu patrona wsi Bacieczki św. Jana Teologa (21 maja nowego stylu)." Michał Bołtryk "Stanie cerkiew w Bacieczkach", Przegląd Prawosławny, numer 8, 2007.

W książce "Zapomniane dziedzictwo. Nieistniejące cerkwie w dorzeczu Biebrzy i Narwi" o. Grzgorza Sosny i m. Antoniny Troc-Sosny znalazłem następującą informację: "Cerkiew w Zawykach w 1773 r. została rozbudowana, materiał na to uzyskano z rozebranej cerkwi w Bacieczkach."

Ciekawa informacja, świadcząca o tym, że cerkiew w Bacieczkach przestała istnieć jeszcze przed 1773 rokiem. Ale równie ciekawe jest, z jakiego źródła ta informacja pochodzi. W książce cytowane są bowiem informacje pochodzące z wizytacji cerkwi suraskiej z roku 1773, według których cerkiew filialna w Zawykach wymaga reperacji. Ale podobne zalecenia pojawiają się po kolejnych wizytacjach cerkwi suraskiej do roku 1788.

Innym źródłem informacji o cerkwi w Bacieczkach jest "Opis parafii dekanatu knyszyńskiego z roku 1784". Wówczas to z inicjatywy biskupa płockiego Michała Poniatowskiego rozesłano do proboszczów parafii polskiej ankiety, które miały posłużyć stworzeniu obrazu kartograficznego ówczesnej Rzeczypospolitej. Jednym z punktów ankiety było opisanie świątyń sąsiadujących z danym kościołem parafialnym. I tak w opisie parafii białostockiej w punkcie tym zapisano:

"Bacieczki, cerkiew na pograniczu, fundacyi Chodkiewiczów, JXX. bazylianów, na zachód letni pół mili wielkie."

Tak więc cerkiew w Bacieczkach musiała istnieć w roku 1784. Informacja została podana przez proboszcza białostockiej parafii farnej, który musiał orientować się, jakie świątynie znajdują się w najbliższej okolicy. Jeśli więc przyjąć, że informacja o rozebraniu cerkwi w Bacieczkach przed rokiem 1773 jest prawdziwa, to musiała zostać pobudowana w jej miejscu kolejna cerkiew, istniejąca w roku 1784.


Cóż więc się z nią stało? Kiedy zniknęła z krajobrazu? To są pytania, na które obecnie nieznana jest chyba odpowiedź. Wszelkie sugestie, informacje, także te nie związane z historią pierwszych cerkwi w Bacieczkach, a choćby z historią wsi Bacieczki, powitam oczywiście z radością.

Wiesława Wernerowa, opracowanie "Opisy parafii dekanatu knyszyńskiego z 1784 r.", Studia Podlaskie, T. 1, Białystok, 1990