poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Niepozorna książeczka

W łomżyńskim muzeum kupiłem cienką książeczkę w twardej, czerwonej okładce z portretem jasnowłosej damy w długiej, ślubnej sukni na ciemnoniebieskim tle. Dwudziestoletni Zygmunt Gloger w roku 1865 wykonał pracę, jaką często wykonuje dziś genealog amator. Odwiedził swą babcię Agnieszkę i dokładnie wypytał o wszystkie szczegóły jej ślubu z Maciejem Wojną, który miał miejsce w kościele w Rutkach w sierpniu 1809 roku, zakończonego weselem w Pęsach.

Polecam tę książeczkę gorąco tropicielom historii Podlasia, miłośnikom talentu Zygmunta Glogera, badaczom podlaskich genealogii i dawnych zwyczajów obrzędowych. Czegóż tu nie mamy... Przede wszystkim bogate informacje o podlaskiej szlachcie początku XIX wieku. Możemy się na przykład dowiedzieć, jakie relacje rodzinne łączyły Zygmunta Glogera z Łukaszem Górnickim, starostą tykocińskim czasów jagiellońskich. Ale pojawiają się na kartach książeczki również Mężeńscy, Opaccy, Dobrzynieccy (babcia Glogera - Agnieszka była z domu Dobrzyniecka), Rembielińscy, Wojnowie, Baczewscy, Białosukniowie, Idźkowscy, Rydzewscy i wiele innych podlaskich rodzin szlacheckich.

Zwyczaje z początku XIX wieku i dziwią i ciekawią. Modne było na przykład to, że panny szlacheckie po urodzeniu chrzczone były tylko z wody, a sama ceremonia chrztu odkładana była do dnia poprzedzającego zamążpójście. Za dziwne uważano by dziś, gdyby rodzice panny młodej nie pojawili się na ceremonii ślubnej w kościele, a wówczas było to powszechne. Wrażenie sprawiają dary ślubne otrzymane przez Agnieszkę od przyszłego męża Macieja, jego starania czynione w samej Warszawie w sprawie kapeli weselnej, czy wyprawy pani młodej z matką do Ełku po wszystkie potrzebne rzeczy na ślub.

Jakże smakowicie musiały wyglądać potrawy na stole weselnym. "Na ucztę złożyło się wszystko podwójne, a więc zupa biała i rumiana, sztuka mięsa biała i rumiana, potrawy z kapłonów i kaczek, pieczyste z sarn i jarząbków, których wielką obfitość posiadał bór pęski. Na końcu podano dwojaką leguminę z jakichś pian i konfitur, bo galaret i kremów nie używano po domach staropolskich. Wino krążyło trojakie: węgierskie, muszkatel i szampański."

Zwraca uwagę, że  rodzice nie zasiadali z młodymi do uczty, a także określenie bór pęski. Każdy kto przejeżdża dziś okolice Mężenina i Zambrowa w drodze do Warszawy widzi przeważnie "gołe" pola. Kres borom pęskim przyniosła druga połowa XIX wieku, gdy dawny majątek utrzymywany w całości rozpadł się na kilkaset zagród i szachownic zagonowych, a lasy wycięte w pień.

W książeczce możemy również znaleźć opisy strojów damskich weselnych, a także to co wyczyniała kapela i państwo młodzi wraz z gośćmi weselnymi po uczcie. Zaczęło się od poloneza, później był mazur, a także tańce, które stawały się modne w początku XIX wieku: walc, wprowadzony na salony w trakcie 12 lat trwającego zaboru pruskiego, kontredans, który wszedł w modę za Księstwa Warszawskiego i najmodniejszy anglez. "O polce nikt wówczas jeszcze nie słyszał, bo taniec ten czeski, tak nazwany nie od polskości, ale od tego, że był tańcem pasterzy czeskich w polu, upowszechnił się  dopiero u nas w latach 1825- 1835." Pan młody zatańczył z żoną tylko na początku, otrzymawszy ją z rąk ojca po pierwszym polonezie. Później tańczyli z nią wszyscy młodzi, ale i kontuszowcy na pożegnanie stanu panieńskiego.

Opis wesela kończy obrzęd oczepin, a także poprawin, jak dziś byśmy to nazwali, we dworze w Wojnach. Książeczkę kończy epilog ukazujący w skrócie dalsze losy dawnego majątku Mężeńskich, a także głównych bohaterów obrzędu weselnego.

Zygmunt Gloger "Wesel babuni", Oficyna Wydawnicza "Stopka", 2015

czwartek, 3 sierpnia 2017

NIAB w Mińsku i metryka chrztu Agaty Szczerbaczewicz

"Prababcia Agata Stępień (1898 Pińsk - 1989 Gorzów Wlkp.).
Aby dotrzeć do aktu urodzenia prababci należy rozpocząć poszukiwania w archiwum mińskim, które jako jedyne posiada księgi metrykalne pińskich parafii prawosławnych. Mógłbym wtedy dowiedzieć się również więcej o rodzicach prababci Filipie Szczerbaczewiczu i Paulinie z Rozalików, a także o dziadkach prababci Andrzeju Szczerbaczewiczu i Klemensie Rozaliku, a także dalszych przodkach. Cóż z tego? Archiwum w Mińsku wymaga horrendalnych sum za samo rozpoczęcie poszukiwań, których rozpoczęcie również nie jest ściśle określone czasowo, a całkowita wartość kosztów poszukiwań genealogicznych deklarowana przez archiwum przekracza możliwości zwykłego hobbysty genealoga."


Jednak sprawdziłem ostatnio, że można w Państwowym Archiwum Historycznym w Mińsku złożyć wniosek o pozyskanie danych biograficznych jednej osoby i wówczas otrzymuje się poszukiwaną metrykę bez opłat za kwerendę genealogiczną, co znacznie obniża koszt pozyskania dokumentu. Warunkiem jest znajomość podstawowych danych poszukiwanej osoby, jak data i miejsce urodzenia.

Złożyłem więc wniosek (e-mailem), wpłaciłem pieniądze na konto i po upływie około 2 tygodni w skrzynce pocztowej znalazłem przesyłkę z Białorusi, zawierającą odpis metryki chrztu prababci.

Spisana została słowo w słowo po rosyjsku z księgi chrztów fiodorowskiej katedralnej parafii prawosławnej w Pińsku, w której metryki zapisywano w postaci rubryk.

Większych niespodzianek nie było. Agata, ochrzczona 5 lutego 1898 roku, córka pińskiego mieszczanina Filipa Andriejewa Szczerbaczewicza i jego żony Pauliny Klimientowej, oboje rodzice wyznania prawosławnego.

Nie wiedziałem natomiast wcześniej kim byli rodzice chrzestni prababci. Okazali się nimi pińscy mieszczanie Łuka Iljin Tamaszewski i panna Maria Klimientowa Rozalina.

Chrzestną prababci była więc rodzona siostra matki. Nazwisko matki chrzestnej zostało zapisane w formie dla mnie nieznanej dotychczas - praprabacia Paulina zapisywana była bowiem jako Rozalik vel Rozalikowa z domu.

Niewiele wiem o Marii Klimientowej Rozalinie vel Rozalik. W zasadzie są to dane z jednego dokumentu - zaświadczenia o miejscu zamieszkania z 1940 roku oraz relacja osoby z rodziny. Urodziła się w 1882 roku w Pińsku, była więc młodszą siostrą Pauliny. W 1940 roku nosiła nazwisko Lipnikow i mieszkała przy ulicy Browarnej 24.

Według rodzinnej relacji zmarła podczas okupacji niemieckiej Pińska w czasie II wojny światowej, podobnie jak Paulina. Miała czworo dzieci. Najstarszy syn Leonid po II wojnie światowej zamieszkał w USA, Aleksandra zmarła w młodym wieku, Ludmiła wyszła za Aleksandra Niemirę i mieszkała w Chrapinie koło Moroczna, zaś Raisa wyszła za Aleksandra Godlewskiego, z którym miała córkę Anielę.

Może wśród czytelników bloga znajdzie się potomek Marii Lipnikow z domu Rozalik, córki Klemensa i pomoże uzupełnić powyższe informacje?



środa, 26 lipca 2017

Portugalia. Nazaré

O kurna chata! Wybór padł na Portugalię! Długo jednak sprawdzaliśmy oferty i nie mogliśmy się zdecydować. Pewnego wieczora, gdy pojawiła się atrakcyjna cena lotu do Lizbony, szast prast, zapłaciliśmy i przypięczetowaliśmy nasz zamiar. Nazaré! W głowach mieliśmy opowieści Karoliny o pięknie położonego na klifie miasteczka, wieczornym wietrze i suszonych rybach sprzedawanych na plaży. Mieszkanie znaleźliśmy na olxie. Pozostała sprawa podróży. Nasz lot zakładał lądowanie w Lizbonie późnym popołudniem, z powrotem zaś na lotnisku w Modlinie mieliśmy być około 23.00.  Znaleźliśmy ciekawą ofertę firmy Ankar, która swoimi busami odbiera pasażerów spod domu, zawozi na lotnisko, a z powrotem czeka na pasażerów, aż wylądują i odwozi pod adres docelowy. Z Lizbony do Nazaré planowaliśmy dojechać autokarem linii Rodotejo lub Rede Expressos.

Autokar okazał się najsłabszym ogniwem naszego planowania. Lot z Modlina opóźnił się o dwie godziny. Pozostało przymusowo nocować w portugalskiej stolicy, bądź zadzwonić do Vitora, który czekał na nasz przyjazd w Nazaré z kompletem kluczy do mieszkania. Wybraliśmy tę drugą opcję i tuż przed północą dojechaliśmy autokarem do malutkiego miasteczka Caldas da Rainha, gdzie czekała już na nas obszerna taksówka. Podjechaliśmy pod dwupiętrową kamieniczkę w wąskiej uliczce, nieopodal plaży. I mimo, że było grubo po północy zachwycaliśmy się miejscem, gdzie mieliśmy spędzić nasze wakacje. Do mieszkania weszliśmy po schodach, gdzie na piętrze była nasza sypialnia, kuchnia i łazienka, na najwyższej kondygnacji zaś znajdowały się sypialnie dzieci. Z okna widzieliśmy prawie na wyciągnięcie ręki okna kamieniczki po drugiej stronie zaułka. Życie w Nazaré mimo drugiej w nocy wciąż nie zamarło, tak było zresztą przez cały nasz pobyt. Za to poranki rozpoczynały się dość późno, gdy na zegarze wybijała godzina 10.00 miasteczko zaczynało szumieć swym codziennym rytmem.

Nazaré składa się z dwóch części: starszej, zwanej Sitio, położonej na klifie (to tam właśnie znajduje się sanktuarium), oraz młodszej położonej poniżej, oddzielonej od plaży ulicą, pełnej domków z dachami pokrytymi czerwoną dachówką i wąskich uliczek oraz jeszcze węższych zaułków, gdzie można przystanąć i niemal oprzeć się rękami o ściany dwóch przeciwległych domów. Do Sitio można wjechać kolejką (zwaną tu Elevador) lub wejść malowniczą drogą pod górę. Widok jaki się roztacza z brzegu klifu na plażę i mrowie czerwonych dachów niższej części miasteczka zapiera dech w piersiach. Warto przejść się na drugą stronę klifu i spojrzeć z góry na pustą plażę z jego drugiej strony. Dzikość fal, piaszczyste pustkowie ciągnące się po horyzont również zachwyca.



Mieszkaliśmy w dolnej części miasteczka, nieopodal kościółka. Od plaży oddzielał nas fragment zaułka, oraz szeroka droga, zwana przez nas "promenadą", ciągnąca się równolegle do wybrzeża. Blisko mieliśmy do małego sklepu spożywczego oraz całej gęstwy barów i małych restauracji. Lubiliśmy zwłaszcza przed wieczorem spacerować w labiryncie wąskich urokliwych uliczek, nad głowami widząc suszące się pranie mieszkańców, wsłuchując się w dźwięki muzyki dolatującej z otwartych okien mijanych budynków. Nad drzwiami wiodącymi do mieszkań przyglądaliśmy się płytkom terakoty przedstawiającym zazwyczaj jakiegoś świętego lub świętą albo też bardzo popularny motyw z Matką Boską z Nazaré, a zdarzało się, że zwykły motyw z rybakami wypływającymi w morze. Spoglądaliśmy na starsze kobiety w czerni (bardzo popularny k0lor ich strojów), ubranym w krótkie spódnice, siedzącym na krzesłach przed drzwiami swych domów, trwającym w zadumie bądź robiącymi na drutach. W Nazaré, jeśli tylko nie było upalnie, czuliśmy miły powiew wiatru nawet w zaułkach. Charakterystyczną porą był czas popołudniowy, gdy Portugalczycy piekli na grillu, często bardzo prowizorycznym, rozstawianym w ciasnych uliczkach, sardynki. Powietrze przesycone było wówczas zapachem palonego węgla drzewnego, zmieszanego z zapachem świeżych ryb i przypraw.



Oczywiście plażowaliśmy, zwłaszcza na początku, gdy o przesycie zimnym oceanem i jego falami nie było jeszcze mowy. Kąpiel w oceanie jest możliwa, lecz jeśli ktoś wybiera się do Nazaré, powinien zapomnieć o ciepłej morskiej wodzie, takiej jak na przykład w Chorwacji. Woda jest zawsze zimna, nawet w upalne dni. Poza tym często fale są dość wysokie. Do wody wchodziliśmy więc po to, aby nieco się ochłodzić, oraz poczuć siłę oceanu. Zdarzało się, że woda była spokojniejsza, zwłaszcza w upalne dni, wtedy nawet pływanie było możliwe.

Poza wyjątkami, nie mieliśmy okazji nawiązać bliższych znajomości z mieszkańcami. Poczyniliśmy za to nieco obserwacji. To co rzuca się w oczy, to skromność napotykanych Portugalczyków. Wyrażająca się na wiele sposobów - przez sposób bycia, zwykły, najzwyklejszy ubiór, ciasnotę mieszkań i uliczek. Pocałunek w policzek na powitanie na przystanku autobusowym, na ławce, podczas dzielenia się znakiem pokoju w kościele.

Zdarzyło nam się w jednym ze sklepików natknąć na kolekcję pamiątek miejscowej drużyny piłkarskiej. Zdjęcia stare i nowe, proporczyki, koszulki, medale, artykuły archiwalne. Muzea przy stadionach piłkarskich największych klubów europejskich nie powstydziłyby się takiej kolekcji. Nie na sprzedaż - jak poinformował właściciel sklepiku.

Nie sposób pominąć kuchni miejscowej. Próbowaliśmy stołować się w miasteczkowych restauracjach i barach, a także pichcić obiady w domu, zaopatrując się głównie na miejscowym targu, zwanym Municipal Mercado, gdzie można było kupić warzywa, owoce, nabiał, pieczywo oraz owoce morza. Zajadaliśmy się pysznymi miejscowymi bułkami oraz świeżymi figami i soczystymi arbuzami. Niestety jeśli chodzi o warzywa, wiele z nich nie dorównywało jakością naszym polskim. Papryka, pomidory, długa fasola były niezłe, ale już ogórki i ziemniaki mierne. Z owoców morza nie widzieliśmy na targu krewetek, zajadaliśmy się za to smażonymi sardynkami, doradami, minogami (!) i pyszną, o białym mięsie i czerwonej skórze rybie zwanej po portugalsku cantaril. Całkiem dobre wychodziły nam również smażone kalmary.

Próbowaliśmy również miejscowej kuchni. Za pierwszym razem usiedliśmy przy stoliku nieopodal naszego mieszkania. Kelner, rosły, sympatyczny czarnoskóry mężczyzna zaproponował  danie dnia. Do wyboru był dorsz z jajecznicą i ośmiornica serwowana z fasolką. Wyobrażaliśmy sobie talerz ze smażoną, chrupiącą rybą, leżącą obok jajecznicy oraz chrupiącą ośmiornicę w towarzystwie fasolki szparagowej. Jakież było nasze zdziwienie, gdy dorsz z jajecznicą okazał się być jajecznicą z dodatkiem dorsza, a kawałki ośmiornicy pływały w pomidorowym sosie przyprawionym trawą cytrynową w towarzystwie kiełbasy i fasoli.

Wałęsając się nazareńskimi uliczkami wieczorem, przechodziliśmy często obok rozstawionych na zewnątrz stolików. Wieczorem zdecydowanie królowały na nich owoce morza. Precebes, w kształcie kopyta zakończonego pazurkami, małże, sercówki zdecydowanie królowały na talerzach.



Pewnego ranka kupiliśmy na targu właśnie precebes, które w języku polskim zwie się pąklami kaczenicami. Jada się je na surowo, odłamując nóżkę, rurkę czy też trąbkę od "kopytka z pazurem". Wewnątrz rurki znajduje się część jadalna tego małża, o nieco słonym smaku. Całkiem, całkiem.



SMS od Vitora: "Jeśli chcecie zjeść naprawdę dobre małże idźcie do baru w sąsiedniej uliczce. Tam chodzą tylko Portugalczycy." Poszliśmy. Bar to właściwie mały pokój mieszczący kuchnię i kilka stolików na zewnątrz. Wszystkie zajęte, ale jak powiedział pan z obsługi: "za pięć minut na pewno coś się zwolni". Zamówiliśmy małże (ameijoa po portugalsku). Chwilę trwało i na stole zjawił się talerz z ciepłymi skorupiakami pływającymi w maśle z czosnkiem i pietruszką o smaku cytrynowej trawy. Były przepyszne. Nie nadążaliśmy oblizywać palców. Na drugi ogień poszły sercówki jadalne (berbigao po portugalsku). Te z kolei pływały w sosie ze świeżych pomidorów, lekko pikantnym z cebulką. Były podobnie pyszne. Zamówiliśmy kolejną turę. Nasyceni, poszliśmy płacić. Skończyliśmy wieczór zaproszeni przez właściciela baru na szklaneczkę zimnego Sagres. To było zdecydowanie warte zachodu.

Nazaré to nie tylko plaża, wąskie uliczki, owoce morza, sanktuarium. Warto wybrać się na spacer po okolicy. Gdy stałem na szczycie klifu, w oddali widziałem wzgórze, które okazało się nosić nazwę Monte de São Bartolomeu. Droga na szczyt okazała się dość atrakcyjna. Wyszedłem od strony "nadoceanicznej promenady" ulicą w górę obok hotelu Praia. Wkrótce wszedłem do miejskiego parku i choć droga wciąż wiodła w górę, obecność drzew i cisza sprawiały, że szło się nieco lżej. Gdy wyszedłem z parku skręciłem w prawo w stronę cmentarza. Warto nań wejść, aby móc podziwiać nieco inną estetykę tego miejsca, pełnego rodzinnych grobowców w kształcie małych kapliczek, tonącego w bieli nagrobków. Okolice cmentarza, położonego na szczycie wzgórza pozwalały chłonąć piękny widok na plaże, klif i ocean. Później ścieżka wiodła bezdrożem, aby po przejściu pod ruchliwą drogą wyjazdową doprowadzić do suchego portugalskiego lasu, pełnego dźwięków cykad. Wejście na szczyt wzgórza świętego Bartłomieja wiodło stromym podejściem po schodach. Na szczycie kapliczka i nieczynne niestety wejście na wieżyczkę widokową. Jednak z samego wzgórza można podziwiać również piękną panoramę.



Czy Nazaré warto odwiedzić na dłużej? Zdecydowanie. Do dziś tęsknimy za portugalskim wiatrem, a przed oczami mamy widoki miasteczka i plaży oraz czujemy smak małży, sercówek oraz zimnego porto.

wtorek, 20 czerwca 2017

Łomża

Wybraliśmy się z Kasią na 2 dni do Łomży. Niegdyś miasto wojewódzkie, dziś jeden z trzech największych ośrodków miejskich w województwie podlaskim. Niby znane. Sam przejeżdżałem przez Łomżę wielokrotnie, prywatnie i służbowo zatrzymywałem się na chwilę, ale tak naprawdę znałem bardzo pobieżnie.

Hotel.
Najpierw było planowanie. Okazało się, że łomżyńska baza noclegowa wcale nie jest bogata w oferty. Wybraliśmy hotel Mohito położony w najbliższym sąsiedztwie rynku. Po pierwsze zbierał pochlebne opinie w internecie. Po drugie oferował pokoje w umiarkowanych cenach, które na zdjęciach prezentowały się zachęcająco.

Był to bardzo dobry wybór. Pokój urządzony był schludnie, łóżka były bardzo wygodne, a i śniadania w formie bufetu smaczne (pieczywo, wędliny, ser, warzywa świeże, sałatka jajeczna bajeczna).




Narew

Najpierw nad rzekę. Łomża malowniczo rozlokowała się w średniowieczu na wzgórzu zwanym Popową Górą. Niemal naprzeciw hotelu widzieliśmy wejście przez bramę do kościoła Matki Boskiej i klasztoru Kapucynów, o którym wzmiankowałem przy okazji podlaskich wędrówek śladami Augustyna Mirysa. To historyczne miejsce.  W czasach, gdy książę mazowiecki Janusz I lokował miasto na prawie chełmińskim, pierwszy miejski kościół Najświętszej Marii Panny i Świętych Rozesłańców stał właśnie tu. Uliczka Krzywe Koło schodziliśmy nad rzekę. Minęliśmy budynek dawnej parafii ewangelickiej związanej z osobą Józefa Piłsudskiego (pamiątkowa tablica przypomina o tym, a jakże), a zaraz potem bramę Napoleona, prowadzącą donikąd, jakby przeniesioną w to miejsce z dawnej, zapomnianej epoki. W dół do ulicy Rybaki prowadziły nas schody i miłe zapachy unoszące się w powietrzu. Kwitł jaśmin, róża, powoje. Doszliśmy do przystani zlokalizowanej u przedłużenia uliczki Żydowskiej, a potem poszliśmy na południe w kierunku najstarszego cmentarza żydowskiego, ulokowanego malowniczo na stoku wzgórza.




Później, już wieczorem poszliśmy dalej w kierunku Starej Łomży, kolebki dzisiejszego miasta. Góra królowej Bony położona już za wsią, niby nic. Warto jednak wejść, aby spojrzeć na wijącą się jak wąż rzekę Narew w świetle zachodzącego słońca.




Katedra

Ze wszystkich łomżyńskich zabytków zrobiła największe wrażenie. Czy dlatego, że weszliśmy do środka, gdy pięknie rozbrzmiewały organy? Czy też dlatego, że gotyk na terenach województwa podlaskiego nie jest częstym widokiem? Tablice epitafijne i pamiątkowe na ścianach świadczące o bogatej historii miasta. Henryk Sienkiewicz, Adam Chętnik, Jan Nepomucen Kamil Bisping. Nastrój zadumy i zapach starej świątyni.




Dysonanse

Mimo świetnej historii sięgającej wczesnego średniowiecza oraz malowniczego położenia na wzgórzu co i rusz mieliśmy wrażenie, że potencjał Łomży jest nie wykorzystany. Nad Narwią jedna przystań z dwiema budkami lodów, jeden ogródek piwny fantazyjnie obsadzony kwiatami z wystrzyżoną trawą, pedantycznie przygotowanym miejscem na ognisko i reklamowany niestety w sposób mało zachęcający, jako bilard i piwo oraz plaża miejska to zdecydowanie za mało. 



Gdy wracaliśmy schodami Krzywego Koła wieczorem do hotelu nie mogliśmy uwierzyć, że wokół nie palą się latarenki zachęcające do zjedzenia kolacji w w rozlokowanych na stoku wzgórza knajpkach.

Wrażenie nie wypełnionej niczym pustki pojawiło się w sposób wyraźny na rynku. Tylko cztery miejsca, gdzie można zjeść obiad, w tym burgerownia, kebab, pizzeria i jedna, jedyna restauracja. Zresztą po godzinie 22.00 nie ma czego szukać w rynku. Wszystko pozamykane. Żywej duszy. Na kolację Łomża zaprasza poza starówkę. Może McDonalds?

Muzeum

Świetną kolekcję bursztynu z dorzecza Narwi można zobaczyć w Muzeum Północno-Mazowieckim nieopodal rynku przy Długiej. Sporej wielkości bryły jasnobrązowe, żółte, o kolorze ciekłego miodu z zatopionymi szczątkami dawnych światów. Ozdoby ludowe i religijne z bursztynu i ciekawie opisana historia jego wydobywania na Kurpiach. Obok równie ciekawa ekspozycja rzeźb ludowych świątków. Jednak i w muzeum odniosłem wrażenie pewnego dysonansu. Trzy wystawy stałe. Na każdą oddzielne bilety. Jak na Wawelu, panie.

Kolebka

W muzeum można kupić książeczkę Antoniego Smolińskiego "Ze wzgórza św. Wawrzyńca". Autor zaangażowany niegdyś w badania archeologiczne na wzgórzu, będącego kolebką chrześcijaństwa zachodniego na terenach Polski północno-wschodniej bardzo ciekawie opowiada o pracach badawczych, odkryciu drugiej świątyni oraz pierwszej z czasów Bolesława Chrobrego, co do której istnienia wciąż trwają spory wśród historyków. Być może osoba Brunona z Kwerfurtu, który podobnie, jak święty Wojciech wyruszył z misją chrystianizacyjną na północny wschód nie jest tak samo powszechnie znana, ale i w przypadku wzgórza świętego Wawrzyńca, wokół którego powstała pierwsza osada zwana Łomżą i prawdopodobnie pierwsza świątynia zniszczona podczas buntu Masława odnoszę wrażenie, że nie jest jego potencjał wykorzystywany. Spróbujcie na wzgórze trafić, nie pytając miejscowych o drogę. Traficie do nieodległej Góry Królowej Bony (kierunkowskaz "grodzisko" wskaże drogę do niej), położonej już za Starą Łomżą i będziecie błądzić nie zdając sobie sprawy, że wzgórze św. Wawrzyńca położone jest niżej i schody do niego prowadzą jeszcze wśród zabudowań wsi. O tabliczkę ze strzałką nikt się nie zatroszczył.



Łomża na pewno stała się dla nas bliższa, to był dobry czas, mimo dysonansów jak wyżej. Odjeżdżaliśmy z nadzieją, że przyjdzie czas, gdy miasto, które opuszczaliśmy stanie się o wiele częstszym celem wypraw turystów (jak Kazimierz Dolny na przykład).