środa, 22 stycznia 2020

Pani Helena i "Nasz Sztabiński Dom"

To był jeden z tych okropnych dni początku lipca, gdy dotarła do mnie wiadomość, że pani Helena nie żyje. 

Jeszcze pod koniec czerwca miałem okazję zamienić z nią parę słów w Jaminach na promocji książki. Krótko wcześniej przesłałem artykuł do redakcji "Naszego Sztabińskiego Domu", po dłuższej przerwie i właśnie na temat tego artykułu usłyszałem kilka ciepłych słów.

Panią Helenę Kozłowską poznałem na drugim spotkaniu Jamińskiego Zespołu Indeksacyjnego w 2013 roku. Formuła naszych wiosennych spotkań już od lat jest niezmienna.  W piątki, gdy wszyscy zjeżdżamy do północno-wschodnich rubieży kraju z różnych części Polski a nawet świata, ma miejsce uroczysta kolacja z udziałem zaproszonych gości, głównie regionalistów, osób ważnych dla terenów, którymi się zajmujemy indeksując kolejne parafie. I na takim spotkaniu w piątek pojawiła się pani Helena, redaktor naczelna "Naszego Sztabińskiego Domu", niepozorna, drobniutka, aż trudno było na pierwszy rzut oka domyślić się, że stworzyła jeden z najlepszych miesięczników regionalnych. A wszystko dzięki niezwykłej aktywności, a także umiejętności nawiązywania i co ważne utrzymywania kontaktu z korespondentami pisma. Od 2013 roku regularnie w skrzynce pocztowej znajdowałem co miesiąc najnowszy numer pisma, a w styczniu 2014 roku opublikowany został mój pierwszy artykuł.

Wydania "Naszego Sztabińskiego Domu" to już pokaźna sterta na mojej półce. Gdyby tak przejrzeć je wszystkie znalazłbym tam artykuły Adama Czesława Dobrońskiego, Mariana Szamatowicza, teksty regionalistów i zwykłych mieszkańców Ziemi Sztabińskiej, ciekawostki ze starej prasy wynajdywane przez kolegę z Jamińskiego Zespołu Indeksacyjnego - Ryszarda Korąkiewicza, czy też moje ulubione, dla których zawsze chętnie sięgam po NSzD, opowieści Sławomira Grabowego. Członkowie Jamińskiego Zespołu Indeksacyjnego zawsze mogli liczyć na to, że nasze teksty ukażą się ww piśmie, które rozsyłane później bywało po całej Polsce i różnych innych zakątkach globu.

Dziękuję Pani za to, że miałem okazję Panią poznać, pani Heleno.

 

wtorek, 17 grudnia 2019

Ksiądz i rewolwer

Nowy Dwór, wówczas jeszcze miasteczko na prawach miasta (prawa miejskie odebrane w 1934 roku) położone nieco na uboczu głównych szlaków na Ziemi Sokólskiej. W miasteczku ludność wyznaniowo wymieszana. Synagoga, cerkiew, kościół. W rynku targi koni i bydła. Domy drewniane, kryte strzechą. Ksiądz Zygmunt Wirpsza przybył do Nowego Dworu prawdopodobnie na przełomie lat 70. i 80. XIX wieku z sąsiedniej parafii w Dąbrowie Grodzieńskiej. Takie nazwisko księdza wikarego widać w metrykach tejże parafii w Dąbrowie w latach 1877-1879.

W 1881 roku jako proboszcz parafii nowodworskiej wraz z panem Eynarowiczem z nieodległej Kudrawki rozpoczyna pracę przy murowaniu kościoła oraz grodzeniu cmentarza. Jakoś jednak nie wszystko idzie jak należy. Czy to marazm małego miasteczka, różnorakie problemy dnia codziennego, czy też brak lokalnych liderów sprawia, że prace nie posuwają się naprzód. Pisze o tym "Gazeta Świąteczna" w numerze 52 z 1885 roku:

"Z okolic Nowego Dworu, co leży w gubernji Grodzieńskiej, donoszą nam, że przed czterema już laty przymurowano połowę kościoła w tem miasteczku i pokryto dachem, a to kosztem i pracą parafjan, za staraniem zaś księdza proboszcza Wirpsza i pana Ejnarowicza, dziedzica z Kudrawki. Od tego jednak czasu parafjanie i bractwo kościelne przestali jakoś dbać o swój dom Boży. Ściany są nagie, a nawet tynk z nich odpada, że żal patrzyć. Dwa obrazy sprowadzone dawniej za dwieście rubli muszą stać dotąd w magazynie i jest obawa, żeby ich tam szczury nie popsuły. Cmentarz kościelny został do połowy otoczony murem kamiennym, a reszty ogrodzenia doczekać się niemożna. Ksiądz proboszcz chciałby się jak najprędzej zabrać do tych robót, przypomina wraz ze swym organistą o potrzebach kościoła ludowi, ale parafjanie są opieszali. Spodziewamy się jednak, że przecież nareszcie się wzruszą i o zaopatrzeniu swej świątyni we wszystko naprawdę pomyślą."


Ciekawi mnie zwłaszcza, jaki był dalszy los tych obrazów za 200 rubli.

...

5 lat później miasteczko budzi się jednak z marazmu. Przeszywa je jak strzałą straszna i jednocześnie dziwna wiadomość:

"O smutnym wypadku donosi nam czytelnik Gazety: "W Nowym Dworze (co leży koło źródeł rzeki Bobry) proboszcz tamtejszy, ks. Wierpsza, wróciwszy z drogi na plebanję chciał oczyścić rewolwer. Mając jednak krótki wzrok, nie zauważył, że niektóre kule siedzą w bębenku. Podczas majstrowania cyngiel został przez nieostrożność pociągnięty, padł strzał i kula, trafiwszy księdza w samo czoło, pozbawiła go życia. Zwłoki pogrzebane zostały na cmentarzu parafialnym, a prowadził je na miejsce wiecznego spoczynku proboszcz z Zalesia. Parafjanie wstrzymali się podczas zapust od tańców i muzyki, bez której nawet uroczystości weselne się odbywały"



Przede wszystkim zwraca uwagę ten nieszczęsny rewolwer. Po co proboszczowi w tej prowincjonalnej mieścinie był taki przedmiot. Czy czasy były niespokojne? Czy prowadzenie parafii w Nowym Dworze było niebezpieczne? A może takie zwyczaje wtedy panowały wśród proboszczów? Po drugie, czy to rzeczywiście był przypadek? Przypuszczam, że wśród mieszkańców Nowego Dworu do dziś może istnieć w pamięci zbiorowej pamięć o księdzu, który przez nieuwagę pozbawił się życia.

Wątpliwości nie rozwiewa akt zgonu księdza Zygmunta Wirpszy (takie nazwisko widnieje w akcie zgonu) zapisany w księdze pogrzebanych parafii w Nowym Dworze z roku 1890 pod numerem 91. Według tego lakonicznego zapisu ksiądz Zygmunt Wirpsza zginął отъ выстрела съ револьвера самымъ. Miał 53 lata. Ciało zmarłego księdza pochowane zostało na nowodworskim cmentarzu parafialnym przez księdza Franciszka Mackiewicza tego samego dnia, 20 grudnia 1890 roku.

środa, 4 grudnia 2019

Rozalia Usarek z domu Kubica

Jeśli chodzi o odkrycia genealogiczne ostatniego czasu, przeglądając Akta Stanu Cywilnego z Odolanowa dostępne w w serwisie BASIA, znalazłem akt zgonu Rozalii Usarek z Kubiców. Rozalia była żoną Jana Uzarka, czyli moją 4xprababcią. Tak na marginesie, ciekawe byłoby sprawdzenie, czy Robert Kubica ma korzenie w okolicach Odolanowa. 4xprababcia to osoba, do której żadna pamięć rodzinna nie sięga. Wszystko co o niej wiem, dowiedziałem się przeglądając dokumenty archiwalne. Rozalia była matką Wojciecha Uzarka, Wojciech natomiast ojcem Marcina, który w 1889 roku uznał za swą córkę moją prababcię Józefę. Może więc Marcin nie był biologicznym ojcem Józefy? Nawet jeśli nie, to i tak Józefę z Uzarkami połączyły więzy rodzinne i kulturowe, dzięki małżeństwu rodziców. Może kiedyś wykonam badania DNA, aby spróbować to ustalić.



Rozalia Usarek z Kubiców, zmarła jako wdowa 24 sierpnia 1881 roku w Garkach, gdzie przychodziły na świat dwa kolejne pokolenia Uzarków. Zmarła w wieku 78 lat, dożyła więc sędziwego wieku. Według powyższego aktu zgonu urodziła się także w Garkach.

Nazwisko Rozalii zapisano powyżej jako Usarek i jest to poprawna forma tego nazwiska, występująca w okolicach Odolanowa. Ale moja prababcia Józefa zapisywana była jako Uzarek. Forma nazwiska została zmieniona w czasach, gdy ludzie nie przywiązywali do jego formy takiego znaczenia, jakie nadaje mu nasze pokolenie.

poniedziałek, 11 listopada 2019

Dubaj

Zjednoczone Emiraty Arabskie - państwo powstałe 2 grudnia 1971 roku na skutek połączenia 6 emiratów w federację, jest jedynym istniejącym efektem idei panarabizmu, która od XIX wieku głosiła zjednoczenie wszystkich ludów arabskojęzycznych. 3 lata wcześniej zapowiedziano wycofanie wojsk brytyjskich z tej części świata, co stało się początkiem zjednoczenia. Umowną stolicą handlową i ekonomiczną nowego państwa został Dubaj położony nad naturalną zatoką wcinającą się w głąb lądu o nazwie Dubai Creek, będący już w starożytności jednym z najważniejszych portów w regionie. Grecy nazywali to miejsce Zara. W wiekach dawnych Dubaj ceniony był jako dogodny punkt wypadowy dla poławiaczy pereł. Otaczająca to miejsce pustynia i ekstremalnie wysokie temperatury w ciągu roku, przy minimalnej ilości opadów, warunkowały również pozostałe podstawy ekonomicznego rozwoju regionu. Najważniejsze stały się hodowla wielbłądów oraz uprawa daktyli. Nie od rzeczy będzie wspomnieć o rozpowszechnionej wśród Arabów tradycji hodowli sokołów myśliwskich. Kiedy jednym z najważniejszych surowców regionu stała się ropa naftowa, Dubaj zaczął rozwijać się jako jedno z najważniejszych miast Półwyspu Arabskiego. Dziś jest to ponad 3 milionowa metropolia, w której żyje tylko około 14 % Arabów, z nowoczesną siecią szerokich dróg, dobrymi hotelami oraz imponującymi swą architekturą budynkami biurowców. Tak się złożyło, że miałem ostatnio okazję dwukrotnie odwiedzić Dubaj służbowo.

Dubaj rozłożył się wzdłuż wybrzeża Zatoki Perskiej lub Arabskiej, jak zwą ją mieszkańcy Emiratów, na osi północny wschód - południowy zachód. Najstarsze dzielnice miasta to Bur Dubai i Deira położone na północno wschodnich krańcach miasta po przeciwnych stronach zatoki Dubai Creek. Cała część miasta położona na południowy zachód od Bur Dubai to nowoczesna, niemalże europejska metropolia z szerokimi wielopasmowymi drogami łączącymi obie części. Podczas pierwszego pobytu w Dubaju przyszło mi mieszkać w nowej części miasta w hotelu położonym w miejscu, gdzie jeszcze 15 lat temu znajdowały się wody Zatoki Arabskiej.

Hotel Atana z zewnętrznym basenem (woda nieco zbyt ciepła), bogatym menu śniadaniowym, w którym można było znaleźć specjały lokalne, jak hummus, azjatyckie (indyjskie zupy typu Dal, tajwańskie makarony z warzywami) oraz europejskie, a także supermarketami położonymi w bliskiej okolicy był świetnym punktem na rozpoczęcie przygody z Dubajem. Podczas pierwszego pobytu często towarzyszyło mi wrażenie, że jestem w mieście typowo europejskim. W hotelu towarzystwo międzynarodowe, towary w supermarketach podobne do tych, które spotkać można pod każdą szerokością geograficzną, oczywiście z lokalnymi wyjątkami. Nawet okoliczne knajpki naśladowały raczej typowo europejskie fastfoodowe bary.

Największe wrażenie wśród nalpopularniejszych atrakcji turystycznych Dubaju zrobił na mnie najwyższy budynek świata Burj Khalifa. Jego budowa trwała 5 lat i zakończyła się 16 sierpnia 2009 roku. Zbudowany został przy udziale konsorcjów Samsung Constructions, BESIX i Arabtec. Jego wysokość wynosi 828 metrów, posiada 163 piętra użytkowe. Wygląd ogólny nawiązuje do architektury islamu oraz kwiatu pustyni o nazwie Hymenocallis. Zaprojektowany został przed przedsiębiorstwo Skidmore, Owings and Merill znane z projektów choćby Willis Tower w Chicago, czy wieży wolności (Freedom Tower) w nowym kompleksie World Trade Center na nowojorskim Manhattanie. Najwyższy taras widokowy położony na 148 piętrze drapacza chmur jest jednocześnie najwyższym tarasem widokowym na świecie. My wybraliśmy się tam w południe w upalny dzień wrześniowy (44 stopnie Celsjusza na zewnątrz). Jednak nie na piętro 148, a na taras widokowy położony na piętrach 124 i 125 na wysokości 465 metrów, gdzie wstęp kosztował ponad dwukrotnie taniej.



Do Burj Khalifa wchodzi się z kompleksu położonego nieopodal, czyli  centrum handlowego Dubai Mall. Akurat to miejsce popularne wśród turystów nie zachwyciło mnie, pomimo wyposażenia w akwarium i wodospad oraz usytuowane na zewnątrz  tańczące fontanny. Zupełnie podobne do tych przed hotelem Bellagio w Las Vegas, przy czym fontanny "tańczą" w rytm orientalnej muzyki, a nie "Billy Jean" Michaela Jacksona.

Widok z platformy na piętrze 124 jest oszałamiający. Wszystkie te wieżowce, które z dołu wydają się wysokie, widać z góry. Powietrze w Dubaju przesiąknięte jest pyłem piaskowym i mimo niezłej przejrzystości powietrza, kontury budynków na horyzoncie i granice między miastem a pustynią były nieco zatarte.




Zjeżdżając w dół windą słuchaliśmy głosu spikera przekonującego, że region Półwyspu Arabskiego potrzebował wielkiego sukcesu, a Burj Khalifa na pewno należy do osiągnięć z których można być dumnym. Sam budynek musi być drogi w utrzymaniu. Interesowało mnie, ile czasu trwa mycie powierzchni zewnętrznych. Podobno pół roku. W październiku podczas drugiego pobytu w Dubaju miałem okazję zaobserwować taką ekipę w akcji.


Otoczenie Burj Khalifa również wygląda imponująco, a w okolicach południa jest tam pusto i zdjęcia można robić bez wyszukiwania wolnych od ludzi przestrzeni.







Emiratczycy jednak mają kolejne ambicje do zaspokojenia i już budują kolejny budynek - Dubai Creek Tower, którego wysokość ma przekraczać 1000 m!

Kolejna rzecz, która robi w Dubaju wrażenie to sztuczne wyspy na morzu. Miałem okazję odwiedzić Palm Jumeirah, czyli wyspę w kształcie palmy, na której znajdują się ekskluzywne rezydencje, zwieńczoną w części falochronowej otaczającej "palmę" kompleksem hotelowym Atlantis. Z hotelu Atana kursował shuttle bus do #The Pointe, publicznej plaży położonej na samym szczycie palmy. Pojechaliśmy tam po dwóch dniach morderczej pracy od rana do wieczora, więc nawet te 44 stopnie w cieniu nie zniechęciły nas od tego, aby choć na chwilę wejść do wody i poczuć odrobinę luksusowego spokoju. Woda w morzu ciepła jak zupa, w piasku muszelki o ciekawych kształtaach, ale słońce tak prażyło, że nawet wylegiwanie się na poduchach pod parasolami było na dłuższą metę męczące.



Z kompleksu hotelowego Atlantis, który zwiedza się za stosowną opłatą, kursuje kolejka Monorail do stałego lądu, z której okien można podziwiać wyspę i rezydencje położone na "gałęziach palmy". Ale chyba największe wrażenie robi widok infrastruktury wypoczynkowej hotelu Atlantis z obszernym parkiem wodnym obejmującym wioskę indiańską oraz malowniczy labirynt cieków wodnych.

Będąc w Dubaju warto spojrzeć  na hotel Burj Al Arab, w którym ceny za pobyt zaczynają się od 1300 USD za nocleg. W ofercie hotelu znajdują się same apartamenty, od najmniejszego od 169 m2 po największy o powierzchni 780 m2. Hotel wybudowany został w latach 1994-1999 wg projektu Toma Wrighta z firmy WS Atkins PLC. Stoi na sztucznej wyspie, a jego 321 m wysokości czyni go najwyższym budynkiem hotelowym świata. W 2005 roku na specjalnej odkrytej platformie na szczycie hotelu odbył się mecz tenisa ziemnego pomiędzy Rogerem Federerem i Andre Agassim.

Zdjęcia hotelu można wykonywać z miejsc widokowych w kompleksie zakupowym Jumeirah Medinat, stylizowanym na tradycyjną dzielnicę arabską, którą polecam jedynie tym osobom, które lubią robić zakupy w sklepach przeznaczonych dla turystów z mnóstwem gadżetów i suwenirów przygotowanych specjalnie dla nich. Wybraliśmy się tam wieczorem we wrześniu i oglądaliśmy z oddalenia pięknie podświetlony hotel. W październiku popatrzyliśmy na hotel z drugiej strony od plaży Jumeirah.



Wygląda zupełnie inaczej, niż na pocztówkach, nieprawdaż?

Kolejnym popularnym miejscem w Dubaju jest Dubai Marina, czyli nowa dzielnica nad Zatoką, nieopodal Palmy Jumeirah, pełna wieżowców nad sztucznymi jeziorami z promenadą spacerową, mnóstwem restauracji przygotowanych pod gust człowieka Zachodu oraz Portem Marina mieszczącym mrowie jachtów i statków.

We wrześniu w połowie upalnego dnia było tam niemal pusto, dzięki czemu mogliśmy zrobić zdjęcia pokazujące malowniczość tego miejsca.

W październiku, gdy wybraliśmy się do Dubai Marina wieczorem, promenada kipiała wprost od ludzi, restauracje pracowały pełną parą. Można było spotkać kobiety ubrane po czubek nosa i te prawie roznegliżowane do bikini. Ducha Azji tam raczej nie poczuliśmy.





Gdy pewnego dni wybraliśmy się do Bur Dubai - najstarszej dzielnicy miasta położone przy samym Creeku i przeszliśmy się po lokalnym targowisku, zaczepiani przez sprzedawców, którzy z dala słysząc nasze rozmowy, zagajali w języku polskim, gdy następnie wsiadłem do abry kursującej między Bur Dubaj a Deirą w cenie 1 dirhama, poczułem, że to jest to i że dla tych starszych dzielnic warto tu przyjechać. Abra to odkryta tradycyjna łódź,  gdzie chętni na przewóz siadają w dwóch rzędach plecami do siebie. Po zapełnieniu wszystkich miejsc (około 20), abra rusza, a my możemy podziwiać zabudowę Bur Dubai i Deiry po obu stronach Creeku. W Deirze znajdują się dwa souki: korzeni i złota. Czegóż tam nie ma - szafrany, kardamony i różne inne zioła, niektóre zupełnie mi nie znane. I ta pełnaa gorączki atmosfera handlu i zachęcania do kupna. Już wiem, że najlepsze ceny są przy wejściu na targ, gdyż rzadziej się do nich później wraca. A gdy później przechadzałem się pełnymi ludzi ulicami Deiry, widok spieszących do meczetu mężczyzn i nielicznych kobiet, gdy rozległ się głos muezzina wzywający na modlitwę, początkowo w małych grupach, które wraz z upływem sekund zmieniały się w wezbrane strumienie ludzi tradycyjnie ubranych, był to  widok niezapomniany. Płynąc abrą miałem okazję zamienić parę słów z Hindusem, który osiedlił się w Dubaju jakieś pół roku temu, wcześniej mieszkając przez kilkanaście lat w Moskwie.  Zaczęło się od rozmowy o wściekle wysokiej temperaturze, do której i on długo nie mógł się przyzwyczaić.

Na targowwisku z kolei wytargowałem niezłą cenę za baklavę i kilogram cukierków czekoladowych nadziewanych daktylami, które są lokalnym specjałem. Na koniec negocjacji, gdy była jeszcze chwila na luźniejszą rozmowę zostałem jako przybysz z Polski obdarowany naszą krówką.







Najpopularniejszym miejscem w Bur Dubaju, często odwiedzane przez turystów jest Muzeum Dubajskie (Dubai Museum) otwarte w roku 1971, w najstarszym budynku w mieście - forcie Al Fahidi, zbudowanym w roku 1787, który miał służyć do obrony miasta przed koczowniczymi plemionami.



Muzeum jest o tyle ciekawe, że przedstawia historię emiratu dubajskiego, typowe zajęcia mieszkańców sprzed ery ropy naftowej (hodowla wielbłądów, sokołów myśliwskich, uprawa daktyli, poławianie pereł), jest w nim miejsce na kolekcję broni oraz odkrycia archeologiczne na terenie emiratu. Bardzo ciekawie wyglądają modele łodzi używanych do transportu ludzi, czy poławiania pereł, a także typowa chata arabska zbudowana z włókien palmowych z wiatrołapem, stanowiącym element przemyślanego w warunkach pustynnych systemu wentylacji.




Muzeum może nie jest na poziomie mistrzostwa świata w randze muzeów, ale na pewno warto je zobaczyć, aby uświadomić sobie, że Dubaj to nie tylko nowoczesna metropolia, ale także miejsce mające swoją ciekawą historię.

W październiku podczas kolejnego wyjazdu mieszkałem właśnie w Bur Dubaju. Hotel Gateway  może nie był tej samej klasy, co Atana, ale niewiele mu ustępował. Bufet śniadaniowy obfitował w różne opcje, choć dominowała kuchnia azjatycka. Na dachu hotelu znajdował się basen z chłodną wodą. Korzystałem z niego wczesnym rankiem, gdy nie było tam nikogo.



Ale co najważniejsze, wokół hotelu mieszkali głównie Hindusi, Pakistańczycy, Banglijczykowie, Nepalczycy, Persowie. Dookoła rozlokowanych zostało wiele sklepów ze sprzętem elektronicznym i komputerowym, ale także całe mrowie knajpek azjatyckich. Około pół godziny spacerowym krokiem od hotelu znajdował się muzułmański cmentarz Jafferiya. Nie omieszkałem go odwiedzić. Kamienne nagrobki stojące na pustynnym piasku, bez żadnych zdjęć i wizerunków, które można spotkać na naszych tatarskich mizarach, w większości z opisami w języku arabskim, jedynie gdzieniegdzie dają się zauważyć inskrypcje częściowo w alfabecie łacińskim. Cmentarz otoczony jest murem i zabudową dzielnicy mieszkaniowej.





Wieczorem korzystaliśmy z menu okolicznych restauracji, często urządzonych pod lokalnego mieszkańca, bez tego całego blichtru, w który obfitują restauracje w nowoczesnej części Dubaju. W restauracjach tych Europejczyk często jest dość egzotycznym gościem, większość klientóww bowiem stanowią mieszkańcy dzielnicy.

Gdybym miał stworzyć ranking restauracji w tej dzielnicy na pewno znalazłaby się w nim Karachi Darbar Restaurant - restauracja pakistańska, jedna z wielu, należących do sieci Karachi Darbar. Dania kuchni pakistańskiej są podobne do hinduskich, czyli bardzo ostre. Nieco inaczej, bardziej grubo niż w kuchni hinduskiej wypiekany jest naan, czyli pyszny chleb, który tak smakował mi w New Delhi. Spróbowałem tam uttapam, czyli pysznych, delikatnych placków soczewicowo-ryżowych, ostrej indyjskiej zupy dal i afgani chicken. Wszystko wysokiej klasy. Mango lassi, jeden z popularniejszych lokalnych napojów był genialny.


W czółówce na pewno znalazłaby się również restauracja Bangla Darbar Restaurant, o ekstremalnie ostrej kuchni banglijskiej. Tam spróbowałem mięsa wołowego z chlebem naan i kachki fish - lokalnego specjału banglijskiego.

W New Bawarchi z kolei zamówiłem Nepali Khana Set i dostałem bardzo różnorodną kolację w stylu nepalskim. Było smacznie i inaczej niż zwykle.


Pierwsze miejsce dzierży jednak restauracja o wdzięcznej nazwie Arab Udupi, gdzie serwowano głównie dania kuchni indyjskiej i pakistańskiej. Tam zaryzykowałem i zamówiłem nie próbowane wcześniej danie: Kashmiri chicken z kashmiri naan. Było to coś przepysznego. Po raz pierwszy danie główne nie było ostre, a oprócz kawałków kurczaka, w sosie pływały ananasy i winogrona. Kashmiri naan z kolei to chleb o złocistym kolorze z dodatkiem kurkumy w nieco łagodnej i słodkiej wersji. Desery właściciel restauracji nam sprezentował. Każde z nas dostało gul jamun - specjał kuchni indyjskiej.

Podsumowując, Dubaj jest przede wszystkich dla miłośników metropolii, luksusów, którzy niekoniecznie szukają czegoś innego od zwykłego życia w trakcie wyjazdów. Na pewno jest imponującym świadectwem, jak wygodne miasto i nowoczesne miasto można zbudować, gdy ma się naa to środki w skrajnie niesprzyjających warunkach atmosferycznych. Azji tam zbyt mało, choć można i takie  klimaty tam znaleźć.