niedziela, 29 maja 2022

Majówka w Sztokholmie

Pierwszy od 2,5 roku wyjazd zagraniczny. Pierwszy od wybuchu pandemii COVID-19. Początkowa niechęć do jakiegokolwiek ruszania się z Polski przerodził się w umiarkowany entuzjazm na kilka miesięcy przed. Wreszcie przyszedł ten dzień: pakowanie się, kończenie zaległych zleceń i piątkowym popołudniem ruszyliśmy do Modlina. Lot minął szybko, podobnie przejażdżka metrem. Bardzo późnym wieczorem byliśmy w Sztokholmie w pięknie oświetlonej dzielnicy Mälarhöjden.

Było już długo po zmroku, jednak liczne światła a to w ogródkach, a to pod dachami domów,  czy też latarnie uliczne dodawały uroku dzielnicy domów jednorodzinnych, gdy z walizkami na kółkach toczyliśmy się do wynajętego lokum. Mälarhöjden leży tuż przy jeziorze Melar i tę bliskość wyczuwaliśmy idąc ulicą Pettersbergsvägen, gdyż co i rusz wody jeziora wyglądały zza posesji. Wynajęliśmy dom, w którym na co dzień mieszkała szwedzka rodzina z dziećmi. Niezwykłe doświadczenie, pokazujące jak ludzie mieszkający niemal po sąsiedzku, po drugiej stronie Bałtyku potrafią zaprzyjaźniać otaczającą przestrzeń zupełnie inaczej. Był to otwarty dom dwukondygnacyjny, którego centrum stanowiło atrium ze zwisającym przez dwie kondygnacje abażurem lampy. Pokoje na parterze i piętrze położone były dookoła. Na dolnej kondygnacji w środku znajdował się  nieduży stół i sofa. Można tu było poczytać książkę, napić się kawy. Dookoła stały meble wypełnione książkami, na ścianach wisiały fotografie i obrazy oraz ich reprodukcje. Sporo roślin. Kuchnia z głównym dużym stołem znajdowała się na piętrze. Tam też znajdowało się wejście na taras, skąd podziwiać można było wody jeziora Melar. Całkiem praktycznie, biorąc pod uwagę, że dzięki temu zapachy kuchenne nie rozchodziły się po całym domu.

***

Pierwszego dnia pojechaliśmy do muzeum Vasa. Mieliśmy wówczas okazję w świetle dnia ujrzeć urokliwą dzielnicę Mälarhöjden.



Muzeum powstało w 1990 roku, po wydobyciu z dna morskiego wraku zatopionego w roku 1628 okrętu wojennego Vasa. Statek został zbudowany z drewna na rozkaz króla szwedzkiego Gustawa Adolfa II. Ważył 1200 ton i miał być jednym z najważniejszych okrętów szwedzkiej floty wojennej. Zatonął 10 sierpnia wkrótce po wyjściu z portu. Wskutek gwałtownego porywu wiatru przechylił się, odzyskał równowagę, jednak w wyniku kolejnego przechyłu zaczął nabierać wody i zatonął wraz częścią liczącej 150 osób załogi. Zginęło od 30 do 50 osób. Przyczyną było zbyt lekkie obciążenie statku spowodowane wadliwą jego konstrukcją. Prawidłowe obciążenie statku spowodowałoby, że okręt zanurzony byłby zbyt głęboko. Na tym polegała wada konstrukcji. Poszukiwania wraku okrętu rozpoczęły się na początku lat 50 i w roku 1956 zostały zwieńczone sukcesem.

W muzeum możemy oglądać wrak statku zawierający 98 % oryginalnych elementów. Piękny to statek, z bogatą symboliką zawartą w rzeźbach i ornamentach wieńczących jego sylwetkę. Historia statku, jego zatonięcia, a także wydobycia wraku jest w bardzo ciekawy sposób opowiedziana. Wędrujemy przez sale, gdzie między innymi oglądamy podobizny 2 kobiet, których szczątki wydobyto z wraku, czytamy ich historię opowiedzianą na tle stosunków społecznych pierwszej ćwierci XVII wieku. Na jednej z wyższych kondygnacji oglądamy rzeźby w oryginalnych kolorach, jakie nosiły one w momencie wodowania statku. Schodzimy niżej i możemy zapoznać się ze zrekonstruowanymi twarzami zatopionych członków załogi. Moją uwagę zwróciły akcenty polskie: rzeźba prawdopodobnie Anny Wazy, szwedzkiej królewny, której historia była wykorzystywana przez oficjalne czynniki szwedzkie do podkreślenia nietolerancji religijnej Rzeczypospolitej za czasów Zygmunta III Wazy. Jedną z rzeźb wieńczących brzeg okrętu jest sylwetka polskiego szlachcica pod ławką, która miała przypominać szwedzkiej załodze, jak należy traktować nieprzyjaciela. Z muzeum wyszedłem zauroczony i już żadne miejsce później nie zrobiło na mnie takiego wrażenia w Sztokholmie. Czasami dobrze spojrzeć na historię własnego państwa i jego symbole okiem cudzoziemca.



Skansen, który znajduje się niedaleko muzeum Vasa zrobił na mnie podobnie bardzo dobre wrażenie. Żaden z dotychczas przeze mnie odwiedzonych: w Osowiczach pod Białymstokiem, Tokarni, Sanoku, czy Wdzydzach Kiszewskich nie dorównuje skansenowi w Sztokholmie moim zdaniem. I nie chodzi tu nawet o ilość nagromadzonych starych budynków. To co naprawdę robi wrażenie to organizacja. Piszę w tym momencie tylko o kwartale miejskim w skansenie sztokholmskim, w którym naprawdę można wyobrazić sobie, jak wyglądała stolica Szwecji 120 lat temu, wówczas niewielkie miasto.  W każdym z budynków, czy to sklep, czy dom mieszczański, możemy porozmawiać po angielsku z osobą przebraną w strój z epoki i jest to angielski na dobrym poziomie, a osoby udzielające informacji posiadają niezłą wiedzę. Miejsce to tętni życiem, a było już popularne w czasach II wojny światowej o czym można przekonać się czytając dzienniki Astrid Lindgren. Na terenie skansenu znajduje się miejsce na gastronomię, co w tym wypadku oznacza stoiska ze szwedzkim, całkiem niezłym fast foodem. Ja akurat próbowałem mięsa łosia z grilla ze wszechobecnymi tutaj tłuczonymi ziemniakami i borówką brusznicą. Skansen odwiedzaliśmy w ostatni dzień kwietnia, ale na tradycyjne ognisko związane ze świętem Walpurgii postanowiliśmy wybrać się w naszej dzielnicy.


Zanim jednak wróciliśmy do Mälarhöjden, odwiedziliśmy muzeum sztuki nowoczesnej. Mimo, że nie jestem jej fanem, muszę przyznać, że muzeum sztokholmskie jest w miarę łatwo strawne dla odwiedzających. Sale podzielone tematycznie, dzieła artystyczne wyczerpująco opisane. Zwróciłem uwagę zwłaszcza na "Zagadkę Wilhelma Tella" Salvadora Dalego oraz dzieła Sigrid Hjertén. Nie mogłem przejść obojętnie wobec akcentów polskich: dzieł Zofii Kulik i Tadeusza Kantora. Nie odwiedziłbym jednak tego muzeum po raz drugi.



Święto Walpurgii obchodzone jest w Sztokholmie masowo, jak zdążyliśmy się przekonać. Nazwa pochodzi od świętej Walpurgii, zakonnicy pomagającej świętemu Bonifacemu nawracać na chrześcijaństwo plemiona germańskie w VIII wieku. Święto to symbolizujące odejście zimy (mroku) i nastanie wiosny (światła) ma jeszcze korzenie pogańskie. 

Mälarhöjden już przed godziną dwudziestą widzieliśmy coraz większe grupki ludzi zdążających nad jezioro do miejsca, gdzie wznosił się olbrzymi stos ułożony ze starych gałęzi. Gdy doszedłem na miejsce trwał właśnie koncert na niedużej scenie. Lokalny żeński zespół grał gitarowe rockowo-popowe kawałki. Przy wejściu na teren koncertu znajdował się bufet z lodami, ciastem i hot dogami. Gdy zaczął się kolejny koncert - męskiego głównie chóru, wykonującego w całkiem profesjonalny sposób szwedzkie tradycyjne pieśni, nad jeziorem były już tłumy. Było coś niesamowitego w tym, że lokalna społeczność osiedlowa potrafiła zorganizować tego typu imprezę w tak profesjonalny sposób. Prowadzenie chóru, gdzie śpiewali i młodzi i starsi mężczyźni oznaczać musiało, że kilkadziesiąt osób poza obowiązkami zawodowymi znajdowało czas na spotkania, stałe próby, ćwiczenia głosu i naukę starych szwedzkich pieśni.
Wreszcie nadszedł moment rozpalenia ogniska. Buchnął ogień i nagle jakby cała atmosfera oczekiwania została rozładowana. Staliśmy na skarpie w sporym oddaleniu od ogniska, a mimo to czuliśmy doskonale powiew ciepłego powietrza na policzkach. Gdy się dopalało ruszyliśmy do domu.




Kolejnego dnia pojechaliśmy zwiedzać ratusz sztokholmski. Ale był akurat 1 maja, więc widzieliśmy najprawdziwsze zgromadzenie, jakich w Polsce od dawna już się nie uświadczy.


Ratusz zwiedzaliśmy z angielskojęzycznym przewodniczką, naprawdę niezłą. Ten 100-letni budynek w którym co roku odbywają się bankiety z okazji wręczenia nagrody Nobla położony jest poza starym miastem. Usłyszeliśmy w ciekawy sposób opowiedzianą historię budynku, przeznaczenie każdej ze zwiedzanych sal, sporo anegdotek, np. dlaczego w sali złotej podobizna króla Eryka została pozbawiona głowy. Sklepik w ratuszu jest pełen książek, przewodników, jak i tych dotyczących menu na kolejnych bankietach noblowskich oraz wielu innych pamiątek. Jest to jedno z tych miejsc, które pamięta się długo i które warto odwiedzić.



Dzień, gdy zwiedzaliśmy ratusz sztokholmski był dniem, kiedy zachciało nam się spróbować tradycyjnej kanapki ze śledziem, jakie podobno można kupić wszędzie w Sztokholmie. Najgorzej jednak jest gdy się jej szuka. Wówczas nijak nie można znaleźć. Była już pora obiadowa, a my głodni niemiłosiernie postanowiliśmy przycupnąć gdziekolwiek. Trafiliśmy do restauracji niezwykłej: Stokholms G
ästabud położonej na rogu Skeppar Karls gränd i Österlånggatan. Było dość ciasno i dużo ludzi w środku, co dobrze wróżyło jeśli chodzi o jakość jedzenia. Na początek zamówiliśmy trzy rodzaje marynowanego śledzia z chlebem, serem i jajkiem. Był to strzał w dziesiątkę. Rzadko kiedy można zjeść tak dobrego śledzika i to w stylu szwedzkim. Szwedzkie kulki mięsne z puree i borówką brusznicą - danie typowe dla Sztokholmu, które można zamówić dosłownie wszędzie, było również niezrównane. Tak dobry posiłek nastroił część naszej grupy pozytywnie na dalsze zwiedzanie. A w planach był cmentarz.


Tu mała dygresja dotycząca poszukiwanych chwilę wcześniej kanapek ze śledziem. Po wyjściu z restauracji, najedzeni natknęliśmy się przypadkowo na lokal serwujący, a jakże ... kanapki ze śledziem, chwilę później zaś na budkę serwującą takie kanapki w różnych wariantach. Ironia losu?
Zamówiliśmy kanapkę w tym pierwszym lokalu. Kromka szwedzkiego chleba, na niej puree ziemniaczane, kawałek pieczonego śledzia, krążki czerwonej cebuli i oczywiście borówka brusznica. Pychotka!

Pora opowiedzieć o kolejnym miejscu, do którego dotarliśmy popołudniem.
Cmentarz Skogskyrkogården powstał w latach 1917-1920 na obszarze 102 hektarów i obecnie zawiera około 100 000 grobów. Założony został w terenie leśnym w sposób zakładający integrację miejsc pochówku z otaczającą naturą. Gdy dojechaliśmy do cmentarza, naszym oczom ukazała się piękna otwarta przestrzeń okolona lasem. Cmentarz ten to przede wszystkim wielki park, gdzie nagrobki widzi się niejako przy okazji. Obcowanie ze śmiercią w takiej scenerii pozwala oddać się rozmyślaniom i zadumie w sposób niespotykany na polskich cmentarzach. W roku 1994 cmentarz został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego Ludzkości UNESCO. Czy warto zobaczyć to miejsce? Zdecydowanie tak. Nie przypominam sobie, abym był na tak wielkim obszarowo cmentarzu, który tak mało ma wspólnego z cmentarzem. Poza tym oszczędna stylistyka nagrobków przemawia do mojego gustu.  Oto garść zdjęć z cmentarza.






"Zmartwychwstanie" - rzeźba Johna Lundqvista




nagrobek Grety Garbo


Kolejny, trzeci już dzień w Sztokholmie poświęciliśmy na zwiedzanie pałacu w Drottningholm. Jest on malowniczo położony jest nad jeziorem Melar na wyspie Lovön na przedmieściach Sztokholmu. Tworzenie Drottningholm rozpoczął król Zygmunt III Waza w hołdzie dla żony Katarzyny Jagiellonki. I choć oryginalny pałac spłonął w 1661 roku, odniesień do wspólnej burzliwej historii polsko-szwedzkiej jest w nim więcej, niż wynikałoby to z samej idei budowy założenia. Pałac został odbudowany w roku 1662, a w roku 1777 został przebudowany w stylu klasycystycznym na zlecenie Gustawa III. W Drottningholm na stałe mieszka szwedzka rodzina królewska, jednak znaczna jego część udostępniana jest turystom.



Zwiedzając sale pałacowe oczywiście zwróciłem uwagę na sceny batalistyczne z okresu wojny polsko-szwedzkiej połowy XVII wieku, znanej w naszej historiografii pod nazwą Potopu Szwedzkiego w galerii Karola X Gustawa. Dla Szwedów wojna była wielkim triumfem, co obrazy, które oglądałem  w wyraźny sposób uwidoczniają. Park w stylu angielskim, czy pawilon chiński udostępniany do zwiedzania za dodatkową opłatą zadowolą oczekiwania wszystkich tych, którzy lubują się w zwiedzaniu rezydencji pałacowych. Ja do tych osób nie należę. Skonstatuję tylko, że tak przez białostoczan ceniony pałac Branickich, zwany Wersalem Północy, to tylko drobna namiastka tego, co można zobaczyć w Sztokholmie.



Po południu odpuściliśmy dalsze zwiedzanie. Czekała nas bowiem atrakcja kulinarna. Nie mogliśmy będąc w Szwecji nie spróbować kiszonego śledzia, czyli surströmminga. Jest to tradycyjna szwedzka potrawa ze sfermentowanych śledzi bałtyckich znana przynajmniej od XVI wieku. Przed przyjazdem do Sztokholmu przygotowywaliśmy się do tego, jak przygotować ten szwedzki przysmak. Robert Makłowicz jadł surströmminga w restauracji podanego na kanapce z czerwoną cebulą i stwierdził, że ma intensywny smak, przypominający nieco camembert. Oglądaliśmy również jak przygotowują tę potrawę Szwedzi i wybraliśmy ten właśnie sposób.

Okazało się, że nie jest łatwo kupić surströmminga w maju, jako że jest to potrawa sezonowa, najpopularniejsza w sierpniu. Ale w jednym z dużych marketów w Sztokholmie niedaleko dworca kolejowego udało się. Puszka którą kupiliśmy, zawierała w środku śledzie ofiletowane. Tak więc usuwanie głów, płetw, wnętrzności i kręgosłupa z ośćmi mieliśmy załatwione. Puszkę otworzyliśmy w ustronnym miejscu w parku. Swąd, jaki wydobywa się z puszki podczas otwierania przypomina zwielokrotniony zapach zgniłych jaj. Nie jest jednak aż tak intensywny, aby można go było wyczuć z dalszej odległości. Wylaliśmy śmierdzącą zalewę do przygotowanego dołka i przykryliśmy to miejsce warstwą gleby. W domu mieliśmy już przygotowany cienki chleb tunnbröd przypominający macę, ugotowane ziemniaczki w łupinach (W Szwecji można kupić odmianę ziemniaka podłużną  o niewielkich bulwach w sam raz do tego typu potrawy.), sos śmietanowy i krążki cebuli oraz wódkę Absolut. I choć zapach filetów śledziowych (choć wyglądały bardzo apetycznie i miały różowy kolor) sam w sobie nie był przyjemny. Położone na chlebie, przykryte ziemniaczkami, cebulą i sosem śmietanowym w połączeniu z wódką były całkiem zjadliwe, posiadając nieco mocniejszy, intensywny smak śledzi. Jednak nie miał on nic wspólnego z camembertem moim zdaniem.

Ostatni dzień przed odlotem, w związku z wciąż piękną pogodą, wykorzystaliśmy na spacer po "naszej" dzielnicy Mälarhöjden. Spacerując, zapamiętywaliśmy piękne widoki na jezioro, kupiliśmy czekoladki produkowane lokalnie i lokalnie w małym sklepiku sprzedawane, gdzie pani z obsługi pożegnała się z nami po polsku.



Zaszliśmy również do Mälarhöjden kyrka, pięknie usytuowanego na wzgórzu kościółka protestanckiego.



Kamień węgielny pod jego budowę położono w roku 1928, w czasie gdy osiedle Mälarhöjden dopiero powstawało. Zaprojektowany został przez znanego szwedzkiego architekta Hakona Ahlberga znanego z wielu realizacji w samej Szwecji, ale również budynku kliniki dziecięcej szpitala Rikshospitalet w Oslo, czy szpitala uniwersyteckiego Maracaibo w Wenezueli. Wnętrze jest surowe, z czerwonej cegły, jednak tu i ówdzie czarowały nas piękne akcenty - przedstawienie Matki Boskiej z Dzieciątkiem - nieczęsto spotykane w kościołach protestanckich, piękny witraż nad ołtarzem głównym czy drewniany sufit z przedstawieniem "Tronu, nadziei i miłości" autorstwa szwedzkiego artysty Alfa Munthe z 1929 roku. Gdy wchodziliśmy do kościoła w środku stało wiele wózków dziecięcych. Spotkaliśmy też jedną z matek spieszącą wraz z maluchem na spotkanie w jednej z sal kościoła.






Przyszedł jednak w końcu czas pożegnania ze Sztokholmem. Chwyciliśmy w rękę walizki, zamknęliśmy za sobą drzwi i ruszyliśmy w stronę stacji metra. Do zobaczenia Szwecjo, może kolejnym razem.

piątek, 6 maja 2022

Pieczurki

Kamil jest zakręcony na punkcie miejskiej komunikacji autobusowej. Nasze wspólne wycieczki polegają więc często na tym, że on wybiera trasę i miejsce docelowe, a za przygotowanie spaceru i narracji na trasie odpowiadam już ja. Ostatnio, gdy miejscem docelowym naszej wyprawy okazały się być białostockie Pieczurki, zdałem sobie sprawę, że prawie zupełnie nie znam tej dzielnicy. Przejeżdżałem, ale nigdy nie bywałem. Wygoda, granicząca od północy z Pieczurkami była przeze mnie eksplorowana wielokrotnie, w lesie Bagno na skraju ulicy Sybiraków, czyli od Pieczurek na południe, nawet saneczkowałem w przeszłości z dziećmi. Ucieszyłem się więc na tę naszą kwietniową wyprawę.

Pieczurki kojarzą się głównie z XVIII-wieczną cegielnią, pracującą na potrzeby dworu Jana Klemensa Branickiego. Istotnie, według inwentarza sporządzonego po jego śmierci w roku 1771, Pieczurki liczyły 12 gospodarstw na 8 ćwierciach osiadłych i 3 pustych. Wieś odrabiała pańszczyznę w wymiarze 12 dni męskich i tyleż kobiecych łącznie w tygodniu. Zobowiązana była też do innych danin, gwałtów, posyłania stróży na potrzeby folwarczne. Posiadający barcie musieli oddawać połowę miodu do dworu. W Pieczurkach działała cegielnia skarbowa, odnotowana jako dwie cegielnie "do dachówki" i "do cegły". Obok znajdował się budynek mieszkalny strycharza. Wypalano tu cegłę głównie na budowę domów w Białymstoku. Proces wypalania jednego pieca trwał około tygodnia, zaś jednorazowa jego wydajność wynosiła 40 000 sztuk. Pieczurki należały do dóbr sobolewskich. Kościołem parafialnym dla mieszkańców wyznania katolickiego był kościół białostocki. Ludność unicka należała do parafii w Dojlidach.

Do Pieczurek prowadziła dzisiejsza ulica Słonimska, przy której rozlokowane było Przedmieście Pieczurskie, którego malowniczym akcentem był młyn wietrzny na wzgórzu. Przedmieście zaś odgrodzone było od Białegostoku bramą pieczurską stojącą tuż za dzisiejszym skrzyżowaniem ulicy Pałacowej z Warszawską.

W "Słowniku geograficznym Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich", wydawanym na przełomie XIX i XX wieków zapisano zapisano:

Pieczurki - wieś i uroczysko, powiat białostocki, gmina Dojlidy, 2 wiorsty od Białegostoku, 290 dziesięcin.

Pieczurki zostały przyłączone do Białegostoku na podstawie dekretu komisarza generalnego Ziem Wschodnich z 10 maja 1919 roku wraz z innymi przedmieściami i wioskami. Chodziło wówczas o zrównoważenie głosów społeczności żydowskiej, niechętnej w swej większości przyłączeniu Białegostoku do odrodzonej Rzeczypospolitej. Dzięki temu społeczność polska w mieście osiągnęła 55 %.

Z okresu międzywojennego wzmianki prasowe z Pieczurek, już dzielnicy Białegostoku pojawiały się w miarę regularnie.

Dominowały sprawy dotyczące nowych inwestycji na osiedlu: oświetlenia, dróg, szkoły, skupu butelek, osuszania łąk. Ale zdarzały się wzmianki natury obyczajowej:

20 grudnia 1919 roku Dziennik Białostocki donosił o kradzieży klaczy u mieszkańca Pieczurek, Piotra Olszewskiego. Wartość klaczy oszacowano na 5000 marek.

21 lutego 1932 roku ten sam Dziennik Białostocki pisał o bójce na Pieczurkach pomiędzy Kazimierzem Zaleskim, a Stanisławem Michalskim, który przebity nożem został odwieziony do szpitala żydowskiego.


Tajemniczy artykuł pojawił się w Reflektorze, 10.10.1934 roku. Józef Sosnowski kopiąc dół na kartofle odkopał w Pieczurkach szkielet ludzki. Nieznany jest mi wynik dochodzenia w tej sprawie.


Dzisiaj Pieczurki wciąż utrzymują podmiejski charakter willowego osiedla. Jednak pozostałości dawnych czasów jest już naprawdę niewiele. Podczas spaceru przeszliśmy wzdłuż ulicę Pieczurki. Ulica to prawdopodobnie pozostałość głównej drogi prowadzącej przez dawną wieś.

Zanim jednak weszliśmy w ulicę Pieczurki wysiedliśmy z autobusu tuż przy budynku parafii ewangelicko-augsburskiej. Jak wiadomo, głównym kościołem tej wspólnoty był kościół przy ulicy Warszawskiej. W związku jednak z zanikiem tej wspólnoty po 1945 roku, budynek kościoła został sprzedany katolikom. Ewangelicy po latach rozpoczęli odbudowę dawnej wspólnoty o czym świadczy powstanie parafii przy ul. Dolistowskiej.


Przy ulicy Pieczurki zachowało się kilka starych domów. Niektóre w stanie ruiny. Jest też parę krzyży przydrożnych.







Krzyż z 1928 roku.



Kraniec dawnych Pieczurek wyznacza ciekawa budowla współczesnego kościoła pw. św. Józefa, wybudowana w stylu wczesnochrześcijańskim. Niestety nie dane mi było tym razem obejrzeć wnętrza kościoła.

piątek, 29 kwietnia 2022

Antoni Baranowski z Janczewa, a słowiańska pożyczka wschodnia

W latach 1877-1878 miała miejsce wojna rosyjsko-turecka będąca bezpośrednim rezultatem wybuchu walk przeciw panowaniu tureckiemu w Bośni i Hercegowinie (1876) oraz w Bułgarii (1875). Aby pokryć częściowo koszty wojny, rząd ogłosił tak zwaną pożyczkę wschodnią u osób prywatnych. Tak zwane drukowane bilety pożyczki wschodniej posiadały kupony, które po określonym czasie można było wymieniać na gotówkę. W ten sposób osoba posiadająca bilet z kuponami odzyskiwała zainwestowaną sumę z procentem.

Tak a propos pożyczki wschodniej: Aleksander Brückner wywodził, że słowo 'tłumacz' w języku polskim, wywodzi się właśnie od slowiańskiej pożyczki wschodniej, która w języku tureckim określana była jako 'tolmacz' lub 'telmacz', w węgierskim 'tolmács'.


Jeśli zaś chodzi o wojnę rosyjsko-turecką. Słyszałem od dalszej rodziny, że pogrzeb Ignacego Krupy (1849 Stara - przed 1920) w Skórkowicach, który był bratem mego prapradziadka Łukasza Krupy miał przebieg uroczysty. Podczas ceremonii pogrzebowej za trumną niesiono order georgijewski. Order ten - inaczej Krzyż Świętego Jerzego był carskim rosyjskim odznaczeniem wojskowym ustanowionym w roku 1807 dla żołnierzy szeregowych i podoficerów za męstwo i odwagę w trakcie bezpośredniej walki. Zniesiony został w roku 1917. Ze względu na rok urodzenia Ignacego wydaje się, że mógł służyć w armii rosyjskiej właśnie podczas wojny rosyjsko-tureckiej.

Ale dlaczego zacząłem od wojny rosyjsko-tureckiej i pożyczki wschodniej właśnie? Powodem jest ciekawy tekst w gazecie sprzed 137 laty. W numerze 34 Gazety Świątecznej z roku 1885 ukazał się bowiem artykuł pod tytułem: "Jak spekulanci na ciemnych ludzi polują".


"Niewiadomo doprawdy, czemu to się dziwić więcej - czy ciemnocie ludzi, czy ich chciwości i głupocie. Jeśli kto uczciwy, co naprawdę dobrze ludziom życzy, namawia ich, żeby naprzykład sprowadzali sobie książki i gazety, z których się można o wielu rzeczach prawdy dowiedzieć, to słuchają go z niedowierzaniem i wymawiają się, że albo im brak potrzebnych na to kilku złotych, albo że nie mają czasu na czytanie, lub nawet plotą tak pogłupiemu, że aż niewarto powtarzać. A niech tylko przyjdzie do nich brodaty spekulant w chałacie, niech pokaże im jakieś niby to losy na loterię, albo inne papiery, a obieca, że będą mogli coś wygrać, to zaraz mu uwierzą i owe losy lub papiery za gotowy grosz kupować zaczną. Na to ochota się znajdzie i nawet kilkudziesięciu rubli nie żal. Dobrej rady uczciwego i rozsądnego człowieka nie usłuchają; a byle jaki szachraj, co na ich głupocie spekulacje chce robić, to dla nich brat, jemu uwierzą na ślepo i obedrzeć się dadzą.
Jak to się nieraz dzieje, widać na przykład z listu czytelnika naszego, Antoniego Baranowskiego ze wsi Janczewa, gminy Bożejewa w Łomżyńskiem. Oto, co on do nas pisze:
"Z wielką nieśmiałością radzę się pana Pisarza Gazety Świątecznej, czy to dobre, czy złe? Jeździł po naszej okolicy żydek z Warszawy i namawiał ludzi po wsiach, żeby brali premje (raczej bilety) pożyczki wschodniej na rubli sto każdy, z wypłatą częściami miesięcznie po rubli 5. Było niemało takich, co go usłuchali i płacili za miesięcy trzy odrazu, a cała spłata ma ciągnąć się przez miesięcy 29. Później ma być dodana do tego jakaś premja na czerwony krzyż. I nawtykał nam ów żydek takich listów (biletów). Teraz jedni ludzie mówią, że to są papiery dobre, a drudzy powiadają, że złe, że to tylko sztuka bankierska. Bank, który te papiery rozsyła, ma być w Warszawie i należy do braci Stückgoldów. A zatem upraszam Pana Pisarza Gazety, żeby nas nauczył, jak o tem naprawdę myślić trzeba i komu dawać wiarę".
Chętnie odpowiadamy panu Antoniemu w tej nadziei, że i innym czytelnikom gazety naszej ta odpowiedź posłuży za naukę, a przez nich i drudzy ludzie będą mogli o prawdzie się dowiedzieć, aby przez swą ciemnotę nie wpadli w sidła takich spekulantów, jak ów żydek.
Są w Warszawie naprawdę braciStückgoldowie, ale nie mają oni żadnego banku, tylko kantor, czyli sklep taki, jakich jest dużo, co to w nich wymieniają różne pieniądze nasze i zagraniczne, sprzedają papiery tak zwane wartościowe i bilety loteryjne. Każdy taki sklep choć dziś jest, to jutro, za miesiąc, za rok może już nie być, albo przejść w inne ręce, a któż wtedy będzie wiedział, gdzie się jego dzisiejszy właściciel obraca? kto zaręczy, że on nie zbankrutuje i że kiedyś zapłaci to, do czego się zobowiązał? Można w tych sklepach czyli kantorach kupować i brać rzeczy gotowe, naprzykład listy zastawne lub inne papiery mające prawdziwą i zapewnioną wartość, zresztą pieniądze zagraniczne, jeśli ich kto potrzebuje; ale nie radzimy nikomu ufać obiecankom takich kantorów na przyszłość i kupować w nich, jak to mówią, kota w worku. Nie radzimy nikomu, a tembardziej tym ludziom, którzy zdaleka od Warszawy mieszkają i nie mogą na miejscu wszystkiego sprawdzić.
A teraz powiemy, co to są bilety "pożyczki wschodniej" i co za te bilety ów żydek w okolicach Bożejewa, a zapewne i gdzieindziej, ciemnym ludziom powtykał.
Kiedy się skończyła ostatnia wojna turecka, zwana "wschodnią", która bardzo dużo pieniędzy kosztowała, rząd rosyjski na pokrycie kosztów tej wojny postanowił pozaciągać pożyczki u różnych ludzi, mających grosz w zapasie, i drukował dużo biletów, niby rewersów, aby je rozdawać wzamian za pieniądze. Wszystkie te pożyczki razem nazywają się "pożyczką wschodnią". Przy każdym bilecie tej "pożyczki wschodniej" są kupony, które można odcinać co półroku i puszczać w świat jako gotowy pieniądz, jako procent od wypożyczonych pieniędzy. Kto kupił sobie taki bilet, na którym napisano, że wart jest 100 rubli, ten ma corok do odcięcia dwa kupony po półtrzecia rubla, czyli dostaje 5 procentów. Jak komu sprzykrzy się trzymać ten bilet w ręku, to może go odprzedać innej osobie.
Ale trzeba wiedzieć, że niezawsze uda się przy odprzedaniu swego biletu wziąć te same pieniądze, jakie się wydało: czasem można coś zyskać, ale prędzej się straci. Dziś naprzykład za sto-rublowy bilet "pożyczki wschodniej" płacą tylko 96 rubli, a w innym czasie cena może być trochę wyższa albo niższa.
Otóż na tych biletach pożyczki wschodniej niektóre kantory wymiany pieniędzy założyły sobie spekulację, a to w następujący sposób: niby sprzedają taki bilet naprzykład sturublowy, i nie żądają, żebyś zapłacił odrazu wszystko, co się za niego należy, tylko rozkładają spłatę na części, na raty miesięczne po 5 rubli. Jeśli chcesz z tego korzystać, musisz dać zobowiązanie na piśmie, że będziesz płacił regularnie po 5 rubli przez 30 miesięcy (nie 29 miesięcy, jak napisał pan Antoni Baranowski). Tak więc za bilet sturublowy, co kosztuje teraz tylko 96 rubli, zapłacisz aż 150 rubli. Za to jednak, że zobowiązałeś się tak drogo zapłacić, kantor daje ci przyrzeczenie, że będziesz należał do jakiejś części wygranej, jeśli szczęśliwie padnie wygrana na któryś bilet innej znowu pożyczki premjowej, połączonej z loterią pieniężną, co go tenże kantor zakupił. W tym celu naprzykład kantor Sztückgoldów pokupował bilety zagraniczne pożyczki premjowej węgierskiej na "krzyż czerwony" (niepozwolonej u nas w kraju), a inny kantor ponabywał bilety pożyczki premjowej rosyjskiej. Ale wygrana w tych pożyczkach "premjowych" nie zawsze pewna: na tysiące biletów ledwie jeden coś wygrać może. Trzeba więc niemądrych ludzi, żeby liczyli na to szczęście i tyle grosza marnowali napróżno. Gdybyż jeszcze kantory podawały choć numera tych biletów premjowych, w których ty masz szczęścia próbować. Ale gdzie tam! Podanie tych numerów odkładają na potem i ty nie możesz nawet wiedzieć, czy tam naprawdę na twe szczęście jakiś los został zakupiony, czy może te losy to tylko próżna obiecanka na przynętę dla głupich ludzi.
Ale i nie na tem jeszcze koniec twej niepewności. Zapłaciłeś ratę pięciorublową za bilet "pożyczki wschodniej", płacisz coraz nowe takie raty co miesiąc, i cóż dostałeś za to? Czy masz przynajmniej bilet owej pożyczki w ręku? Aniś go nawet widział! Dali ci tylko do rąk jakiś niby "dowód" z kantoru, a bilet pożyczki wschodniej obiecują dać dopiero na samym końcu, kiedy już wszystkie trzydzieści rat po 5 rubli za trzydzieści miesięcy spłacisz. Na czemże oparta twoja pewność, że naprawdę bilet pożyczki otrzymasz? A jeśli przed wyjściem tych trzydziestu miesięcy własciciel kantoru nałapawszy dużo pieniędzy od łatwowiernych i ciemnych ludzi, ogłosi bankructwo, uda, że nie ma nic, albo uciecze sobie i schowa sę gdzieś tak, że nikt go nie znajdzie, - cóż wtedy będziesz robił? Któż ci pieniądze zwróci i krzywdę wynagrodzi? Nikt! Na nic się nie zda wtedy i skarżenie do sądu. Szukaj wiatru w polu i lamentuj nieboże, żeś dał się złapać w sidła spekulantów.
A iluż to ludzi w takie sidła wpada! Ciemnota ich tam prowadzi, chciwość do pieniędzy doreszty oślepia. Jednego rubla, złotówki im żal na to, żeby się oświecić mogli, - a dziesiątki i setki rubli oddają za darmo w ręce spekulantów.
Jak się kto pościele, tak się i wyśpi.
Pisarz Gazety Świątecznej."

Powyższy artykuł jest dość typowy jeśli chodzi o Gazetę Świąteczną i misję szerzenia oświaty i świadomości w środowiskach głównie wiejskich.

Mnie zainteresowała osoba Antoniego Baranowskiego, czytelnika Gazety Świątecznej z Janczewa. Czy łatwo jest go zidentyfikować na podstawie metryk? Janczewo należało do parafii rzymskokatolickiej w Wiźnie, a księgi metrykalne tej parafii są w miarę kompletnie zindeksowane w Genetece. W Janczewie mieszkał w interesującym nas okresie tylko jeden Antoni Baranowski, dwukrotnie żonaty. Na podstawie metryk ślubu Antoniego można na jego temat powiedzieć nieco więcej.
Antoni Baranowski urodził się w Porytem w roku 1825 w rodzinie piwowarów Jakuba Baranowskiego i Rozalii z Zalewskich. W roku 1855 pracował na służbie gorzelanego w Drozdowie i w kościele tejże parafii poślubił 26 listopada Mariannę Ostaszewską, urodzoną w Czarnocinie w roku 1835 w rodzinie Wojciecha Ostaszewskiego i Katarzyny z Szymańskich, ogrodników zamieszkałych w chwili ślubu córki w Krzewie. Marianna w chwili ślubu mieszkała na służbie w Drozdowie. Małżonkowie początkowo mieszkali w Drozdowie, ale z biegiem czasu przenieśli się do Janczewa.


Po śmierci Marianny, Antoni poślubił w kościele parafialnym w Rutkach, 8 czerwca 1869 roku Karolinę Czarniakowską, pannę młodszą od siebie o 23 lata. Karolina była córką Józefa Czarniakowskiego i Emilii z Repertów, zamieszkałą w Mężeninie. Po ślubie małżonkowie mieszkali w Janczewie. Antoni z obiema żonami doczekał się potomstwa. Wydaje się, że przez całe życie zajmował się gorzelnictwem, taka profesja została przynajmniej odnotowana w metryce drugiego ślubu. Produkcja alkoholu nie przeszkodziło mu zostać stałym czytelnikiem Gazety Świątecznej.