wtorek, 20 czerwca 2017

Łomża

Wybraliśmy się z Kasią na 2 dni do Łomży. Niegdyś miasto wojewódzkie, dziś jeden z trzech największych ośrodków miejskich w województwie podlaskim. Niby znane. Sam przejeżdżałem przez Łomżę wielokrotnie, prywatnie i służbowo zatrzymywałem się na chwilę, ale tak naprawdę znałem bardzo pobieżnie.

Hotel.
Najpierw było planowanie. Okazało się, że łomżyńska baza noclegowa wcale nie jest bogata w oferty. Wybraliśmy hotel Mohito położony w najbliższym sąsiedztwie rynku. Po pierwsze zbierał pochlebne opinie w internecie. Po drugie oferował pokoje w umiarkowanych cenach, które na zdjęciach prezentowały się zachęcająco.

Był to bardzo dobry wybór. Pokój urządzony był schludnie, łóżka były bardzo wygodne, a i śniadania w formie bufetu smaczne (pieczywo, wędliny, ser, warzywa świeże, sałatka jajeczna bajeczna).




Narew

Najpierw nad rzekę. Łomża malowniczo rozlokowała się w średniowieczu na wzgórzu zwanym Popową Górą. Niemal naprzeciw hotelu widzieliśmy wejście przez bramę do kościoła Matki Boskiej i klasztoru Kapucynów, o którym wzmiankowałem przy okazji podlaskich wędrówek śladami Augustyna Mirysa. To historyczne miejsce.  W czasach, gdy książę mazowiecki Janusz I lokował miasto na prawie chełmińskim, pierwszy miejski kościół Najświętszej Marii Panny i Świętych Rozesłańców stał właśnie tu. Uliczka Krzywe Koło schodziliśmy nad rzekę. Minęliśmy budynek dawnej parafii ewangelickiej związanej z osobą Józefa Piłsudskiego (pamiątkowa tablica przypomina o tym, a jakże), a zaraz potem bramę Napoleona, prowadzącą donikąd, jakby przeniesioną w to miejsce z dawnej, zapomnianej epoki. W dół do ulicy Rybaki prowadziły nas schody i miłe zapachy unoszące się w powietrzu. Kwitł jaśmin, róża, powoje. Doszliśmy do przystani zlokalizowanej u przedłużenia uliczki Żydowskiej, a potem poszliśmy na południe w kierunku najstarszego cmentarza żydowskiego, ulokowanego malowniczo na stoku wzgórza.




Później, już wieczorem poszliśmy dalej w kierunku Starej Łomży, kolebki dzisiejszego miasta. Góra królowej Bony położona już za wsią, niby nic. Warto jednak wejść, aby spojrzeć na wijącą się jak wąż rzekę Narew w świetle zachodzącego słońca.




Katedra

Ze wszystkich łomżyńskich zabytków zrobiła największe wrażenie. Czy dlatego, że weszliśmy do środka, gdy pięknie rozbrzmiewały organy? Czy też dlatego, że gotyk na terenach województwa podlaskiego nie jest częstym widokiem? Tablice epitafijne i pamiątkowe na ścianach świadczące o bogatej historii miasta. Henryk Sienkiewicz, Adam Chętnik, Jan Nepomucen Kamil Bisping. Nastrój zadumy i zapach starej świątyni.




Dysonanse

Mimo świetnej historii sięgającej wczesnego średniowiecza oraz malowniczego położenia na wzgórzu co i rusz mieliśmy wrażenie, że potencjał Łomży jest nie wykorzystany. Nad Narwią jedna przystań z dwiema budkami lodów, jeden ogródek piwny fantazyjnie obsadzony kwiatami z wystrzyżoną trawą, pedantycznie przygotowanym miejscem na ognisko i reklamowany niestety w sposób mało zachęcający, jako bilard i piwo oraz plaża miejska to zdecydowanie za mało. 



Gdy wracaliśmy schodami Krzywego Koła wieczorem do hotelu nie mogliśmy uwierzyć, że wokół nie palą się latarenki zachęcające do zjedzenia kolacji w w rozlokowanych na stoku wzgórza knajpkach.

Wrażenie nie wypełnionej niczym pustki pojawiło się w sposób wyraźny na rynku. Tylko cztery miejsca, gdzie można zjeść obiad, w tym burgerownia, kebab, pizzeria i jedna, jedyna restauracja. Zresztą po godzinie 22.00 nie ma czego szukać w rynku. Wszystko pozamykane. Żywej duszy. Na kolację Łomża zaprasza poza starówkę. Może McDonalds?

Muzeum

Świetną kolekcję bursztynu z dorzecza Narwi można zobaczyć w Muzeum Północno-Mazowieckim nieopodal rynku przy Długiej. Sporej wielkości bryły jasnobrązowe, żółte, o kolorze ciekłego miodu z zatopionymi szczątkami dawnych światów. Ozdoby ludowe i religijne z bursztynu i ciekawie opisana historia jego wydobywania na Kurpiach. Obok równie ciekawa ekspozycja rzeźb ludowych świątków. Jednak i w muzeum odniosłem wrażenie pewnego dysonansu. Trzy wystawy stałe. Na każdą oddzielne bilety. Jak na Wawelu, panie.

Kolebka

W muzeum można kupić książeczkę Antoniego Smolińskiego "Ze wzgórza św. Wawrzyńca". Autor zaangażowany niegdyś w badania archeologiczne na wzgórzu, będącego kolebką chrześcijaństwa zachodniego na terenach Polski północno-wschodniej bardzo ciekawie opowiada o pracach badawczych, odkryciu drugiej świątyni oraz pierwszej z czasów Bolesława Chrobrego, co do której istnienia wciąż trwają spory wśród historyków. Być może osoba Brunona z Kwerfurtu, który podobnie, jak święty Wojciech wyruszył z misją chrystianizacyjną na północny wschód nie jest tak samo powszechnie znana, ale i w przypadku wzgórza świętego Wawrzyńca, wokół którego powstała pierwsza osada zwana Łomżą i prawdopodobnie pierwsza świątynia zniszczona podczas buntu Masława odnoszę wrażenie, że nie jest jego potencjał wykorzystywany. Spróbujcie na wzgórze trafić, nie pytając miejscowych o drogę. Traficie do nieodległej Góry Królowej Bony (kierunkowskaz "grodzisko" wskaże drogę do niej), położonej już za Starą Łomżą i będziecie błądzić nie zdając sobie sprawy, że wzgórze św. Wawrzyńca położone jest niżej i schody do niego prowadzą jeszcze wśród zabudowań wsi. O tabliczkę ze strzałką nikt się nie zatroszczył.



Łomża na pewno stała się dla nas bliższa, to był dobry czas, mimo dysonansów jak wyżej. Odjeżdżaliśmy z nadzieją, że przyjdzie czas, gdy miasto, które opuszczaliśmy stanie się o wiele częstszym celem wypraw turystów (jak Kazimierz Dolny na przykład).

środa, 14 czerwca 2017

Akt ślubu Marcina Uzarka i Balbiny Kaczmarek odnaleziony!

Początki zagadki związanej z późniejszymi poszukiwaniami metryki ślubu prapradziadków Marcina Uzarka i Balbiny Kaczmarek sięgają odnalezienia w księgach ochrzczonych parafii rzymskokatolickiej w Ostrzeszowie z roku 1888 metryki chrztu prababci Józefy. Zdziwiło mnie, że została ochrzczona jako dziecko nieślubne, pamiętałem bowiem, że w metryce zgonu dziadka została zapisana pod nazwiskiem Uzaryk, z błędem co prawda, ale było to nazwisko jej ojca, prawidłowo pisane Uzarek.

Później, odnajdowałem kolejne dokumenty, w których Józefa zapisywana była pod nazwiskiem ojca. W akcie ślubu Józefy z Aleksandrem Kurosińskim zawartym przed urzędnikiem Standesamt w Bottrop w 1913 roku, jako rodzice Józefy wymienieni są Marcin Uzarek i Balbina z Kaczmarków.  Akt zgonu Marcina Uzarka, który zmarł w Buchow Karpzow w 1909 roku podaje zaś, że osobą zgłaszającą zgon była córka Józefa Uzarek. Przesłanki przemawiające za tym, że Marcin i Balbina byli małżonkami istniały więc, ale w księgach ślubów parafii rzymskokatolickiej w Ostrzeszowie, skąd pochodziła Balbina, aktu ślubu nie znalazłem.

Przeglądając księgi stanu cywilnego z parafii odolanowskiej, z której pochodził z kolei Marcin Uzarek, znalazłem akt urodzenia Walentego Uzarka, syna Marcina i Balbiny, urodzonego w 1895 roku, jako ślubne dziecko w Garkach. Było to kolejny przesłanka potwierdzająca, że Marcin z Balbiną byli małżonkami.

Poszukiwałem też bezskutecznie aktu ślubu Marcina i Balbiny w księgach stanu cywilnego parafii rzymskokatolickiej w Odolanowie i wówczas natknąłem się na kolejne metryki urodzenia ich dzieci. W roku 1893 urodziły się Anna i Emilia, obie córki zapisane jako ślubne. Czyli ślub musiał mieć miejsce między 1888, a 1893 rokiem.

W kolejnym kroku kontynuowałem poszukiwania w Bottrop, gdzie Balbina mieszkała przed I wojną światową. Tam również nie znalazłem poszukiwanego aktu ślubu, ale dowiedziałem się za to, że Balbina po śmierci Marcina poślubiła w Horst Franciszka Szołtyska.

Akt ślubu prapradziadków odnalazłem dzięki przypadkowi. Kilka lat wcześniej, gdy wypożyczałem mikrofilmy zawierające księgi ślubów parafii rzymskokatolickiej w Ostrzeszowie za pośrednictwem Archiwum Państwowego w Białymstoku sądziłem, że są to księgi tożsame z księgami stanu cywilnego. Dlatego nie zaglądałem na stronę szukajwarchiwach.pl, gdzie między innymi odnalazłem wiele akt rodzinnych w księgach stanu cywilnego parafii Odolanów. Gdy zajrzałem w końcu do ksiąg parafii Ostrzeszów, zdziwiło mnie, że widzę indeks urodzeń, małżeństw i zgonów, którego wcześniej nie widziałem na wypożyczonym mikrofilmie.

Gdy z kolei otworzyłem stronę ze skanami indeksów ostrzeszowskich urodzeń z roku 1888 zdziwiłem się widząc w skorowidzu Józefę Uzarek. Pamiętałem bowiem dobrze, że w ostrzeszowskich księgach chrztów zapisana była jako Józefa Kaczmarek, panieńskie dziecko Balbiny. Poczułem, że zapis ten otwiera szansę...

Same skany metryk urodzeń z roku 1888 nie były dostępne na stronie szukajwarchiwach.pl. Napisałem do Archiwum Państwowego w Kaliszu z prośbą o przesłanie. Warto było!


Właściwemu aktowi urodzenia Józefy towarzyszy bowiem dopisek na marginesie z lewej strony. Okazuje się, że Marcin Uzarek, rzemieślnik, zamieszkały w Halle an der Saale przy Grosse Brauhausgasse 30 w dniu 19 stycznia 1889 uznał Józefę, córkę robotnicy dniówkowej, Balbiny Kaczmarek za swoje dziecko. Był to istotny trop. Okazało się bowiem, że sam ślub Marcina i Balbiny odbył się również w Halle tego samego dnia.

Pod aktem widnieją podpisy zarówno Marcina, jak i Balbiny. Mnie ciekawi, co spowodowało, że Balbina, nieco ponad 3 miesiące po porodzie zdecydowała się odbyć podróż z Siedlikowa do Halle, dlaczego nie mogło być odwrotnie? Dlaczego to nie Marcin przyjechał do Siedlikowa, aby tam wziąć ślub? Czy Balbina podróżowała z małym dzieckiem - moją prababcią? Pewnie tak. W jaki sposób, pociągiem? Jak taka podróż wtedy wyglądała? W Halle młodzi małżonkowie długo nie zagrzali miejsca, skoro ich kolejne dzieci urodziły się już w Garkach w parafii Odolanów.

Pod aktem widnieją jeszcze dwa dopiski, dotyczące ślubów dwóch innych dzieci Marcina i Balbiny. Józef Uzarek urodzony w Raczycach w 1904 roku ożenił się w 1939 roku w Bottrop, zaś Stanisław, jego brat urodzony w roku 1906 w Raczycach, w roku 1944 ożenił się również w Bottrop. Ciekawe? Czy świadczą one o zniemczeniu się obu braci?

Bardzo dziękuję Marcinowi Maryniczowi za przesłanie aktu ślubu z Halle, a Beacie Bistram i Wojciechowi Lisowi za pomoc w ustaleniu treści zapisku na marginesie aktu urodzenia Józefy.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Mieczysław Janiszewski "Przyszłość czekała"

Sięgnąłem w ostatnim czasie po książkę napisaną przez dalszego krewnego. Okazuje się bowiem, że w mojej rodzinie, w przeważającej mierze o chłopskich korzeniach, przychodziły na świat osoby z zacięciem literackim. Wspominałem już przy okazji recenzowania książki Antoniego Kieniewicza o pamiętniku prababci ze strony mamy - Agaty Stępień ze Szczerbaczewiczów, pozostawionym podczas II wojny światowej w Pińsku.

Najbardziej płodną literacko była jednak rodzina przodków mojej babci ze strony ojca - Wandy Krupy (1920-2008), pochodzącej z Szarbska nad Pilicą, małej, malowniczo położonej wsi na ziemi piotrkowskiej. Świadczyć o tym może najstarsza pamiątka rodzinna zawierająca pieśni kościelne spisane własnoręcznie przez jej dziadka, Łukasza Krupę (1856-1919). Brat babci zaś, Stefan Krupa (1909-1983) przed wojną działacz PPS, a później więzień Oświęcimia napisał wspomnienia wojenne, wydane pod tytułem "A jednak tak było".

Mieczysław Janiszewski (ur. 1907 w Szarbsku) po którego książkę sięgnąłem, pochodził również z piotrkowskiego. Był bratankiem mojej praprababci Wiktorii Krupy z Janiszewskich (1861-1906), synem jej brata Kazimierza Janiszewskiego (1864-1919).

Wsie leżące nad Pilicą w piotrkowskim otoczone były lichymi ziemiami. Spora rzesza chłopów po uwłaszczeniu dysponowała niewielkimi nadziałami gruntu. Bliskość dużego ośrodka miejskiego, jakim był Piotrków Trybunalski, powodowała, że młodzież właśnie tam wyjeżdżała szukać lepszego życia. W środowisku robotników i drobnych rzemieślników nasiąkała ideologiami lewicowymi. Mieczysław Janiszewski tak opisał swoje wejście w życie dorosłe: "W 1930 roku ukończyłem szkołę zawodową, a następnie odbyłem obowiązkową służbę wojskową. Zwolniłem się do domu w czerwcu 1932 roku i zacząłem szukać pracy. Nie było o nią łatwo w Polsce przedwojennej, chociaż miałem zawód technika włókiennika.  W 1938 roku otrzymałem stałą pracę robotnika w Zduńskiej Woli w fabryce Józefa Rajchenbauma. Pracowała ona dla polskiego wojska, dostarczała materiały na maski gazowe, płaszcze nieprzemakalne i brezenty. Zarobki mieliśmy niskie, ale nie to było najważniejsze."

Książka opisuje drogę wojenną autora, od przegranej kampanii wrześniowej i powrotu spod Lwowa w piotrkowskie, przez udział w rodzącej się konspiracji antyniemieckiej, najpierw w AK, potem w AL, aż do powojennej kariery partyjnej. Dość typowa ścieżka kariery chłopa małorolnego z piotrkowskiego, przesiąkniętego socjalizmem i komunizmem. Podobnie potoczyła się kariera Konstantego Krupy, stryja babci Wandy, który został dygnitarzem partyjnym w Łodzi.

Nie zamierzam oceniać książki pod kątem historycznym. Nie czuję się na tyle kompetentny. Ocena takiej książki nie byłaby poza tym w pełni możliwa bez sprawdzenia, w jakim stopniu na jej treść wpłynęła cenzura, a do tego brak mi źródeł. 

Daje się zauważyć krytyczny stosunek autora do ziemiaństwa, mocno negatywny do Narodowych Sił Zbrojnych, których członkowie na kartach książki wyłącznie współpracują z obszarnikami i Niemcami. O wiele cieplejsze słowa, choć podbarwione krytyką padają w książce w stosunku do AK. Moje sympatie umiejscowione są zdecydowanie po stronie obozu antykomunistycznego, więc ocena drogi autora opisanej w książce siłą rzeczy musiałaby być zabarwiona negatywnie.

Zamierzam natomiast wyłuskać na potrzeby artykułu wszystkie wątki "genealogiczne". Książka bowiem roi się od wzmianek o osobach, które stanowiły bliższą bądź dalszą rodzinę mej babci. Jest prawdziwą skarbnicą wiedzy rodzinnej. O kilku z nich wiem tylko z zapisków archiwalnych, o niektórych słyszałem od babci bądź przeczytałem podobne wzmianki w przywoływanej wyżej książce Stefana Krupy. A o niektórych dowiedziałem się dopiero z książki Mieczysława Janiszewskiego. Dzięki wzmiankom w  książce, osoby wcześniej znane mi jedynie z notatek, widzę w znacznie żywszych barwach.

Zacznę od osoby autora książki.

1. Mieczysław Janiszewski.

Urodził się 14 czerwca 1907 roku w Szarbsku. Rodzice: Kazimierz Janiszewski i Aleksandra z Gaworów. W połowie lipca 1939 roku skierowany został bezpośrednio ze Zduńskiej Woli do Beniaminowa pod Warszawą. W wojsku był radiotelegrafistą. W kampanii wrześniowej trafił pod Mławę, do Nidzgóry, później trafił do Rumunii przez Ciechanów i Warszawę, gdzie został internowany. Z internowania uciekł przez granicę do Lwowa opanowanego przez wojska sowieckie, a następnie pociągiem wrócił w piotrkowskie (matka mieszkała we wsi Władysławowo). Dalszy ciąg losów Mieczysława, jego drogi politycznej stanowi treść książki. Znajdują się w niej dwie fotografie autora. Jedna pochodzi z 23-24 października 1943 roku i została wykonana po potyczce z Niemcami na Diablej Górze pod Skórkowicami, druga zaś przedstawia go, gdy jako pierwszy sekretarz komitetu miasta i powiatu Piotrków przemawiał na wiecu 9 maja 1945 roku.

2. Aleksandra Janiszewska z Gaworów.

Matka autora książki. Moja babcia jej nie pamiętała.  Badając księgi stanu cywilnego parafii rzymskokatolickiej w Skórkowicach ustaliłem, że urodziła się w 1869 roku we w wsi Stara. Rodzicami byli Józef Gawora i Józefa z Kowalskich. Podczas pierwszej wyprawy w piotrkowskie odnalazłem jej nagrobek na cmentarzu w Dąbrówce. Zdziwiło mnie, że nie ma wspólnego nagrobka z mężem, którego przeżyła o 29 lat.



W książce autor kilkakrotnie wymienia matkę i wyczuwa się w jego słowach duży szacunek dla tej prostej wiejskiej kobiety.

"Podczas mego pobytu w domu sąsiadka Waleria Chumek opowiedziała mi, co się tutaj działo 1 września. W Szarbsku (była to moja wieś rodzinna) tego dnia matka przetrząsała suszące się siano. Kiedy zobaczyła na niebie niemieckie samoloty, wygrażała w ich stronę grabiami i strasznie złorzeczyła. Sąsiadka ukryła się za murowaną piwnicą, lecz matka pracowała dalej. Jeden z lotników obniżył lot i posłał w jej stronę serię z karabinu maszynowego. Matka krzyknęła za odlatującym: -Ty podły! Może myślisz, że się ciebie boję? Żebym tak miała karabin maszynowy, tobym cię zaraz zestrzeliła! Masz swoją ziemię, czego tu u nas szukasz?"



3. Marianna Janiszewska z Piotrkowa.

Autor pisze o niej jako o stryjence. Nie jestem pewien, czy nie jest to żona Andrzeja Janiszewskiego (ur. 1867), rodzonego brata mojej praprababci Wiktorii Krupy z Janiszewskich i Kazimierza Janiszewskiego, która tak właśnie miała na imię. Andrzej Janiszewski był jedynym z dwóch rodzonych braci Wiktorii, pamiętanym przez babcię.

"Pewnego dnia wybrałem się rowerem do Piotrkowa. Odwiedziłem tam stryjenkę, mieszkającą przy ulicy Daszyńskiego 10, aby dowiedzieć się, co u niej słychać. Rozpłakała się biedaczka na mój widok. Jej dwaj najmłodsi synowie, Kazik i Stefan, nie powrócili z frontu. Jak się później okazało, obaj zginęli, lecz do dziś nie wiadomo gdzie. Starszy, Tadeusz, który był kierownikiem pociągu, został zmobilizowany do służby kolejowej. Kiedy przejeżdżał przez Piotrków, w przerwie w pracy wpadał czasem do matki. Najstarszy, Leon, cały czas przebywał w domu; z powodu wady słuchu nie powołano go do wojska. Teraz musiał zgłosić się do pracy w hucie szkła, w przeciwnym bowiem razie wywieziono by go na przymusowe roboty do Rzeszy."

W mieszkaniu brata stryjecznego Leona, 3 września 1944 odbyło się spotkanie powołujące piotrkowską miejską radę narodową.

4. Walenty Janiszewski, Antoni Janiszewski, Stanisław Laszczyk, Piotr Janiszewski.

Walenty i Antoni byli braćmi Mieczysława, o których wcześniej nie słyszałem. Wraz z siostrzeńcem Stanisławem Laszczykiem z Szarbska byli żołnierzami Samodzielnej Grupy Operacyjnej generała Kleeberga i walczyli aż do 5 października. Po zakończeniu walk w kampanii wrześniowej dostali się do niewoli, ale uciekli z transportu, skierowanego do Niemiec.

Nie słyszałem od babci również o innym bracie Mieczysława Janiszewskiego, Piotrze:

"W wiosce Stobnica-Trzy Morgi spotkały się dwa oddziały: Gwardii Ludowej i Armii Krajowej. Ich sztaby postanowiły wspólnie rozbić betonowy bunkier we wsi Klementynów, spalić niemieckie domy i wykonać wyrok śmierci na komendancie selbstuschutzu, Gwizdorze, za to, że we wsi Biała zabił wieśniaka Szarleja, a także katował innych Polaków, wśród nich mojego brata Piotra."

5. Bolesław Leski, ps. "Bęc".

Był prawdopodobnie synem Jana Leskiego, a stąd wnukiem Piotra Leskiego i Magdaleny z Krzysztofików, rodzonej siostry mojego prapradziadka Stanisława Krzysztofika. Bardzo często wymieniany na kartach książki. Wygląda na to, że dzięki Leskiemu, Mieczysław Janiszewski przystał do konspiracji niepodległościowej o lewicowym obliczu ideowym:

"Po powrocie z Piotrkowa spotkałem się we wsi Niewierszyn z Bolesławem Leskim. Był on ślusarzem precyzyjnym, przed wojną pracował w Fabryce Miar i Wag w Warszawie. Kiedy w końcu 1937 roku zwolniono go z pracy, przyjechał do rodzinnego Szarbska i ożenił się z Genowefą Kacprzakówną z pobliskiego Niewierszyna. Wiedziałem, że był członkiem Komunistycznej Partii Polskiej.
Omówiliśmy z Leskim aktualną sytuację w kraju i postanowiliśmy wszelkimi sposobami szkodzić hitlerowskim okupantom."
"Początki lewicowego ruchu oporu na naszym terenie wiążą się właśnie z okolicami Władysławowa, Bratkowa i Janikowic. Przebywaliśmy tutaj z Bolesławem Leskim jako bezrobotni (ja od 1932, a on od 1937 roku). Chociaż miałem średnie wykształcenie zawodowe i odbyłem obowiązkową służbę wojskową, do 1 grudnia 1938 roku pozostawałem bez stałej pracy. Ileż to czyniłem starań, jeżdżąc pożyczonym rowerem po całej Polsce, ileż godzin wyczekiwałem w portierniach łódzkich fabrykantów - wszystko na próżno." Bardzo enigmatycznie opisana została śmierć Bolesława Leskiego w książce: "Leskiego zastrzelił "Loba" z oddziału AK na szosie tuż przed dworem Stefana Łępickiego w Kawęczynie". Bardziej szczegółowy opis przedstawił Jan Zbigniew Wroniszewski: "Po całodziennej walce (24.X.1943) oddział zdołał ze stratą kilku żołnierzy wyjść z nocą z okrążenia. Złożony z Rosjan pluton "Saszki" został rozproszony, a jego żołnierze, włóczący się przez jakiś czas pojedynczo i po kilku, pogłębiali trudną sytuację na terenie "Heleny". Oliwy do ognia dolał jeszcze tragiczny finał nocnego spotkania "Bęca", "Billa" i dowódcy niewierszyńskiej kompanii NSZ ppor. Stefana Łempickiego "Bosmana" z dwoma rozbitkami z plutonu "Saszki". Trzej pierwsi - po wspólnym przyjacielskim biesiadowaniu we dworze Żórawskich w Szarbsku, wyszli późno w noc 7.XII drogą w kierunku szosy Jaksonek - Przedbórz i w jej pobliżu natknęli się na przyczajonych w rowie dwóch Rosjan od "Saszki". "Bosman" - choć nietrzeźwy, zdążył wydobyć "Visa" i trafić jednego z nich,lecz drugi zastrzelił go z karabinu. "Bill" i "Bęc" próbowali wytłumaczyć incydent przypadkowym spotkaniem z Rosjanami, którzy ostrzelani, użyli broni, lecz okoliczni członkowie NSZ z Janem Sudwojem "Litwinem" na czele zgodnie twierdzili, że "Bosman" zginął od strzału w plecy. Bezstronnego świadka nieszczęśliwego wydarzenia nie było. [...] W lutym nastąpił odwet NSZ za śmierć Stefana Łempickiego "Bosmana". Oddział "Las I" dokonał zabójstw: brata wspomnianego wcześniej "Karola" - Wincentego Janiszewskiego oraz Bolesława Leskiego ("Bęc") i Zygmunta Koczwarskiego ("Bill)."

6. Wincenty Janiszewski.

Starszy brat Mieczysława Janiszewskiego, urodzony 20 stycznia 1888 roku w Szarbsku. Stefan Krupa pisze o nim w swej książce, jako przeciwniku kleru. Był nauczycielem, zwolnionym z pracy w 1929 roku, a podczas wojny nosił pseudonim "Uczony" i był skarbnikiem KG PPR od 1942 roku. Żonaty z Franciszką. Został zabity podobnie, jak Bolesław Leski w odwecie za śmierć "Bosmana". Jak pisze w książce Mieczysław Janiszewski: "28 lutego 1944 roku został w bestialski sposób zamordowany przez sfanatyzowaną grupę NSZ "Las I" za młynem Rożenek." Nagrobek Wincentego znajduje się na cmentarzu w Dąbrówce.


7. Stefan Krupa.

W książce Stefana Krupy " A jednak tak było", kluczowym momentem akcji był epizod zrzutu broni z Londynu w lutym 1943 roku. W odbiorze broni brali udział między innymi delegowani przez PPS-WRN w Piotrkowie: Mieczysław Szmidt, Stanisław Rajkowski i Antoni Leśniak. Nieszczęśliwie złożyło się, że Antoni Leśniak został aresztowany i zaczął sypać. Stało się to przyczyną wielu aresztowań w Piotrkowie, między innymi Stefana Krupy, który został umieszczony w obozie Auschwitz-Birkenau. Dalsza część jego książki od momentu aresztowania to opis życia obozowego, podczas gdy w książce Mieczysława jest to jeden z wielu epizodów wojennych. Co ciekawe, w obu pozycjach autorzy nieco inaczej przedstawiają pośrednie przyczyny aresztowania Leśniaka. Stefan pisze, że to Bolesław Leski, konspiracyjny współpracownik Mieczysława Janiszewskiego, wpłynął na grupę z Piotrkowa, aby opóźniła wyjazd z odebraną bronią o jeden dzień, co pośrednio wpłynęło na aresztowanie Leśniaka. Mieczysław Janiszewski z kolei ciężar decyzji o wyjeździe z bronią dzień później zrzuca na przybyszów, którzy mieli w sobotę spożyć u teściowej Bolesława Leskiego kolację zakrapianą wódką i zmęczeni wyjechali dzień później. 

8. Stefan Fijołek.

Pojawia się w książce raz, jako bohater jednego tylko epizodu. Gwara, jaką mówili chłopi w cyntrali, czyli w piotrkowskim, w książce praktycznie nie jest obecna, ale w przypadku Stefana Fijołka autor zdecydował się zapisać jego wypowiedź właśnie w języku potocznym.

"Przed południem 11 września przyszedł do oddziału z Szarbska Stefan Fijołek w ważnej, jak mówił sprawie. Nasz posterunek zatrzymał go, jako nieznanego przybysza, miał bowiem rozkaz nie wpuszczać nikogo na kwaterę.
Fijołek jednak domagał się widzenia ze mną lub z Bolkiem Leskim, gdyż ma ważne wiadomości.
Gdy wyszliśmy do niego, powiedział z pretensją w głosie:
- Wy tu siedzicie, a nas tam Nimce biją i rabują! Ostatnie ziorka zabirają, ostatnią świnkę kazali mi załadować na furę i wiźć do Przedboza na kontyget!
Spytałem, ilu ich tam jest w Szarbsku.
- Pełny samochód cinzarowy - odparł. - Niedługo bydą jechać do Przedboza. Jo przyjechołem do Dąbrówki i zostawiłem furę u mojej siostry Walerki na podwórku, ty, co wysła za Ogłoze."

Stefan Fijołek (1907-1977) był kuzynem babci, synem Jana Fijołka i Marianny Krupy, rodzonej siostry mego pradziadka Ignacego Krupy. Pochowany jest na cmentarzu w Dąbrówce.

9. Wawrzyniec Wacław Nalepa.

Syn Wincentego Nalepy (około 1870-1959) i Gabrieli z Krzysztofików (1877-1894), rodzonej siostry mojej prababci Antoniny Krupy z Krzysztofików (1888-1943), i ojciec Wandy, dzięki której miałem w zeszłym roku okazję uczestniczyć w zjeździe rodziny Nalepów. Wzmiankowany dwukrotnie w książce, jako uczestnik posiedzeń piotrkowskiej powiatowej rady narodowej, które miało miejsce w jego domu w Siomkach.

10. Spalenie Zygmuntowa, 28 listopada 1944 roku.

Wielką wartością książki jest opisanie zagłady wsi Zygmuntów w dniu 28 listopada 1944 roku. Co prawda nie zostały przedstawione przyczyny, dla których wieś uległa zagładzie (opisane zostały przez Jana Zbigniewa Wroniszewskiego), ale wymienione zostały osoby, które zginęły w wyniku spalenia wsi. Ponad jedna czwarta wszystkich osób nosi nazwisko Krawczyk, co pokazuje, jak wielka tragedia dotknęła tę rodzinę.

Książka na pewno powinny przeczytać wszyscy ci, którzy interesują się historią wsi położonych na terenie parafii Skórkowice i Dąbrówka. Dla mnie ma szczególną wartość dodatkową ze względu na powiązania rodzinne z autorem i wzmianki o wielu osobach z rodziny mej babci.

Mieczysław Janiszewski, "Przyszłość czekała", Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa, 1987.

wtorek, 16 maja 2017

Gdzie stał dwór w Haćkach?

Nie ma to jak pojechać na ciekawą wycieczkę. I to niekoniecznie samemu, z rodziną czy przyjaciółmi. Przekonałem się już dość dawno, że warto czasami skorzystać z oferty imprez autokarowych Regionalnego Oddziału PTTK. Zwłaszcza wtedy, gdy trasa wiedzie przez mniej znane miejsca na Podlasiu, a przewodnikiem jest osoba żywo zainteresowana tematem imprezy. Tak było w ostatnią sobotę, gdy wybrałem się z PTTKiem poznawać "Wsie mieszczańskie Bielska Podlaskiego". Główną pomysłodawczynią i organizatorką była Iwona Zinkiewicz, która oprowadzała nas - uczestników po swojej małej ojczyźnie dzieciństwa. Poza atrakcjami przypisanymi odwiedzanym miejscom na takich wycieczkach z reguły zapewnione jest dobre towarzystwo, a i odprężyć się można pod koniec biesiadując przy ognisku.

Odkryciem wycieczki były dla mnie wsie Stryki i Augustowo koło Bielska Podlaskiego. W Strykach zawitaliśmy do cerkwi cmentarnej św. Onufrego z początku XIX wieku. Cmentarz urokliwie położony w lesie posiada wiele zabytkowych nagrobków, z których najstarsze postawione zostały pod koniec XVIII wieku. Duże wrażenie wywołuje wystrój wewnętrzny cerkwi z wyposażeniem sięgającym czasów unii brzeskiej, co oznacza dość realistyczne malarstwo religijne, tak rzadko spotykane w większości podlaskich cerkwi budowanych w drugiej połowie XIX wieku.

W Augustowie zaś znajduje się dawna cerkiew refektarzowa klasztoru prawosławnego w Bielsku Podlaskim. Klasztor ten, o czym warto wspomnieć, oparł się wpływom unii brzeskiej, a skasowany został dopiero przez rosyjskie władze podczas zaborów. Mimo, iż wpływy unii kościelnej nie dotarły do bielskiego klasztoru, wyposażenie przeniesionej do Augustowa cerkwi również znacznie różni się od tych, które najczęściej spotykamy przemierzając Podlasie. Szczególne wrażenie wywołuje ikonostas w postaci ściany ściśle przylegającej do sufitu świątyni, a także ikony z mocno realistycznymi przedstawieniami.

Jednak najważniejszym punktem wycieczki była dla mnie wieś Haćki. Położona jest przy drodze Białystok-Bielsk  Podlaski, którą znam niemalże na pamięć. A jednak nigdy nie znalazłem wcześniej czasu, aby do Haciek zawitać. Wieś znana jest z grodziska pochodzącego z V wieku p.n.e., w drugiej połowie XVI wieku wzmiankowana jako część folwarku Stołowacz. 3 maja 1780 roku wójtostwo w Haćkach nadał Antoniemu Herliczce, artyście malarzowi pracującemu w drugiej połowie XVIII wieku dla białostockiego dworu Jana Klemensa Branickiego, książę Stanisław Poniatowski, bratanek Izabeli Branickiej. 1,5 roku później Izabela Branicka obdarowała Herliczkę 2 włókami ziemi w Haćkach, a także łąką Kletne. Herliczka zamieszkał w budynku wójtostwa, mimo że nadal posiadał posesję w Białymstoku na Nowym Mieście. Zajmował się tutaj remontami pomieszczeń oraz poprawianiem estetyki otoczenia. Antonim Herliczką zajmowałem się dość intensywnie kilka lat temu. Zorganizowałem także w październiku 2013 roku wycieczkę objazdową po Podlasiu śladami dzieł artysty w ramach Klubu Przewodników Turystycznych przy RO PTTK w Białymstoku, przy współpracy Tadeusza Daniłko, przewodnika z Dolistowa nad Biebrzą, skąd pochodzi ostatnia historyczna wzmianka o działalności artystycznej Herliczki. Jednak i wówczas Haćki nie znalazły się na trasie moich wypraw.

Tym razem korzystając z obecności regionalisty i miłośnika historii oraz przyrody Haciek, pana Jana Mordania, który gościł i oprowadzał naszą sobotnią wycieczkę po Haćkach zapytałem o Herliczkę i lokalizację wójtostwa.

- Tego można się domyślać. Tu niedaleko znajduje się strumyk zwany Smużką, w okolicy jest wiele roślin zasadzonych ręką ludzką, jak głóg, bez lilak czy jabłonki. A sam budynek wójtostwa mógł znajdować się w miejscu, gdzie za czasów carskich wybudowano drewnianą szkołę. Istniała do lat 60-ych XX wieku. Teraz na jej miejscu stoi blok.


Blok na zdjęciu widoczny jest za drzewami. W okolicy przy drodze znajdują się rośliny wymienione przez pana Jana. A strumyk Smużka płynie po prawej stronie doliną.

Ciekaw jestem opinii innych osób związanych z Haćkami. Może ktoś dysponuje fotografią dawnej szkoły w Haćkach, a także jej otoczenia? Za wszelkie informacje przesyłane drogą e-mailową bądź w komentarzach będę wdzięczny. 

Podczas pisania artykułu korzystałem z tekstu Zbigniewa Romaniuka "Antoni Jan Herliczka - nowe fakty z biografii", Bielski Almanach Historyczny, 2016.

środa, 5 kwietnia 2017

PUR Wschowa

5 lat temu dokonałem największego jak dotychczas odkrycia historii rodzinnej. Ustaliłem powojenne losy pradziadka ze strony mamy - Stefana Stępnia, który uważany był przez bliskich za zaginionego na Wołyniu podczas II wojny światowej. Nadal jednak historia pradziadka zawiera wiele zagadek, które wydają się nie do rozwiązania. Nurtuje mnie choćby to kim była Stanisława Flugel, której nazwisko widnieje w akcie zgonu Stefana, w rubryce "małżonek". Kim była, kiedy się poznali, kiedy zawarli związek małżeński. Sytuację komplikuje fakt, że Stefan Stępień był osobą zmieniającą dość często miejsce zamieszkania. Siedlęcin, Jelenia Góra, Janowice Wielkie, Wrocław, w końcu Szczecin. I nie mam pewności, że to wszystkie miejsca.

Ostatnio przeglądając numery archiwalne miesięcznika genealogicznego More Maiorum z 2013 roku trafiłem na informację o internetowej wyszukiwarce indeksów Państwowego Urzędu Repatriacyjnego, stworzonej dzięki pracy genealogów ze Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego. 

(Przy okazji chciałbym nadmienić, że More Maiorum to bardzo ciekawie redagowane pismo przez Alana Jakmana i Marcina Marynicza, w którym można znaleźć między innymi wywiady z pasjonatami genealogii rodzinnej, prześledzić fragmenty drzew genealogicznych osób zasłużonych dla polskiej kultury w oparciu o dostępne, odszukane dokumenty i wiele innych przydatnych informacji.)

Wyszukiwarka pozwala odnaleźć osoby znajdujące się w zasobie Państwowego Urzędu Repatriacyjnego przechowywanym w Archiwum Państwowym we Wrocławiu. Wspomniany pradziadek Stefan był co prawda na robotach przymusowych pod Jelenią Górą, ale trafił tam z Wołynia, a jego przedwojenne miejsce zamieszkania - Pińsk, wskazywało, że do urzędu repatriacyjnego mógł po wojnie trafić. Wpisałem w wyszukiwarkę jego dane, pojawiło się 10 osób o tym samym imieniu i nazwisku.

Wątpliwości, czy wśród tych 10 nazwisk jedno należy do pradziadka rozwiał e-mail, jaki na moje zapytanie, otrzymałem z AP we Wrocławiu. Pradziadek Stefan zarejestrował się między 3 grudnia, a 19 grudnia 1945 roku w Powiatowym Urzędzie Repatriacyjnym we Wschowie. Otrzymałem skan odpowiedniej strony z rejestru, ale niestety poza imieniem ojca, zawodem, miejscem i rokiem urodzenia oraz ostatnim miejscem zamieszkania przed wojną żadnych więcej informacji na niej nie było.

Dzięki internetowi szybko ustaliłem, że dość bogata dokumentacja Powiatowego Urzędu Repatriacyjnego we Wschowie znajduje się w Archiwum Państwowym w Poznaniu. Przyznam, że miałem nadzieję na więcej informacji, widząc, że w skład dokumentacji wchodzą takie zbiory, jak "Sprawozdania dotyczące osadnictwa w powiecie wschowskim 1945 i 1945-1947" oraz "Wykaz repatriantów i przesiedleńców osadzonych na gospodarstwach poniemieckich w powiecie wschowskim". Niestety e-mail z archiwum poznańskiego rozwiał moje nadzieje. Nic nie znaleziono.

Sprawdziłem również czy w USC we Wschowie w latach 1945 i 1946 nie został zawarty związek małżeński między Stefanem Stępniem i Stanisławą Flugel. Nie został.

Klocek, który pasował do mojej układanki z napisem PUR Wschowa niestety zamiast zmniejszyć, powiększył ilość zagadek w historii pradziadka Stefana.

środa, 15 marca 2017

wujek Kazik

Komenda Wojewódzka Policji Państwowej w Brześciu, Sprawozdania dzienne z przestępczości z okresu styczeń-czerwiec, 1936 r., a wśród akt taki oto fragment:


Wujek Kazik, 12 lat, wyszedł z domu w niewiadomym kierunku i do momentu zgłoszenia na policję nie został odnaleziony. Lekko prababcia nie miała.

Nie słyszałem o tej historii wcześniej. Nie zdążyłem zapytać.

A wujka Kazika, choć mieszkał w Świebodzinie, a więc nie tak znów daleko od Gorzowa, nie znałem. Widziałem go raz, na pogrzebie prababci w 1989 roku. Zdziwiło mnie, że nie był jakoś szczególnie wysoki, poza tym z wyglądu mocno szczupły. Z opowieści prababci ten najczęściej wspominany najstarszy syn wydawał się przynajmniej postawnym, nobliwym patriarchą rodu.

Rodzeństwo Stępniów zażyłych kontaktów ze sobą nie utrzymywało. Jeszcze siostry to tak. Miałem okazję poznać obie siostry babci Feli - Irenę i Jankę, ale braci: Kazika, Edka, Władka w ogóle.

Wracając do wujka Kazika, wiele tajemnic wciąż skrywa jego życiorys. W 1940 roku po ucieczce z Pińska do Stacji Tomaszgród wraz z ojcem i siostrą Felą pracował przy spławianiu drewna.

Resztę innych, dawnych historii mogę opatrzyć tylko słowem podobno.

A więc podobno: przez pół roku więziony był przez NKWD jeszcze w Pińsku. Wcześniej wraz z ojcem był w jakiejś organizacji zbrojnej (ciocia Janka wspominała o Strzelcach Poleskich). To on wreszcie spotkał zaginionego w czasie wojny ojca na jakiejś stacji kolejowej na Dolnym Śląsku.

 Na nagrobku w Świebodzinie wujek ma wpisaną złą datę urodzenia. W rzeczywistości urodził się 4 lata później, w 1924 roku. Według cioci Janki, zawyżył wiek po to, by móc wstąpić do Strzelców Poleskich.


niedziela, 12 marca 2017

Bierwicha. Głaz. 1655

Bierwicha, jedna z tych kilku ciągnących się wzdłuż drogi Sokółka - Dąbrowa Białostocka wsi. Wygląda na starzejącą się. Wnioskuję tak po stanie większości domostw i płotów chylących się ze starości ku ziemi. Malowniczo położona wśród wzgórz sokólskich nad rzeczką o tej samej nazwie, choć klimat sielskości psuje wspomniana, dość ruchliwa szosa przebiegająca przez wieś. Znajduje się tutaj dość niepozornie wyglądający z daleka głaz, stojący tuż przy szosie, nieopodal rzeczki, ze szczytem zwieńczonym żeliwnym krzyżem.


Sam głaz jednak przedstawia olbrzymią wartość historyczną. Jest bodajże jedyną taką pamiątką na Podlasiu z wojny Wielkiego Księstwa Litewskiego z Moskwą z lat 1654-1667, wspominanej na kartach Trylogii Henryka Sienkiewicza.


Na głazie widać wyryty napis: "1655. Moskal Litwę splondrował, złamawszy mir wieczny". Tego ostatniego słowa można się co prawda tylko domyślać. Ciekawa jest jego najnowsza historia. Mianowice w 1921 roku został zauważony w pobliskiej rzeczce Bierwisze przez robotników, przez nich też został wydobyty i ustawiony przy drodze. Ponownie znalazł się w rzece podczas pierwszej okupacji sowieckiej 1939 roku. Po rozpoczęciu wojny sowiecko-niemieckiej w 1941 roku zaś postawiono go z powrotem przy drodze, gdzie stoi po dziś dzień.


Przy drodze znajduje się kilka innych, choć znacznie młodszych, ale interesujących krzyży przydrożnych. Jeden z nich, znajdujący się za ogrodzeniem na terenie posesji nosi datę 1954 r. oraz napis "Jezu błogosław nas".



Kilka posesji dalej widać przy drodze krzyż na postumencie kamiennym, z żeliwnym krzyżem. Inskrypcja zmurszała, trudna do odczytania, wskazuje, że został ufundowany lub postawiony w intencji niejakiej Antonii (Antoniny) w roku 1920 lub 1928.


Nieco dalej, ale wciąż po tej samej stronie szosy, stoi krzyż żeliwny z czytelną tabliczką, noszącą napis "S+P Za dusza Domienika i Jana i całej familij Babiczow. Familija Babicz 1918 r."


Po drugiej stronie szosy stoi najbardziej okazały z przydomowych krzyży. Niestety czytelny jest tylko fragment inskrypcji: "Jeszu wybaw..."


Za wszelkie dalsze informacje zapisywane w komentarzach dotyczące historii przedstawionych głazu z 1655 roku i krzyży przydrożnych we wsi Bierwicha będę wdzięczny. Pozwólmy, aby ciekawe historie nie przepadły. Jest bardzo prawdopodobne, że internet, a znim i ten blog przetrwają dłużej niż pokazane na zdjęciach niszczejące obiekty małej architektury.

wtorek, 28 lutego 2017

Pańki

Pańki, wieś leżąca nieopodal Kruszewa, na terenie Narwiańskiego Parku Narodowego "chodziły za mną" już od dawna. Przeszedłem, przejechałem na dwóch i czterech kółkach najbliższe okolice wielokrotnie, ale Pańki leżały zawsze jakoś na uboczu, nie po drodze. 2,5 roku temu dotarłem z Kasią rowerem do Paniek, ale właśnie wtedy, gdy minęliśmy tablicę z nazwą wsi, musieliśmy wracać szybko do Białegostoku i nie było czasu, aby zatrzymać się choć na chwilę. A słowo drukowane w przewodniku kusiło. Wieś szlachecka, cmentarzysko średniowieczne, interesujący układ przestrzenny z poprzecznymi drogami łączącymi ulicę główną z zagumienną, świetlica wiejska pokryta freskami przez Martina Krämera musiały poczekać na swój moment.

Okazja nadarzyła się tej zimy. A wszystko dlatego, że pól kilometra za wsią znajduje się świetne miejsce na biesiadowanie przy ognisku - na odludziu, wśród dzikiej przyrody, nieco uśpionej o tej porze roku.

Pańki można przejechać wzdłuż głównej drogi prowadzącej od szosy kruszewskiej do Rogowa ... i nic ciekawego nie zobaczyć. Bo i też najciekawsze miejsca kryją się nieco na uboczu wioski, pod lasem. Aby je odkryć, należy przy krzyżu przydrożnym stojącym przy zabudowaniach wioskowych skręcić z głównej ulicy w boczną drogę w lewo. Dojedziemy w ten sposób pod remizę strażacką, pokrytą od frontu  malowidłem przedstawiającym strażaków w hełmach z sikawką. Przed budynkiem można zaparkować samochód, wysiąść i przejść się po okolicy, gdyż jest co oglądać.


Cmentarz średniowieczny znajduje się za terenem remizy, w niedużej odległości. Mieści się na niewielkim wzgórzu pokrytym młodym laskiem. Nie znajdziemy na nim nic ciekawego z czasów średniowiecznych. Przed wzgórzem natomiast za drewnianym ogrodzeniem widać uroczą kapliczkę na drewnianym słupie z metalowym krzyżem wieńczącym jej szczyt oraz dwa mniejsze, niezbyt stare krzyże z inskrypcjami. Kapliczka, według opisu na tablicy przed cmentarzem, pochodzi z 1861 roku, a sam cmentarz umiejscowiony w najwyższym punkcie terenu za wsią służył do pochówków ofiar epidemii.


Przed drewnianą kapliczką ułożona została kamienna stella z wyrytym krzyżem - prawdopodobnie jedyna pamiątka po średniowiecznym cmentarzu. Przypomina nieco tę, którą odnalazłem na terenie średniowiecznego cmentarza cholerycznego w lesie koło Dobrowody.


Najciekawsze jednak są freski pokrywające ściany zewnętrzne remizy strażackiej. Wg przewodników świetlica wiejska została pokryta freskami w 1998 roku przez Martina Krämera. W popularnych wydawnictwach turystycznych nie znajdziemy żadnej dodatkowej informacji. Nie dowiemy się kim jest Martin Krämer, dlaczego namalował freski w Pańkach i co przedstawiają. A jest co oglądać. Na tylnej ścianie remizy widać długiego, olbrzymiego węża. Koniec ogona jest zwinięty w okrąg, w którego środku widać mężczyznę z chłopcem. Na jednej ze ścian szczytowych, z górnej jej części patrzy na nas brodaty mężczyzna w krawacie z szeroko rozłożonymi rękoma.



Przeciwległa ściana szczytowa mieści najciekawszy treściowo fresk. Widać na nim z lewej strony kopułę cerkwi, drewnianą chatę i grupę ludzi, w środkowej zaś części żołnierzy w spiczastych nakryciach głowy na koniach oraz mężczyznę w meloniku na głowie i kobietę siedzących w powozie. Lewa część fresku, w miejscu gdzie znajduje się kopuła cerkwi i drewniana chata oraz grupka ludzi ma ciemniejsze barwy. Prawa zaś, zdecydowanie większa, przedstawiająca bolszewików na koniach i jaśnie państwo w powozie rozświetlona jest różnokolorowymi promieniami słońca.

Krótką notkę biograficzną Martina Krämera można znaleźć pod jego artykułem drukowanym w piśmie "Lewą nogą":

Martin Krämer Liehn (1971) – obronił doktorat w Kassel z nauk agronomicznych o zmianach na wsi polskiej na przykładzie wioski Pańki. Ukończył wydział malarstwa, jest autorem licznych fresków o tematyce społecznej (ilustracje w artykule przedstawiają freski ze świetlicy w Pańkach). Wydał m.in. książki na temat perspektywy porównawczej w mikrohistorii (Comparativ, Lipsk 2004), skutków akumulacji kapitału zagranicznego w polskim rolnictwie (1996). Pisał do Sozialgeschichtliche Kommunismusforschung (Monachium 2005) o przemyśle metalowym na granicy czesko-polskiej. Publikował w Historische Anthropologie, Iberoamericana, Academia Romana, Przeglądzie Zachodnim, Kritischer Agrarbericht, Zeitschrift der Informationsstelle Lateinamerika, Nordost-Archiv, Roczniku Muzeum Ruchu Ludowego, Fantômasie (pismo interwencjonistycznej lewicy). Obecnie bada historię rad robotniczych w Charkowie po 1917 r., w Czechach po 1945 r. i na Kubie po 1959 r. Uczestniczy w Wolnej Akademii Freskowej [www.faipl.org]

Przeczytałem wspomniany artykuł, dotarłem do tekstu Piotra Ikonowicza o Martinie Krämerze, odnalazłem w sieci pracę doktorską o ekonomii politycznej wsi Pańki od uwłaszczenia do dziś, której niestety nie przeczytałem ze względu na barierę językową, choć podejrzewam, że mogłaby być najciekawsza ze wszystkich tekstów, które widziałem. Zawiera bowiem wiele zestawień nazwisk mieszkańców wsi, dokumentów lokalnych - widać, że sporo pracy zostało włożone w pozyskanie materiałów źródłowych. Odnalezione w sieci teksty, a zwłaszcza wspomniany artykuł autorski Krämera, prezentowały tak różny obraz świata od mojego, że spróbowałem nawiązać kontakt z autorem imając się różnych sposobów, jednak żaden nie okazał się skuteczny.

Spróbuję więc skrótowo przedstawić to czego dowiedziałem się z tekstów znalezionych w internecie. Zgadzam się z Krämerem, gdy pisze, że dotychczas historia pisana była "z góry", a nie "z dołu", to znaczy historia którą znamy, najczęściej pokazuje jakąś perspektywę oficjalną, państwową, w której najczęściej widać dość dokładnie losy rządzących, ludzi znajdujących się na piedestale społeczeństwa. Zupełnie pominięta jest natomiast perspektywa warstw najuboższych, w dyskursie historycznym najczęściej nie słychać ich głosu. Przychodzą mi na myśl słowa Mariana Pilota, pisarza reprezentującego nurt chłopski w polskiej literaturze, który w jednym z wywiadów powiedział: "Rzecz polega na tym, że cała historia Polski, której się uczymy, jest historią 10 proc. narodu, czyli szlachty, z pominięciem 90 proc. ludności. Będziemy mieli więc zupełnie inny punkt widzenia i inną historię na dobrą sprawę, która siłą rzeczy przekreślić musi ciągle obowiązującą zakłamaną, mówiąc delikatnie, wersję dziejów sarmackiej Rzeczypospolitej." Krämer podkreśla ponadto wagę pisania historii z perspektywy mikrospołeczności, co akurat w Polsce stało się niezmiernie modne w ciągu ostatniego piętnastolecia.

Czego nie mogę przełknąć w tekście autora fresków z Paniek, to podziału społeczeństwa na klasy w zależności od poziomu bogactwa i traktowanie warstw bogatszych, w artykule o Pańkach identyfikowanych ze szlachtą, bogatszymi chłopami i klerem, jako wrogów. Nie trawię także części traktującej o współpracy kościoła z niemieckim okupantem, choć nie jestem w stanie w łatwy sposób zweryfikować informacji podanych w tekście bez dokładnego wgryzienia się w źródła historyczne. Ale całe moje rozumienie historii temu przeczy, choć nie twierdzę, że tak nie mogło być, jak pisze autor. Zupełnie zaś nie rozumiem fascynacji bolszewizmem rosyjskim i traktowania ideologii komunistycznej, jako zbawienia dla ludzkości. Myślę, że zdecydowana większość czytelników mojego bloga w tym punkcie myśli podobnie.

Teraz wrócić chciałbym do ostatniego fresku, na który zwróciłem szczególną uwagę. Według Piotra Ikonowicza nosi tytuł "Od ciemności do światła" i przedstawia wyzwolenie wsi przez bolszewików z ucisku Polski szlacheckiej. Nie twierdzę, że takiego ucisku nie było, ale czy mógł się równać z uciskiem, jakiego doznawała ludność na terenach opanowanych przez bolszewizm?

Freski w Pańkach na pewno stanowią swego rodzaju kuriozum, ciekawostkę, coś czego trudno byłoby się spodziewać wybierając się na przejażdżkę rowerową bądź na ognisko ze znajomymi w okolice Narwiańskiego Parku Narodowego.

Sławomir Halicki "Polska Amazonia. Przewodnik po Narwiańskim Parku Narodowym", Białystok-Choroszcz, 2000,

Krystyna Naszkowska "Jestem chłop, ale Pan. Wywiad z Marianem Pilotem", Gazeta Wyborcza, 6 grudnia 2014,

Piotr Ikonowicz, "Bardzo wschodni Niemiec", http://legaba.6te.net/iko1.htm,

Martin Krämer Liehn "Kontrabanda obywatelska czyli historia zmian we wsi polskiej widziana od dołu", Lewą nogą, 17/2005.

sobota, 25 lutego 2017

Cmentarz ewangelicki w Ogrodnikach koło Dobrzyniewa z połowy XIX wieku

Odwiedziłem w ostatnim czasie jeszcze jeden cmentarz ewangelicki w okolicach Białegostoku. Według przewodnika "Ewangelicy w Białymstoku" "Zaledwie 5 km na północ od cmentarza w Bacieczkach, a około 15 km od centrum Białegostoku znajdują się pozostałości kolejnego cmentarza ewangelicko-augsburskiego. Ukryte są za przystankiem autobusowym we wsi Ogrodniki. Zachowało się tu tylko kilka nagrobków. W fabryce w pobliskim Dobrzyniewie Fabrycznym poświęcono w połowie XIX w. ewangelicki dom modlitwy, kantorat i szkołę."

Cmentarz rzeczywiście dość łatwo znaleźć, znajduje się tuż przy głównej drodze. Otoczony jest ogrodzeniem. Znajdują się na nim 4 nagrobki kamienne i jeden krzyż drewniany, oparty o drzewo. Podjąłem próbę odczytania historii cmentarza z pozostawionych przez czas pamiątek. Niestety bez większego powodzenia.




Nagrobek stojący najbliżej bramki wejściowej pozbawiony jest tablicy z inskrypcją, widoczne są tylko pozostałości śrub mocujących.


Tuż obok stoi największy z pomnikow. Czytelna jest na nim środkowa część inskrypcji w języku niemieckim, która wg mego tłumaczenia brzmi: "Błogosławieni umarli, którzy w Panu umierają".



Niestety dolna część inskrypcji, opisująca prawdopodobnie osobę zmarłą jest trudna do odczytania. "Georg ? ... 1863" - tyle tylko widzę.



Kolejny nagrobek, znajdujący się prawie naprzeciw bramki wejściowej udało mi się częściowo odczytać.

"Hier ruhen in Frieden die Tochter Gottl. Oheim...", czyli "Tutaj leżą w pokoju córka Gottliba Oheima..."




Niestety dalsza część inskrypcji jest dla mnie nieczytelna.


Ostatni z pomników, stojący najbliżej drogi jest dla mnie również nieczytelny.


Trzeba przyznać, że mimo małej liczby zachowanych nagrobków cmentarz wygląda na jako tako zadbany, co budzi nadzieję, że pozostanie w pamięci przyszłych pokoleń.

Przy okazji dziękuję za dotychczasowy odzew dotyczący historii cmentarza ewangelickiego przy ulicy Produkcyjnej, a także historii Kolonii Bacieczki. Za wszelkie informacje dotyczące historii cmentarza w Ogrodnikach, a także odkrytego nieco wcześniej w Kolonii Jurowce będę wdzięczny.

Tomasz Wigłasz, Krzysztof Maria Różański "Ewangelicy w Białymstoku. Przewodnik historyczny.", Cieszyn, 2013

wtorek, 14 lutego 2017

Relacja ze spaceru "Białostockie Małżeństwa II"

W ostatnią niedzielę, 12 lutego 2017 roku zorganizowałem spacer historyczny pod hasłem "Białostockie małżeństwa II" w ramach Tygodnia Małżeństwa, który odbył się po raz drugi w Białymstoku dzięki inicjatywie Pracowni Psychoterapii i Psychoedukacji Integra. Dwójka rzymska w nazwie spaceru oznacza drugą edycję. W zeszłym roku bowiem również wziąłem udział w podobnej akcji, oprowadzając chętnych "Śladami znanych białostockich małżeństw". Aura w tym roku była iście zimowa - leżący śnieg, ujemna temperatura i zachmurzone niebo. Nie przeszkodziło to jednak zebrać się grupce zainteresowanych osób. Postanowiłem opowiedzieć o dwóch małżeństwach, które zapisały się w historii miasta: Senderze (1810 lub 1811-1849) i Małce Bloch (1840-1878), założycielach jednej z pierwszych fabryk włókienniczych w Białymstoku oraz o Bohdanie (1870-1942) i Zofii Ostromęckich (1891-1922), lekarzu i nauczycielce, bardzo aktywnych białostockich społecznikach pierwszej ćwierci XX wieku. Klamrą łączącą te tak różne pod każdym względem małżeństwa było wdowieństwo, które je dotknęło. Kiedy przygotowywałem się do spaceru, okazało się, że nie był to jedyny punkt zazębiający obie historie.

Spacer rozpoczął się o godzinie 10.00 przy zabytkowej willi z lat 20-ych XX wieku pod adresem Mickiewicza 34. Willa została zbudowana prawdopodobnie na potrzeby właściciela fabryki lub jej personelu technicznego, w czasach gdy ta należała do Hendrichsa. A Hendrichs i Eisenbeck to kolejni właściciele fabryki po  jej sprzedaży przez Małkę Rejzel Bloch w latach 60-ych XIX wieku Hermanowi Commichau. W miejscu tym zostali przedstawieni przeze mnie Sender Bloch i Małka Rejzel, córka Izaaka Zabłudowskiego, przedstawiciele najbogatszych wówczas białostockich rodzin żydowskich. Opowieść okrasiłem ich fotografiami, pochodzącymi z albumu poświęconego białostockim Żydom, wydanego z inicjatywy Davida Sohna w roku 1951 w Nowym Jorku. Pochodzą z lat 40-ych XIX wieku. Ciekaw jestem ich autorstwa i  miejsca wykonania. Może okazałoby się, gdyby to zbadać, że zostały wykonane w Białymstoku, a wtedy byłyby starsze od najstarszej zidentyfikowanej fotografii białostockiej.

Dalsza część spaceru wiodła ulicą Mickiewicza pod budynek Wydziału Prawa Uniwersytetu w Białymstoku, który został zbudowany w 1897 roku na potrzeby nowo powstałego Żeńskiego Gimnazjum Aleksandrowsko-Mikołajewskiego.  Był to dobry moment do przedstawienia osoby Zofii Ostromęckiej, która w roku 1913 nauczała języka polskiego w tymże gimnazjum.


Kolejnym punktem na trasie naszego spaceru była powojenna kamienica przy ulicy Kilińskiego 12. Wcześniej, do 1944 roku stał tu dom z muru pruskiego, pamiętający czasy Branickich, należący pierwotnie do Antoniego Puttiniego, baletmistrza. W roku 1913 mieszkało tu małżeństwo Bohdana i Zofii Ostromęckich. Bohdan Ostromęcki prowadził tu wtedy również gabinet chirurgiczny. Na Kilińskiego 12 zazębiła się historia obu małżeństw. Dom, w którym mieszkali Ostromęccy należał do spadkobierców Izaaka Zabłudowskiego, ojca Małki Rejzel Blochowej.


Poźniej zeszliśmy ulicą Sienkiewicza w stronę skrzyżowania z aleją Piłsudskiego. Po jej lewej stronie, mniej więcej w miejscu, gdzie dziś przebiega aleja, znajdowała się posesja Blochów (Wasilkowska 31). I tam też z dużą dozą prawdopodobieństwa mieszkali Sender z Małką. Z ciekawostek warto wspomnieć, że mowę pogrzebową po śmierci Małki wygłaszał jej szwagier - Halbersztam. Onże napisał 11-stronicową pieśń żałobną po śmierci Sendera, która została wydana drukiem w Wilnie. Oboje żegnani byli w Wielkiej synagodze białostockiej.


Później przyszedł czas na ostatni punkt na trasie spaceru. Doszliśmy do skrzyżowania z ulicą Kościelną. Tu, do budynku sądu (nie istniejący już) przy dawnej Gimnazjalnej 5 przeniósł swój gabinet dr Bohdan Ostromęcki w roku 1919. A w męskim Gimnazjum im. Zygmunta Augusta uczyła języka polskiego Zofia Ostromęcka po odzyskaniu niepodległości. Gdzie oni oboje nie działali? Wspólnie znaleźli się w składzie pierwszej polskojęzycznej "Gazety Białostockiej", wydawanej w latach 1912-1915. Bohdan działał w Towarzystwie Zakładania i Utrzymania Bibliotek Publicznych, w Towarzystwie Dobroczynności, Zofia w Kole Polek, Towarzystwie Równouprawnienia Kobiet Polskich, Towarzystwie Pomocy Biednym Pań Opiekunek "Żłobek", którego ochronka znajdowała się na Bojarach przy ulicy Modlińskiej. I to, co ważne dla przewodników turystycznych: gdy jesienią 1922 roku odbyło się zebranie założycielskie białostockiego oddziału Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego, sekretarzem zebrania został nie kto inny, tylko Zofia Ostromęcka. Krótko przed swoją przedwczesną śmiercią.
A tym ostatnim punktem, a zarazem niespodzianką dla uczestników spaceru było muzeum szkolne w dawnym Gimnazjum Męskim im. Zygmunta Augusta, czyli dzisiejszym VI LO. Oprowadzał nas po szkole, pokazywał eksponaty muzealne i bardzo ciekawie opowiadał kustosz muzeum, pan Jan Dworakowski. Moglibyśmy tak słuchać cały dzień, gdyby nie upływający czas.


Na koniec chciałbym podziękować dyrektorowi VI LO w Białymstoku, panu Dariuszowi Naumowiczowi, za zgodę na zwiedzanie szkoły w niedzielne przedpołudnie. Specjalne podziękowania kieruję do pana Jana Dworakowskiego, za to że zgodził się poświęcić swój niedzielny czas i pokazać nam zbiory, którymi się opiekuje. Dziękuję również panom Wiesławowi Wróblowi i Sebastianowi Wichrowi. Tak to często bywa, gdy opracowuje się nowy temat na spacer, że pojawiają się zagadki, wątpliwości, niewiadome. Dziękuję Wam za odpowiedzi na pytania, które znacznie poszerzyły moją wiedzę oraz za wskazywanie nieznanych mi wcześniej źródeł. Dziękuję również Adamowi Grabowskiemu, który jest autorem wszystkich zdjęć.