niedziela, 19 listopada 2017

Z akt miasta Poznania. Kartoteka ewidencji ludności 1870-1931

Warto czytać czasopismo genealogiczne More Maiorum! Zamieszcza między innymi informacje o różnego rodzaju zasobach historycznych dostępnych w internecie. Dzięki tego rodzaju wzmiance trafiłem na stronę zawierającą Kartotekę ewidencji ludności z lat 1870-1931 - zasób należący do akt miasta Poznania, zdigitalizowany oraz zaopatrzony w alfabetycznie ułożony indeks nazwisk, co bardzo ułatwiło przeszukiwanie.

Nie spodziewałem się jakichś szczególnych odkryć. Ot, przybędzie mi trochę informacji dotyczących adresów, pod którymi mieszkali moi Paczkowscy przodkowie - myślałem. Myliłem się jednak. Znalazłem 5 fiszek - wszystkie dotyczyły pokolenia moich pradziadków i prapradziadków. Zawierały informacje z okresu od początku XX wieku do lat 20-ych, z których jedna przyniosła informację zupełnie nową i nieoczekiwaną.

Pierwsza z odnalezionych kart (nr 456) zawierała informacje o prapradziadkach: Wawrzyńcu Paczkowskim (zapisany jako Paczkowski Lorenz z niemiecka) i Katarzynie z Urbaniaków. Razem z nimi zapisana jest córka Rozalia Paczkowska, urodzona 30 sierpnia 1882 roku - starsza siostra pradziadka Józefa. (Tak a propos, metryki chrztu Rozalii nie znalazłem przeszukując kiedyś księgi chrztów parafii Kiekrz. Odpis metryki urodzenia Rozalii otrzymałem dopiero w zeszłym roku od pana Ryszarda, który przeczytał jeden z artykułów na moim blogu i przesłał wraz z odpisem metryki również zdjęcie Rozalii. Jak dotąd jest to jedyne zdjęcie rodzeństwa pradziadka Józefa Paczkowskiego, jakie posiadam.) Wracając do karty, zapisane jest, że Rozalia urodziła się w Jeżycach, choć jak wiadomo ze wspomnianego odpisu, urodziła się, jak i inne rodzeństwo w sąsiednich Krzyżownikach. Obok nazwiska Paczkowski Lorenz zapisano Müller, co jest kolejnym potwierdzeniem jego profesji młynarskiej. Niestety kompletnie nieczytelne są dla mnie zapisy w rubryce Wohnung - zamieszkanie.

Druga karta (nr 475) dotyczy praprababci Katarzyny Paczkowskiej z Urbaniaków. Odnotowano na górze nazwisko jej męża oraz zaznaczono krzyżykiem informację o jego zgonie. Niewiele nowego wnosi ta karta. Data i miejsce urodzenia Katarzyny, a także data jej zgonu były mi już od dawna znane. Jedyna nowa informacja znalazła się w rubryce Wohnung. Wynika z niej, że już jako wdowa mieszkała 9 listopada 1904 roku nadal w Krzyżownikach. Pozostała część tej rubryki nie jest dla mnie czytelna.

Kolejna trzecia już karta (nr 384) dotyczy pradziadka Józefa Paczkowskiego. Pierwsza adnotacja pochodzi z 11 stycznia 1904 roku, gdy zapisano, że mieszkał w Krzyżownikach. Kolejne informacje pochodzą już z czasów po pierwszej wojnie światowej. Jest informacja o żonie Józefie z Uzarków i dacie zgonu (15 lutego 1923) oraz o dzieciach Feliksie  - moim dziadku i jego siostrze Helenie. Oboje urodzeni w Bottrop - przyjechali do Polski z rodzicami i zostali zameldowani w odpowiednim urzędzie 4 marca 1919 roku. Zapiski z 1919 roku sporządzone zostały w języku niemieckim, ten z 1923 roku (o zgonie Józefy) już po polsku.





Równie ciekawa jest karta dotycząca Rozalii Paczkowskiej. Pierwsza wzmianka o zamieszkiwaniu w Krzyżownikach została sporządzona 4 stycznia 1897 roku. Ale zupełną nowością jest wpisana data ślubu z Pawłem Turkiem - 27 października 1910 roku.




Najciekawsza jednak jest ostatnia karta dotycząca drugiej żony pradziadka Józefa Paczkowskiego - Marii z Kaczmarków. Maria urodziła się w Psarskich w 1893 roku. Rodzicami byli Stanisław i Magdalena z Sobkowiaków. Ślub z Józefem wzięła dość szybko, bo już 28 kwietnia 1923 roku, czyli nieco ponad 2 miesiące po śmierci pierwszej żony - Józefy. Józef miał na wychowaniu na pewno trójkę dzieci: Aleksandra Kurosińskiego - syna Józefy z pierwszym mężem oraz dwójkę swoich dzieci. Zapewne ten fakt wpłynął na chęć szybkiego ponownego ożenku. Pomoc kobiety w wychowaniu dzieci była nie do przecenienia. Józefowi i Marii urodziła się jeszcze jedna córka Zofia, skonfliktowana później z dużą częścią rodziny. Ale od nikogo z rodziny nie słyszałem wcześniej, że Maria miała jeszcze jedną córkę!

Karta Marii Paczkowskiej z Kaczmarków musiała zostać sporządzona już w 1923 roku, choć na niemieckim druku to uczyniono.  Zapisano bowiem, że jest żoną kolejarza Józefa Paczkowskiego.

Pod danymi Marii wpisano zaś dane córki, również Marii, urodzonej 31 grudnia 1923 roku. Dziecko musiało umrzeć zaraz po urodzeniu, obok imienia dorysowano bowiem krzyżyk, a w polu Wohnung wpisano "przyj. (przyjęto) 23.12.1923 z Krzyżowniki, Poznań, 6.1.24 matkę z powrotem, Krzyżowniki, Poznań." Jak rozumiem Maria trafiła do Krajowej Kliniki dla kobiet i szkoły położnych 23 grudnia 1923 roku. 31 grudnia urodziła córkę, która wkrótce zmarła, a 6 stycznia kolejnego roku została wypisana ze szpitala  do domu.

Tu pojawia się szereg pytań, na które pewnie nie będę znał odpowiedzi. Czy Maria była córką Józefa? Jeśli tak, czy została poczęta jeszcze w marcu 1923 roku, gdy Józef był w żałobie po śmierci pierwszej żony?  A może została poczęta później, już po ślubie i urodziła się zbyt wcześnie, co mogło być przyczyną jej wczesnego zgonu? No i trzecia możliwość taka, że Maria nie była córką Józefa.

Wydawałoby się zwykłe fiszki z danymi meldunkowymi, a jaka waga gatunkowa zagadki.



środa, 1 listopada 2017

Ojciec

Gdy miałem 4 lata lubiłem jeździć z ojcem na działkę przy Wylotowej. Po prawej stronie stało wysokie drzewo, za nim buda - prowizoryczny budynek gospodarczy, którego wnętrze kryło łóżko polowe i jakiś stary mebel z szufladą. W okienku swą sieć zawsze rozpinał pająk krzyżak. Po drugiej stronie działkowego podwórka mieszkał pies w budzie, a za nią stały namioty kryte folią, w których ojciec hodował ogórki i pomidory. Całość otaczała przestrzeń pełna sadzonek ziemniaków. Tak to pamiętam.

Pierwszym naszym psem działkowym był Murzyn, dość łagodny kundel o czarnej sierści, po nim przyszła Norka, równie sympatyczna jasnobrązowa kundlica. Trzeciego z kolei psa miałem honor sam nazwać. Dostał ksywkę Bocian. Długo nie pożył, zakończywszy swój psi żywot pod kołami jakiegoś samochodu. Najbardziej nie lubiłem czwartego, Tatara. Ganiał mnie dookoła tatowego Żuka i chciał ugryźć w tyłek.

Z gałęzi wysokiego drzewa ojciec wycinał dla mnie fujarki, na których grało się jeden dzień, nie dłużej. Później stawały się bezużytecznym kawałkiem drewna. Spod dachu budy wyciągał zaś delikatne wróble jajeczka, które nieporadnie upuszczałem na ziemię.

Z działki przywoziłem pudełka po zapałkach pełne stonek ziemniaczanych, much, chrabąszczy i najbardziej atrakcyjnych, gdyż wykopywanych spod powierzchni ziemi pędraków. Raz przywiozłem zdechłego kreta. Chciałem go karmić na balkonie naszego blokowego mieszkania, aby ożył, ale mama nie wyraziła na to zgody.

W takim działkowym namiocie foliowym jadłem swe najlepsze śniadanie w życiu - jajecznicę ze szczypiorem usmażoną przez ojca na jakimś prowizorycznym palenisku.

Największa przygoda dzieciństwa również zdarzyła się na działce. Pojechaliśmy wieczorem. Spaliśmy w totalnej ciemności we wnętrzu budy na polowym łóżku. Długo nie mogłem zasnąć, wsłuchując się w chrobotanie myszy grasujących wewnątrz. Rano wstaliśmy wcześnie wraz ze świtem i poszliśmy na ryby do starego koryta Warty. Trzymałem w rękach wędkę, uczyłem się działania spławika i z największą przyjemnością obserwowałem pojawiające się w wiaderku ryby. Przywieźliśmy wtedy do domu 4 krasnopiórki. Z prawdziwego polowania.

niedziela, 29 października 2017

Stefan Rybi. Uwagi laika na temat malarstwa.

Po jednej stronie ulicy bloki komunalne, tzw. Barszczańska. Po drugiej garaże i mury mozolnie od wielu już lat wznoszonego nowego kościoła. Dalej za nimi teren torowiska, w sensie komunikacyjnym rzeczywista granica oddzielająca południowe Starosielce od Nowego Miasta. Prawdziwym centrum tego miejsca jest pawilon Biedronki. Przyczułki cywilizacji stanowią też salonik prasowy oraz wytwórnia ciast i tortów w pobliżu. W takiej to scenerii stoi dość nietypowa kaplica. Nic w tej prowizorycznej konstrukcji architektonicznej nie jest harmonijne. Ni to magazyn, ni pomieszczenie gospodarcze z dobudowaną drewnianą wieżyczką. Wrażenie tymczasowości potęgują drzwi wejściowe, jakby zapożyczone z osiedlowego sklepu spożywczego. Ale może właśnie dzięki tym dysharmoniom, taki właśnie kościółek pasuje do sąsiedztwa: bloków komunalnych, torowiska i garaży. Współgra z miejscem.


Podobna dysharmonia panuje we wnętrzu kaplicy. Ławki  z odzysku, krzesła takie i owakie, konfesjonały przypominające stylem meble schyłku komuny, na jednej ze ścian ten cukierkowaty, nieco kiczowaty, lecz bardzo popularny jak Polska długa i szeroka obraz Jezusa Miłosiernego, po drugiej stronie ołtarza kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, a także ciekawe, oryginalne, wykonane z metalowych prętów przedstawienia drogi krzyżowej na ścianach bocznych. W prezbiterium zaś obraz z innego świata, nie pasujące do eklektyzmu wnętrza kaplicy przedstawienie Przemienienia Pańskiego.

Przemienienie Pańskie to wydarzenie z życia Jezusa. Zostało opisane w ewangeliach świętego Mateusza, Marka i Łukasza, według których Jezus zabrał trzech swoich uczniów: Piotra, Jakuba i Jana na górę, gdzie ujrzeli go w nieziemskiej chwale rozmawiającego z Mojżeszem i Eliaszem. Nowy Testament został połączony we wspomnianej scenie ze Starym. Papież Kalikst III wprowadził Przemienienie Pańskie do kanonu świąt kościelnych po zwycięstwie wojsk chrześcijańskich z Turkami pod Belgradem w roku 1456. W kościele wschodnim obchodzone było jako święto już w VI wieku. Należy do 12 głównych świąt kościoła prawosławnego.


Na obrazie w centralnym miejscu widać Chrystusa ze złocistą aureolą uniesionego na tle rozświetlonej poświaty. Towarzyszą mu postaci Mojżesza, trzymającego tablice kamienne z dziesięcioma przykazaniami oraz Eliasza, obie w jednolitej przyciemnionej tonacji. Szaty realnych postaci natomiast, czyli uczniów noszą żywe barwy błękitną i karminową.

Miałem przyjemność oglądać niedawno wystawę malarstwa Stefana Rybiego w Operze i Filharmonii Podlaskiej, który jest autorem powyższego obrazu w starosielskiej kaplicy. O ile dość łatwo jest odczytać treść obrazu religijnego malowanego na specjalne zamówienie, jak powyżej, o tyle z malarstwem oglądanym na wystawie miałem problem. Pełno w nim symboliki, jest głęboko intelektualne. Niestety dla kogoś z przysłowiowej ulicy  bez gruntownej wiedzy na temat historii sztuki i nauk pokrewnych jest dość trudne. Czy interesujące? Bardzo. Mógłbym stać i wpatrywać się godzinami w obrazy Rybiego, gdybym tylko miał tyle czasu i zastanawiać się, co też zostało na nich przedstawione. Czy Chrystus ukrzyżowany na maszcie płynącego statku to metafora codziennego towarzyszenia chrześcijaństwa w podróży przez życie? Co dokładnie oznacza scena krzyżowania w kolejnym z dzieł? Obojętność? Czy piętrzące się mury wysokiej budowli i człowiek na schodach oznaczają ucieczkę? Co robi anioł wychodzący z wnętrza kobiecej piersi? Czy to symbol opieki? Wreszcie co symbolizuje anioł na pustej polnej drodze wśród śniegu i lodu? Pytania mógłbym mnożyć. Spójrzcie zresztą sami. Ciekaw jestem jakie są wasze skojarzenia.








Stefan Rybi przyznaje się do nauki kunsztu malarskiego pod okiem Aleksandra Welsa. Fascynacje malarskie odnajduje zaś u malarzy flamandzkich: Pietera Breugela, Vermeera van Delfta. Spoglądając okiem laika na dzieła zawieszone w salce białostockiej Opery i Filharmonii Podlaskiej myślę sobie, że symboliki niełatwej do odczytania nie powstydziłby się sam Hieronim Bosch. Patrząc na wznoszące się ku niebu opuszczone bądź ginące gdzieś za mgłą budowle, rozpadające się fragmenty tkanin, widzę podobieństwo również do malarstwa Zdzisława Beksińskiego, co prawda o wiele bardziej katastroficznego.

Patrząc na niektóre obrazy z elementami pejzażu, mam zaś przed oczami krajobrazy, które widzę jadąc samochodem do Tykocina drogą przez Złotorię i Siekierki. Z pewnością coś jest na rzeczy - autor kawałek dzieciństwa spędził w tej drugiej miejscowości.

A gdyby chcieli Państwo odnaleźć ślady Stefana Rybiego w przestrzeni miejskiej Białegostoku, warto przyjrzeć się niektórym ze sgraffiti w samym centrum, które powstawały w roku 1973 przed finałem ogólnopolskich dożynek i które turystom wydają się czasami dziełami sprzed kilku wieków. Warto również zajść do innego ze starosielskich kościołów, pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny z Guadelupe, w którym możemy podziwiać cały ołtarz główny, który wyszedł spod ręki mistrza.

Janka Werpachowska "Stefan Rybi. Jestem wierny holenderskim mistrzom", Kurier Poranny, 16 stycznia 2012,

Elżbieta  Kozłowska-Świątkowska "Święci Białegostoku", Archidiecezjalne Wydawnictwo św. Jerzego, Białystok, 2012

środa, 11 października 2017

Zagadka cerkwi w Bacieczkach

Bacieczki pojawiły się na blogu dwukrotnie, ale za każdym razem chodziło o historię ewangelickiej osady Kolonia Bacieczki.

Jednakże nie mniejszego kalibru zagadki skrywa przeszłość wsi Bacieczki, która podobnie jak jej kolonia stanowi dziś część Białegostoku. Do napisania na ten temat skłoniła mnie korespondencja z panią Zuzanną, która przesłała mi zdjęcia pamiątek rodzinnych ze wsi Bacieczki, z których najciekawszą wydał mi się ręcznik obrzędowy z roku 1888.

Chodzi mianowicie o niestniejącą już, starą cerkiew w Bacieczkach. Jej fundatorem w XVI wieku miał być Grzegorz Chodkiewicz. Niestety nie wiadomo, kiedy przestała istnieć, trudności sprawia także ustalenie jej lokalizacji, choć w tej sprawie pamięć mieszkańców zdaje się wskazywać właściwą lokalizację:

"Irena Surynowicz jest mieszkanką Bacieczek od dawna. Wiele pamięta z historii wsi. – W dawnych czasach – opowiada – była u nas cerkiew. Fundatorem jej był Grzegorz Chodkiewicz. Co się stało z tą cerkwią, nie wiemy. Ślady się zatarły. Wiele się zmieniło. Miejsce, gdzie prawdopodobnie stała cerkiew, nazywamy mogiłkami. To jest miejsce na wzgórku u styku ulic Jana Pawła, kiedyś Warszawskiej, i Knyszyńskiej, teraz Ełckiej, czy jeszcze inaczej. W 1932 roku przeprowadzono u nas komasację gruntów, bo wcześniej była szachownica. I tych gruntów, dawnych mogiłek i prawdopodobnie cerkwi, nikt nie chciał brać. Bo tam wyorywano szczątki ludzkie. Moja mama, urodzona w 1902 roku, mówiła, że przed bieżeństwem stały tam drewniane krzyże. Wszystko to zniknęło, ale w pamięci miejscowych przetrwał zwyczaj oświęcania pól w dniu patrona wsi Bacieczki św. Jana Teologa (21 maja nowego stylu)." Michał Bołtryk "Stanie cerkiew w Bacieczkach", Przegląd Prawosławny, numer 8, 2007.

W książce "Zapomniane dziedzictwo. Nieistniejące cerkwie w dorzeczu Biebrzy i Narwi" o. Grzgorza Sosny i m. Antoniny Troc-Sosny znalazłem następującą informację: "Cerkiew w Zawykach w 1773 r. została rozbudowana, materiał na to uzyskano z rozebranej cerkwi w Bacieczkach."

Ciekawa informacja, świadcząca o tym, że cerkiew w Bacieczkach przestała istnieć jeszcze przed 1773 rokiem. Ale równie ciekawe jest, z jakiego źródła ta informacja pochodzi. W książce cytowane są bowiem informacje pochodzące z wizytacji cerkwi suraskiej z roku 1773, według których cerkiew filialna w Zawykach wymaga reperacji. Ale podobne zalecenia pojawiają się po kolejnych wizytacjach cerkwi suraskiej do roku 1788.

Innym źródłem informacji o cerkwi w Bacieczkach jest "Opis parafii dekanatu knyszyńskiego z roku 1784". Wówczas to z inicjatywy biskupa płockiego Michała Poniatowskiego rozesłano do proboszczów parafii polskiej ankiety, które miały posłużyć stworzeniu obrazu kartograficznego ówczesnej Rzeczypospolitej. Jednym z punktów ankiety było opisanie świątyń sąsiadujących z danym kościołem parafialnym. I tak w opisie parafii białostockiej w punkcie tym zapisano:

"Bacieczki, cerkiew na pograniczu, fundacyi Chodkiewiczów, JXX. bazylianów, na zachód letni pół mili wielkie."

Tak więc cerkiew w Bacieczkach musiała istnieć w roku 1784. Informacja została podana przez proboszcza białostockiej parafii farnej, który musiał orientować się, jakie świątynie znajdują się w najbliższej okolicy. Jeśli więc przyjąć, że informacja o rozebraniu cerkwi w Bacieczkach przed rokiem 1773 jest prawdziwa, to musiała zostać pobudowana w jej miejscu kolejna cerkiew, istniejąca w roku 1784.


Cóż więc się z nią stało? Kiedy zniknęła z krajobrazu? To są pytania, na które obecnie nieznana jest chyba odpowiedź. Wszelkie sugestie, informacje, także te nie związane z historią pierwszych cerkwi w Bacieczkach, a choćby z historią wsi Bacieczki, powitam oczywiście z radością.

Wiesława Wernerowa, opracowanie "Opisy parafii dekanatu knyszyńskiego z 1784 r.", Studia Podlaskie, T. 1, Białystok, 1990

niedziela, 1 października 2017

Starosielska wodokaczka

Pisałem już tu o jednej z najstarszych wsi okolic Białegostoku - Starosielcach i o tym, że terytorialnie dzisiejsze białostockie osiedle o tej nazwie niewiele ma z dawną wsią wspólnego.

Historia osiedla, dawnej osady kolejowej, a następnie miasteczka, które w białostockich księgach stanu cywilnego z końca XIX wieku określane było nazwą st. Starosielce w odróżnieniu od wciąż wtedy istniejącej wsi Starosielce jest równie ciekawa.

Interesujące bywa zwłaszcza odnajdowanie reliktów dawnej osady kolejowej, zwłaszcza tych, które mimo włączenia jej po drugiej wojnie światowej w granice Białegostoku znajdują się poza obszarem miasta.


Najlepszym i bodajże jedynym obszernym źródłem wiedzy na ten temat są dziś dwie książki autorstwa ś.p. Krzysztofa Obłockiego.

"Kilka lat po upadku Powstania Styczniowego, władze kolejowe carskiej Rosji, podjęły decyzję o budowie drugiej linii kolei żelaznych, która miała przeciąć Ziemię Białostocką włączoną w tamtym czasie do Guberni Grodzieńskiej. Wspomniana linia miała według planów specjalistów budownictwa kolejowego - przebiegać z Grajewa położonego w pobliżu granicy Rosji i Prus do Brześcia nad Bugiem, a w dalszej perspektywie uzyskać połączenie z portami nad Morzem Czarnym.[...]
Nowa linia kolei żelaznej miała według planów przebiegać z północy na południe, około 8 wiorst (5 km) od Białegostoku, przez ziemie wykupione od włościan ze wsi: Starosielce (Bażenciarnia), Klepacze, Oliszki.
Wiosną 1870 roku rozpoczęto wstępne roboty przygotowawcze..."

 I dalej:

"Po stronie wschodniej powstały ulice: Nowoszosejna (obecnie św. Andrzeja Boboli), Cerkiewna (Szkolna), Breskaja (Lawendowa) i prostopadle do niej Białostockaja (Wrocławska) prowadząca od Szosy do Jeżewa do stacji kolejowej.
Po stronie zachodniej była ulica Depowaja (Warsztatowa), Choroskaja (Meksykańska) i Wodokacznaja (Litewska) prowadząca do stacji pomp wodociągu, który czerpał wodę z przepływającej rzeczki Horodnianka. Ujęcie to nazwano zgodnie z ówczesnym nazewnictwem "Wodokaczką". Stąd też pochodzi pierwsza nazwa ulicy."

I właśnie przy stacji pomp, dawnej wodokaczce chciałbym się zatrzymać. Ul. Litewska dziś zaczyna się od skrzyżowania przy starosielskiej kładce dla pieszych prowadzącej do stacji kolejowej Białystok-Starosielce. W pobliżu znajduje się również popularny w Starosielcach sklep z cukiernią. Ulica biegnie do granicy Białegostoku, aby następnie przejść w ulicę Długą, należącą już do wsi Klepacze, dochodzącą do ulicy Wodociągowej, aby dalej zniknąć wśród pól, jeszcze przed Horodnianką.

Przy dawnej ulicy Wodokacznej za czasów carskich istniała poza tym jedna z trzech starosielskich karczm, należąca do niejakiego Abrama.

"Wodokaczka" pojawia się we wspomnieniach dawnych mieszkańców Starosielc:

Larysa Ziembicka:
"Daleko w lesie powstało ujęcie wody na przepływającej przez ten teren rzeczce Horodniance. Ujęcie było niezbędne dla funkcjonowania kolei i osady. Wodę z ujęcia pompowano do wybudowanego wodociągu, którym doprowadzano ją do wieży ciśnień. Następnie przy pomocy sprowadzonych pomp tłoczono wodę do zbiornika na górze wieży, a stamtąd już przy pomocy ciśnienia atmosferycznego - woda była tłoczona do rur zasilających urządzenia kolejowe i do domów mieszkalnych. Drogę prowadzącą przez las do ujęcia wody, nazwano "Wodokaczną"."

Dziś okolica ulic Litewskiej w Białymstoku, Długiej i Wodociągowej w Klepaczach pozbawiona jest lasu. Widać go dopiero na horyzoncie za rzeczką Horodnianką.

Zbigniew Żochowski:
"Pamiętam Starosielce jako miasto zadbane, czyste, pełne zieleni i kwiatów, mające swój styl i charakter. Właśnie tu zawsze się coś działo ciekawego i nie można się było nudzić. Pamiętam, jak wraz z kolegami z pierwszych klas powszechniaka, w czasie wolnym od nauki, uganialiśmy się po okolicznych lasach, chodziliśmy się kąpać na "wodokaczkę"." 

W książce "Starosielce. Miasto kolejarzy 1872-1996" Krzysztof Obłocki zamieścił zdjęcia ujęcia wody na Horodniance i zrujnowanych budynków przepompowni z lat 90-ych XX wieku z następującym komentarzem:

"Nikomu niepotrzebne dawne, pamiętające jeszcze czasy cara Mikołaja ujęcie wody i przepompownia na rzeczce Horodniana dla wodociągu miejskiego w Starosielcach i dla potrzeb kolei. Popularna "wodokaczka"."

Wybrałem się w okolice dawnego ujęcia w jedno z niedzielnych słonecznych przedpołudni. Gdy dochodziłem do rzeczki, sprzed nóg nagle wyleciał dorodny bażant kwiląc głośno. Rozpoznałem jeden z budynków widoczny na zdjęciu Krzysztofa Obłockiego. Okazuje się, że w miejscu dawnej przepompowni znajduje się prywatna działka z zabudowaniami. Miejsce dawnego ujęcia, mimo że za miastem i w miejscu leżącym na zupełnych peryferiach okazało się nadal popularne - okupowane przez chłopaka i dziewczynę.





Aby zapoznać się z historią starosielskiej "wodokaczki", korzystałem z książek Krzysztofa Obłockiego: "Starosielce. Miasto kolejarzy 1872-1996" i "Starosielskie wspomnienia".

środa, 27 września 2017

Malarstwo przed duże M na białostockich Wyżynach

Zauroczyło mnie współczesne malarstwo religijne.

Tuż przy wylotowej szosie do Supraśla, znajduje się osiedle domów jednorodzinnych należące do dzielnicy Wyżyny. Przy ulicy Czarnej Hańczy wznosi się zaś budynek niewykończonego jeszcze kościoła pw. NMP Nieustającej Pomocy, którego budowa rozpoczęła się w 2000 roku. Położony w centralnej części placu otoczonego z trzech stron ulicami i jednorodzinną zabudową wygląda zupełnie zwyczajnie, jak wiele innych nowo wznoszonych kościołów.


Wrażenie zwyczajności pryska, gdy znajdziemy się w jego wnętrzu. Otaczająca atmosfera, ten ulotny fluid całkowicie zostały zdominowane przez znakomitej klasy malarstwo. Po prawej stronie widzimy serię obrazów, doskonale wkomponowanych w ściany kościoła, gdzieniegdzie urywających nagle swój plan wraz z kończącą się ścianą, wtłoczone w masywne pozłacane ramy, przedstawiające historię życia Chrystusa według kolejnych tajemnic różańca wymalowaną w barwach jaśniejszych, z wyraźnym akcentem błękitu. Po lewej zaś barwy ciemniejsze, brązowe, czerwone, ogniste zapowiadają mękę Chrystusa w serii scen drogi krzyżowej. Wrażenie niezwykłości dodatkowo potęguje faktura obrazów.


- Niech Pan fotografuje, my się już zdążyliśmy napatrzyć - powiedział do mnie ksiądz proboszcz, gdy stałem w pustym wnętrzu świątyni po skończonym nabożeństwie i nie mogłem wzroku oderwać od malarskiego piękna.


Autorem jest Krzysztof Koniczek, autor choćby projektu z zupełnie innego świata, a mianowicie pszczoły - maskotki klubu Jagiellonia Białystok. Byłem dwa lata temu na wystawie prac Krzysztofa Koniczka w Galerii Slendzińskich, zatytułowanej "Energia". Zwracały uwagę żywymi barwami, fakturą, jednak ja nie czułem szczególnych emocji podczas oglądania. Nie mówiły do mnie konkretnymi obrazami, a ja sztukę nowoczesną rzadko kiedy "czuję". Zwracały natomiast moją uwagę całkiem niezłe dzieła z pogranicza aktu.

Tu zaś, w kościele poczułem moc dzieła artystycznego doskonale wkomponowanego we wnętrze i dopasowanego do jego funkcji.

niedziela, 27 sierpnia 2017

Lasanek

- Ale na co tam iść? Na co?
- Zobaczyć.
- Tam nie ma co oglądać.

Lasanek mieszczący w swym wnętrzu niemieckie groby był miejscem tabu, do którego nie należało chodzić. Żona opowiadając o wakacjach spędzanych u babci w czasach szkolnych, wspomina, że było kilka takich miejsc w okolicy, gdzie niechętnie puszczano dzieci. Lasanek, miejsce nigdy wcześniej nie odkryte kojarzył jej się z krzyżami i wiszącymi na nich hełmami niemieckich martwych żołnierzy. Pamięta opowieści o trumnie leżącej na środku kaplicy. Miało tam też straszyć.

Kilka lat temu, wybraliśmy się latem w odwiedziny do babci do Zielonego. Rozbiliśmy na podwórku namiot, a wieczorem, przed zachodem słońca wybraliśmy się na spacer polami w kierunku lasanku. Nie dotarliśmy jednak do celu. Po drodze napotkaliśmy szeroki rów z wodą, rąbek słońca nad horyzontem stawał się coraz węższy. Zawróciliśmy.

Podstawowym źródłem wiedzy o osadnictwie na pograniczu ziem królewskich i kamedulskich w okolicy Suwałk jest artykuł Stanisława Cieślukowskiego "Wsie Zielone Królewskie i Zielone Drugie koło Suwałk, ich początki, rozwój i mieszkańcy".

"Osadnicy pruscy (w dzisiejszym tego słowa znaczeniu) pojawili się na Suwalszczyźnie co najmniej w połowie XVII wieku, a w Zielonym w drugiej połowie XVIII wieku. Niemców było niewielu, przeważnie była to ludność polska z Mazowsza, która wcześniej osiadła na północy Prus, w okolicach Olecka i Gołdapi. W XVIII wieku pruskimi Mazurami wyznania ewangelickiego osiedlano nawet całe wsie, szczególnie te leżące na zachód i północ od Suwałk. [...] Po trzecim rozbiorze Polski na terenie Prus Nowowschodnich (Neupreussen) - m.in. w Suwałkach i okolicy, masowo zaczęli osiedlać się urzędnicy i koloniści niemieccy. Oprócz Mazurów pojawili się również i w Zielonym Królewskim. Już w 1815 roku z tejże wsi, w metrykach kościoła rzymskokatolickiego w Suwałkach, zapisano matkę chrzestną wyznania ewangelickiego, Helenę Lulisową. Kolejną falę osadników zza pruskiej granicy można zaobserwować w połowie XIX wieku. To oni (m.in. rodziny Rejrat, Pęczek) oraz przybysze z okolicznych wsi, m.in. z Zielonego Kamedulskiego (potomkowie rodzin Stelmachów, Kopków, a od około 1881 roku również Maziewskich), ale i z samego Zielonego Królewskiego, zaczęli tworzyć drugą linię wsi Zielone Królewskie."

Cmentarz wyznania ewangelickiego został założony na gruntach wsi Zielone Królewskie II, bliżej Wychodnego, około 1935 roku na dwóch morgach gruntu odkupionego od rodziny Penczków. Pierwszym pochowanym był 16-letni N. Kalejta z Niemcowizny. Jeszcze przed wybuchem II wojny światowej rozpoczęto budowę kaplicy cmentarnej. Prace trwały do 1944 roku, ale kaplicy nie ukończono.

W jeden z sierpniowych weekendów wybraliśmy się po raz kolejny do Zielonego i po raz kolejny zamierzaliśmy dotrzeć do Lasanku. Tym razem pojechaliśmy samochodem w stronę Wychodnego, ale jeszcze przed wsią skręciliśmy w polną (w sam raz dla traktorów) drogę prowadzącą do wsi Niemcowizna. Nie mogąc trafić, zapytaliśmy o drogę w pierwszym napotkanym gospodarstwie w Niemcowiźnie. Nastepnie nawróciliśmy w tą samą drogę biegnącą do Zielonego i po kilkuset metrach skręciliśmy w prawo w leśną drogę. Za chwilę zauważyliśmy w gąszczu krzewów i drzew zarys murowanego budynku oraz tabliczkę "teren monitorowany".


Teren leśnego cmentarza odgradzały od drogi bujne chwasty. Sam cmentarz częściowo wyglądał na zadbany, choć kilka nagrobków znajdowaliśmy poza terenem uporządkowanym w gęstych zaroślach lasu. Wnętrze budynku nie ukończonej nigdy kaplicy porastały zaś wewnątrz młode drzewka i krzewy.







Oto nagrobki, które posiadały czytelny opis:





Jakub Jeruć (1861 - 10.03.1834).


rodzina Penczków



Ludwika Rylak z d. Penczek (1908-1957), Jan Rylak (1908-1950)


Ludwika Rylak (1907 - 3.10.1957)


Adam i Ludwika Kalejtowie, Olga Kalejta (27.05.1911-9.12.1927)


Adam Kalejta (zm. 26.02.1931)


Adolf Sawicki (1883 - 1975),
Katarzyna Sawicka.


Grób rodziny Pęczków i Żylińskich. Adam, Rozalia, Adam i Wanda.

Na cmentarzu jest jeszcze kilka nagrobków bezimiennych z zatartym lub już nie istniejącym opisem. Wciąż odwiedzany przez potomków dawnych osadników ewangelickich jest ciekawą pamiątką w dużej mierze nadal nie do końca odkrytej historii Suwalszczyzny.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Sidra

Wysypaliśmy się z pociągu relacji Białystok - Suwałki wprost w żar lejący się z nieba. Jakiż kontrast z klimatyzowanym wagonem pociągu REGIO. Trafiliśmy akurat w najcieplejszy dzień tegorocznego lata. Sidra jako punkt docelowy wycieczki organizowanej przez Klub Przewodników Turystycznych? Dlaczego nie. Okazuje się, że ta senna miejscowość posiada wiele cennych pamiątek po dość oryginalnej przeszłości. Pierwsze informacje o Sidrze pochodzą z pierwszej połowy XVI wieku, gdy za sprawą Iwana i Łukasza Wołłowiczów rozpoczęła się akcja osadnicza na terenach puszczańskich. Ale osobą, która przysłużyła się w największym stopniu miejscowości był podkanclerzy Wielkiego Księstwa Litewskiego, współtwórca reformy zwanej pomiarą włóczną, późniejszy kasztelan wileński i kanclerz Wielkiego Księstwa Litewskiego - Ostafi Wołłowicz. Zaś kres istnieniu miasteczka przyniósł dopiero wiek XIX, gdy po powstaniu styczniowym odebrano Sidrze prawa miejskie.

Ze stacji kolejowej ruszyliśmy spacerem mijając cygańską górkę w dali i osiedle domów wyrosłe po wojnie w miejscu dawnych wałów przeciwpowodziowych. Kierowaliśmy się w stronę drewnianego dworu Eynarowiczów. Sidra do dziś zachowała kształt nadany jej przez Ostafiego Wołłowicza, który w myśl pomiary włócznej podzielił założenie sidrzańskie na część rezydencjonalną i folwarczną. Później, mimo że Sidra trafiła w ręce Potockich, następnie Szczuków, znów Potockich, by na przełomie wieków XVIII i XIX wejść w posiadanie twórcy przemysłowej Łodzi, Rajmunda Rembielińskiego, nadal wyraźny był podział na dwie części utworzone przez Ostafiego Wołłowicza. Część folwarczna po 1816 roku stała się własnością rodziny Eynarowiczów i weszła w skład dóbr z centrum w Kudrawce.

Drewniany dworek powstał w latach 20-ych XX wieku. Wzniósł go ostatni z Eynarowiczów, Stanisław. Przez mieszkańców Sidry zwany był pałacem, dzięki swej oryginalnej drewnianej architekturze, obszerności wnętrza, facjatom i ulokowaniu. Z jego okien rozciągał się widok na rzekę Sidrę w dole i jej rozlewiska, sztuczne stawy i aleję lipową, której pozostałościami doszliśmy do opuszczonego od dekady budynku. Dziś trudno to sobie wyobrazić, okolicę dworu od doliny Sidry i stawów oddzielają krzewy i wysokie drzewa.

Oglądając niszczejące ściany budynku i ekspansję dzikiej roślinności wokół można było zadumać się nad niewykorzystanym potencjałem tego miejsca. Stanisław Eynarowicz na przykład wspominany był na kartach "Szczenięcych lat" Melchiora Wańkowicza, który przed wojną w dworze swego stryja w nieodległej Mikielewszczyźnie spędzał wakacje. Po wojnie, mimo, że na terenie zabudowań folwarcznych powstał PGR, budynek dworu został uratowany przed rozebraniem przez miejscowego społecznika, lekarza Mieczysława Kuźmę. Od lat 50-ych w dworku mieściła się między innymi porodówka, gabinet okulistyczny, a na piętrze mieszkanie lekarza i jego rodziny. Był on także twórcą miejscowego odkrytego basenu przyciągającego w ciepłe dni spragnionych kąpieli podlasian. Ośrodek zdrowia przestał istnieć w ubiegłej dekadzie i paradoksem historii jest to, że w czasach wolności osobistej i gospodarczej nie znalazł się nikt dotychczas, kto miałby pomysł na wykorzystanie budynku dawnego dworku. Historie związane z Eynarowiczami czy wakacjami młodego Melchiora Wańkowicza mogłyby ujrzeć nieco więcej dziennego światła, a starania Mieczysława Kuźmy o uratowanie dworku, jego petycje do Bolesława Bieruta, starania o wtłoczenie więcej życia w zapadłą wieś zasokólską mogłyby stać się podstawą ciekawego scenariusza filmowego.


W drodze do centrum wsi, dawnej części rezydencjonalnej, mijaliśmy ruiny młyna. Został wybudowany w roku 1890 przez Kazimierza Eynarowicza, który wzniósł również większość zabudowań folwarcznych. Część z nich przetrwała do dziś, znajduje się w rękach prywatnych, a wygląd ich świadczy o lepszej kondycji od zabudowań dworu. Młyn działał jeszcze długo po II wojnie światowej. W internecie pojawiły się niedawno zdjęcia jeszcze z 1979 roku. Mimo, że dotknięty pożarem prezentował się w całości. Niecałych 30-u lat trzeba było, aby z murów młyna pozostały nędzne resztki. Jeszcze parę, paręnaście lat...


Centrum dawnej części rezydencjonalnej Sidry bez wątpienia musiał stanowić zamek. Źródła przekazują, że pierwsza budowla obronna wybudowana została jeszcze w latach 30-ych XVI wieku przez Bogdana Wołłowicza, ojca wspomnianego Ostafiego, który ją z kolei rozbudował. Badania prowadzone w latach 70-ych XX wieku wykazały, że zamek zbudowany był na planie wydłużonego prostokąta, posiadał wielokątny wykusz i basztę. Zniszczony został w czasie potopu szwedzkiego. Później Pottocy przebudowali ruinę w rezydencję pałacową. Kres przyniósł jej XIX wiek, gdy dobra sidrzańskie (część rezydencjonalna) zostały po powstaniu styczniowym skonfiskowane rodzinie Husarzewskich. Dziś na wzgórzu za szkołą widać ledwie odrosłe od ziemi kamienie ruin przypominające, że niegdyś stała w tym miejscu budowla obronna oraz tajemniczą piwniczkę.


Najokazalszą budowlą zabytkową Sidry jest dziś kościół, którego budowę rozpoczął Stanisław Antoni Szczuka w roku 1705, dokończył zaś dopiero w latach 80-ych XVIII wieku Ignacy Potocki. Kościół wzniesiony został w stylu klasycystyczno-barokowym,  a projektantami byli Józef Piola i Józef Fontana II, na Podlasiu znani jako autorzy projektu założenia klasztorno-kościelnego w Szczuczynie.


Pamiętam, gdy pierwszy raz przyjechałem do Sidry wiele lat temu, miałem nadzieję spojrzeć na unikatowy obraz Matki Boskiej malowany na blasze z około 1644 roku, o którym wyczytałem w starym przewodniku. Nie było jednak takiego w kościele. Pytałem osoby pochodzące z Sidry, nikt o takim obrazie nie słyszał. Podczas wycieczki klubowej tym razem udało się, mieliśmy okazję oglądać obraz Madonny z Dzieciątkiem, starszy niż sam kościół, prawdopodobnie przywieziony z Włoch, przez któregoś z fundatorów.


Kościół w Sidrze wzniesiono dopiero w XVIII wieku, gdyż wcześniej miasteczko stanowiło jedno z centrów podlaskiej reformacji, posiadając własny zbór kalwiński od końca XVI wieku. Wspominany wcześniej Ostafi Wołłowicz przeszedł z prawosławia na kalwinizm i to on musiał być fundatorem zboru w Sidrze, skoro w swym testamencie z 1587 roku napisał, że chce zostać pochowany właśnie w krypcie sidrzańskiej świątyni. Historycy zwracają uwagę, że zapis w testamencie przekazujący majątek zboru Rzeczypospolitej, jeśliby następcy mieli coś przy nim zmienić, skutecznie chronił budynek przed zniszczeniem przez dłuższy czas. Dopiero za Ignacego Potockiego w końcówce XVIII wieku gmina kalwińska przestała istnieć, a sam zbór popadł w ruinę podczas I wojny światowej. Wówczas to przeniesiono trumny z krypty zboru do kościoła dworskiego w Siderce. Być może również tę ze szczątkami wielkiego Ostafiego. (Warto wspomnieć, że wpływał on również na historię dzisiejszej metropolii, czyli Białegostoku. Mianowice po śmierci szwagra Piotra Wiesiołowskiego starszego, opiekował się wdową po nim, a swoją siostrą Katarzyną, a także jej małoletnimi synami Janem i Piotrem. Byli oni kształceni w duchu kalwinizmu, a pierwszy kościół białostocki mógł stać się wówczas zborem kalwińskim.) Teren ruin zboru kalwińskiego w Sidrze został przebadany równolegle z ruinami sidrzańskiego zamku. Dziś uporządkowany, zlokalizowany w samym centrum miejscowości, stanowi ciekawą pamiątkę przeszłości.


Po krótkim rekonesansie w sąsiedztwie ruin wycieczka ruszyła za miasto w kierunku cmentarza katolickiego. W jego starszej części znajduje się kilka ciekawych nagrobków, jak ten najokazalszy Benedykta Stebelskiego, starosty grązowieckiego.


Nieopodal w sąsiedztwie można oglądać nieco mniej okazały, ale bardzo oryginalny nagrobek Ottona Baehra seniora, marszałka powiatu sokólskiego (1808-1865). Pruska rodzina Baehrów posiadała nieodległe Makowlany od 1852 roku, a na tereny Ziemi Sokólskiej przybyła po III rozbiorze. Syn Ottona Baehra, również Otton, walczył w powstaniu styczniowym. Został skazany na karę śmierci, którą zamieniono na zsyłkę syberyjską. Powrócił wraz z żoną w roku 1875, objął w zarząd Makowlany, a jeszcze w końcówce XIX wieku został prezesem grodzieńskiego Towarzystwa Rolniczego.


Inny nagrobek z ciekawą historią poświęcony jest Erazmowi Kleczkowskiemu, teściowi Ottona Baehra juniora, który na Syberii spędził 18 lat za wspieranie emisariuszy Wielkiej Emigracji po powstaniu listopadowym. Powrócił wraz córką, pozostawiając na Syberii drugą córkę i żonę. Nagrobek Erazma Kleczkowskiego ozdobiony jest tablicami poświęconymi Wańkowiczom. Byli oni bowiem następcami Kleczkowskich w Mikielewszczyźnie.


Nie udało nam się trafić tym razem do położonego za miastem, przy drodze do Dąbrowy Białostockiej kirkutu. Teren podmokły, porośnięty wysokimi pokrzywami, bez śladu ścieżki nie dawał szans na efektywne odnalezienie w krótkim czasie resztek kirkutu. Zamieszczam więc zdjęcia z wyprawy wczesną wiosną, kiedy udało mi się z pomocą jednego z mieszkańców Sidry dotrzeć na jego teren.








Katarzyna i Jerzy Samusikowie "Dwory i pałace Polski pólnocno-wschodniej", Fundacja Sąsiedzi, 2015

Adam Czesław Dobroński "Pozostał błogi spokój", Medyk Białostocki, nr 74/2009

Tadeusz Glinka, Marian Kamiński, Marek Piasecki, Krzysztof Przygoda, Andrzej Walenciak "Przewodnik. Podlasie", Warszawa, 1997

A. Czapska "Zagadnienie trwałej ruiny na przykładzie zboru kalwińskiego w Sidrze", Rocznik białostocki, tom XVII, Warszawa, 1991

Karol Łopatecki, Ewa Zalewska "Najazd na dobra białostockie w 1598 roku. Z badań nad najstarszymi dziejami Białegostoku", Studia Podlaskie, t.XVI, Białystok, 2011

Marek Waśkiel "Grodzieńskie Towarzystwo Rolnicze", Białostocczyzna, nr 4/1990.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Niepozorna książeczka

W łomżyńskim muzeum kupiłem cienką książeczkę w twardej, czerwonej okładce z portretem jasnowłosej damy w długiej, ślubnej sukni na ciemnoniebieskim tle. Dwudziestoletni Zygmunt Gloger w roku 1865 wykonał pracę, jaką często wykonuje dziś genealog amator. Odwiedził swą babcię Agnieszkę i dokładnie wypytał o wszystkie szczegóły jej ślubu z Maciejem Wojną, który miał miejsce w kościele w Rutkach w sierpniu 1809 roku, zakończonego weselem w Pęsach.

Polecam tę książeczkę gorąco tropicielom historii Podlasia, miłośnikom talentu Zygmunta Glogera, badaczom podlaskich genealogii i dawnych zwyczajów obrzędowych. Czegóż tu nie mamy... Przede wszystkim bogate informacje o podlaskiej szlachcie początku XIX wieku. Możemy się na przykład dowiedzieć, jakie relacje rodzinne łączyły Zygmunta Glogera z Łukaszem Górnickim, starostą tykocińskim czasów jagiellońskich. Ale pojawiają się na kartach książeczki również Mężeńscy, Opaccy, Dobrzynieccy (babcia Glogera - Agnieszka była z domu Dobrzyniecka), Rembielińscy, Wojnowie, Baczewscy, Białosukniowie, Idźkowscy, Rydzewscy i wiele innych podlaskich rodzin szlacheckich.

Zwyczaje z początku XIX wieku i dziwią i ciekawią. Modne było na przykład to, że panny szlacheckie po urodzeniu chrzczone były tylko z wody, a sama ceremonia chrztu odkładana była do dnia poprzedzającego zamążpójście. Za dziwne uważano by dziś, gdyby rodzice panny młodej nie pojawili się na ceremonii ślubnej w kościele, a wówczas było to powszechne. Wrażenie sprawiają dary ślubne otrzymane przez Agnieszkę od przyszłego męża Macieja, jego starania czynione w samej Warszawie w sprawie kapeli weselnej, czy wyprawy pani młodej z matką do Ełku po wszystkie potrzebne rzeczy na ślub.

Jakże smakowicie musiały wyglądać potrawy na stole weselnym. "Na ucztę złożyło się wszystko podwójne, a więc zupa biała i rumiana, sztuka mięsa biała i rumiana, potrawy z kapłonów i kaczek, pieczyste z sarn i jarząbków, których wielką obfitość posiadał bór pęski. Na końcu podano dwojaką leguminę z jakichś pian i konfitur, bo galaret i kremów nie używano po domach staropolskich. Wino krążyło trojakie: węgierskie, muszkatel i szampański."

Zwraca uwagę, że  rodzice nie zasiadali z młodymi do uczty, a także określenie bór pęski. Każdy kto przejeżdża dziś okolice Mężenina i Zambrowa w drodze do Warszawy widzi przeważnie "gołe" pola. Kres borom pęskim przyniosła druga połowa XIX wieku, gdy dawny majątek utrzymywany w całości rozpadł się na kilkaset zagród i szachownic zagonowych, a lasy wycięte w pień.

W książeczce możemy również znaleźć opisy strojów damskich weselnych, a także to co wyczyniała kapela i państwo młodzi wraz z gośćmi weselnymi po uczcie. Zaczęło się od poloneza, później był mazur, a także tańce, które stawały się modne w początku XIX wieku: walc, wprowadzony na salony w trakcie 12 lat trwającego zaboru pruskiego, kontredans, który wszedł w modę za Księstwa Warszawskiego i najmodniejszy anglez. "O polce nikt wówczas jeszcze nie słyszał, bo taniec ten czeski, tak nazwany nie od polskości, ale od tego, że był tańcem pasterzy czeskich w polu, upowszechnił się  dopiero u nas w latach 1825- 1835." Pan młody zatańczył z żoną tylko na początku, otrzymawszy ją z rąk ojca po pierwszym polonezie. Później tańczyli z nią wszyscy młodzi, ale i kontuszowcy na pożegnanie stanu panieńskiego.

Opis wesela kończy obrzęd oczepin, a także poprawin, jak dziś byśmy to nazwali, we dworze w Wojnach. Książeczkę kończy epilog ukazujący w skrócie dalsze losy dawnego majątku Mężeńskich, a także głównych bohaterów obrzędu weselnego.

Zygmunt Gloger "Wesel babuni", Oficyna Wydawnicza "Stopka", 2015

czwartek, 3 sierpnia 2017

NIAB w Mińsku i metryka chrztu Agaty Szczerbaczewicz

"Prababcia Agata Stępień (1898 Pińsk - 1989 Gorzów Wlkp.).
Aby dotrzeć do aktu urodzenia prababci należy rozpocząć poszukiwania w archiwum mińskim, które jako jedyne posiada księgi metrykalne pińskich parafii prawosławnych. Mógłbym wtedy dowiedzieć się również więcej o rodzicach prababci Filipie Szczerbaczewiczu i Paulinie z Rozalików, a także o dziadkach prababci Andrzeju Szczerbaczewiczu i Klemensie Rozaliku, a także dalszych przodkach. Cóż z tego? Archiwum w Mińsku wymaga horrendalnych sum za samo rozpoczęcie poszukiwań, których rozpoczęcie również nie jest ściśle określone czasowo, a całkowita wartość kosztów poszukiwań genealogicznych deklarowana przez archiwum przekracza możliwości zwykłego hobbysty genealoga."


Jednak sprawdziłem ostatnio, że można w Państwowym Archiwum Historycznym w Mińsku złożyć wniosek o pozyskanie danych biograficznych jednej osoby i wówczas otrzymuje się poszukiwaną metrykę bez opłat za kwerendę genealogiczną, co znacznie obniża koszt pozyskania dokumentu. Warunkiem jest znajomość podstawowych danych poszukiwanej osoby, jak data i miejsce urodzenia.

Złożyłem więc wniosek (e-mailem), wpłaciłem pieniądze na konto i po upływie około 2 tygodni w skrzynce pocztowej znalazłem przesyłkę z Białorusi, zawierającą odpis metryki chrztu prababci.

Spisana została słowo w słowo po rosyjsku z księgi chrztów fiodorowskiej katedralnej parafii prawosławnej w Pińsku, w której metryki zapisywano w postaci rubryk.

Większych niespodzianek nie było. Agata, ochrzczona 5 lutego 1898 roku, córka pińskiego mieszczanina Filipa Andriejewa Szczerbaczewicza i jego żony Pauliny Klimientowej, oboje rodzice wyznania prawosławnego.

Nie wiedziałem natomiast wcześniej kim byli rodzice chrzestni prababci. Okazali się nimi pińscy mieszczanie Łuka Iljin Tamaszewski i panna Maria Klimientowa Rozalina.

Chrzestną prababci była więc rodzona siostra matki. Nazwisko matki chrzestnej zostało zapisane w formie dla mnie nieznanej dotychczas - praprabacia Paulina zapisywana była bowiem jako Rozalik vel Rozalikowa z domu.

Niewiele wiem o Marii Klimientowej Rozalinie vel Rozalik. W zasadzie są to dane z jednego dokumentu - zaświadczenia o miejscu zamieszkania z 1940 roku oraz relacja osoby z rodziny. Urodziła się w 1882 roku w Pińsku, była więc młodszą siostrą Pauliny. W 1940 roku nosiła nazwisko Lipnikow i mieszkała przy ulicy Browarnej 24.

Według rodzinnej relacji zmarła podczas okupacji niemieckiej Pińska w czasie II wojny światowej, podobnie jak Paulina. Miała czworo dzieci. Najstarszy syn Leonid po II wojnie światowej zamieszkał w USA, Aleksandra zmarła w młodym wieku, Ludmiła wyszła za Aleksandra Niemirę i mieszkała w Chrapinie koło Moroczna, zaś Raisa wyszła za Aleksandra Godlewskiego, z którym miała córkę Anielę.

Może wśród czytelników bloga znajdzie się potomek Marii Lipnikow z domu Rozalik, córki Klemensa i pomoże uzupełnić powyższe informacje?