wtorek, 9 kwietnia 2019

Halle i kościelna metryka ślubu Marcina Uzarka i Balbiny Kaczmarek

2 lata temu odnalazłem metrykę ślubu prapradziadków. Był to dokument urzędowy, wskazujący na emigrację mych przodków z południowej Wielkopolski do Niemiec za chlebem. Później w drugiej części wspomnień Artura Rhode odnalazłem fragment potwierdzający, że kierunek poszukiwań pracy przez robotników z okolic Odolanowa właśnie w Halle był dość popularny dzięki niedrogiemu połączeniu kolejowemu.

Planuję odwiedzić Halle, przejść się dawną uliczką Grosse Brauhaugasse, poczuć klimat miasta, z pewnością mocno zmienionego od końca XIX wieku. Postanowiłem wcześniej odnaleźć kościelny akt ślubu Marcina i Balvbiny. Skoro ślub cywilny prapradziadków odbył się w Halle, spodziewałem się, że i kościelny miał miejsce w tym mieście. Nie omyliłem się. Oto skan metryki, którą znalazłem na stronach Archiwum Diecezjalnego w Magdeburgu:




Metryka ślubu zarejestrowana pod numerem 2 w roku 1889 opisuje Marcina (Martina) Usarka (częściej używana forma nazwiska w powiecie odolanowskim, choć nazwisko córki Marcina - Józefa zapisywane było w formie Uzarek w dokumentach), jako robotnika rolnego (? - Landarbeiter, jeśli dobrze odczytuję), mieszkającego przy ulicy Grosse Brauhausgasse 30, zrodzonego z Alberta U. (Wojciecha Uzarka) i Cathariny Troji (poprawnie nazwisko mej 3xprababki brzmi Trocha) w miejscowości Garky (poprawnie Garki) 2 września 1859 roku.

Balbina Kaczmarek według powyższej metryki ślubu mieszkała przy Grosse Brauhaugasse 10, czyli w jednym z sąsiednich domów. Przy podawaniu imion i nazwisk rodziców doszło i w tym przypadku do zniekształcenia. Ojciec Adam K. zapisany został poprawnie, ale już matka Maugaschata Kowaleska to w rzeczywistości Małgorzata Kowalska. Ślub miał miejsce 20 stycznia 1889 roku, czyli dzień po rejestracji w Standesamt (urzędzie stanu cywilnego). Jako świadkowie podpisali sie Leutner i Eilers.

Pomoc w zlokalizowaniu ksiąg metrykalnych z parafii katolickiej w Halle znalazłem na forum internetowym forum.ahnenforschung.net. Parafia rzymskokatolicka w tym mieście została reaktywowana po "okresie reformacji" w roku 1755. Jeden kościół katolicki obsługiwał wiernych i w roku 1889, gdy Marcin z Balbiną brali w Halle ślub. Drugi kościół katolicki pw. św. Franciszka i św. Elżbiety został otwarty w roku 1896 ze względu na duży napływ katolickich robotników z terenu zaboru pruskiego.

Użytkowniczka wyżej wspomnianego forum "Catha-Tina" udostępniła mi również plan Halle z końca XIX wieku oraz podała link do księgi adresowej Halle z 1889 roku, gdzie można zapoznać się z listą mieszkańców Grosse Brauhausgasse 10 i Grosse Brauhausgasse 30 w roku. Dziękuję w tym miejscu.





sobota, 9 marca 2019

Glogierówka jeżewska

Małe owoce o lekko wydłużonym kształcie koloru żółtego z czerwonym rumieńcem. Skórka gładka, miąższ kremowy, bardzo soczysty, kruchy. W smaku słodkie, lecz lekko kwaskowate, o słabym zapachu. Najlepsze na surowo. Nadają się do ciast i kompotów. Najlepsze z nie nawożonych sadów. Glogierówki albo glogerówki, znane też pod innymi nazwami, np. pepinki.

Książce Zygmunta Glogera "Wesele babuni" poświęcony był już kiedyś artykuł na blogu, ale do osoby prekursora polskiego krajoznawstwa pewnie nie raz będę jeszcze wracał. Oto jak wyjaśniał początki nowej odmiany jabłek w liście do redakcji "Ogrodnik polski", opublikowanym w numerze 14 z 1882 roku:

"Historia tych jabłek jest następująca: we wsi Zblutowie, własności moich krewnych Falkowskich, w zapadłej okolicy dawnego Podlasia, koło miasta Goniądza (dziś powiat białostocki, gubernia grodzieńska), istniały niegdyś dwa stare drzewa tego gatunku. Ojciec mój, Jan Gloger, z drzew tych otrzymał zrazy w roku 1859 i rozmnożył je w ogrodzie jeżewskim. Czy owe dwa drzewa stoją dotąd w Zblutowie, nie wiem, ale za to w Jeżewie, staraniem mego ojca, jest kilka 22-letnich”.

Pod koniec XIX wieku glogierówki stały się tak popularne, że aż niektórzy próbowali kwestionować polski rodowód jabłek z Jeżewa Starego. Oto artykuł Zygmunta Glogera opublikowany w numerze 1 "Ech płockich i łomżyńskich" z 1899 roku:

"O jabłko "Glogierówkę jeżewską"

W miesięczniku petersburskim "Płodowodztwo" niejaki p. Schmidt, pisząc: "co sadzić w sadach ruskich" i zalecając jabłko Glogierówkę (tak nazwane przed 20 laty przez ś.p. Jerzego Aleksandrowicza, dyrektora ogrodu botanicznego i profesora botaniki w uniwersytecie, tudzież p. Ed. Jankowskiego dyrektora ogrodu pomologicznego), wystąpił przeciwko polskiemu pochodzeniu tego jabłka. P. Schmidt twierdzi, że jabłko to jest ruskiem, że więc nie powinno zwać się od Jeżewa położonego w gub. Łomżyńskiej ani od Glogerów właścicieli ogrodu. Jako argumenta przytacza p. S., że widział te jabłka w gub. Podolskiej oraz Grodzieńskiej (u p. Moesa przy granicy gub. Łomżyńskiej) i że p. Moes woził te jabłka do Niemiec, gdzie najuczeńszy botanik i pomolog Ed. Lukas uznał ten gatunek za ruski.
Ponieważ panowie Alfred Moes i Ed. Lukas już dziś nie żyją, więc p. Schmidt nie obawiał się, aby ktoś w obronie prawdy mógł mu zaprzeczyć i nie wiedział, że w ręku niżej podpisanego przechowuje się oryginał listu uczonego Lukasa do p. Moesa, wykazujący, że p. Moes nie woził jabłek do Niemiec, a Lukas nie uznał nigdy Glogierówek za jabłka ruskie.
Rzecz istotnie tak się miała. P. Al. Moes zostawszy r. 1872 właścicielem Nowosiołek pod Choroszczą w gub. Grodzieńskiej i zamierzywszy założyć sad przemysłowy, poszukując doborowych gatunków jabłek, zaopatrzył się w zrazy i szczepy jabłek jeżewskich, tego właśnie gatunku, którego owoce były pierwej do Choroszczy w Jeżewie corocznie nabywane. Ponieważ dla gatunku tego nie mieliśmy żadnej nazwy ustalonej, a nie przypuszczaliśmy, aby w pomologii naukowej nie istniała, wiedząc przeto, że p. Moes pozostawał w listownych stosunkach z Lukasem w Reutlingen, opakowałem starannie kilkanaście rzeczonych jabłek i poprosiłem p. M., aby przesłał uczonemu pomologowi z zapytaniem o rzeczywistą ich nazwę. Lukas niebawem odpisał p. Moesowi, który jego odpowiedź, jako moich jabłek dotyczącą odesłał mi w oryginale, dotąd przezemnie posiadanym. Ciekawy ten list zaczyna się od słów: "Przysłałeś mi pan niesłychanie interesujące i całkowicie nowe jabłko, z którem się nigdy jeszcze nie spotkałem", i dalej składa się z samych pochwał dla owocu, prośby o zrazy i szczepy, zakończony wnioskiem, aby jabłku dać nazwę od właściciela ogrodu. Jakoż na powadze twierdzenia Lukasa, że gatunek jabłka jeżewskiego nie był znany uczonym pomologom, panowie: Aleksandrowicz, Jankowski i Moes nazwali to jabłko "Glogierówką jeżewską" i p. Moes w katalogach swego ogrodu nazwę taką wprowadził.
Wówczas to wielu pomologów, jak pp.: Urlich i Ed. Jankowski z Warszawy, Kurtz z Otwocka i wielu właścicieli ogrodów z Królestwa, Litwy, Wołynia i Podola zażądało zrazów i szczepów z Jeżewa. Przez lat parę rozsyłaliśmy wszystkim zrazy obficie i rozsprzedali wszystkie szczepy ze szkółek, starając się, aby zwłaszcza zakłady ogrodnicze dostały ten gatunek i mogły go od siebie rozprzestrzeniać. Jakoż istotnie mówił mi niedawno p. Urlich, że ze zrazów jeżewskich wyhodował już i sprzedał kilka tysięcy szczepów do bliższych i dalszych gubernji cesarstwa. P. Ed. Jankowski otrzymywał listy o tych jabłkach ze szczepów wysłanych przez niego: na Kaukaz, do Francji i na Kaszuby. Samych jednak jabłek jeszcze na wielkich wystawach owocowych w Moskwie i Wiedniu nie znalazł, a ogrodnicy rosyjscy, niemieccy i węgierscy, gdy przedstawił im jabłka jeżewskie zapewnili go, że gatunku tego jeszcze nie znają.
Nie chodzi mi bynajmniej o nazwę jabłka, której sami nie wymyśliliśmy, a które ojciec mój hodował i rozpowszechniał nie nadając mu żadnej nazwy, ale czułem się w obowiązku wyświetlenia prawdy i sprostowania faktu, że gatunek nazwany "Glogierówką jeżewską" nie przyniesiony został na Podlasie tykocińskie z nad Dniepru, ale z Jeżewa w gub. łomżyńskiej dostał się do ogrodów warszawskich, wołyńskich, podolskich, do Reutlingen w Niemczech, na Kaukaz, Kaszuby, a także i na Ural.
Zygm. Gloger" 





Czy ktoś z Was, czytelnicy miał okazję skosztować kiedyś glogierówki jeżewskiej? Prawdę mówiąc nigdzie nie natknąłem się na tę odmianę jabłek. Tak jak kiedyś stawała się szybko popularna, dziś jej nazwa tylko znana jest miłośnikom lokalnej historii lub pasjonatom ogrodnictwa.

Może zdziczałe drzewka rosną gdzieś jeszcze w okolicach ruin browaru lub murowanej rządcówki rodziny Glogerów w Jeżewie Starym?





A może gdzieś w okolicach dawnego dworu i wieży ciśnień należących kiedyś do choroskiej rodziny przemysłowców Moesów należałoby ich szukać?



środa, 27 lutego 2019

Krzyże przydrożne gminy Choroszcz według Mariusza Piotrowskiego

Trzymam właśnie w  ręku pięknie wydany album fotograficzny Mariusza Piotrowskiego "Z wysokości spogląda Pan. Krzyże i kapliczki nadnarwiańskiej gminy Choroszcz".  Jak napisała we wstępie do albumu Agnieszka Grabowska "Nie noszą znamion wielkich wydarzeń ani ważnych nazwisk odkrywców. Nie mają tyle szczęścia, by trafiać na strony podręczników, pojawiać się na mapach czy widnieć na pocztówkach. Są jak podziemne rzeki, których bieg znają nieliczni, wtajemniczeni, potrafiący uważnie patrzeć i cierpliwie słuchać. Te historie są niecodzienne. I bardzo kruche. Bezpowrotnie bowiem mijają lata świetności ich bohaterów - krzyży i kapliczek przydrożnych."

Krzyże przydrożne są mi bliskie. Nie raz dawałem temu wyraz na tym blogu. A krzyże przydrożne gminy Choroszcz są bliskie szczególnie. Spotykałem je wielokrotnie podczas wycieczek pieszych, rowerowych, jazdy samochodem. Zachwycałem się kunsztem wiejskich rzemieślników i kowali oraz nostalgiczną nutą płynącą gdzieś spod kamiennego postumentu.

Świadectwem moich fascynacji były zdjęcia i opisy zamieszczane na blogu. Część z krzyży znalazła się na doskonałych fotografiach w albumie Mariusza Piotrowskiego: Sienkiewicze i ZaczerlanyBarszczewo, Żółtki, Rogowo i Pańki, Ogrodniki. Wielu z nich, które widziałem nie ma w albumie. Ale jest całkiem sporo obiektów, do których dotychczas nie dotarłem. Każdemu obiektowi towarzyszy opis. Autor zdjęć starał się rozmawiać z mieszkańcami wiosek, dzięki czemu w wielu przypadkach ustalił autorstwo krzyża oraz intencję w jakiej został postawiony. Mam olbrzymią satysfakcję, że tak drogie memu sercu wydawnictwo stanie na półce mej biblioteki.

Na zdjęciu poniżej krzyż ze wsi Izbiszcze z 1894 roku. Zgodnie z ludowym przekazem, przy krzyżu tym odprowadzano zmarłych, jeśli chowano ich na cmentarzu w Konowałach. Był też obchodzony w czasie procesji w Święto Zielonych Świątek, która wyruszała z nieistniejącego już kościoła w Śliwnie.


 A oto zdjęcie ruin nieistniejącego kościoła w Śliwnie.


Mariusz Piotrowski "Z wysokości spogląda Pan. Krzyże i kapliczki nadnarwiańskiej gminy Choroszcz", Choroszcz / Białystok, 2013

czwartek, 7 lutego 2019

Marek Arpad Kowalski "Na stos"

W zamierzchłych czasach drugiej połowy lat 90-ych ubiegłego wieku, zafascynowany ideami wolnorynkowymi propagowanymi przez Unię Polityki Realnej, czytywałem Najwyższy Czas! Wówczas było to jeszcze pismo formatu gazetowego. Przyznam, że było dość ciekawie redagowane i przez parę lat byłem jego wiernym czytelnikiem. Szybko zraziłem się do artykułów głównej postaci UPRu, Janusza Korwin-Mikkego. Długi wywiad z Wojciechem Jaruzelskim, któremu próbował przypisać intencje podobne do chilijskiego Pinocheta podczas wprowadzania stanu wojennego, ubolewając, że komunistyczny generał nie wprowadził w Polsce wolnego rynku wydał mi się czystym wariactwem. W mniej więcej tym samym czasie, latem 1998 roku, tuż po śmierci Zbigniewa Herberta opublikował artykuł-paszkwil pastwiąc się nad jego poezją. Ciekawie za to czytało mi się felietony Rafała Ziemkiewicza na ostatniej stronie, nieliczne artykuły Stanisława Michalkiewicza (nie byłem fanem cotygodniowych prześmiewczych felietonów). Tym, co powodowało, że dość długo sięgałem po NCz! były artykuły-reportaże z podróży do Rosji i innych krajów byłego ZSRR autorstwa Marka Koprowskiego (Napisał niezłą książkę "Na stepach Kazachstanu").

 Chętnie zaglądałem również do cotygodniowych felietonów Marka Arpada Kowalskiego pod wspólnym tytułem "Naiwny cynik". Były ciekawym komentarzem starszego pana do różnych zmian obyczajowych zachodzących w naszym społeczeństwie. Marek Arpad Kowalski nie raz ujawniał swoje propiłsudczykowskie poglądy, co na łamach pisma proendeckiego mogło dziwić. Ale zaletą NCz! było zapraszanie do współpracy osób o poglądach odbiegających od oficjalnej linii pisma.

Jakiś czas temu, gdy usłyszałem o książce M. A. Kowalskiego "Na stos", traktującej o historii Legionów Piłsudskiego, postanowiłem do niej sięgnąć. W Legionach służył rodzony brat mego pradziadka Jan Krupa (1889 Szarbsko - 1930 Piotrków Trybunalski), który po pierwszej wojnie światowej prowadził w Piotrkowie warsztat szewski. Dzięki wnuczce Jana Marioli, jestem w posiadaniu kopii kilkunastu kart pocztowych i zdjęć z okresu legionowego mego "stryjecznego pradziadka". Tym bardziej więc byłem ciekaw, co o tym okresie pisał jeden z mych ulubionych felietonistów.

Książka powstała w oparciu o pamiętnik ojca autora - Mariana Kowalskiego, pisany przed przystąpieniem do Legionów oraz o ocalały fragment dziennika Władysława Kownasa - wujka autora, obu pochodzących z Radomia. Książka napisana jest prostym w odbiorze językiem, wzbogacona o komentarz historyczny głównego, trzeciego jej autora. Przybliża on wszystkie ważniejsze epizody z historii Legionów na tle wydarzeń z sagi rodzinnej, co czyni relację jeszcze ciekawszą. Marian i Władysław w trakcie walk byli kolegami i nic wtedy nie wskazywało na to, że długo po wojnie Kownasowie i Kowalscy staną się rodziną, dzięki małżeństwu Mariana z siostrą nieżyjącego już od dawna Władysława. Obaj koledzy tak bliscy sobie, różnili się w znaczny sposób usposobieniem i charakterem. Marian, optymista, urodzony wojskowy i Władysław, typ intelektualisty, niezbyt przystosowany do wojskowego życia, ciągle narzekający na codzienne koszarowe. I tacy różni, często nie idealni młodzi ludzie tworzyli to pierwsze nasze od dłuższego czasu wojsko.

W książce bardzo istotny jest wątek białostocki, gdyż w moim mieście tragicznie zginął Władysław Kownas:

"To już było we wrześniu 1920 roku, po przełomowej Bitwie Warszawskiej, podczas tzw. operacji niemeńskiej. Został w niej powtórzony ten sam wariant operacyjny, jaki w sierpniu podczas Bitwy Warszawskiej i z równie dobrym skutkiem. Armia Czerwona została zupełnie rozbita. Pech chciał, że wuj Władek zachorował na tyfus. Został odesłany na tyły, do szpitala w Białymstoku. Rzeczywiście, jakoś nie miał szczęścia do wojska. W Legionach ciągłe rany, kontuzje, teraz choroba. Ale szybko się z niej wylizał. Rodzina proponowała, by na rekonwalescencję wrócił do domu, do Radomia. Lecz nie chciał - bo chciał być bliżej wojska: jak tylko wyzdrowieje, to znów zamelduje się do służby, a bliżej będzie miał z Białegostoku, niż z Radomia, bo nasze armie szybko parły na wschód. Lecz Rosja Sowiecka poprosiła o zawieszenie broni i rzeczywiście 12 października zawarty został układ rozejmowy, działania wojenne wstrzymane (traktat pokojowy został podpisany w Rydze 18 marca 1921 roku). Wuj Władek  nadal przebywał w białostockim szpitalu. I oto pod sam koniec października, kiedy już dawno umilkły strzały, jakieś większe zgrupowanie rosyjskich żołnierzy zagubionych na tyłach frontu po polskiej stronie, na skutek szybkiego przesuwania się frontu na wschód, wtargnęło do Białegostoku, usiłując przedostać się do granicy czy też wtedy jeszcze linii zawieszenia ognia. Białystok mieli po drodze. To bolszewickie zgrupowanie naturalnie nie miało szans na zajęcie miasta, chciało przemknąć przedmieściami i dalej dążyć na wschód. Szpital znajdował się na przedmieściach miasta, na drodze owej grupy, acz lepiej w tym przypadku powiedzieć: bandy. Wywiązała się strzelanina. Podczas walk Rosjanie ci wtargnęli do szpitala, w którym leżał wuj Władek i tam mordowali chorych i rannych. No i tak zginął, mimo że w kilka godzin białostocki garnizon poradził sobie z tą bolszewicką bandą. Dokładniej - był ciężko bardzo ranny i zmarł 1 listopada 1920 roku."

Przyznam, że wcześniej nie słyszałem o opisanym wyżej epizodzie. Sprawdziłem księgi zgonów białostockiej parafii farnej z końcówki 1920 roku i nie znalazłem adnotacji o zgonie Władysława Kownasa. Miałem nadzieję, że może Dziennik Białostocki, wydawany od 1919 roku w Białymstoku pisał o tym epizodzie. Jednak z zasobach Podlaskiej Biblioteki Cyfrowej nie ma numerów od 134 do 252, czyli z okresu 23 czerwca 1920 - 26 listopada 1920.

Dość dobrze znana jest historia mordu dokonanego przez wycofujących się bolszewików na białostoczanach w dniu 20 sierpnia 1920 roku. Przy ulicy generała  Maczka znajduje się pomnik upamiętniający ofiary tamtych wydarzeń zaprojektowany jeszcze przez Rudolfa Macurę. Ale o wydarzeniach późniejszych nic nie udało mi się znaleźć. Ciekawe jest też, gdzie na przedmieściach Białegostoku mógł być zlokalizowany szpital chorych żołnierzy. Za przesłanie wszelkich uwag w tej sprawie będę wdzięczny.

Marek Arpad Kowalski "Na stos", Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa, 2005

poniedziałek, 4 lutego 2019

Las Vegas

Przy stole siedział mężczyzna w marynarce, z jednodniowym ciemnym zarostem na twarzy. Za nim i dokoła stali gapie. Wziął do ręki kilkanaście żetonów ze stosów leżących przed nim i postawił na kilka liczb, nie zapominając o pustym polu koloru czarnego. Krupier zakręcił kołem ruletki. Czekaliśmy w napięciu wraz z innymi obserwującymi, na jakim polu zatrzyma się krążąca po okręgu metalowa kulka. Wreszcie koło zaczęło zwalniać. Jest, wylądowała! Niestety żadna z liczb wybranych wcześniej, ale za to czarny kolor. Gdy krupier zabierał ze stołu żetony, po jego drugiej stronie przysiadła kobieta piękność. Długie rozwiane ciemne włosy, zmysłowo podkreślająca usta szminka, pięknie wypielęgnowane paznokcie, lekka opalenizna na odsłoniętych ramionach, czarna sukienka o głębokim dekolcie i krótkich ramiączkach, droga biżuteria. Mięśnie mężczyzny zadrżały pod marynarką. Tym razem obstawiał on oraz kobieta po drugiej stronie stołu. Obserwowaliśmy pot na czole mężczyzny, drżenie mięśni pod marynarką i kobietę śmiało obstawiającą kolejne pola. I znów, jak poprzednio krupier zakręcił kołem ruletki. Chwile skupienia i oczekiwania. Tym razem większość żetonów powędrowała na stos mężczyzny, któremu po cichu kibicowaliśmy. Patrzyliśmy z zaciekawieniem na niego, wyobrażając sobie, jaką walkę w swym wnętrzu musi stoczyć. Postawić znów, jeszcze więcej, czy pójść do kasy po wygraną? Drżenie pod marynarką nasiliło się. Kobieta po drugiej stronie stołu zaczęła obstawiać, kładąc żetony nonszalancko na różnych polach. Mężczyzna, którego obserwowaliśmy w skupieniu zgarnął żetony i odszedł w stronę kas po swoje parę tysięcy dolarów. Ależ emocje!

***

Automaty do gier stoją już na lotnisku McCarran w Las Vegas. Po wejściu do każdego z luksusowych hoteli (największy z nich, MGM ma 5800 pokoi) można zobaczyć salę nimi wypełnioną. Przy niektórych wyżywają się amatorzy hazardu, wiele stoi pustych. Największe emocje panują w głębi, przy stołach ruletki i Black Jacka, zwłaszcza tam, gdzie minimalna stawka wynosi 25 lub 50 dolarów. Po bokach sal rozlokowane są pokoje dla pokerzystów. Natomiast olbrzymie sale do obstawiania zakładów bukmacherskich, wielkości naszych sal kinowych, z ogromnymi wyświetlaczami dokoła na tyłach.

 Nigdy wcześniej nie widziałem ulotek informacyjnych zatytułowanych "Problem gambling information and resources".

"- Czy potrzebujesz grać, zwiększając ilość pieniędzy w grze, aby osiągnąć pożądaną ekscytację?

- Czy odczuwasz irytację, gdy próbujesz zakończyć grę?

- Czy masz za sobą nieskuteczne próby zakończenia gry?"

To są prawdopodobnie pierwsze symptomy uzależnienia od hazardu. Inne to "kłamstwa na temat uczestnictwa w grze", "utrata ważnych relacji, pracy, szansy na pracę lub karierę, w związku z zaangażowaniem w gry hazardowe", "pożyczanie pieniędzy po to , aby móc grać".

Na końcu ulotki telefon kontaktowy o nazwie: "Problem Gamblers Helpline".

***

Gramy w ruletkę. Obstawiamy same kolory. Czarny, jeśli ostatnio wypadł czerwony i odwrotnie. Kładę żeton o warotści 10 dolarów i wygrywam. Zmiana koloru i znów wygrana. W tym momencie tłumię swą wewnętrzną chęć dalszej gry i idę do kas po wygraną. Satysfakcja z wygranej w jaskini hazardu daje większą przyjemność niż dalsza gra. Ta jednak toczy się dalej już bez mego udziału. Obstawianie  kolorów według powyższego systemu. Na 5 kolejnych zakręceń kołem ruletki, metalowa kulka dwukrotnie wypada na zielonym polu. Niewiarygodne!

***

Hotele na zdjęciach w internecie wyglądają o niebo lepiej niż w rzeczywistości. W Polsce i w Europie zdarza się, że przyjeżdżając na miejsce dziwimy się różnicy między tym, co oglądaliśmy parę dni wcześniej na monitorze komputera, a rzeczywistym standardem danego miejsca. W Stanach Zjednoczonych, w przeciętnych hotelach jest to nagminne. Na stronach w internecie nie widać podmokłych podłóg w pokojach, otwierających się do połowy drzwi windy, wiader ustawionych na środku korytarza, służących do łapania kapiącej wody z sufitu, nie działających kart do pokojów, czy suszarek do włosów. (- Czy mogę prosić o wymianę suszarki w pokoju na działającą? - A na pewno będzie Panu potrzebna?). W hotelach takich, śniadanie w cenie to chleb tostowy, masło, dżem, jajka na twardo, zestaw do własnoręcznego robienia gofrów. Jest nieźle, jeśli można sobie nałożyć ciepłą owsiankę. A czy jest coś pozytywnego? Jest. Niezależnie, jak zły jest to hotel, łóżko z czystą pościelą jest olbrzymie i wygodne (king size bed).

***

Las Vegas nocą i w dzień. Sącząca się zewsząd muzyka rozrywkowa. Hotele ociekające przepychem, pełne kiczu, ale też pełnego rozrywki klimatu. Pokaz fontann przed hotelem Bellagio, kasyna, hotel Stratosfera z wysoką na 100 pięter wieżą widokową, hotel Venetian z kanałami między budynkami, kolejka Monorail łącząca największe kasyna w mieście. To wszystko warto zobaczyć i przeżyć. Na mnie duże wrażenie wywarł hotel Westgate i jego historia.



Otwarty został w roku 1969 jako International Hotel. Przez wiele lat znany pod nazwą Las Vegas Hilton. Był to największy hotel na świecie przez 8 lat, od roku 1981 do 1990. Obecną nazwę nosi od roku 2014.

Oczywiście króluje w nim kasyno. Automaty do gier widać już po przekroczeniu drzwi wejściowych. Sale konferencyjne, sala zakładów bukmacherskich, sklepy z pamiątkami, restauracje i bary.

W roku 1969, na samym początku hotel podpisał 4-tygodniowy kontrakt z Elvisem Presleyem. Miał otwierać swymi koncertami główny show Barbry Streisand, po 8 latach przerwy w występach scenicznych. Koncerty okazały się takim sukcesem, że wkrótce hotel podpisał z królem muzyki rockandrollowej kolejny kontrakt na 5 lat. W sumie Elvis dał w hotelu Hilton Las Vegas 636 koncertów w okresie 1969-1977. Wszystkie sprzedały się do ostatniego miejsca.

Rok po śmierci Elvisa stanęła w hotelu jego rzeźba wykonana z brązu. Towarzyszą jej portret Presleya wykonany przez Stevena Sullivana oraz zdjęcie Barbry Streisand.





Nieopodal hotelu Elvis Presley Boulevard krzyżuje się z Paradise Road. Był styczeń, gdy tego doświadczałem, w powietrzu 16 stopni Celsjusza. 

***

W Las Vegas można znaleźć miejsca dla ducha. Przy drodze wiodącej z hotelu Westgate do hotelu Encore znajduje się budynek rzymskokatolickiej katedry Anioła Stróża. W porównaniu z gigantycznych rozmiarów hotelami katedra w Las Vegas przypomina raczej wiejski kościółek. Małych rozmiarów zachwyca są nowoczesną architekturą, lekkością i programem artystycznym. Została zaprojektowana przez uznanego w stanie California architekta Paula Revere Williamsa i wybudowana w roku 1963 na działce podarowanej przez gangstera żydowskiego pochodzenia Moe Dalitza.


Mozaika nad głównym wejściem przedstawiająca Anioła Stróża z towarzyszącymi mu figurami Pokuty, Modlitwy i Pokoju wykonana została przez artystkę węgierskiego pochodzenia Edith Piczek.

Wewnątrz oglądać można urzekające, pełne ekspresji witraże przedstawiające stacje drogi krzyżowej autorstwa jej siostry Isabel Piczek.


Przy wyjściu z kościoła warto zatrzymać się przy tablicach memoratywnych upamiętniających pierwszego misjonarza w stanie Nevada, Francico Garces - Hiszpana, który przybył na tereny obecnego stanu w latach 70-ych XVIII wieku


oraz fundatorów prac renowacyjnych świątyni, które miały miejsce w roku 1995 i kosztowały 1,3 miliona dolarów. Wśród fundatorów polsko brzmiące nazwiska: Leparski, Mrok, Natkowski, Navitsky.


***

Aria Resort and Casino. Aby usiąść przy stoliku w meksykańskiej restauracji Javier's w jednym z tych olbrzymich kompleksów hotelowych należało poczekać około 45 minut. Warto było. W mieście, na zewnątrz królował wszechobecny fast food w różnych odmianach kulinarnych świata, z najpopularniejszą tu odmianą meksykańską. W jednej z wielu hotelowych restauracji można było uraczyć się jej najszlachetniejszą odmianą. Nie zapomnę smaku Ceviche de camaron. Ta szlachetna sałatka biorąca swój początek gdzieś w Peru lub Ekwadorze wykonywana jest ze świeżych krewetek marynowanych w soku ze świeżo wyciskanej lemonki. Kompozycję sałatki uzupełniają drobno pokrojona czerwona cebulka, awokado i kolendra. Prawdziwa uczta dla podniebienia. Białego koloru, ale nieco twardsze od gotowanych krewetki, uczucie świeżości doprawionej kwaskowatym smakiem. Palce lizać!


***

Czy do Las Vegas warto przyjechać odpocząć, pobyć, na wakacje? Zdecydowanie tak. Tej atmosfery luzu, zabawy, rozrywki, przepychu warto doświadczyć. Ale jest jeszcze jeden powód. Okolice Las Vegas dostarczą wielu atrakcji tym, którzy są spragnieni kontaktu z naturą. Najbliżej, gdyż raptem 15 mil do National Conservation Area i słynnego Red Rock Canyon. Można tę okolicę objechać w dwie godziny samochodem, gdy się nie ma zbyt dużo czasu na piesze wędrówki, aby choć przez chwilę spojrzeć na pustynny krajobraz, skały koloru cegły, poczytać o krewetkach żyjących w wysychających strumieniach. I pomarzyć, o wolnym choć tygodniu na swobodne wędrówki po okolicy.















niedziela, 20 stycznia 2019

(Po)dworkowo

Echa 1905 roku

17 kwietnia według kalendarza juliańskiego, a 30 kwietnia według kalendarza gregoriańskiego roku 1905, car Mikołaj II wydał ukaz o wzmocnieniu zasad tolerancji religijnej. Wpływ na liberalizację przepisów miała przegrana wojna z Japonią, a także strajki robotnicze, nazwane później Rewolucją 1905 roku. Istotną częścią ukazu był dekret o wolności religijnej, który stwierdzał między innymi "Przejście prawosławnego do innego wyznania religijnego chrześcijańskiego byłoby w przyszłości wolne od obostrzeń prawa." W pewien sposób kończył walkę caratu ze skutkami unii brzeskiej 1596 roku, na mocy której powstała unia kościelna pomiędzy kościołem prawosławnym, a kościołem katolickim na obszarze Rzeczypospolitej. Po upadku państwa na terenie ziem odebranych Rzeczypospolitej i włączonych do Imperium Rosyjskiego carat zlikwidował unię w roku 1839, natomiast na terenie Królestwa Kongresowego w roku 1875. Ukaz tolerancyjny 1905 pozwalał byłym unitom, zapisanym w księgach cerkwi prawosławnej na opuszczenie prawosławia i przejście do innego kościoła chrześcijańskiego. W Królestwie Kongresowym wielu byłych unitów porzucało prawosławie i przechodziło do kościoła katolickiego.

***

Końcówka roku. Wyprawę sylwestrową rozpoczynamy od wsi Nowe Leśne Bohatery i Stare Leśne Bohatery. Wioski leżące wzdłuż równoległych do siebie dróg leżą tuż za południową rubieżą Puszczy Augustowskiej, przy granicy białoruskiej. Można powiedzieć, że tu wciąż, mimo rozdzielenia granicą, zaznacza się wpływ nieodległego Grodna. Na pobliskich wzniesieniach widać betonowe bunkry dawnej linii Mołotowa. Na terenach Grodzieńszczyzny właśnie byli unici masowo opuszczali cerkiew prawosławną. Jak ważnym wydarzeniem był ukaz tolerancyjny dla miejscowej ludności świadczą grupy trzech krzyży stojące na skraju obu wsi. Dwa boczne, wysokie drewniane, a w środku murowany z napisem wyrytym w kamieniu "Za zdrowie c. wsi. Na pamiątką Tolerancji Religijnej 14 września 1905 r."




Spoglądamy jeszcze przez chwilę na ładnie zdobiony szczyt drewnianego domu i ruszamy w kierunku terenów rozciągających się pomiędzy Nowym Dworem, a Kuźnicą Białostocką.


**************************************
Dworki, folwarki, PGRy

Nigdzie indziej na Podlasiu nie napotkamy tylu pozostałości dawnych dworów, folwarków, majątków ziemskich, w które obfitowała Grodzieńszczyzna. W Zajzdrze natykamy się na ruiny dawnych zabudowań folwarcznych należących w XIX wieku do rodziny Zieniewiczów, a stanowiących część dóbr Sternejki. Kamienna ściana z gniazdem bocianim na szczycie wygląda bardzo urokliwie. Nieopodal znajduje się opuszczony dom służby folwarcznej, w którym walają się resztki dawnego wyposażenia. - Tu i karczma żydowska była. - dowiedzieliśmy się od napotkanych mieszkańców.



Nieopodal, w odległości niespełna 3 km znajduje się Krzysztoforowo. W roku 1715 były to niewielkie dobra szlacheckie należące do Franciszka Petelczyca. Później weszły w skład dóbr sidrzańskich, stanowiąc jeden z ich folwarków. Po 1816 roku, Krzysztoforowo nabyła rodzina Kułakowskich. Wówczas siedziba dworska została rozbudowana. Na górnym tarasie wzniesiono drewniany dwór, poprzedzony podjazdem. Cały górny taras zaś i teren sąsiadujący ze stawami zajmował ogród ozdobny, przecięty dwiema alejami lipowymi. W roku 1865 córki Włodzimierza Kułakowskiego zmuszone zostały ukazem carskim do sprzedaży dworu Rosjaninowi Mikołajowi Szmidtowi. Później Krzysztoforowo kilkakrotnie zmieniało właścicieli, nigdy nie odzyskując dawnej świetności. Upadek przypieczętował okres komunizmu w Polsce. Dziś zabudowania pofolwarczne i popegeerowskie straszą oko przypadkowego bywalca.


Tuż za wsią Bierniki położonej na zachód od Krzysztoforowa znajduje się kolejne historyczne miejsce, związane w dworem Wańkowiczów, dalszych krewnych Melchiora Wańkowicza, zwane Mikielewszczyzną. Obecnie na terenie dawnej posesji dworskiej znajdują się nowe zabudowania stylizowane na dwór, jednak nieopodal na wzgórzu można odnaleźć ukryte wśród krzewów ruiny dawnego dworu Wańkowiczów, a także resztki dawnych alei.



Największą perełką ziem leżących między Nowym Dworem, a Kuźnicą Białostocką jest jednak najstarszy na Podlasiu pałac wzniesiony w 1610 roku w Pawłowiczach przez Pawła Wołłowicza, syna Hieronima Wołłowicza. Pałac można oglądać jedynie zza płotu otaczającego budynek, stojąc przy końcu pięknej alei doń prowadzącej. Niszczejący budynek pałacu z zachowanymi elementami z epoki renesansu stoi opuszczony i sprawia przykre wrażenie. A jeszcze w latach 90-ych znajdowała się w nim szkoła.
Z terenów tych pochodzi piękny drewniany budynek dworu z Bobry Wielkiej, dziś stanowiący jeden z najpiękniejszych eksponatów Podlaskiego Muzeum Kultury Ludowej w Osowiczach.
My wracamy późnym popołudniem do Ludomirowa, do chłopskiej chaty wybudowanej na terenie dawnego majątku  Ludomirowo, którego założycielem był Ludomir Gąsowski, który z kolei otrzymał część majątku Andrzejewo od ojca Wiktora Gąsowskiego, powstańca styczniowego. Jeszcze dziś możemy napawać się pięknem drzewostanu dawnych alejek dworskich.

Poeta Jan Krzysztof Piasecki, dzisiejszy gospodarz tego miejsca taki pisze o tym miejscu w zbiorku "To tylko ślady":

"Po wojnie dwór się dostał Janowi
z Marianną dom rozebrali
sklecili obok koślawy
ona sklep prowadziła we wsi
on piękny jak hollywoodzki amant brylował w okolicy
na starość osiadł w bloku w Sokółce, umarł z tęsknoty."
***************************************
Kurpie na Grodzieńszczyźnie
W okresie międzywojennym władze postanowiły zagospodarować wielki obszar rozciągających się na wschód od wsi Zajzdra i jeszcze za Wołyńcami nieużytków zwany Dubnicą. W tym celu sprowadzono osadników z przeludnionej Kurpiowszczyzny. Kurpie rozbierali swe drewniane zabudowania, numerowali, ładowali na fury i przewozili do kolejki wąskotorowej w Łysych. Następnie w Łomży przeładowywali swe porozbierane domostwa na kolej szerokotorową, aby w Kuźnicy Białostockiej wyładowywać je na furmanki i przewozić do Dubnicy. Początkowo mieszkali w szałasach, budując zabudowania gospodarcze, aby w dalszej kolejności zamieszkać w swych przewiezionych z daleka chatach. Pisał o tym Józef Rybiński w swej książce "Słońce na miedzy":

"Początkowo bardzo nieufnie przyglądaliśmy się przybyszom. No cóż, ludzie, jak to ludzie, nawet do nas podobni, tylko, że po swojemu to oni tak dziwnie rozmawiali. Śmiesznie brzmiały ichnie psiwo, kobzity, kunie. Ale zupełnie po ludzku, zawsze pierwsi, czapkę zdejmowali, <> mówili i uśmiechali się przyjaźnie."

"[...]Kurpiów zaś dziwił nasz przeciągły, śpiewny akcent i naleciałości językowe: rosyjsko-białoruskie. Szybko nauczyli się tańczyć naszą polkę-galopkę, a my ich piękne ludowe tańce. Okazało się, że zupełnie sympatyczni są ci Kurpie. Różnili się jednak od nas jakąś żywiołowością w poczynaniu, jakąś sympatyczną innością w obejściu..."

Podczas okupacji Niemcy wysiedlili Kurpiów z Dubnicy, zabudowania zniszczyli i zrównali z ziemią.

Dziś jest to teren leżący od kilkuset metrów do kilku kilometrów od granicy polsko białoruskiej. Udało nam się zobaczyć jeden odnowiony dawny dom kurpiowski i jeden wciąż pusty. Z jednej strony przykre wrażenie sprawiają ruiny dawnych zabudowań gospodarczych oraz resztki drzewostanu przedwojennego. Z drugiej strony krzyż postawiony w 1931 roku na pamiątkę osadnictwa kurpiowskiego, dziś stojący o rzut kamieniem od granicy państwowej, świadczy że pamięć trwa.





Wracając z terenów dawnej Dubnicy, zauważamy przy drodze niezwykły krzyż o następującym napisie: "W tym miejscu w l. 1944-1948 przebiegała narzucona przez aliantów granica między Polską, a ZSRR. 24.05.1948 - Faustyn Zysk - mieszkaniec pobliskiej Dubnicy - został uprowadzony z własnego gospodarstwa przez sowieckich żołnierzy i zamordowany w Rosji."



*************************************

Nowy Dwór i cmentarze
Nowy Dwór, dziś większa wioska, położona niedaleko granicy, odcięta od szlaków komunikacyjnych to miejsce, przez które przetaczała się kiedyś wielka historia. Już w 1504 roku książę litewski Aleksander ufundował tu kościół. Dzierżawili Nowy Dwór później Glińscy i Sapiehowie, królowa Bona podporządkowała miejscowemu dworowi część Puszczy Grodzieńskiej, zwaną Puszczą Nowodworską. Prawa miejskie uzyskał w 1578 roku. Okres upadku zapoczątkował potop szwedzki, później dokonały swego zarazy drugiej połowy XVII wieku i początku wieku XVIII. Nie pomogło miasteczku osadnictwo żydowskie, wzrastające zwłaszcza od wieku XVIII. Prawa miejskie Nowy Dwór utracił ostatecznie w roku 1934. Dziś nie ma śladu po Żydach w Nowym Dworze. Miejsce po synagodze i kirkucie potrafią wskazać starsi mieszkańcy. W parku, który zajmuje miejsce dawnego rynku pusto, jedynie przed mszą świętą w kościele o metryce XVI-wiecznej, aczkolwiek wielokrotnie przebudowywanym, parkuje tu więcej samochodów. Większy ruch panuje też przed Lewiatanem po przeciwległej stronie położonym, gdzie kiedyś mniej więcej stała synagoga. Jest tu też restauracja o dumnie brzmiącej nazwie "Nowy Jork".


Bardzo ciekawe są cmentarze katolicki i położony w pobliżu prawosławny z wieloma starymi nagrobkami.

Pierwszy godzien uwagi nagrobek żeliwny stoi tuż za budynkiem kościoła i poświęcony jest Józefowi Eynarowiczowi zmarłemu 19 marca 1845 roku, obywatelowi ziemskiego powiatu sokólskiego.


Na cmentarzu katolickim centralne miejsce zajmuje kaplica grobowa rodu Eynarowiczów, właścicieli dóbr Kudrawka, ale też posiadających opisywany na tym blogu wcześniej folwark w Sidrze.


Pochowani są w niej Tadeusz Eynarowicz (1848-1902), Kazimierz Eynarowicz (1846-1908), Wincenty Eynarowicz (1809-1856) i Teodora Eynarowicz z Borowiczów (1816-1861).

Zamieszczam tu zdjęcia tylko niektórych ze starych nagrobków z cmentarza katolickiego.


nagrobek Kazimierza, Rozalii i Konstancji Rodziewiczów
nagrobek Wincentego Bołkuna i Anastazji Bołkun



nagrobek Antoniego Kuca, zmarłego w 1878 roku i jego rodziny

 nagrobek Jana i Anny Czerepuchów



nagrobek Anny Boguszy z Sajkowskich (1869-1903) i Stefana Boguszego (1861-1923)


nagrobek Antoniego i Magdaleny Hawrylików z 1879 bardzo przypomina wzornictwo żeliwnych nagrobków z huty Karola Brzostowskiego  w Sztabinie.
Zarówno na katolickim, jak i prawosławnym cmentarzu można takich nagrobków odnaleźć sporo.


nagrobek Macieja i Franciszki oraz Szymona, Marianny, Kazimierza i Piotra Odyńców, wystawiony w 1883 roku


nagrobek typu sztabińskiego, już nie do odczytania



Powyższy obłamany krzyż z 1919 roku poświęcony Jerzemu i Anastazji Bubieńczykom oraz całej familii być może lada dzień przestanie istnieć.

A oto niektóre godne uwagi nagrobki z cmentarza prawosławnego w Nowym Dworze:


krzyż typu "sztabińskiego" z odłamaną tablicą inskrypcyjną




fragment nagrobka żeliwnego "sztabińskiego" typu z roku 1883, poświęconego rodzinie Koziczów




nagrobek Karola i Petroneli Staworków z 1872 roku 

oraz trzy inne ciekawe formy starych nagrobków żeliwnych




********************

Zalesie

Zalesie, w którego granicach leży położone na uboczu Ludomirowo zobaczyliśmy dopiero w dniu nowego roku, gdy za oknami domu, a później samochodu lało z nieba. Znajduje się tutaj kościół ufundowany jeszcze przez Hieronima Wołłowicza i wybudowany w latach 1604-1623 z wieżami dobudowanymi w wieku XIX.


Za kościołem na zboczach wzgórza wśród starych drzew znajduje się nieczynny już cmentarz. Oto ciekawsze nagrobki, które można tam odnaleźć:
Franciszek Stuczyk (1844-1889)




Antonina Kunda z Woronowiczów (1864-1891)




nagrobek Jana, Janiny i Konstancji Kondraszewiczów z 1881 roku




nagrobek Tomasza i Wiktorii Sztuczyków oraz ich dzieci Mikołaja, Marcina i Konstancji z 1879 roku




Agata z Borysów Stelmaszkowa (1829-1899)




i znów nagrobek typu "sztabińskiego" Stefana i Anny Stelmaszków z 1880 roku




nagrobek Tomasza Wierzbickiego (1835-1894) i Agaty Wierzbickiej z Tulkisów (1845-1893).