środa, 15 sierpnia 2018

"Opowieści z domu pod topolą"

Nie mogłem niestety być na promocji książki, nie miałem czasu dość długo zapoznać się z jej treścią, mimo tego, że to stowarzyszenie Jamiński Zespół Indeksacyjny odpowiadało za proces wydawniczy. Książkę wziąłem pewnego letniego dnia ze sobą do pociągu, licząc na to, że podróż w skwarny lipcowy dzień minie łatwiej i przyjemniej.

W przedziale było duszno, ale otwarte okno sprawiało, że z zewnętrznego, pełnego zieleni świata wpadały do środka lekko orzeźwiające podmuchy wiatru. Czytałem i z każdą stroną czułem jak wypełnia mnie swego rodzaju wewnętrzna radość.

Książka Józefy Drozdowskiej z Augustowa to wspomnienia z dzieciństwa lat 50-ych i 60-ych XX wieku. Tytułowy dom pod topolą zaś to miejsce we wsi Jeziorki w parafii Bargłów Kościelny, położonej na zachód od Augustowa. Wspomnienia ułożone zostały chronologicznie, a ich ramy czasowe wyznaczają poszczególne okresy roku liturgicznego, poczynając od adwentu.

Gdybym miał określić, co wywoływało tę wspomnianą moją wewnętrzną radość, wskazałbym na magię i bajkowość opowieści Józefy Drozdowskiej, która uzyskała ją dzięki kilku sposobom. Po pierwsze, rok liturgiczny podzielony na święta - czas magiczny, pełen symboliki, której my dorośli już tak nie odczuwamy. Ale pokazany oczami dziecka  przenosi nas mimowolnie do dzieciństwa, gdy wszystko odczuwaliśmy bardziej intensywnie, niewinnie i właśnie bajkowo. Dzieciństwo spędziłem na terenie gierkowskiego blokowiska w Gorzowie, ale i w takich okolicznościach zewnętrznych odczuwałem magię świąt, pór roku i obrzędów rodzinnych. Dlatego też wzrusza mnie, gdy czytam o opłatkach roznoszonych przez organistę w czasie adwentu, tworzeniu zabawek na choinkę i innych czynnościach przygotowawczych, w których biorą udział domownicy. Opis wigilii, chyba najbardziej magicznego czasu w ciągu roku, gdy w powietrzu roznosi się zapach żywicy i wanilii, pierników i uszek z grzybami oraz barszczu chyba zawsze tworzyć będzie nastrój pewnego rodzinnego misterium. Karnawał, oczekiwanie wiosny, Wielkanoc z nieodzownym chrzanem, którego przygotowanie tak sugestywnie opisała autorka, okres lata, Zielone Świątki pełne wiejskiej religijności - jakże to różne od mego dzieciństwa w większym mieście, ale może też i dlatego ciekawsze. I wreszcie smutna jesień, Zaduszki, wizyty na cmentarzach. Chyba dość późno zacząłem lubić listopadowe święta i tę melancholijność późnojesienną, pełną mgieł i wilgoci. W Bargłowie Kościelnym przed kościołem w Zaduszki pełno proszalnych dziadów - obraz nie znany z mego dzieciństwa, gdy wizyty na gorzowskim cmentarzu komunalnym kojarzą mi się przede wszystkim z długimi konduktami ludzi spieszących przez osiedle Staszica i park Słowiański na cmentarz z torbami pełnymi zniczy i kwiatów doniczkowych oraz ludzi z niego wracających. Magia świata pełnego rekwizytów pamiętanych z dzieciństwa, jak choćby kalendarz w wyrywanymi kartkami, wiszący na ścianie.

Do magii i bajkowości dołożyłbym ciepło płynące z narracji ułożonej przez autorkę. To z kolei uzyskane jest dzięki wspomnieniom prawdziwych osób pojawiających się na kartach książki. Stryj Stanisław, stary kawaler pięknie wyśpiewujący kantyczki z książki wyjmowanej z pietyzmem z kuferka, panowie Mroziewski, Twardowski i Sołtys prowadzący donośnymi głosami modlitwy podczas stacji Drogi Krzyżowej, Feliks Jesionek zwany Paneckiem, specjalista od iluzjonistycznych sztuczek, zadziwiających dzieci czy pani Sieńkowska, która w roli świętego Mikołaja obchodziła domy na kolonii Jeziorki, rodzice tworzący podstawy jeziorkowskiego świata, a także wiele innych osób, których wspomnienie ociepliło i rozświetliło narrację.

Wrażliwość i poczucie humoru - trzeci ważny filar tej książki. Rozczulił mnie fragment dotyczący pani Sieńkowskiej, która z nieba "Może dyskretnie podrzuci nam do sieni rózgę, dając do zrozumienia, że nie wszystko w naszym życiu dokonało się bez pomyłek". Takich krótkich, celnych i żartobliwych stwierdzeń jest w opowieściach Józefy Drozdowskiej więcej, jak choćby o panach, którzy "przygotowują alkohol, który pozwoli im cieszyć się łatwiej".

Jeśli więc chcielibyście zaczerpnąć na nowo z krainy dzieciństwa, poczytać o tym, jak to na augustowszczyźnie bywało kilkadziesiąt lat temu, pośmiać się i porozczulać, książka Józefy Drozdowskiej będzie  jak znalazł.

 Józefa Drozdowska "Opowieści z domu pod topolą", Jamiński Zespół Indeksacyjny, 2018

sobota, 4 sierpnia 2018

Krzyż przydrożny w Łyskach

Łyski to miejsce kojarzące się przeciętnemu białostoczaninowi z hurtownią materiałów oświetleniowych. Dawna wieś, należąca do parafii rzymskokatolickiej w pobliskiej Choroszczy, jeszcze w XVIII wieku stanowiąca uposażenie bazylianów z Supraśla zupełnie zatraciła cechy wsi. Bliskość ekspresówki Białystok-Warszawa, roboty budowlane prowadzone na szeroką skalę w ostatnich latach, jak również peryferyjne położenie w stosunku do białostockiej metropolii sprawiły, że Łyski są wsią jedynie z nazwy, o czym świadczą dwie zielone tablice z nazwą miejscowości stojące w zupełnie przypadkowym miejscach. W ostatnim czasie powstał w Łyskach mikrobrowar lub, jak to się dziś modnie określa browar rzemieślniczy produkujący całkiem niezłe marki piwa, jak Milk Stout, czy Indian Pale Ale - to ostatnie nawiązujące do smaku piw transportowanych z centrum Imperium Brytyjskiego do Indii w wiekach przeszłych, charakteryzujących się nieco zwiększoną dawką goryczki.

Ale w miejscu zwanym umownie Łyski natknąć się można na jeden relikt dawnych czasów - przydrożny krzyż z 1893 roku. Piękna kowalska robota w górnej części krzyża zdobionego motywami roślinnymi, stojącego na kamiennym postumencie. Krzyż znajduje się dziś podobnie jak Łyski w miejscu zupełnie przypadkowym, budząc zdumienie przypadkowych kierowców.





Zachwycałem się w tym miejscu niejednokrotnie artyzmem wykonania krzyży przydrożnych z okolic Choroszczy. W Sienkiewiczach dwa krzyże datowane na 1891 rok flankują oba końce wsi. W Krupnikach krzyż datowany na 1893 ukryty jest w gąszczu krzewów na jednej z posesji. Jeden z najwspanialszych egzemplarzy tego gatunku z narzędziami męki pańskiej stoi przy jednej z bocznych dróg w Barszczewie. Nieco mniej zdobiony krzyż z 1892 roku stoi w Żółtkach, po drugiej stronie ekspresówki Białystok-Warszawa. Jest ich więcej w Barszczewie, Rogowie, Rogówku i Pańkach - wszystkie z ostatniego dziesięciolecia XIX wieku. Ostatni, o jakim pisałem stoi w wiosce leśnej - Ogrodnikach.

Pytanie, dlaczego tak dużo powstało w pierwszej połowie lat 90-ych XIX wieku pozostaje otwarte. W książce Artura Gawła i Grzegorza Ryżewskiego ("Drewniane budownictwo dorzecza Biebrzy", Białystok-Suchowola, 2013) znaleźć można informację, że szczególnie wiele krzyży i kapliczek zostało ufundowanych po roku 1896, kiedy zniesiono zakaz ich stawiania wprowadzony przez władze carskie po upadku powstania styczniowego. Nie tłumaczy to jednak prawdziwej eksplozji powstawania krzyży przydrożnych w parafii Choroszcz, która wybuchła 5 lat wcześniej.

poniedziałek, 16 lipca 2018

Tragedia w Woroszyłach, 1887 r.

W prasie XIX-wiecznej odnaleźć można artykuły bądź krótkie wzmianki opisujące wydarzenia bardzo ważne dla lokalnych społeczności, które wraz z upływem czasu ulegają zatarciu. Czy pamięć o tym co wydarzyło się w podbiałostockich Woroszyłach w grudniu 1887 roku przetrwała w pamięci lokalnych mieszkańców? Raczej wątpliwe. Przenieśmy się zatem nieco w czasie.

Woroszyły to dawne przedmieście królewskiego miasta Wasilkowa, położone na północ od wsi Sochonie nad rzeczką Czarną. Bliskość cieku wodnego zachęcała do budowy młyna, a w burzliwych czasach rozwoju włókiennictwa w okolicach Białegostoku w XIX wieku stała się przyczyną powstania w osadzie młyńskiej niedużych fabryk. Fabryka sukna należąca do Halbersztata istniała tu już w 1860 roku, dając zatrudnienie 13 robotnikom. W 1879 roku przędzalnię w Woroszyłach prowadził niejaki Gubiński. W 1888 roku fabrykę wełny ponownej posiadał N. Zausmer, zatrudniając 65 osób. Według Słownika Geograficznego z 1893 roku fabrykę szody prowadził tu M. Zejzner, a fabrykę kortów Hubiński. W 1907 fabrykę sukna, w której pracowało 24 robotników prowadził Ch. Zylberfenig, a wykończalnię M. Zilberblatt i Tyktin. Jak widać były to nieduże zakłady, a właściciele tych małych zakładów również zmieniali się dość często.

W numerze 3 "Gazety Świątecznej" z 1888 roku ukazał się następujący artykuł:

"Okropny wypadek"

Miasto Białystok (w gubernji Grodzieńskiej) i jego okolica słynie fabrykami sukna, kortów i innych podobnych wyrobów. Jeden z takich zakładów we wsi Woroszyłłach, o 12 wiorst od miasta, spalił się nocą z dnia 29 na 30 grudnia. Była to budowla drewniana, piętrowa, w której pracowało zwykle kilkadziesiąt kobiet i dziewcząt przychodzących z wiosek sąsiednich. Kiedy nastały śniegi i mrozy, 30 robotnic, którym było daleko chodzić do domu, pozostawało na noc w fabryce. Część ich kładła się na dole, 12 zaś w izbach na piętrze. Pożar wybuchnął właśnie w czasie głębokiego snu wszystkich. Zanim stróż nocny pobudził śpiących, płomienie ogarnęły całą fabrykę. Robotnice z dołu miały jeszcze czas uratować się, ale nocującym na górze droga już była zatamowana. Okropne jęki rozpaczy nieszczęśliwych rozlegały się wśród ognia, gdy wtem podłoga pod niemi runęła i wszystkie zapadły się w płomienie, któremi dolne izby były napełnione. Po pożarze znaleziono na zgliszczach 12 ciał ludzkich zczerniałych i spalonych tak, że żadnej twarzy rozróżnić nie było można. Pochowano więc je w jednym wspólnym dole. Pomiędzy ofiarami tego okropnego wypadku było 11 dziewcząt, których opłakują rodzice, i jedna kobieta, matka trojga drobnych dzieci, sierotek nieszczęśliwych."

Pokusiłem się o wydobycie z mroku zapomnienia nazwiska kobiet, które zginęły w tym strasznym pożarze. Przeglądając księgę zmarłych parafii rzymskokatolickiej w Wasilkowie z 1887 roku, wiedziałem dokładnie czego szukać. Jednak bez wiedzy z powyższego artykułu wpis łatwo pominąć. Jest bowiem nie numerowany i znajduje się na samym końcu księgi. Zawarte w nim informacje różnią się nieco, od tych zawartych w artykule. Pożar w fabryce w Woroszyłach miał miejsce 18 grudnia 1887 roku, a nie w nocy z 29 na 30 grudnia.  Zginęło w nim 13, a nie 12 kobiet. Były to:

1. Katarzyna Radziszewska, córka Jana, ze wsi Sochonie,
2. Katarzyna Kozłowska, córka Jana, ze wsi Sochonie,
3. Teofila Kozłowska, córka Stanisława, ze wsi Wólka,
4. Anna Tryzna, córka Antoniego, ze wsi Wólka,
5. Olga Dobrowolska, córka Wiktora, ze wsi Wólka,
6. Agata Radziszewska, córka Michała, ze wsi Wólka,
7. Pelagia Grajewska, córka Stefana, ze wsi Jurowce,
8. Józefa Pisiecka, córka Stefana, ze wsi Jurowce,
9. Katarzyna Pisiecka, córka Pawła, ze wsi Jurowce,
10. Anna Sawicka z Wasilkowa,
11. Katarzyna Sawicka, córka Andrzeja, z Wasilkowa,
12. Franciszka Dąbrowska, córka Franciszka, z Wasilkowa,
13. Franciszka Żukowska z Wasilkowa.

Szczątki kobiet, które zginęły z płomieniach zostały pochowane we wspólnej mogile na wasilkowskim cmentarzu. 

wtorek, 29 maja 2018

New Delhi

Po wyjściu z lotniska Indiry Gandhi w New Delhi uderza w nas fala gorąca. Prawdziwe piekło temperaturowe. Co prawda przygotowani jesteśmy mentalnie na zapowiadane 42 stopnie Celsjusza, ale co innego wiedzieć, a co innego poczuć. Powietrze pełne ni to mgły, ni pyłu - smog. Nie sposób określić źródła otaczającego nas gorąca. Słońce gdzieś wysoko nad nami, a każdy milimetr sześcienny powietrza grzeje niemiłosiernie.

Stoimy z walizkami przed wejściem do lotniska, rozglądając się dokoła, gdy podchodzi do nas niewysoki, kruczowłosy mężczyzna i słabą, kaleczoną angielszczyzną oferuje taksówkę do hotelu. Czas jazdy ma wynosić około godziny, negocjujemy cenę wypytując o klimatyzację. Yes, yes - słyszymy, idziemy więc za gościem. Jak się okazuje, negocjowaliśmy z naganiaczem, który doprowadza nas do nie dużego samochodu. Taksówkarz słabo mówi po angielsku niestety, jakoś upycha z tyłu nasze 8 walizek i jedziemy. Klimatyzacja jest zbyt słaba na te 42 stopnie lub też jedziemy samochodem ze zwykłym nawiewem. Rozglądamy się przez okna i im dłużej trwa jazda, tym bardziej dusze usadawiają się na ramieniu. Jedziemy szeroką arterią komunikacyjną. Trzy pasy w jedną, trzy w drugą. Nikt jednak nie zwraca na pasy uwagi, z trzech robi się ich pięć w jednym kierunku. Lusterko w lusterko i to ciągłe trąbienie na siebie. Na pierwszy rzut oka sprawia to wrażenie chaosu nie do ogarnięcia. Zatrzymujemy się w końcu przed hotelem i tu okazuje się, że cena, którą wynegocjowaliśmy z naganiaczem jest inna od tej, którą mamy zapłacić. Naszej kwoty facet nie przyjmuje, decydując się zostać bez zapłaty. Jako, że kwoty nie są jakieś oszałamiające, decydujemy się zapłacić tę, którą sam proponuje. Uczymy się na błędach.


Hotel ma cztery gwiazdki, lobby jest klimatyzowane, jednak gdy dojeżdżamy windą do naszych pokojów zdajemy sobie sprawy, że polskie trzy gwiazdki potrafią znaczyć więcej niż indyjskie cztery. Pokoje wyposażone są w szerokie łóżka, klimatyzacja działa bez zarzutu, co okazuje się bardzo ważne. Ale jeśli chodzi o ogólną czystość i poczucie estetyki szczegółów, z tym jest problem. W łazience zacieki wszędzie, gdzie się da, a zwłaszcza tam, gdzie nie widać na pierwszy rzut oka. Szarość mego ręcznika, mimo że złożony według wzorca hotelowego, jakoś mnie nie przekonuje.

Teren targów znajduje się na Pragati Maidan. To kilkanaście minut taksówką od hotelu. Dojeżdżamy tam późnym popołudniem po odespaniu długiego lotu. Rejestrujemy się zaraz po przejściu bramy, odbieramy identyfikatory i jedziemy shuttle busem (z klimatyzacją!) do naszej hali i stoiska. Hala przypomina jeden wielki plac budowy. Gdy docieramy do stoiska otacza nas chmara kilkunastu Hindusów. Próbują odebrać od nas przywiezione materiały, ustawiać meble stanowiące zabudowę stoiska. Protestujemy i wybieramy z tłumu młodego mężczyznę, który wydaje się dość dobrze mówić po angielsku. Prosimy o usunięcie wszystkich innych ludzi ze stoiska i negocjujemy krok po kroku prace do wykonania. Umawiamy się na sprzątanie trzy razy dziennie z Tarą, która jest starszą od nas Hinduską ubraną w zgrabne, zielonego koloru sari. Przychodzi do nas przez kolejne trzy dni i okazuje się pracowitą, bardzo sympatyczną osobą, nie pozbawioną kobiecego wdzięku. W ciągu godziny stoisko jest gotowe, możemy zakleić je taśmą i jechać do hotelu. Z ekipą, która je montowała jesteśmy umówieni na dostawę dodatkowych mebli i wyposażenie lodówki w zimne napoje. Kupujemy też naczynie szklane na wizytówki od starego Hindusa. Gdy nazajutrz rano przychodzimy na stoisko jesteśmy zdumieni, jak sprawnie i szybko wczorajszy "plac budowy" zmienił się w czyste stoiska targowe. Hala jest klimatyzowana. Stoisko jest dosłownie oblegane przez odwiedzających. Uwijamy się jak w ukropie od 9.00 do 18.00. Stwierdzamy, że targi są bardzo dobrze przygotowane, na poziomie światowym. Zastrzeżenie można mieć do toalet, które nie są tak czyste, jak można się spodziewać oraz do kawy, którą tu serwują bardzo słabą.

Z targów pierwszego dnia wracamy do hotelu tuk tukiem. Kierowca sam się zaoferował, był na targach, gdy składaliśmy stoisko. Jazda tuk tukiem szerokimi arteriami New Delhi, w ścisku, hałasie, smrodzie spalin i studzienek kanalizacyjnych jest za pierwszym razem prawdziwym wyzwaniem dla nerwów. Stwierdzamy jednak, że pozorny chaos indyjskich jezdni ma swoją logikę. Jeździ się tu agresywnie, ale wolniej. Mali (rowery, motory, tuk tuki mają pierwszeństwo). Trąbi się po to aby zasygnalizować - ja teraz jadę, uważaj, trochę zjedź, zrób miejsce. Jest to zupełnie inny styl poruszania się po drogach, niż w Europie. Przyzwyczajamy się jednak do niego i kolejnego dnia jeździmy już dwoma tuk tukami, a Mukaszi i Kulbir, nasi tukukowcy, jak ich nazywamy, są z nami każdego popołudnia, aż do wyjazdu, wożąc i pokazując nam wycinki miasta.


Śniadania w hotelu są wegetariańskie. Płaskie chleby różnego rodzaju -  z samej mąki, z warzywami, z przyprawami (czosnek), z serem, szpinakiem - to jest najlepsze co mnie spotkało w kuchni indyjskiej. Garlic naan - tak nazywa się nasz ulubiony tutejszy wypiek. Klika zup warzywnych - piekielnie ostrych, jajka na twardo, pieczone ziemniaki, jogurty i owoce oraz słaba kawa dopełniają nasze codzienne menu śniadaniowe. Nie jest najgorzej.


Rano do pokoju przynoszą nam "The Times of India". Ciekawe jest poznawać New Delhi od strony artykułów prasowych. Na mnie największe wrażenie robią jednak ogłoszenia o odnalezieniu w mieście niezidentyfikowanych zwłok. Codziennie po kilka takich wzmianek. Fotografia twarzy denata lub denatki. Krótki opis wieku, wyglądu, ubioru, miejsca znalezienia ciała. Adres i telefon instytucji z prośbą o informacje identyfikacyjne.

Kuchnia indyjska jest ostra - taka jest tutaj większość potraw. Mięso kurze, baranina bądź sery zwane tutaj paneer w gęstych i pikantnych sosach, do tego paranthas, naan, roti czyli przepyszne indyjskie pieczywo, zielony, piekielnie ostry sos na bazie kolendry i krążki świeżej cebuli na zagryzkę. Alkohole - piwo, whisky, rum na poziomie europejskim. Trzeba się niestety nastawić na problemy układu pokarmowego. Prędzej czy później. Do wyjątków należą te osoby, które wyjadą z Indii nie doświadczając ich.



Mieszkamy w dawnej dzielnicy brytyjskiej. Jeździmy szerokimi arteriami komunikacyjnymi, mijamy rezydencje bogatych Hindusów za wysokimi murami, najeżone często drutem kolczastym. Ale i tu stykamy się z biedą - z żebrzącymi transwestytami, dziećmi podbiegającymi do tuk tuków po pieniądze, ludźmi śpiącymi na ulicy, zbierającymi chrust, żyjącymi w zaimprowizowanych domostwach z jakiegoś żelastwa, opon i szmat. Wszędzie hałas ulicy, smog, niemożebny gorąc. Dużo roślinności, ale wydaje się zakurzona, pokryta pyłem. Naszą soczystą zieleń i podkreślające kolory światło słoneczne doceniamy wysiadając później na białostockim dworcu kolejowym.




Korzystając z obecności Mukasziego i Kulbira oraz tuk tuków staramy się zwiedzać późnym popołudniem, zanim zapadnie szybko zmrok około godziny 20.00. Jedziemy więc oglądać symbole brytyjskiej potęgi: Bramę Indii i pałac prezydencki. Znajdują się na przeciwległych krańcach tej samej  alei. Bulwar prowadzący do Bramy Indii, zbudowanej w latach 1921-1931 na cześć hinduskich żołnierzy poległych na frontach I wojny światowej otaczają ogrody, pełne rodzin siedzących na trawie i odpoczywających oraz kanały, po których turyści pływają gondolami. Otacza nas różnokolorowy tłum. Budki z jedzeniem, kobiety w kolorowych sari sprzedające bransoletki, piekące kolby kukurydzy na zaimprowizowanych grillach. Gdy robimy zdjęcia mężczyźnie grającemu na flecie z kobrą, ten odnajduje nas w tłumie i wyciąga kasę za zrobienie fotografii. Mimo tłumów ludzi, jest spokojniej niż w innych dotychczas odwiedzanych miejscach. Prawdziwy spokój panuje w pobliżu pałacu prezydenckiego i innych budynków rządowych. Słońce kryje się akurat wtedy za horyzont i robi się bajecznie.









Dostojeństwo, spokój i ład przestrzenny wyczuwamy zwiedzając grobowiec Humajuna, olbrzymi kompleks ogrodów i zabytkowych budowli z połowy XVI wieku, miejsce spoczynku władcy Indii z dynastii Wielkich Mogołów.








Jedziemy też do ogrodów Lodich, na terenie których znajdują się grobowce członków dynastii Sajjidów i Lodich rządzocych Sułtanatem Delhi w XV i XVI wieku. W latach 30-ych Lady Willingdon, żona wicekróla Indii wkomponowała starożytne budowle w krajobraz powstającego parku. Dziś jest to znakomity teren rekreacyjny, pełen roślinności i ciszy. Spotykamy tu młodzież grającą w piłkę, pary siedzące na ławkach lub też całe rodziny piknikujące wśród zieleni.





Wciąż mi jednak czegoś brakuje. Mam wrażenie, że nie dotknąłem nawet skrawka Indii. Wychodząc z parku czytam na tablicy, że stanowił on południową granicę brytyjskiego New Delhi.

- Kulbir, możesz zawieść nas do hinduskich dzielnic zwykłych ludzi?
- Ale co znaczy zwykłych ludzi? 
- Tych spoza high class. Chcemy zobaczyć Indie we wszystkich możliwych wymiarach.

Ruszamy szeroką arterią na południe.  Mijamy po raz pierwszy rikszarza sunącego ulicą. Budynki coraz bardziej azjatyckie, jakie widziałem już wcześniej na Tajwanie. Wrażenie nieładu architektonicznego. Weźmy taki dom mieszkalny kilkupiętrowy. Każdy pion zbudowany inaczej, sprawiający wrażenie nie wykończonego. Plątanina kabli, śmieci dokoła, stragany z warzywami i owocami. Klimatyzatory niczym pasożyty oblepiające bryłę budynku. Tuż obok sterczące ku niebo zbrojenie nie ukończonej ostatniej kondygnacji, sypiący się tynk, postępująca ruina, a po sąsiedzku dom mieszkalny, schnące za oknem ubrania. Ludzie pchający wozy wyładowane owocami, siedzący bez celu w cieniu drzew, wśród zardzewiałych karoserii samochodów. Gdzieniegdzie bieda i brud aż krzyczące.








Nasz ostatni obiad przed odlotem decydujemy się zjeść w lokalu w takim właśnie osiedlowym otoczeniu. W Polsce nie wszedłbym do podobnego. Brudny blaszak bez klimatyzacji i w ciasnocie. Choć posiłki nie gorsze niż gdzie indziej.





Największe wrażenie zrobiła na mnie hinduistyczna świątynia Akshardham, położona na prawym brzegu Jamuny.

- Jeśli nie będziecie w tej świątyni, to tak jak byście nie widzieli Indii - tak powiedział Kulbir, a my mu zaufaliśmy.

Przejeżdżając przez Jamunę widzimy osiedla farmerów -prymitywne domki sklecone byle jak i krowy chłodzące swe ciała w większych kałużach. Na horyzoncie delhijskie wieżowce. Nasze z czasów Gierka to cudeńka architektoniczne w porównaniu do tego co widzimy w oddali. Na zewnątrz 46 stopni Celsjusza.



Dojeżdżamy do bramek. Ostatni punkt, gdzie można zrobić zdjęcia. Później trzeba zostawić w depozycie wszystkie komórki i inne urządzenia elektroniczne. 

Kompleks świątynny Akshardham powstał w 2005 roku i od tego czasu wielokrotnie pojawiały się groźby zniszczenia budowli ze strony islamskich terrorystów. Świątynia poświęcona jest Bhagwanowi Swaminarayanowi, hinduskiemu nauczycielowi żyjącemu na przełomie XVIII i XIX wieku. Architektura zapiera dech w piersiach. Filigranowe zdobienia rzeźbiarskie, przypominające dbałością o szczegóły te z La Sagrada Familia w Barcelonie. Malowidła z wykorzystaniem pyłu kamiennego i gliny jako farby - przepiękne. W ogrodach otaczających świątynie monumenty znanych postaci z indyjskiej historii. Zagajam rozmowę.



- O, widzę Mahatmę Gandhiego. Co sądzisz Kulbir o jego idei protestu bez użycia siły?
- Dziś Mahatma Gandhi nie jest tak popularny w społeczeństwie. Bardziej cenimy tych bohaterów naszej historii, którzy walczyli zbrojnie z Anglikami.  W obliczu tlącego się konfliktu z Pakistanem i zagrożenia islamskim terroryzmem idea protestu bez walki nie wydaje się praktyczna.

Podsumowując - ciekawy to kraj i wart poznawania przez nawet tak krótki czas w bardzo niewielkim wycinku. Ale czy metropolia typu New Delhi to dobre miejsce do życia? Tu miałbym wątpliwości.

środa, 2 maja 2018

Frejmanowie i Kaflowiczowie - przyczynek do historii Białegostoku i Bielska Podlaskiego

E-mail od Richarda był bardzo konkretny. Zależało mu aby: zidentyfikować miejsca, gdzie mieszkali Frejmanowie w Białymstoku; spróbować znaleźć lokalizację młyna, który do nich należał; odnaleźć, jeśli to możliwe, nagrobki członków rodziny; ustalić, czy możliwe jest, że ktoś z krewnych przeżył Holocaust i wciąż mieszka w Białymstoku. Poszukiwania, jak i uzyskane od Richarda informacje były na tyle ciekawe i wciągające, że złożyły się na niesamowitą historię, którą postanowiłem opowiedzieć.

Rozpoczyna się w roku 1852. Wtedy to na "Liście poboru kwaterunkowych pieniędzy z domów obywatelskich w Białymstoku zobowiązanych do wypełniania naturalnych powinności dla pokrycia w 1853 r. przewidywanych wydatków, sporządzonej dnia 30 grudnia 1852 r." pojawia się po raz pierwszy w Białymstoku nazwisko Pasz. Moszko Pasz, bo o nim mowa zamieszkiwał w domu pod numerem 270 przy ulicy Rynkowej, posiadając 34 arszyny kwadratowe własnego placu. Nie wiadomo skąd przybył do Białegostoku, ani też kim byli członkowie jego rodziny.

Minęło 30 lat i dzięki zachowanym dokumentom możemy powiedzieć o białostockiej rodzinie Paszów coś więcej. W roku 1886 Sąd Arbitrażowy w Grodnie wydał wyrok w sprawie tej rodziny, a 12-stronicowy dokument opisujący szczegółowo stosunki rodzinne oraz posiadane nieruchomości zachował się w zbiorze akt Starszego Notariusza w Grodnie, przechowywanych w Archiwum Państwowym w Białymstoku.

Przed sądem zebrali się Mowsza Aronowicz Pasz (Czy był tożsamy ze wspomnianym wyżej Moszko Paszem? Prawdopodobnie tak, ale pewności bez dalszych badań archiwalnych mieć nie można.) będący głową rodziny, jego syn Perec Mowszowicz Pasz wraz z żoną Mircą Iszą Srolewną, córka Lea Mowszowna Wejnberg (po mężu) oraz druga córka Cypa Mowszowna Frejman wraz z mężem Abramem Genochowem Frejmanem.

Przedmiot sporu został w bardzo skomplikowany sposób opisany i składało się nań wiele czynników. Ale na potrzeby artykułu wystarczy napisać, że chodziło o dwie parcele wraz z domami należące do rodziny. Znajdowały się przy ulicy Bazarnej i Mostowej i bezpośrednio ze sobą sąsiadowały. Gdy spojrzymy na plan Białegostoku z czasów carskich, zauważymy, że ulica Mostowa rozpoczynała się przy budynku synagogi zbudowanej z funduszy Izabeli Branickiej na przełomie 1771 i 1772 roku (Później w tym miejscu stanie Wielka Synagoga, której pomnik możemy oglądać na zapleczu budynku Delikatesów przy ulicy Suraskiej), kończyła zaś mniej więcej w miejscu, gdzie dziś z Rynku Kościuszki wychodzi ulica Legionowa.


Obie parcele musiały leżeć bardzo blisko wschodniego końca ulicy Mostowej (dzisiejsze odejście ulicy Legionowej od Rynku Kościuszki). Świadczy o tym ich sąsiedztwo. Działka przy ulicy Bazarnej graniczyła z ulicą Bazarną, działką Mowszy Rozentata, sadem należącym do Instytutu Panien Szlacheckich, sadem farmaceuty Wilbuszewicza, działką tychże Paszów przy ulicy Mostowej, działką Wilbuszewiczów i domem Ody Wysockiej. Działka przy ulicy Mostowej natomiast graniczyła z ulicą Mostową, sadem Wilbuszewicza, działką Wilbuszewicza i działką przy ulicy Bazarnej, należącą do tychże Paszów.

Poza Mowszą Aronowiczem Paszem, dokument wymienia również jego nieżyjącą, zmarłą w roku 1879 żonę Indę Dworę Pasz. To właśnie małżonkowie Mowsza i Inda Dwora około 1866 roku zakupili działkę przy ulicy Bazarnej od Jowela Barasza, zaś tę przy ulicy Mostowej, położoną obok budynku szkoły, od Frejdli Kantorowej.

W roku 1886 na działce przy ulicy Bazarnej stał frontem do niej dwupiętrowy murowany budynek mieszkalny, w podwórzu zaś 3 inne drewniane. Sama działka miała 429 sążnie kwadratowe powierzchni. Działka leżąca przy ulicy Mostowej była mniejsza, zaledwie 118,5 sążnia kwadratowego powierzchni. Stał na niej jednopiętrowy murowany dom frontem do ulicy z drewnianą dobudówką, jeden drewniany dom w podwórzu, a także jeden drewniany dom wspólny dla obu działek.

Po śmierci Indy Dwory, zarówno Mowsza, jak i jego dzieci spowodowały zadłużenie obu nieruchomości, nie mogąc się porozumieć zarówno co do spłaty długów, jak i podziału majątku.

Ostatecznie, decyzją sądu działka przy ulicy Bazarnej przypadła Perecowi Paszowi i jego żonie Mircy Iszy, działka przy ulicy Mostowej Abramowi i Cypie Frejmanom, Lea Wejnberg uzyskała spłatę swego udziału w gotówce, natomiast Mowsza Aronowicz Pasz dożywotnie mieszkanie w domu stojącym na granicy obu posesji i opiekę od syna Pereca.

Doszliśmy więc do momentu, gdy w całej historii pojawili się Abram Frejman i jego żona Cypa Mowszowna z Paszów Frejman. Cypa była drugą żoną Abrama. Niestety nie wiadomo nic o pierwszej żonie. Dość powiedzieć, że od roku 1886 małżonkowie posiadali na mocy decyzji sądu arbitrażowego parcelę przy ulicy Mostowej w Białymstoku wraz ze stojącymi na niej zabudowaniami.

Kolejny akt dotyczący rodziny Frejmanów w zbiorach Starszego Notariusza w Grodnie pochodzi z roku 1890. Wówczas to małżonkowie dokupują do swojej posiadłości przy ulicy Mostowej działkę sąsiednią należącą do Dawida Abramowa Wajndberga wraz z prawem udziału w drodze łączącej ulicę Bazarną z Mostową. Dziś pewnie ślad tej drogi (jeśli istnieje) leży pod asfaltem ulicy Legionowej. Zakupiona działka graniczyła z działką Pereca i Indy Dwory Paszów oraz z działką Pauliny Wilbuszewicz. Co ciekawe Abram Frejman wymieniony jest w dokumencie, jako właściciel własnego domu przy ulicy Lipowej. Niestety nie udało się zlokalizować jego adresu.

W 1893 roku z kolei, Abram i Cypa starali się o kredyt w Wileńskim Banku Ziemskim, a jako jego zabezpieczenie zaproponowali ustanowienie hipoteki na działce i nieruchomościach znajdujących się przy ulicy Mostowej. Nieznany jest dalszy los tej nieruchomości. W zbiorach Starszego Notariusza w Grodnie nie odnalazłem żadnej kolejnej informacji dotyczącej nieruchomości Frejmanów przy ulicy Mostowej.

Ostatnim odnalezionym dokumentem jest akt kupna działki przy ulicy Głuchej przez Cypę Frejman od Diny Estery Beniaminowny Ajzensztat w roku 1895. Działka była zabudowana i graniczyła z działkami Altera Wisowatego, Rubina Wisowatego, Abrama Rubinsztejna i z ulicą Głuchą, która stanowiła przedłużenie ulicy Mostowej w kierunku przeciwnym od synagogi. Widać to dobrze na załączonym powyżej fragmencie carskiego planu Białegostoku. Akt sprzedaży działki jest bardzo ciekawy. Dowiedzieć się można na przykład, że ulica Głucha nosiła wcześniej nazwę Browarna, jacy dzierżawcy korzystali z działki zanim została sprzedana, ale także tego, że Cypa Frejman w chwili sporządzania aktu sprzedaży mieszkała w domu Szejnghauza przy ulicy Suraskiej. Czyżby już wówczas Frejmanowie nie mieszkali przy ulicy Mostowej?

Ostatecznie odnalezione dokumenty w zbiorach Starszego Notariusza w Grodnie nie dały odpowiedzi, gdzie mógł znajdować się młyn Frejmanów.

Prawdopodobnie z końca XIX bądź początku XX wieku pochodzi zdjęcie Cypy Frejman z trójką dzieci Henrykiem, Arnoldem i Rochel, wykonane w białostockim atelier Józefa Sołowiejczyka.


Na zdjęciu nie ma Abrama Frejmana, ale jego podobiznę można poznać dzięki innemu zdjęciu, pochodzącemu z jakiegoś dokumentu.


E-mail, który otrzymałem od Richarda zawierał również prośbę o odnalezienie informacji o rodzinie Kaflowiczów z Bielska Podlaskiego, potomkach Elijaha Kaflowicza i Gitel z Delinskich.


Małżonkowie tworzący tę dość tradycyjną żydowską rodzinę, o czym świadczy ubiór, a także fryzury i broda na twarzy Elijahu siedzą z lewej strony zdjęcia.

W zbiorach Starszego Notariusza w Grodnie znajduje się tylko jeden dokument dotyczący rodziny Kaflowiczów. W 1904 roku syn Elijahu, Mendel Kaflowicz kupił działkę wraz z drewnianym domem, położoną przy ulicy Jewrejskiej (dziś Kazimierzowska) w Bielsku Podlaskim od braci Fajwela i Jankiela Kelmanowiczów Szwarców.

Na Kaflowiczów można trafić również w numerze 2 (48) pisma "Bielski Hostineć" z 2013 roku, w którym została wydrukowana lista właścicieli nieruchomości w Bielsku Podlaskim z 1914 roku. Znajduje się na niej wspomniany wyżej Mendel Kaflowicz, posiadający działkę przy ulicy Jewrejskiej z dwoma domami, w których mieszkało 5 mężczyzn i 6 kobiet.

Losy rodzin Frejmanów i Kaflowiczów splotły się w tragicznym momencie historii. Pora opowiedzieć jej ostatnią część.

Frejmanowie opuścili Białystok parę miesięcy po pogromie ludności żydowskiej w 1906 roku. Czuli się niepewnie. Pozostawili wszystkie nieruchomości i ruszyli za wielką wodę. Takie mniejsze pogromy zdarzały się w Białymstoku już wcześniej. Frejmanowie postąpili tak, jak wielu przed nimi. "Gazeta Kielecka" w numerze 68 z 1905 roku relacjonując zamieszki w Białymstoku z 13 sierpnia informuje:

"Z domów przy ulicy Suraskiej mieszkańcy przenieśli się do nowych mieszkań, w okolice spokojniejsze. Zamożniejsi opuszczają zupełnie miasto, w którem w ostatnim półroczu tyle popłynęło krwi i łez."



Odjeżdżali pociągiem z dworca kolejowego. Wraz z nimi dzieci, a wśród nich 16-letnia Rochel Frejman.



Na dworzec miał przyjść narzeczony, 21-letni Solomon Kaflowicz, syn Elijahu, mieszkający już wówczas w Białymstoku.


Ale nie pojawił się, a Rochel nie dowiedziała się dlaczego. Frejmanowie dopłynęli do Nowego Jorku, a później przenieśli się do Chicago.

Solomon nie mógł dotrzeć na białostocki dworzec z ważnego powodu. Został zatrzymany przez policję (traf chciał, że obowiązywała godzina policyjna) i aresztowany. Parę miesięcy później zjawił się jednak w Nowym Jorku i sobie znanymi sposobami dowiedział się, że w poszukiwaniu Rochel musi udać się do Chicago. Dystans pomiędzy miastami pokonał na motorze.

Ślub odbył się w roku 1909 w Chicago. Oboje dożyli sędziwych lat. Solomon (Sam) zmarł w roku 1977, a Rochel (Rae) w roku 1983.  Pochowani są w Palm Springs w Kaliforni.

 ***

Dziękuję Dennisowi za zgodę na publikację zdjęć. Richardowi i Dennisowi za korespondencję, wymianę informacji i przyjazd do Białegostoku. To była prawdziwa przyjemność móc odkrywać przykryte kurzem karty historii i pokazywać Wam ważne dla was miejsca.

Dziękuję Annie Kraśnickiej za szybką konsultację telefoniczną w sprawie Żydów bielskich i cmentarza, Wiesławowi Wróblowi za wszelkie informacje, w szczególności dotyczące nieruchomości przy ulicy Lipowej w Białymstoku, Doroteuszowi Fionikowi za wskazanie odpowiednich artykułów w "Bielskim Hostińcu" oraz Joannie Sadowskiej za odpowiedź w sprawie źródeł historycznych dotyczących powojennych losów Żydów białostockich.