piątek, 25 grudnia 2009

"Polesie Wołyńskie pod okupacją niemiecką" Henryka Garbowskiego

Zachęcony książką Henryka Garbowskiego "Urok Wołynia i czar Polesia", opisującą między innymi okolice Tomaszgrodu na Wołyniu przed II wojną światową oraz podczas pierwszej okupacji sowieckiej, postanowiłem dotrzeć do kolejnej pozycji tego autora.

"Polesie Wołyńskie pod okupacją wołyńską" dzieli się na dwie główne części. W pierwszej z nich autor opierając się na własnych przeżyciach oraz powojennych relacjach innych osób, opisuje stopniowe pogarszanie się stosunków pomiędzy ludnością polską i ukraińską za okupacji niemieckiej aż do nagłego wybuchu działań eksterminacyjnych wobec ludności polskiej. Część druga pisana jest z perspektywy członka oddziału partyzanckiego. Wstąpienie do oddziałów partyzanckich na terenach Wołynia dla wielu osób narodowości polskiej było koniecznością i szansą na uratowanie życia.

Książka jest doskonałym dokumentem ukraińskich działań eksterminacyjnych wobec ludności polskiej w okolicach Klesowa, Tomaszgrodu, Sarn, Rokitna. Dla mnie ważne były świadectwa dotyczące miejscowości Tomaszgród, w której w latach 1940-1943 pomieszkiwała rodzina mej prababci. Oprócz zarysowania stosunków społecznych w poszczególnych miejscowościach regionu, jest również wiele świadectw "działalności" sotni ukraińskich:

"Około 15 listopada 1942 roku w nocy ktoś zapukał do domu Edwarda Walczaka. Mieszkał on przy kościele w Tomaszgrodzie. Dawniej był ogrodnikiem u Kazimerza Szyczewskiego. Grożąc użyciem broni dwóch uzbrojonych weszło do mieszkania. Rozmawiali po ukraińsku. Kazali Walczakowi ubrać się - miał ich poprowadzić. Walczak pożegnał się z żoną i dziećmi. Przed domem na ulicy stało kilku uzbrojonych. Poszli w kierunku Jelna. Walczak do domu nie wrócił. Zabili go przy rozwidleniu dróg do Jelna w pobliżu Lado."

"Uczciwi Ukraińcy, znając politykę nacjonalistów, uprzedzali Polaków, aby uciekali ze wsi, gdzie mieszka większość Ukraińców. Jedna z pierwszych uciekła ze wsi Tomaszgród żona Edwarda Walczaka z dwojgiem dzieci do stacji kolejowej Tomaszgród. W ślad za nią uciekły dalsze polskie rodziny. Ludność naszych wsi żyła w ciągłym strachu. Obawiała się hitlerowców i nacjonalistów ukraińskich. Poprzez rodziny spokrewnione z Ukraińcami doszły do Lada wiadomości, że we wsi Tomaszgród zorganizowano sotnię nacjonalistów ukraińskich."

"Polacy z okolicznych wsi i kolonii ukraińsko-polskich uciekali do czysto etnicznej wsi polskiej Łomsk i w pobliże stacji kolejowej Tomaszgród. Członkowie sotni z Tomaszgrodu podchodzili do tych miejscowości. Uprowadzili i zamordowali w folwarku Szyczewo Stanisława Godlewskiego."

To tylko skromny wycinek cytatów z książki. Pozycja zawiera wiele nazwisk ludzi mieszkających w okolicach, działających w partyzantce, wysługujących się okupantowi, ludzi którzy padli ofiarą czystek. Śladów dotyczących przebywania w okolicy stacji kolejowej Tomaszgród rodziny mojej prababci w książce nie odnalazłem. Tak czy inaczej, jest pozycją cenną dla osób zainteresowanych wydarzeniami lat okupacji niemieckiej na opisywanym przez autora terenie.

Henryk Garbowski
"Polesie Wołyńskie pod okupacją niemiecką"
Wydawnictwo von Boroviecky
Warszawa 2003

wtorek, 22 grudnia 2009

Książka Sosenki i Pani Łyżeczki

Napiszę parę słów o książce niezwykłej. Dla mnie niezwykłej. Wydały ją bowiem pod pseudonimami artystycznymi dwie blogerki, znane z platformy salon24.pl, na której i ja przez dwa lata z okładem prowadziłem bloga, wybierając w końcu rok temu obecne miejsce w samotni internetowej.

Tytułem podsumowania, jako że za parę dni minie rok, gdy zamieściłem w salonie24.pl swój ostatni tekst. Była to i jest nadal, choć w nieco zmienionym kształcie bardzo ciekawa witryna. Blogi prowadziły tam bowiem zarówno osoby znane publicznie o poglądach różnorakich, od lewa do prawa, jak i amatorzy. Powstały wielorakie długo- i krótkotrwałe mikrospołeczności internetowe, spotykające się między sobą, organizujące różnego rodzaju akcje, a przede wszystkim powstała znakomita platforma wymiany poglądów, racji, komentarzy. Okazało się przy okazji, że blogerzy amatorzy potrafią z o wiele większą zaciętością drążyć tematy, które dziwnym trafem nie pojawiają się w wysokonakładowej prasie, nie mówiąc już o radiu i telewizji.

Choć nie istnieję już w przestrzeni salonu24.pl, nadal bardzo chętnie na nią zaglądam, nadal podczytuję blogi różnego rodzaju, gdyż drugiej takiej platformy w internetowej przestrzeni związanej z naszą polską rzeczywistością nie ma. (Choć na salonie24.pl prowadzą blogi osoby z całkiem różnych stron świata.)

W listopadzie otrzymałem książkę wydaną przez Sosenkę i Panią Łyżeczkę, które w salonie24.pl pojawiły się w 2007 roku. Prawie od początku stałem się wiernym czytelnikiem ich blogów. Wydawało mi się więc, że książka z wyborem tekstów blogowych nie będzie aż tak ciekawa, dla kogoś, kto treści zamieszczone w niej zna od dłuższego czasu. Myliłem się. Obie autorki "namieszały" bowiem, wydając książkę. Przede wszystkim zniknął porządek chronologiczny znany z bloga, nie ma też w książce, co dla mnie zupełnie zrozumiałe, komentarzy od czytelników. A co najważniejsze czytając książkę przeżyłem niejedną niespodziankę.

Rozpocząłem od części napisanej przez Sosenkę. Książkę bowiem da się czytać w obie strony. Okładki tej książki, zależnie od tego, jak położymy ją na biurku, zawsze prowadzą nas w świat bloga albo Sosenki, albo Pani Łyżeczki. Końce obu historii znajdują się zaś w środku książki.

Sosenka podzieliła swoją opowieść na kilka części tematycznych. Jej blog bowiem jest wielowątkowy. Pamiętam, gdy rozpocząłem jego czytanie w połowie roku 2007, zachwyciły mnie teksty związane z wędrowaniem po górach, typami schroniskowymi spotykanymi na szlaku, na przystankach PKS i w wiejskich sklepach. Zbliżało się lato i tym latem z blogu Sosenki powiało. Ale potrafi ona zmienić tematykę na bardziej frywolną, opowiadając o swoich wycieczkach z przyjaciółmi Adamem i Izą, gdzie wyróżnikiem opowiadanych historii jest humor, często absurdalny, śmiech, radość i niecodzienne śmieszne zdarzenia (Gang Olsena?) Lubię historie adamowo-izowe, ale najbardziej pociągają mnie w blogu Sosenki wspomnienia z przeszłości, zarówno gdy pisze o starym Wrocławiu, jak i przywołuje wspomnienia ludzi, którzy są świadkami dawnej historii. Tak a propos, Sosenka zajmuje się profesjonalnie dziennikarstwem i niektóre z historii, o których tylko napomyka na swoim blogu można później odnaleźć w artykułach zamieszczanych w różnych czasopismach. Niespodzianką, na którą wcześniej nie zwróciłem uwagi, czytając bloga w internecie było odkrycie, że Włoszka, bohaterka jednego z artykułów Sosenki, za który otrzymała nawet nagrodę, jest mamą Ryśka, gospodarza Barysiówki, opisywanej nie raz na blogu.

Czego mi zabrakło w książce? Pamiętam, że magnesem przyciągającym mnie do blogu Sosenki były jej wspomnienia rodzinne. Znałem dalszy ciąg niektórych jej opowieści blogowych o tej tematyce z artykułów w Rzeczpospolitej, czy Niezależnej Gazecie Polskiej. W wydaniu książkowym ich nie znalazłem. Może dlatego, że kiedyś wyjdzie jeszcze inna książka? Tego nie wiem.

I ostatnia rzecz. Dwukrotnie czytając część sosenkową książki, natknąłem się na swoje nazwisko. Sosenka bowiem zmodyfikowała częściowo niektóre notki, podrasowując niektóre (podobnie uczyniła zresztą Pani Łyżeczka), a w niektórych zmieniając treść, odnosząc się w ten sposób do komentarzy oraz korespondencji z czytelnikami w trakcie pisania bloga. Blog bowiem jest bardzo elastycznym instrumentem, gdzie interakcja między piszącym, a czytającym odbywa się często on-line. Za te wzmianki dziękuję.

Blog Pani Łyżeczki zacząłem czytać trochę później. Przeczytałem jedną notkę i poczułem, że muszę przeczytać wszystkie wcześniejsze. O ile Sosenka jest obieżyświatem piszącym o otaczającym nas bliżej lub dalej świecie (mocno generalizując), o tyle Pani Łyżeczka wprowadza nas w swój domowy świat, świat matki pracującej, cieszącej się życiem (Tak, wiele tu bowiem radości.), wychowującej trójkę dzieci. O sile tego pisania świadczy wrażliwość autorki oraz wartości, jakim hołduje. Gdy bowiem czytam o dworku dziadków, do którego przyjeżdżało się na wakacje, o ostatnim dniu pierwszego mężczyzny (dziadka) w życiu Pani Łyżeczki, o codzienności wypełniającej życie dworku, o Marcie, i historii nadania tego imienia, o spacerach z mamą po Poznaniu, czuję, że tak, to jest to, o tym warto pisać i to warto czytać.

Część Pani Łyżeczki podzielona została nieco inaczej. Na pory roku, choć ostatnia część, zatytułowana została "Poza czasem". Dla mnie świat opisywany przez Panią Łyżeczkę stanowi taką właśnie krainę bajkową, idealną. Abstrahuję tutaj od codzienności, tak obecnej w jej notkach. Chodzi mi o takie wartości, jak pamięć o bliskich. Cmentarz oraz album ze starymi zdjęciami, listy dawno nie czytane stanowią istotną część tego świata. Chodzi mi o przyjaźń, o której tak pięknie Pani Łyżeczka pisze w notce "Droga przez las nie jest długa, jeśli idziesz odwiedzić przyjaciela". Chodzi mi o dzbanek z herbatą na stole i lampę zawieszoną nad stołem, symbole bliskości i ciepła.

Gdybym miał wskazać, czego mi w tej części książki brakuje, to na pewno wskazałbym brak notek z tegorocznych wyjazdów do miejsc związanych z przodkami.

Aha, część Pani Łyżeczki urozmaicona została rysunkami Katarzyny Samulskiej. Rysunki te znakomicie oddają klimat bloga moim zdaniem. Najbardziej podobał mi się ten, przedstawiający matkę tulącą dziecko.

I jeszcze jedno. Do książki dołączona została zakładka. Często, gdy towarzyszy książce ma formę dodatkowego gadżetu, który przeszkadza i często zostaje zawieruszony gdzieś tam. Tutaj zakładka jest integralną częścią książki. Zawiera krótkie biogramy obu autorek oraz słowo wstępne od założyciela witryny salon24.pl, Igora Janke. Świetnie pomyślana rzecz.

"Gdy świat jest domem" Blog Sosenki
"Gdy dom jest światem" Blog Pani Łyżeczki

Wydawnictwo blogerów
Umedia.pl Sp. z o.o., 2009

niedziela, 13 grudnia 2009

Księgi metrykalne parafii w Kiekrzu z drugiej połowy XIX wieku

Poszukując aktu urodzenia pradziadka Józefa Paczkowskiego (ur. 1888 w Krzyżownikach, obecnie dzielnica Poznania), wypożyczyłem do przejrzenia mikrofilm z parafii rzymskokatolickiej w Kiekrzu. Mikrofilm dość obszerny, gdyż obejmujący księgi zgonów z lat 1869-1887, księgi małżeństw z lat 1854-1908 oraz księgi urodzeń z lat 1867-1901. Nie sądziłem, że do tak wielu zaskakujących informacji się dogrzebię.

Mikrofilmu nie udało mi się przejrzeć w jeden dzień. Po pierwsze - zawierał zbyt wiele akt metrykalnych, po drugie - księgi parafii Kiekrz w drugiej połowie XIX wieku nie posiadały indeksów, więc każdy akt trzeba było indywidualnie przeglądać, po trzecie znowu, z łaciną, w którym to języku prowadzone były księgi, zetknąłem się po raz pierwszy w trakcie mych poszukiwań genealogicznych. Potrzebowałem więc trochę czasu, aby oswoić się z zapisami w tym języku, a że osoba prowadząca księgi pisała, jak przysłowiowa kura pazurem, nie zdążyłem przejrzeć wszystkich akt urodzeń. Utknąłem na roku 1877, a lata poprzedzające zostawiłem sobie na kolejny dzień.

Odnalazłem akt urodzenia mego pradziadka Józefa. Jak również wiele akt urodzeń i zgonów jego braci i sióstr. Potwierdziło się, że ojciec Józefa, Wawrzyniec Paczkowski był młynarzem. I to jest ciekawe. Być młynarzem na wsi w XIX wieku, według mojej wiedzy, oznaczało przynależność do bogatszej części mieszkańców. Jeśli się jednak spojrzy na akta urodzenia dzieci Wawrzyńca Paczkowskiego i Katarzyny Urbaniak, wśród rodziców chrzestnych dominują biedni włościanie (łac. colonus) oraz wyrobnicy (łac. operarius). Prześledźmy to dokładnie.

Pierwszym dzieckiem Wawrzyńca i Katarzyny była Marianna Paczkowska (1879-1883), a jej rodzicami chrzestnymi Wawrzyniec Anioła - ubogi włościanin z Krzyżownik oraz Marianna Urbaniak - uboga włościanka z Dąbrowy. Kolejne dzieci to: Jan Paczkowski (1880-1880), rodzice chrzestni: Wawrzyniec Anioła - pracownik najemny z Jeżyc oraz Józefa Handschuch - karczmarka z Głuchowa; Franciszka Paczkowska (1881 - ?), rodzice chrzestni: Antoni Janicki - ubogi chłop ze Strzeszynka oraz Józefa Handschuch z Jeżyc; Marianna Paczkowska (1883 - ?), rodzice chrzestni: Kacper Urbaniak - pracownik najemny z Łagiewnik koło Kościana oraz Józefa Szayka - pracownica najemna z Krzyżownik; Katarzyna Paczkowska (1884 - ?), rodzice chrzestni: Wawrzyniec Anioła - ubogi chłop z Krzyżownik, Zuzanna Jankowska - uboga włościanka z Krzyżownik; Stanisław Paczkowski (1886 - ?), rodzice chrzestni: Mateusz Jankowski - ubogi chłop z Krzyżownik oraz Agnieszka Jankowska - uboga włościanka z Lussowa; Józef Paczkowski (1888-1943), rodzice chrzestni: Mateusz Jankowski - ubogi chłop, Marianna Anioła z Krzyżownik; Franciszek Paczkowski (1890 - ?), rodzice chrzestni: Ignacy Urbaniak z Dąbrowy, Magdalena Jankowska z Krzyżowników; Jan Paczkowski (1892-?), rodzice chrzestni: Jan Paczkowski z Rogierówka, Marianna Anioła z Krzyżownik.

Czy Wawrzyniec w jakiś sposób wybił się materialnie spośród rodziny, czy też młynarstwo nie oznaczało w tamtym miejscu i czasie wyższego statusu materialnego?

Analizując księgi małżeństw miałem wielką nadzieję na odnalezienie aktu zawarcia małżeństwa Wawrzyńca Paczkowskiego i Katarzyny Urbaniak, zakładając oczywiście, że panna młoda pochodziła z parafii Kiekrz. Jakież jednak było moje zdziwienie, gdy w roku 1877 odnalazłem akt zawarcia małżeństwa Wawrzyńca Paczkowskiego i Katarzyny Gaworzowskiej, obojga z Krzyżownik. Biorąc pod uwagę to, że w latach późniejszych na żadnego Wawrzyńca Paczkowskiego, poza mężem Katarzyny Urbaniak się nie natknąłem, utknąłem przed poważną zagadką. Mogło być tak, że Wawrzyniec Paczkowski i Katarzyna Gaworzowska pozostali bezdzietnym małżeństwem, a poszukiwany przeze mnie akt zawarcia małżeństwa Wawrzyńca Paczkowskiego i Katarzyny Urbaniak znajduje się w innej parafii. Tu uwagę moją zwróciła miejscowość Dąbrowa, z której większość osób o nazwisku Urbaniak, a jednocześnie rodziców chrzestnych dzieci Wawrzyńca i Katarzyny pochodziła. Dąbrowa zaś to najprawdopodobniej niedaleka miejscowość należąca do parafii Skórzewo.















Sprawę wyjaśniłem dopiero, gdy po raz kolejny zasiadłem do studiowania wspomnianego mikrofilmu. Cofnąłem się do ksiąg zgonów i w roku 1877 odnalazłem akta zgonów trzech osób: Marcina Gaworzowskiego, 47 lat, karczmarza, męża Katarzyny Urbaniak oraz dwójki ich dzieci: Józefy i Józefa. Musiał to być ciężki rok dla Katarzyny, w lipcu straciła męża (umiera na zapalenie płuc), na początku października ponad roczną córkę Józefę (umiera na chorobę gardła), a w drugiej połowie października czteroletniego syna Józefa (umiera na puchlinę wodną). Rok po serii dramatów życiowych, Katarzyna poślubiła mojego prapradziadka Wawrzyńca.

Z pierwszego małżeństwa Katarzyny odnajduję jeszcze akt urodzenia syna Andrzeja (1874). Nie natknąłem się ani na akt urodzenia najstarszego syna Józefa, zmarłego w 1877 roku, ani na akt zawarcia małżeństwa Marcina Gaworzowskiego i Katarzyny Urbaniak. Być może znajdują się w księgach parafii Skórzewo.

niedziela, 8 listopada 2009

Coś o Tomaszgrodzie

Na szlakach moich zainteresowań genealogicznych znajduje się niewielka miejscowość Tomaszgród koło miasta Sarny na Polesiu Wołyńskim. Na stacji kolejowej Tomaszgród wysiadła bowiem moja prababka Agata z dziećmi w marcu lub kwietniu 1940 roku, uchodząc z Pińska, przed prawdopodobną zsyłką na Syberię. Sprawa tej zsyłki i ucieczki z miasta jest do dziś dla mnie niejasna. W każdym bądź razie w baraku położonym w lesie, nieopodal stacji Tomaszgród, prababcia mieszkała wraz z dziećmi do 1943 roku. Opuściła zaś to miejsce i zamieszkała w Sarnach tuż przed planowaną akcją eksterminacyjną UPA. W nieodległej miejscowości Ubereż (najprawdopodobniej) mieszkała zaś szwagierka mojej prababki Antonina.

Właśnie przeczytałem książkę Henryka Garbowskiego, pt. "Urok Wołynia i czar Polesia", o tyle dla mnie ciekawą, że autor pochodzi z miejscowości Lado, leżącej nieopodal Tomaszgrodu i tereny swych rodzinnych okolic w książce opisuje.

"Polesie Wołyńskie obejmowało północne powiaty województwa wołyńskiego: kostopolski, koszyrski, kowelski, lubomelski i sarneński. Są to tereny płaskie, o dużych połaciach błot, łąk i lasów. Przecinają je wpadające do Prypeci rzeki. Spław możliwy był tylko w miesiącach wiosennych i jesiennych. W okresie lata wody znacznie opadają. Rzeki i jeziora są bardzo rybne. Były tu niegdyś bardzo duże osady bobrów. Na terenach nizinnych, wzdłuż rzek, na grubych warstwach torfu ciągnęły się duże łąki. Podobne łąki kośne były w moim regionie. Trzymały się rzeki Lwy od wsi Tomaszgród po wieś Jeziory. Łąki te Poleszucy nazywali hała - od miejscowego żargonu - czarny torf. Dużo terenów było bagnistych, bezludnych, o mokrym podłożu i dnie piaszczystym. Rosły na nich na wielu połaciach bujne trawy i karłowate drzewa. Na kępach rosło moc żurawin. Na terenach nizinnych ciągnęły się połacie białego bagna przeplatanego gęstymi krzewami nazywane przez Poleszuków "draposztany" - szarpacze spodni. Tylko w powiecie sarneńskim było około 1200 kilometrów kwadratowych bezludnych obszarów bagiennych."

Mój pradziadek, Stefan Stępień, pochodził z miejscowości Bardo na kielecczyźnie, jednakże ożenił się w Pińsku w latach 20-ych XX wieku. Na Polesiu Wołyńskim zaś, w Sarnach, Ubereżu i innych miejscowościach, mieszkali jego bracia, mama i siostry. Do dziś zagadką dla mnie pozostaje, jakiego typu była to migracja. Przypuszczam, że mogło to być osadnictwo wojskowe, jak bowiem pisze Henryk Garbowski:

"Na terenach powiatu sarneńskiego osiedlono dużo byłych żołnierzy zawodowych Wojska Polskiego - w większości legionistów."

Książka składa się z dwóch części. W pierwszej autor przedstawia między innymi historię Wołynia, informacje o ludności, bogactwach mineralnych, rodzinach magnackich, zabytkach i czyta się ją dość ciężko.

Ciekawiej zaczyna się, gdy zapoznajemy się z małą ojczyzną autora, widzianą jego oczami. Tu opowieść przeplatana jest anegdotami, opisem zabobonów, zwyczajów, świąt, zapełniana konkretnymi ludźmi i zdarzeniami. Przedstawiona jest również zwięźle historia Tomaszgrodu.

"Region, w którym osiedlił się mój ojciec w 1888 roku należał do posiadłości książąt dąbrowickich Holszańskich-Dubrowickich. Po nich południową częścią władali Czetwertyńscy. Oni w 1788 roku zbudowali we wsi Sechy drewnianą cerkiew pod wezwaniem Jana Bohosława. Cerkiew ta istnieje po dzień dzisiejszy. Wieś tę w późniejszym czasie nazwano Tomaszgród. Kolejnym władcą ziemi dąbrowickiej był hrabia Ignacy Plater. Południowa część jego majątku w formie wiana córki przeszła na zięcia, z wsiami: Jelno, Kręta Swaboda, Ośnick i Tomaszgród. Majątkiem nie interesował się, przebywał często w miastach i wpadł w poważne długi. Około 1817 roku sprzedał majątek przybyłemu prawdopodobnie z Podlasia szlachcicowi Szyczewskiemu.

Nowy władca majątku ziemskiego zbudował duży dwór, przy nim w 1919 roku drewniany kościół pod wezwaniem świętego Stanisława Szczepanowskiego. Parafia Tomaszgród została wydzielona z parafii Olewsk, która po 1920 roku pozostała poza granicami państwa polskiego. W części parafii Olewsk po stronie polskiej zbudowano w 1926 roku kościół w Rokitnie."

"Około 1902 roku zbudowano państwową kolej żelazną od stacji Kijów-Olewsk-Rokitno-Tomaszgród (stacja)-Klesów-Straszów-Sarny. Po pewnym czasie zbudowano kolej żelazną od stacji kolejowej Tomaszgród-Lado-Jelno-Jeziory-Podpał. Tę zbudowano do eksploatacji drewna i siana.

Szyczewski podzielił swój majątek na dwóch synów. Syn Stanisław pozostał przy rodzicach. Otrzymał część zachodnią ze wsią Tomaszgród. Drugi syn, Józef otrzymał część wschodnią.

"Stanisław Szyczewski - właściciel majątku Tomaszgród, będąc w starszym wieku, podzielił swój majątek na dwie części. Część zachodnią dał córce Marii, która wyszła za mąż za Adolfa Bohusz-Szyszkę. Zbudował jej dwór w pobliżu stacji kolejowej Tomaszgród i młyn parowy. Młyn ten wydzierżawił Josiowi Negel. Bohusz-Szyszko był senatorem kilka kadencji. Miał nawet samochód osobowy.

Synowi Kazimierzowi pozostawił część wschodnią z dworem i młynem wodnym w Tomaszgrodzie. Młyn wydzierżawił Josiowi Negel. Córka Wiktoria wyszła za mąż za Suzina i zamieszkała w Warszawie. Ponownie wyszła za mąż za generała Kędzierskiego w Poznaniu."

Tego typu pozycje, opowiadające o małych ojczyznach, są niezwykle cenne dla genealogów amatorów. Monografie regionów, miast, obejmują zwykle większy wycinek historii oraz szerszy zakres terytorialny. Często są pozbawione stosunku osobistego i emocjonalnego do przedmiotu opisu. We wspomnieniach, jak to ma miejsce w książce Garbowskiego jest inaczej. Można, jeśli opis jest barwny i szczegółowy odczuć choć częściowo bliskość miejsca, gdzie mieszkali kiedyś przodkowie.

Książka kończy się krótkimi rozdziałami opowiadającymi o sytuacji w rejonie Tomaszgrodu po rozpoczęciu II wojny światowej oraz za okupacji sowieckiej. Jednakże ten najbardziej interesujący mnie okres został potraktowany dość lakonicznie. Na pewno zajrzę do drugiej pozycji tegoż autora, opisującą Polesie Wołyńskie za okupacji niemieckiej po czerwcu 1941 roku.

Henryk Garbowski
"Urok Wołynia i czar Polesia"
Wydawnictwo von boroviecky, 2003.

piątek, 9 października 2009

Mizar w Kruszynianach

Podlasie ma do zaoferowania prawdziwie egzotyczne wrażenia. Jest to jedyny dziś obszar w Polsce, na którym znajdują się ślady osadnictwa tatarskiego sprzed wieków. Jego początki w miejscowościach Bohoniki, Kruszyniany, Malawicze Górne, Łużany i Drahle sięgają 1679 roku. Wtedy bowiem król Jan III Sobieski postanowił zlikwidować zatarg pomiędzy Tatarami służącymi w wojskach koronnych i litewskich od 1674 roku, a Rzecząpospolitą. Na mocy przywilejów wydanych indywidualnie dla każdego rotmistrza w Grodnie, 12 marca 1679, roku osadzono ich (rotmistrzów oraz żołnierzy z rotmistrzowskich oddziałów) we wsiach ekonomii królewskich - brzeskiej, kobryńskiej i grodzieńskiej, w tej ostatniej nad Łosośną.

Dziś już zabytkowe meczety istnieją tylko w Bohonikach i Kruszynianach. Osobiście polecam raczej Bohoniki. Znajdują się bardziej na uboczu i gdy zajechać tam o odpowiedniej porze, można zostać oprowadzonym przez panią opiekującą się meczetem po jego wnętrzu oraz wysłuchać opowieści o historii i zwyczajach Tatarów.

Kruszyniany zaś bardzo "zwarszawiały" w ciągu ostatnich lat. Turystów oblegających meczet w dni wolne od pracy i pogodne multum. Podobnie jest zresztą na nieodległym cmentarzu, z którego fotografie prezentuję poniżej.

Warto także odwiedzić muzeum prezentujące eksponaty kultury tatarskiej w Sokółce.

Wiedzę o początkach osadnictwa tatarskiego na Podlasiu czerpałem z broszury, pt. "Śladami Tatarów polskich" pod redakcją Joanny Sokólskiej i Henryka Leńca, wydanej w Supraślu w 1994 roku w trzech językach: polskim, angielskim i arabskim.





























































wtorek, 6 października 2009

Ulica Grunwaldzka w Białymstoku

Gdy przyjechałem do Białegostoku ponad 12 lat temu z drugiego końca Polski, wywoływał we mnie ambiwalentne uczucia. Z jednej strony mało efektownych zabytków, dominujące w krajobrazie osiedla mieszkaniowe z czasów PRLu, szerokie połacie ziemi zabudowane budynkami ni to hurtowni, ni to składów. Z drugiej drewniane, przedwojenne budownictwo poza ścisłym centrum.

Mój Białystok tamtych czasów to przede wszystkim Nowe Miasto, a więc przedmiejskie rubieże, szybko zabudowywane w latach 90-ych nowymi osiedlami bloków mieszkaniowych. Nowe Miasto jednak składa się również z dawnych terenów przedmiejskich, zabudowanych niegdyś parterowymi domami drewnianymi, np. pomiędzy ulicami Żeromskiego, a Kawaleryjską. Do centrum jeździłem często ulicą Wiejską, której zabudowa po prawej stronie składała się wtedy w większości z drewnianych starych domów. Pamiętam, że jeszcze przy Legionowej, w otoczeniu dziesięciopiętrowców stała drewniana, waląca się chałupa.

Bojary, dawne Chanajki czyli okolice ulic Młynowej, Angielskiej, Kijowskiej poznałem dużo później. Polubiłem ten stary Białystok, nie przypominający miast zachodniej Polski o architekturze murowanej, niemieckiej. Białostoczanie, których spotykałem na swej drodze w większości nie podzielali mych upodobań.

Tu w Białymstoku nauczyłem się peklować mięso. Zacząłem wozić je do wędzarni rozlokowanych właśnie w resztkach tych dawnych drewnianych dzielnic Białegostoku. Zobaczyłem wtedy jak popularne są tutaj swojskie wędliny, jakie kolejki przed Bożym Narodzeniem ustawiają się przed, z dala pachnącą dymem, wędzarnią przy malowniczej ulicy Staszica na Bojarach.

Po dwunastu latach widzę, jak szybko odchodzi ten dawny Białystok. Przy ulicy Wiejskiej większości starych domów już nie ma. W okolicach Młynowej będzie Opera i Filharmonia Podlaska, co oznacza koniec dawnych Chanajek. Miejsca drewnianych chałupek z ogródkami zajmują nowoczesne apartamentowce. Białystok traci dotychczasową duszę, a jaka będzie przyszła, któż to wie?

Ulica Grunwaldzka, której wiosenne zdjęcia poniżej zamieszczam, leżała obok biednych Chanajek i powstała na przełomie XVIII i XIX wieku. Pewnie niedługo zmieni się nie do poznania.




































































P.S. Osoby pamiętające ulicę Grunwaldzką z lat przedwojennych lub już powojennych oraz te, których korzenie sięgają tego miejsca proszone są o kontakt z autorem poprzez komentarz lub e-mailem (adres w profilu).

piątek, 2 października 2009

Okolice Narwiańskiego Parku Narodowego

"Konopielka", dzieło propagandowe, mające piętnować rzekome zacofanie ludności mieszkającej gdzieś na podlaskich bagnach (Sama nazwa wioski - Taplary, wymyślona została, wydaje mi się, z pełną premedytacją), z rzeczywistością niewiele ma wspólnego. Przede wszystkim zachodnie Podlasie pod względem rolnictwa wysoko stoi. Tutaj też silna była świadomość narodowa w czasie drugiej wojny światowej (Partyzantka NSZ nigdzie nie miała tak mocnego podłoża, jak na Podlasiu), a ruch oporu bardzo dobrze rozwinięty. Poza tym w "Konopielce" Taplary miały leżeć gdzieś pomiędzy Rybołami, a Juchnowcem Kościelnym, na terenach, które bagnami od reszty świata bynajmniej odcięte nie są.

Same bagna to teren Narwiańskiego Parku Narodowego, położonego na zachód od linii Ryboły - Juchnowiec Kościelny. Bardzo lubię tam przyjeżdżać. Jest to park leżący najbliżej Białegostoku spośród wszystkich parków narodowych. W pogodny dzień końca tygodnia można wybrać się na wycieczkę rowerową szosą kruszewską w stronę wysadzonego podczas II wojny światowej mostu na Narwi. Gdy dojeżdża się wiosną do tego miejsca, rozciąga się przed oczami niesamowity widok na rozlewiska rzeki, pełen koloru słomy (jeśli jest to początek wiosny) lub wyzierającej spod koloru słomy zieleni, które rozbrzmiewają dźwiękami wszechobecnej przyrody.























































W okolicznych wioskach dużo drewnianych budynków i miejscowości te, wraz z otaczającymi je łąkami i lasami oraz wszechobecnymi kapliczkami i krzyżami przy skrzyżowaniach dróg, sprawiają wrażenie, jakby cywilizacja psująca horyzont bannerami reklamowymi, hałasem samochodowym, stacjami benzynowymi, budynkami hurtowni, barów, restauracji i hoteli nie dotarła tu. Ale to tylko złudzenie. Okolica wygląda jeszcze na nieskażoną, ale gospodarz, do którego zajeżdżam czasami po smaczne kiszone ogórki i kapustę chwali się, że kilka dni temu odjechał tir z towarem do Londynu, gdyż tamtejsze polskie sklepy zaopatrują się u niego. Wieś Kruszewo zresztą co roku organizuje "Dni ogórka kruszewskiego", a towar pochodzący z tej wsi zaopatrzony jest w logo - herb Kruszewa.

Jednym z mych ulubionych miejsc jest też Kurowo, już po drugiej, lewej stronie Narwi, gdzie w dworku z 1920 roku mieści się siedziba Narwiańskiego Parku Narodowego. Obok znajduje się urokliwa alejka świerkowa prowadząca do małej przystani. Z wieżyczki rozciąga się nostalgiczny aż po horyzont widok łąk nadnarwiańskich, a pooglądać z bliska, typowe dla rozlewisk Narwi otoczenie przyrody, można wybierając się na przechadzkę ścieżką dydaktyczną. Poniżej parę zdjęć wczesnowiosennych z takich właśnie przechadzek.












sobota, 12 września 2009

Zabytkowy jeżycki cmentarz w Poznaniu i garść nowych zagadek genealogicznych

Odwiedzając zabytkowy cmentarz parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa i św. Floriana na Jeżycach w Poznaniu, powstały w 1905 roku, miałem konkretny cel. W 1923 roku została na nim pochowana moja prababcia Józefa Paczkowska z Uzarków. Wiedziałem o tym, że jej nagrobek już nie istnieje. Informację taką podaje min. wyszukiwarka cmentarzy poznańskich. Nie znam dokładnie historii gałęzi rodziny Paczkowskich z Poznania, nie wiem więc, dlaczego nagrobek nie przetrwał. Faktem jest, że sam cmentarz przez 35 lat, od 1961 roku był zamknięty. Moim zamiarem były odwiedziny cmentarza oraz zasięgnięcie informacji o nagrobku w biurze cmentarnym.





















W wyszukiwarce cmentarzy poznańskich znalazłem ponadto inną informację, która mnie zafrapowała. Oto na tym samym zabytkowym cmentarzu, dnia 8 sierpnia 1918 roku pochowana została Katarzyna Paczkowska. Jej nagrobek, podobnie, jak nagrobek prababci Józefy nie istnieje. Rodzina mego pradziadka Józefa mieszkała w nieodległych Krzyżownikach (dziś dzielnica Poznania). Mogła więc tam mieszkać jego mama, a moja praprababka Katarzyna Paczkowska z Urbaniaków (O której nic więcej ponadto, że w 1914 roku mieszkała w Poznaniu, nie wiem), a skoro tak, to i na cmentarzu jeżyckim mogła zostać pochowana.

W księdze pochówków niestety informacji niewiele. O nagrobku Katarzyny Paczkowskiej nie wiadomo nic, poza tym, że był. Nagrobek Józefy Paczkowskiej zaś położony był według przedwojennego planu cmentarza w kwaterze IV, rzędzie 28. Rząd 28 odpowiada dzisiejszym rzędom 55 po prawej stronie kaplicy cmentarnej oraz 66 po lewej jej stronie. Jest tam parę starych nagrobków, które nie posiadają tablic nagrobnych lub też nagrobków z tablicami, których czytelność zatarł czas. Czy nagrobek prababci to któryś z niżej pokazanych, czy też zupełnie inny, trudno już dzisiaj orzec.



















 

















Pozostało udać się do kościoła parafialnego leżącego niedaleko rynku jeżyckiego, aby odszukać metryki zgonów Józefy i Katarzyny w księgach zmarłych.





















Niestety drugiej z szukanych metryk zgonu nie dane mi było zobaczyć. Parafia przechowuje księgi zmarłych od 1919 roku, a Katarzyna zmarła w roku 1918. Aby ostatecznie wyjaśnić czy to moja praprababka, czy też nie, konieczna więc będzie wizyta w archiwum.

***




















Wizyta w kościele pw. Matki Boskiej Bolesnej przy ulicy Głogowskiej w Poznaniu, jednym z dwóch kościołów, w których podczas II wojny światowej można było odprawiać posługę kapłańską w Poznaniu. W księdze zmarłych za rok 1943 metrykę zgonu mego pradziadka Józefa. Miałem już wcześniej odpis tej metryki, a jednak oglądając księgę zmarłych natknąłem się na kolejną poznańską zagadkę. W rubryce zawód ojca (czyli prapradziadka Wawrzyńca Paczkowskiego) wpisano młynarz. Kłóci się to z informacją, która zawarta jest w akcie ślubu pradziadka Józefa i prababci Józefy z Bottrop z 1914 roku, gdzie jako zawód ojca podano murarz. Jaka jest prawda?


środa, 26 sierpnia 2009

Pisarstwo Kąkolewskiego w lustrze Marty Sieciechowicz

Niektóre książki, tak fascynujące od samego początku, pochłaniamy w jeden wieczór, gdy nad innymi, również ciekawymi, ślęczymy dość długo. Na książkę Marty Sieciechowicz pt. "Potwór z Saskiej Kępy" miałem już chrapkę od czasu, gdy tylko dowiedziałem się o jej istnieniu. Pisarstwo Kąkolewskiego uwielbiam, a w książce Marty Sieciechowicz spodziewałem się znaleźć między innymi potwierdzenie wielu wątków autobiograficznych w książkach mistrza.

Nie pomyliłem się. Została napisana w formie wywiadu-rzeki z pisarzem, wywiadu skonstruowanego z różnych wypowiedzi pisarza drukowanych w przeszłości, pochodzących z dawnych programów filmowych, cytatów z jego książek, a także z bezpośredniej rozmowy autorki z pisarzem. Dość nietypowa forma, ale przeczytałem bardzo szybko. Wywiad złożony z różnych, wydawałoby się nieprzystających części był niezwykle spójny i ciekawy.

Książka podzielona jest na części tematyczne, z których dowiadujemy się między innymi o przodkach mistrza, a także o Suchedniowie, z którym w dużym stopniu związane jest jego życie. Kąkolewski barwnie opowiada o swoim debiucie pisarskim, o pracy reportera, o fascynacjach, o przyjaźniach z Wańkowiczem i Dygatem. Rozwija tematykę znaną już, czytelnikom jego książek, i wiąże ją ze swoją osobą bardziej niż dotychczas. Zabrakło mi tylko odniesienia do postaci Krusia i Milki w książce "W złą godzinę". W postaci Krusia podejrzewam alter ego autora. Dzieje się to przecież w 1946 roku po wojnie, Kruś nie ma ojca, podobnie, jak autor i wychowywany jest samotnie przez matkę. Młodzieńcza miłość między Krusiem i Milką została odmalowana z uczuciem, pasją, trudno nie przeżywać ich perypetii podczas czytania.

Najciekawsze wydały mi się wypowiedzi autora o początkach jego drogi pisarskiej, codziennej pracy i warsztacie. Wzbudzają refleksję nad tym, jak różne mogą być ścieżki prowadzące do pracy twórczej. Weźmy pod uwagę choćby losy Waldemara Łysiaka, Rafała A. Ziemkiewicza, Sergiusza Piaseckiego czy Brunona Schulza.

"Mnie tak często pytano na wieczorach autorskich o "przełomowy moment w Pana życiu", a wtedy mówię: "kiedy wstałem z kanapy i wziąłem się do pracy"; "no dobrze, ale inny przełomowy moment", "kiedy wziąłem się do pracy" itd. Wszystkie przełomowe momenty są niezmiernie szare, nieznaczące. To nie jest moment, kiedy człowiek się rzuca z mostu i wydobywa lub nie tonącą dziewczynę, jak to pięknie wymyślił Albert Camus, tylko to są momenty niezauważalne. Wola musi działać nie wtedy, kiedy dzieje się coś wielkiego, tylko coś bardzo małego. Największe bohaterstwa w człowieku rozgrywają się właśnie w chwilach niezmiernie nieefektownych. Można by przecież na użytek innych stworzyć wspaniały obraz bohaterskich chwil, że np., kiedy podczas oblężenia Warszawy waliła się sąsiednia kamienica i moja matka upadła na twarz, i się modliła, że wtedy stałem się pisarzem. Ale to nieprawda. Ja stałem się pisarzem w momencie, kiedy przezwyciężyłem ciężar własny."

"Wstaję na ogół między wpół do dwunastej a wpół do drugiej. Nie wiem, dlaczego, ale nie znoszę świtów. Może dlatego, że dawniej witałem świty po jakichś zabawach czy dancingach. Już do szkoły nie mogłem zdążyć i wpadałem przeważnie za profesorem na pierwszą lekcję. To było wpół do dziewiątej. Później był bardzo długi okres wstawania o wpół do jedenastej. Jeszcze później, kiedy wyzwoliłem się z wszelkich biurokratyzmów, tzn. z troski o ludzi, którzy czekali gdzieś na mnie (chodzi o pewien typ rozmówców, którzy narzucali godziny ranne), zaczęła się godzina dwunasta. Sypiam przeciętnie 9-10 godzin na dobę. Inni uznają to za dziwactwo, bo im wystarcza 6. Ale ja uważam, że to nie jest czas zmarnowany, bo sny mam bardzo ciekawe i wiele z nich mogę wykorzystywać w swojej pracy. Zresztą sny są po to, aby dawać rozrywkę, a nie żeby człowiek budził się z nudów. Wstaję, wypijam potwornie mocną kawę, sześć łyżeczek neski, albo bardzo mocną herbatę. Muszę wszystkiego brać bardzo silne dawki. Na nieszczęście dawniej pobierałem za silne dawki alkoholu, żeby, jak to mówił Jerzy Zieleński: "Wstawić się w stan". Wypijam więc herbatę i to jest jedyny moment, kiedy będąc zaspany i półprzytomny, mogę się zmusić do pracy. Po prostu moje drugie "ja" - anarchistyczne, niezależne, pogardliwe, ważniackie, które wiele lekceważy - poddaje się woli tego drugiego "ja", które nakazuje pracę. Wkręcam papier w maszynę i piszę - dwie do czterech godzin dziennie. Zawsze pracuję po wstaniu, kiedy mogę jeszcze się do pracy zmusić, bo inaczej wpadam w dobry humor i wszystko zostawiam."

Jest jeszcze wiele fascynujących fragmentów w tej książce, jak na przykład opis seansów z późniejszymi bohaterami reportaży, ale na powyższych dwóch fragmentach poprzestanę, zachęcając jedynie do przeczytania książki wszystkich tych, którzy z twórczością Kąkolewskiego się zetknęli i ją polubili. Zdecydowanie polecam również tym, którzy o Kąkolewskim nigdy nie słyszeli lub nie mieli okazji czytać jego książek.

piątek, 24 lipca 2009

Poluchowicze, Pińsk, żydowskie karczmy czyli refleksje ze "Wspomnień Wołynia, Polesia i Litwy" Kraszewskiego

Czytając Kraszewskiego "Wspomnienia Wołynia, Polesia i Litwy" miałem ambiwalentne odczucia. Z jednej strony książka to bardzo ciekawa, pokazująca w jaki sposób podróżowano w I połowie XIX wieku. Kraszewski, jeden z rodzimych pionierów reportażu z podróży, dość krytycznie ocenia w niej krajobraz przyrodniczy Polesia, wady ludzi ze wszystkich warstw społecznych, od możnowładztwa, po szlachtę i chłopstwo. Krytykowany jest sposób gospodarowania, ciemnota, wyzysk, brud, powierzchowność, zabobony. Relacja z podróży wydaje się dzięki temu żywa, a gawęda autora w znacznym stopniu prawdziwa.

Co mnie znużyło, to zbyt długie dygresje historyczne dotyczące odwiedzanych miejsc, choć muszę przyznać, że historia Wielkiego Księcia Witolda, opowiedziana przy okazji rozdziału o Łucku jest smakowita.

************************************************************************************

W dzisiejszych czasach królującej poprawności politycznej, nadwrażliwości na słowo antysemityzm, tresury medialnej, teksty XIX-wieczne oceniające stosunki pomiędzy tubylcami, a Żydami mogą szokować. A przecież skądś ta niechęć do Żydów w społeczeństwie musiała się wziąć. Dzisiejsze teksty mainstreamowe analizują tylko jedną stronę medalu. Warto jednakże sięgnąć do historii i świadectw sprzed wieku, dwóch. Przekonałem się o tym czytając "Pamiętniki włościanina" Jana Słomki. Przekonuję się, czytając następujące akapity u Kraszewskiego:

"[...]Nad drogi poleskie nie znam nic straszniejszego, chyba poleskie karczmy. Ach, wszystkie pięć zmysłów i drugie pięć, gdyby je miał człowiek, cierpiałyby męczarnię najwyrafinowańszą w tych jaskiniach swędu i niechlujstwa.

Już widzę, jak się podróżny z daleka cieszy, gdy mu powiedzą, że będzie wkrótce karczma. Wygląda on, niespokoi się - i widzi nareście światło z daleka przez okno pobite, pozaklejane, pozatykane. Stój! Dach się chyli, komin wali, wjazd zawalony błotem, stajnia bydłem, wozami i saniami. W izbie dymią okropnie fajki poleskie, słychać gwar głuchy pijackiej rozmowy. Pytasz o osobną izbę - Żydzi ci się w oczy śmieją.

Rad nierad, ciemno, późno, słota, wchodzisz do jedynej! Ach! Pod nogami twymi plączą się bachury, gęsi, kury, błoto; głowa twoja zawadza o lichtarz siedmioramienny, wiszący z pułapu i kapiący łojem, w nos twój zapach gorzałki, dymu fajek, swędu właściwego Żydom, kwasu, czadu, łoju, dziegciu, błota wpada i uderza; o uszy twoje gwar pomieszany beku dzieci, krzyku kur, kaczek, gęsi, Żydówek, brzęku kwart i pieśni chłopskich. Na dobitkę, w jednym kącie Żydzi rżną kozę wśród izby, w drugim spektor uczy dziecko ponuro powtarzając - Gecher! Uciekasz do alkierza! W alkierzu na betach i piernatach Żydzi mieszą bułki i łokszyn, wisi kołyska, stoi i stół kulawy, włóczy się kotka z kociętami, skaczą kozy po ławach, zawala drogę worek z owsem, w kącie śmierdzi rzepa i brukiew, a w drugim - leży kupa kartofli. Ani sposobu! - Gdzież ja będę nocował! - myśli biedny podróżny.

Żyd, jako bardzo przebiegły, wybiega naprzód do stajni zobaczyć, czym podróżny przyjechał. Od tego zależy przyjęcie.

Jeśli parą końmi, nie krytym wózkiem, a Żyd ma kilkaset rubli, traktuje podróżnego de puissance en puissance en égal, kładzie ręce w kieszenie, pluje, zapala fajkę (tu wszyscy Żydzi fajkę palą) i chodzi w czapce. Jeśli konie zaprzężone w szwarc - z trochę większą dystynkcją, jeśli jedziesz ze dzwonkiem - najwyższy respekt, jeśli masz kocz i brykę - wypędza chłopów i oczyszcza ci pierwszą izbę. Daje ci świecę chorą, leżącą na bok w lichtarzu, gospodyni zmiata stoły i ławy fartuchem, podłogę posypują piaskiem. Ale któż cię wybawi od całej historii naturalnej, wijącej się po ścianach, jakby naumyślnie do obserwacji, od smrodów, którymi już ściany przesiękły, od krzyku z sąsiedniej wylatującego izby bachurów, kotów, Żydów, spektora itd.

Nic obrzydliwszego na świecie nad karczmę poleską, nic podobniejszego do czyśca nad nocleg w niej, nic przy tym nudniejszego nad Żydów, jej mieszkańców, którzy pijawczanym sposobem, siedząc w każdej wsi, ssą chłopów, odzierają podróżnych i wypłacają się rozmaicie panom swoim, często dziedzicznie po lat 200 w jednej familii, jedną karczmę sobie podając.

Nic szkodliwszego przy tym dla gospodarstwa nad nich. Oni bliżej z wieśniakiem w stosunkach zostając, wiedzą o wszystkim, co on ma, każdy jego snopek policzony u nich, każda sztuka bydła zapisana w pamięci. Co tylko można za pół ceny wziąć w długu, to wezmą - zboże, bydło, aż do najdrobniejszych rzeczy, aż do ruchomości gospodarskich, które opilcy odnoszą wreście arendarzowi. Zważmy i chciejmy się przekonać o szkodach niezliczonych z zajęcia karczem przez Żydów; chciejmy nareście rzucić oczyma na swoje położenie i zrzucić to jarzmo ohydne. Co za osobliwszy wdzięk, co za czary mają Żydzi, że przy tylu niedogodnościach, tylu oczewistych krzywdach, siedzą wszędzie tak spokojnie?"

*************************************************************************************

Zdarzyło mi się też podczas czytania książki olśnienie. Zapoznaję się z rozdziałem o szlachcie osiadłej w Sernikach na Polesiu:

"Myślałem wtedy o tej dziwnej osadzie, o jej obyczajach i życiu tak nędznym, które łatwo poznać z samego ich ubrania. Najbogatsi Machnowicze, z których jeden piastował dostojny urząd kluczwójta, a spadek po nim niedawno żwawe obudził spory, reszta, mnogie rodziny Sernickich, Poluchowiczów, Dubinów, Szołomyckich, Szuszków, Boryczewskich, Kudernickich itd. żyją ze swoich zagonów, z najmu na czółna, do kośby i żniwa w okolicy. Przy całym tym ubóstwie jest w nich jednakże rodzaj dumy, który ich od chłopów odróżnia. Krój nawet ubioru mają odmienny. Wprawdzie siermięgi Sernickich są białe, jak u chłopów, ale mają niby kształt kapot, kołnierze małe innym krojem, pasy nie czerwone, ale czarne, na nogach łapcie takież, jak noszą wieśniacy, leczy przy nich często rzemyki zastępują sznury. Szlachcianki chyba w wielkie święta gorset i trzewiki kładną i to nie wszystkie, zresztą ich ubiór niczym od chłopianek się nie różni."

Zaraz, zaraz - pomyślałem sobie. Przecież brat mojej prababci z Pińska, Agaty, Jan Szczerbaczewicz ożenił się z Zinaidą Poluchowicz. Przecież Pińsk niedaleko Sernik. Dzięki internetowi nawiązałem kontakt najpierw z panem Jerzym, a później z panem Janem, dysponującymi wielką wiedzą na temat rodu Poluchowicz. Muszę im w tym miejscu podziękować za uzyskane informacje. Okazuje się, że nie sposób bez dokładnych danych ustalić pokrewieństwa między Poluchowiczami. 80% mieszkańców Sernik, czyli około 3000 ludzi nosi dziś nazwisko Poluchowicz. A na Polesiu pińskim jest to najczęściej występujące nazwisko.

*************************************************************************************

Bardzo chciałem poznać, co Kraszewski napisze o Pińsku. Okazało się, że znane mi już cytaty z Kraszewskiego u Kolberga, czy w przewodniku Grzegorza Rąkowskiego po Polesiu stanowią rdzeń rozdziału. Ale warto je tu na zakończenie przypomnieć. Takiego Pińska już nie ma.

"Nareście zbliżamy się do Pińska, gwiazdy swoich okolic, miasta, które z Białym i Czarnym Morzem ma związki, siedzącego jak Żyd bankier na wielkim gościńcu, po kolana w błocie, na worku soli, z trzosem rubli. Z daleka naprzód pokazuje się wieża eks-jezuickiego kościoła. Jedziesz po piasku, oglądasz się; sterty, karczmy, topole, z daleka nad drogą niby wiatraki uwiązane na pokucie, niby domy z pięćdziesięcią kominami, na koniec wielki słup w prawo z rzeźbami P. Jezusa, N. Panny i ś. Jana. Chcę wyczytać chorągiewki, datę pamiątki, na próżno - hieroglify jakieś."

"Ach! - ależ tylko com nie zapomniał o największej w Pińsku osobliwości, o której niezawodnie wspomną każdemu nowo przybyłemu. Jest to palladium Pińska, osobliwość, starożytność, ciekawość, ciekawsza od najciekawszych ciekawości - od paryskiego ourang-outana i słonia-fontanny, od lwów królewskiego ogrodu, od braci syjamskich, od psa munito, od albinosa, od niedźwiedzi berneńskich, od wszystkiego, co jest i będzie ciekawym. Jest to stworzenie tu dość pospolite, ale tutejsze, oryginalne, właściwe - wiun, wąż - ryba, mieszkaniec błot i rowów nadprypeckich, wiun, król wiunów, prapradziad wszystkich, sięgający czasów, kiedy tu w gościnę Morze Czarne przychodziło - wiun na łańcuchu, gdzieś u jakiegoś mostu będący.

Jeżeli w prostocie ducha uwierzysz tej powieści, którą z największą serio będzie ci Pińczuk opowiadał, z jakąż to radością, on, co się tej mistyfikacji od prapradziadów nauczył, będzie z tobą brnął po całym mieście, chodził i krążył, niby zawsze szukając tego sławnego wiuna, z jakim nareście śmiechem, umęczywszy cię, powie - prima aprilis!"

wtorek, 30 czerwca 2009

Bad Arolsen

Niedawno oglądane filmy: Grzegorza Rosengartena "Dni mojego życia... Auschwitz. Historia prawdziwa" i Marka Widarskiego "Elżbieta Zawacka - miałam szczęśliwe życie" natchnęły mnie do takiej oto refleksji. Pokolenie międzywojenne miało niewątpliwie gorzej pod względem materialnym od naszego, koniunktura międzynarodowa była fatalna dla Rzeczypospolitej, ale bagaż ideologiczny, wychowanie, stosunek do patriotyzmu, które przeciętny Polak wynosił z domu i ze szkoły, czyniły go znacznie bardziej odpornym na zniszczenie tożsamości niż to się dzieje dzisiaj. Większość z nas wstydzi się polskości (Wiocha w stosunku do tego co zachodnie!), a jedyną wartością jest robienie kasy, nieważne czy w biznesie, czy w polityce. I póki się to nie zmieni, normalnym krajem nie będziemy.

Zajrzałem do książki brata mej babci - Stefana Krupy "A jednak tak było" i oto, co pisze on o swoim wchodzeniu w dorosłość:

"Już w końcu dziewiętnastego wieku przeludnienie wsi było mocno odczuwane. Carskie władze pod naciskiem obdzieliły dodatkowo chłopów ziemią. To wpłynęło na ożywienie wsi, a także miasta, w którym rozwinął się handel, rzemiosło. Najbliższe w okolicy miasto gubernialne - Piotrków - potrzebowało rąk do pracy. W mojej wsi, mając możność zmniejszenia ilości gąb do jedzenia, oddawano młodych chłopców do miasta na praktykę w rzemiośle. Szczególnie dużo tych młodych ludzi poszło do zawodu szewskiego. Było też w okolicy kilku nauczycieli i księży pochodzenia chłopskiego, którzy zdobyli wówczas wykształcenie. Kobiety prawie nie brały udziału w migracji.

W rodzinie mojego ojca było również za dużo ludzi w stosunku do posiadanej ziemi. W krótkim też czasie czterech braci ojca poszło wraz z innymi szukać chleba w Piotrkowie.

Był to zdaje się, pierwszy duży odpływ ludzi z mojej wsi do miasta. Od tego czasu szybciej zaczęła wkraczać do nas kultura, o którą dotychczas kościół, dwór i szkoła mało się troszczyły. Tych kilkudziesięciu chłopców praktykujących i mieszkających w Piotrkowie przenosiło swą ogładę na wieś. Ich rodzice zmuszeni byli do częstszego odwiedzania miasta. Te kontakty starszych ludzi ze środowiskiem miejskim były dla nich szkołą życia i świadomości. To, co widzieli w mieście, przenosili w życie wsi. Po paru latach z grupy młodych wyrośli fachowcy. Zapewnili sobie takie warunki bytowania, jakich nie znali ich ojciec, dziadek i pradziadek. Z drugiej strony w mieście stwierdzili namacalnie niesprawiedliwość: zazdrosnym okiem patrzyli na ludzi, którzy bez pracy opływali w dostatki i wygody. A oni musieli ciężko pracować i mimo to nie mogli sobie pozwolić na zaspokojenie takich potrzeb życiowych, jakie ich rozum obecnie uważał już za podstawowe. Te absurdy w stosunkach międzyludzkich wywoływały bunt.

Niesprawiedliwość społeczna, którą teraz mieli możność poznać, i świadomość ucisku politycznego ze strony carskich władz przyczyniły się do tego, że z nich właśnie wyrośli żarliwi bojownicy o wolność narodową i sprawiedliwość społeczną. Wśród tego zbuntowanego środowiska, tak w Piotrkowie, jak i w mojej wsi, prym wiedli szewcy. Warsztaty ich stanowiły bardzo często kryjówki dla "bojówkarzy"."

"W lutym 1922 roku jako trzynastoletni człowieczek ze wsi znalazłem się wśród tych rozpolitykowanych szewców, aby uczyć się prawie już rodzinnego fachu."

Jakaż to inna motywacja od dzisiejszych: "uciec do miasta, aby zmienić swój los, ale również, aby zmienić coś na lepsze tutaj" zamiast "uciec za granicę i nigdy już do polskiego syfu nie wrócić".

O Stefanie Krupie piszę jednak również z innego powodu. Na początku tego roku na portalu forgen znalazłem informację o ITS Internationaler Suchdienst w Bad Arolsen, organizacji archiwizującej dokumentację dotyczącą robotników przymusowych III Rzeczy podczas II wojny światowej. Jako, że troje moich dziadków pracowało przymusowo dla państwa niemieckiego, postanowiłem zwrócić się po informację. Niestety, żadnych dokumentów dotyczących Feliksa Paczkowskiego, Wandy Krupy i Wojciecha Tudora nie uzyskałem, ale pani, która zadzwoniła do mnie po otrzymaniu formularza, poinformowała, że dokumentacja z terenów zajętych po wojnie przez Armię Czerwoną mogła ulec zniszczeniu. Wówczas wysłałem formularz z zapytaniem o losy Stefana Krupy, więźnia obozów koncentracyjnych w Auschwitz, Buchenwaldzie i Flossenburgu.

Po dwóch miesiącach otrzymałem drogą pocztową grubą kopertę z plikiem dokumentów różnego rodzaju, głównie z Auschwitz. Dowiedziałem się z nich, że w obozie tym uwięziona była również narzeczona Stefana, Józefa Godlewska. Daty aresztowania w Piotrkowie, osadzenia w obozie zgadzały się z danymi zawartymi w książce. Dokumenty podają datę przeniesienia do obozu w Buchenwaldzie na 17/18 grudnia 1944 roku. W książce zaś datą załadunku do wagonów towarowych jest 12 grudnia, zaś pierwszy dzień w Buchenwaldzie upływa 22 grudnia dopiero. Ostatnia data podana w dokumentacji to 4 kwietnia 1944 roku, wtedy brat mojej babci przebywał jeszcze w Buchenwaldzie. O Flossenburgu ani słowa, wiadomo koniec wojny, komu chciałoby się prowadzić jakąkolwiek dokumentację. W dokumentach zaznaczono: podejrzany o nielegalną działalność komunistyczną. Nie jest to prawda. Stefan Krupa działał przed wojną w PPSie. Przekonania lewicowe łączył z silnym patriotyzmem, odziedziczonym po swym wuju Janie Krupie, legioniście. W czasie wojny zaangażowany w działalność w WRN (PPS została rozwiązana).

Nie poznałem osobiście brata mej babci, choć podobno on poznał mnie, gdy byłem małym chłopcem. Ale dzięki książce mam spore wyobrażenie o środowisku, w jakim wyrosła moja babcia, a także namacalne świadectwo obozu koncentracyjnego Auschwitz spisane przez osobę z rodziny.


piątek, 26 czerwca 2009

Krzyże wotywne na Świętej Górze Grabarce
















Aby dotrzeć z Białegostoku samochodem do Świętej Góry Grabarki, miejsca kultu wyznawców prawosławia, należy kierować się na Bielsk Podlaski, a później przez Kleszczele w kierunku Siemiatycz. Miejsce położone jest na odludziu, w pobliżu wsi o tej samej nazwie - Grabarka. Na mnie wrażenie robią krzyże wotywne ustawiane przez lata wokół kaplicy na wzgórzu. Podobno jest ich ponad 10 000. Podczas ostatniej wizyty postanowiłem się im przyjrzeć. Są bowiem i takie, które liczą ponad 100 lat. Osoby, które je tu stawiały w zupełnie innych - carskich czasach, mogły nie przeżyć I i II wojny światowej.



































































































































































































































czwartek, 25 czerwca 2009

Pierwsze zetknięcie z enerdowską pisarką z Landsberga

Po książkę Christy Wolf "Rozmyślania nad Christą T." (niem. "Nachdanken über Christa T.") sięgnąłem z dwóch powodów. Chciałem poznać literaturę pisarki urodzonej w mym rodzinnym mieście w roku 1929. Interesowały mnie także opisy tegoż miasta, wówczas noszącego nazwę Landsberg, zwłaszcza że Christa Wolf mieszkała przy dzisiejszej ulicy Grottgera, niedaleko mego dawnego miejsca zamieszkania.

Niewiele tu jednak tych opisów. Na samym początku, gdy narratorka poznaje Kriszan - Christę T., która zaczęła naukę w tej samej klasie, pojawiają się skromne wzmianki o podgorzowskich wioskach: Zechow (dzisiejszy Czechów), Zantoch (Santok) i Zanzin (Santoczno). Christa pochodzi z Eichholz (nie zlokalizowałem tej miejscowości) niedaleko Friedeberga (dzisiejsze Strzelce Krajeńskie).

"Skąd "nowa" przybyła? Ach, więc nie z bombardowanego Zagłębia Ruhry i nie ze zburzonego Berlina? Z Eichholz - miły Boże! Koło Friedeberga. Zechow, Zantoch, Zanzin, Friedeberg, trzydzieści nas, tutejszych, przemierzyło w myśli trasę kolejki wąskotorowej. Z oburzeniem, ma się rozumieć. Przyłazi toto z jakiejś wiejskiej szkółki, oddalonej o niespełna pięćdziesiąt kilometrów, i to spojrzenie! Gdyby tak miała za sobą kilkadziesiąt dymiących kominów kopalni albo przynajmniej Dworzec Śląski i Kurfürstendamm, to co innego... Ale sosny, janowiec i wrzosy, ten sam zapach lata, który wdychaliśmy całe życie, aż do przesytu, wydatne kości policzkowe, smagła cera i to zachowanie?"

O Gorzowie i dzisiejszej katedrze w centrum jest dosłownie jedna wzmianka, warta zresztą przytoczenia:

"Przybyła do nas Bóg wie skąd, bo każdy może powiedzieć, że pochodzi z Eichholz, kreśliła swoimi krokami na naszym czworokątnym szkolnym podwórzu jakieś własne figury, które w nieokreślony sposób różniły się od naszych, chodziła po naszych nielicznych ulicach, które kończyły się na rynku, siadała na obmurowaniu studni, noszącej nazwisko naszej nauczycielki - gdyż pochodziła ona z jednej z najbardziej wpływowych rodzin w mieście - podstawiała rękę pod strumień wody i rozglądała się badawczym wzrokiem. A mnie przychodziło wtedy na myśl, że ta woda może nie jest wodą życia, kościół Mariacki nie jest najwznioślejszą budowlą, a nasze miasto jedynym miastem na świecie."

Nie znalazłem więc wiele z tego, czego szukałem, ale trafiłem na fascynujący opis psychologiczny nietuzinkowej kobiety. O Chriście T. opowiada narratorka, będąca jednocześnie jej przyjaciółką. Opowiada to wszystko już po przedwczesnej śmierci Christy - taka konstrukcja pisarska - więc od samego początku mamy świadomość, że ramy książki zostaną wypełnione tym, co zdarzyło się przed. Już pierwszy akapit przytoczony powyżej wskazuje, że Christa T. różni się od ogółu jej koleżanek i kolegów. Jest bardzo wrażliwa, ale jednocześnie odważna. Nie poddaje się łatwo koniunkturalizmowi, przeciwstawia się pędowi życia. Narratorka często korzysta z notatek i listów pozostawionych przez Christę. Pierwsze zdanie, jakie pojawia się na samym początku książki, pochodzące z notatek, brzmi: "O próbie stania się sobą". Kriszan, jak często nazywa Christę narratorka, broni się przed zdefiniowaniem siebie, przypisaniem na stałe do ściśle określonej roli w życiu. Jest outsiderką, jak byśmy dziś powiedzieli, nie uczestniczy w przysłowiowym wyścigu szczurów. Nawet, gdy już zostaje żoną Justusa, weterynarza i zamieszkuje w małym, prowincjonalnym miasteczku oraz należy do lokalnej elity, nie nawiązuje trwałych kontaktów towarzyskich, po prostu tam nie pasuje. Powoli zbliżamy się do końca życia Christy. Buduje dom nad jeziorem, rodzi dzieci, zakochuje się w koledze męża, a później gdy zachodzi w ciążę po raz trzeci, dowiaduje się, że zachorowała na nieuleczalną chorobę. Mimo "wiszącego w powietrzu" przez całą książkę nieszczęścia, Christa T. nie sprawia wrażenia osoby nieszczęśliwej. Wręcz przeciwnie żyje pełną piersią, próbując wszystkich stron życia.

W Posłowiu do książki Hubert Orłowski napisał o nowatorskich cechach powieści:

"Na tle dotychczasowej literatury NRD natomiast taka "niepotrzebna" śmierć była całkowitym novum. W szeroko rozumianej poetyce realizmu socjalistycznego, wywodzącego się z tradycji niemieckiej literatury proletariacko-socjalistycznej, nie było miejsca na śmierć nieprzydatną w konkretnych warunkach walki klasowej; śmierć ot tak sobie, zwłaszcza fizjologicznie przedwczesna, była szokiem i obcym wtrętem."

Nie znam literatury NRD, natomiast zdania te przytaczam jako opinię na temat tego, jak daleką od normalnego życia kulturę tworzył socrealizm. Dla mnie powieść Christy Wolf, to potwierdzenie tego, że każdy ma swoją historię wartą opowiedzenia, a sztuka, a zwłaszcza literatura, pozwala utrwalić człowieka w naszej pamięci. Mimo, że książkę czyta się ciężko (ale być może to wina tłumaczenia, nie wiem), jest też dość trudna w odbiorze, myślę, że sięgnę po inne jej powieści.

Christa Wolf
Rozmyślania nad Christą T.
Wydawnictwo Poznańskie
Poznań 1986