poniedziałek, 19 grudnia 2016

Kolonia Jurowce. Grudniowa wycieczka

Tuż za Jurowcami skręciliśmy w pierwszą drogę w lewo. Zgodnie ze słowami pana Grzegorza dobrze zachowany cmentarz ewangelicki miał znajdować się przy drodze na Leńce, pod lasem. Droga przykryta śniegiem była dość śliska, koła nie raz buksowały w miejscu. Całe szczęście, że podjazd pod górkę ktoś przytomny podsypał piaskiem. Jurek jednak był niezadowolony. 

- Ja pamiętam, że z jednej strony był piękny widok w dół na dolinę Supraśli. A tu po obu stronach las.

Przy najbliższej okazji zawróciliśmy i podążyliśmy powoli w stronę drogi Jurowce - Dobrzyniewo Kościelne. Kierowałem trochę z duszą na ramieniu. Za nami równie powoli toczył się samochód Jarka i Basi, a ja bałem się, żeby przy jakimś śliskim zjeździe z górki nie wjechali w tył naszego samochodu. Wróciliśmy do wsi i skręciliśmy w ulicę Polną, aby zasięgnąć języka. Dojechaliśmy do miejsca, gdzie po prawej stronie widać było tylko jeden, ostatni dom pod lasem. Nie podchodziliśmy bliżej długości łańcucha, na którego końcu obszczekiwał nas pies. Za chwilę  z domu wyszedł młody mężczyzna.

- Cmentarz? Trzeba pojechać tą drogą w las prosto i po około 400 metrach  będzie. Ale nie tuż przy drodze. Trzeba trochę wejść w las.

- A czy mieszka tu ktoś starszy z Cylwików, kogo można jeszcze zapytać o dawne czasy? - nie dawał za wygraną Jurek.

- Moja babcia z Cylwików. Mieszka tam w dole. Można podjechać i porozmawiać.

Poszliśmy jednak drogą w las. Po prawej stronie jednak nigdzie nie było widać cmentarza. Zawróciliśmy więc do miejsca, gdzie odbyła się powyższa rozmowa i poszliśmy w prawo drogą w dół, która zakręcała nieco niżej w tę samą stronę, co wcześniejsza przez las. Po lewej stronie ujrzeliśmy w dole drewnianą chatę.


Na podwórku krzątała się starsza kobieta.

- Dzień dobry. Czy tu w okolicy jest stary cmentarz niemiecki?
- Tak. Trzeba kawałek przejść tą drogą i za chwilę na wzgórzu będzie cmentarz. Obok stał dom, ale spalił się już kiedyś. Cmentarz dobrze utrzymany, stoją krzyże.
 - A pani może z Cylwików.
- Nie ja ze Szrederów.

Przypomniałem sobie, że gdy ostatnio przeglądałem księgi metrykalne białostockiej parafii ewangelickiej z połowy XIX natykałem się od czasu do czasu na metryki z Jurowiec. Najczęściej powtarzającym się nazwiskami były właśnie Schroeder i Krause.

- A czy byli tu kiedyś tkacze?
- Tak, tam w dole stał dom tkaczy.

Spojrzeliśmy w dół. Piękny widok na dolinę Supraśli. Jurek miał rację, jeśli chodzi o krajobraz przy cmentarzu. Latem, gdy dookoła zielono, musi tu być pięknie.


- A pani pamięta tych tkaczy?
- Nie, jak ja tu przyjechałam, to  już tam nikogo nie było. Tylko narzędzia tkackie walały się.
- A dawno to było?
- Na początku lat 60-ych.
- A czy ci tkacze, gdzieś pracowali?
- Nie oni tu na miejscu robili. To była taka ... manufaktura.

Poszliśmy drogą we wskazanym kierunku. Za chwilę wśród lasu ujrzeliśmy wzgórze i pierwszą mogiłę.


Mogiła żołnierza polskiego z września 1939 roku. Czytałem o niej w internecie, gdy przygotowywałem się do wycieczki. Weszliśmy nieco wyżej i zobaczyliśmy trzy nagrobki. Nie były stare. Krzyże, jak na cmentarzu katolickim. Jedynie tabliczka na jednym z grobów musiała pochodzić z oryginalnego, wcześniejszego nagrobka. Tylko nazwiska świadczyły o tym, że jest to cmentarz ewangelicki.

"Tu spoczywają moje rodzice i rodzina moja. Prosi stroskany syn o westchnienie do Boga. Postawił Karol Henkel w 1925 roku."

Tuż obok nagrobek rodziny Krauze, a obok niego Chrystus niosący krzyż, jakby przeniesiony z cmentarza katolickiego.





Parę kroków dalej kwatera mieszcząca dwa nagrobki, ogrodzona zniszczonym ogrodzeniem. "Adolf Szreder, żył lat 73, zmarł 1 X 1927, Luiza Szreder, żyła lat 87, zmarła 11 II 1949." Obok nagrobek Pauliny Piotrowskiej zmarłej w 1952 roku w wieku 52 lat.



Kiedyś mógł to być nieco większy cmentarz, ale chyba niezbyt duży. Dziś poza wymienionymi nagrobkami znaleźliśmy jeszcze stare żeliwne ogrodzenie. To wszystko. W dole wzgórza zaś rzeczywiście widać było resztki domu.


Zeszliśmy ze wzgórza, ustawiliśmy się do pamiątkowego zdjęcia grupowego, a następnie poszliśmy nieco już zziębnięci w kierunku samochodów, aby podjechać na ciepły posiłek i herbatę do jednego z pobliskich barów.

Po przyjeździe do domu, zajrzałem do księgi małżeństw parafii ewangelickiej w Białymstoku z lat 1841-1875. Najstarszej, dostępnej w internecie.

Najstarsze cztery zapisy, w których występuje nazwa Jurowce dotyczą następujących małżeństw:

 1854/14 Johan Oślicki, urodzony i zamieszkały w Białymstoku, syn Kazimierza Oślickiego i Magdaleny Jaruszewicz poślubił Anę Schroeder, 23 lata, zamieszkałą w Jurowcach, córkę Christopha Schroedera i Karoliny Tarachowskiej.

1855/2 Christian Lange, urodzony w Konstantynowie, zamieszkały w Jurowcach, syn Wilhelma Lange i Christiny Haperman poślubił Johanę Dombrowską, urodzoną i zamieszkałą w Wasilkowie, córkę Friedricha Dombrowskiego i Karoliny Housel.

1859/17 Carl Friedrich Wilhelm Lierst, urodzony w Langenwalden, zamieszkały w Białymstoku poślubił Jakobine Zimmerman z Dombrowskich, urodzoną w Wasilkowie, zamieszkałą w Jurowcach, wdowę po Auguście Zimmermanie, córkę Friedricha Dombrowskiego i Elizabeth Imzel.

1863/39 Julius Krause, urodzony w Jurowcach, zamieszkały w Białymstoku, syn Petera Krause i Louise Gebert poślubił Paulinę Schroeder, urodzoną w Knyszynie, zamieszkałą w Jurowcach, córkę Juliusa Schroedera i Wilhelminy Krüger.

Jak widać nazwiska Schroeder i Krause były obecne w Jurowcach już w połowie XIX wieku, a rodziny tkackie osiadłe w okolicach Białegostoku wcale nie musiały być związane pracą z większymi fabrykami. Przynajmniej nie bezpośrednio.

P.S. Z okazji zbliżających się Świąt, życzę czytelnikom bloga, tym stałym i tym przypadkowym rodzinnego ciepła, radości i odpoczynku od codziennego zabiegania, a także wielu łask płynących z tajemnicy Bożego Narodzenia.

piątek, 9 grudnia 2016

Muzeum szkoły z tradycjami

Zadzwoniłem do sekretariatu szkolnego, aby umówić się na wizytę w muzeum. Szukałem źródeł związanych z osobą ważną dla historii Białegostoku pierwszej ćwierci XX wieku, niby znanej, ale sądząc po skąpej ilości wzmianek i opracowań, niekoniecznie. Pomysł z odwiedzeniem szkolnego muzeum przyszedł znienacka. Osoba ta pracowała krótko po odzyskaniu niepodległości w białostockim Gimnazjum im. Zygmunta Augusta. Obecnie w budynku dawnego gimnazjum przy ulicy Warszawskiej mieści się szósty ogólniak, a w nim szkolne muzeum. Nie byłem w nim nigdy wcześniej, nie miałem więc również okazji zwiedzić szkolnego muzeum, choć nie raz czytałem o nim artykuły w lokalnej prasie. Pomyślałem - A może tam właśnie znajdę dodatkowe informacje?

Parę dni później przed wejściem do budynku czekał już na mnie historyk i kustosz muzeum szkolnego, Jan Dworakowski. Osoba postronna nie może sobie bowiem ot tak, wejść do monitorowanego budynku szkoły. Gdy przekroczyłem mury szkolne, momentalnie poczułem, że nie jestem intruzem i że czeka mnie ciekawa lekcja historii. Zanim dotarliśmy do niewielkich pomieszczeń mieszczących eksponaty muzealne, miałem okazję zatrzymać się i posłuchać historii tych części szkoły, przez które przechodziliśmy.
 


Niewielkie pomieszczenia, w którym zgromadzone są eksponaty, na pierwszy rzut oka nie sprawiają wrażenia kopalni skarbów. Ale okazuje się, że każdy z przedmiotów w nich zgromadzonych ma swoją ciekawą historię, a ja właśnie miałem okazję chłonąć je wszystkie dzięki opowieściom pana Jana. Jak pewnie miłośnicy historii Białegostoku wiedzą, historia szkoły przy Warszawskiej sięga drugiej połowy XVIII wieku, gdy Komisja Edukacji Narodowej zatwierdziła program nauczania białostockiej szkoły podwydziałowej. Obecna ulica Kilińskiego, budynek teatru dworskiego Izabeli Branickiej, to pierwsze lokalizacje najstarszej, do dziś istniejącej białostockiej szkoły. W 1808 roku, w początkach zaboru rosyjskiego, Gimnazjum Białostockie, którego ukończenie uprawniało już wówczas do kontynuowania nauki na studiach wyższych zostało przeniesione do budynku murowanego na rogu dzisiejszych ulic Warszawskiej i Pałacowej. To odkrycie właśnie pana Jana Dworakowskiego, który pokazał mi odnaleziony w archiwach plan i szkic tego budynku. Podczas mojej wizyty w muzeum szkolnym dużo czasu zajęły opowieści z okresu pierwszej wojny światowej, gdy w Białymstoku powstawało szkolnictwo polskie, a także czasu po odzyskaniu niepodległości. Najważniejsze postaci ówczesnego gimnazjum to Józef Zmitrowicz i ks. Stanisław Hałko. Ale co i rusz wychodzili z cienia nauczyciele i absolwenci szkoły, dziś osoby bardzo ważne dla lokalnej i ogólnokrajowej historii: Konstanty Kosiński, Józef Zimmerman, Bolesław Klepacki, Józef Marcinkiewicz, Alfred Żołątkowski, Zofia Ostromęcka, Olgierd Złoty, Alfred Niwiński, Antoni Kaczorowski - brat prezydenta RP na Uchodźstwie. Nie pamiętam już tych wszystkich historii w szczegółach, ale wówczas poczułem się na chwilę cząstką dawnego, przedwojennego miasta.

Napisałem wyżej, że muzeum jest prawdziwą kopalnią skarbów. Sporo z nich złoty połysk uzyskuje dzięki opowieściom pana Jana. Bo to, w jaki sposób eksponaty trafiły do muzeum, jak dokonało się ich odkrycie, anegdoty i przypowieści związane z ludzkimi historiami nauczycieli i absolwentów szkoły było niezmiernie ciekawe i cenne. 

Ale zawsze wśród wielkiego bogactwa znaleźć można prawdziwe perły. Dla mnie na pewno takim klejnotem było zdjęcie, na którym widać budynek kaplicy św. Rocha, tej właśnie, która zniknęła z krajobrazu miejskiego w latach 20-ych XX wieku dzięki świątyni, swojej następczyni. Czy dużo zdjęć tej kaplicy Państwo widzieli?

Portret króla Zygmunta Augusta, patrona przedwojennego gimnazjum, pędzla samego Józefa Zimmermana, musiałem wcześniej widzieć, mam bowiem katalog wystawy prac tego artysty, która odbyła się kilka lat temu w Galerii Slendzińskich. Miniaturka portretu w towarzystwie miniaturek wielu innych dzieł to jednak nie to samo. Tu w muzeum szkolnym, w miejscu do tego najwłaściwszym można poczuć jego ważność.

Na końcu przedstawiam dwa, moim zdaniem najciekawsze eksponaty. Przedwojenny sztandar gimnazjum, odnaleziony podczas remontu wieży katedry białostockiej przez księdza Antoniego Lićwinko. Warto było posłuchać całej historii odkrycia tegoż sztandaru i przekazania go do muzeum.


Szczególnie zauroczył mnie portret nieco schowany, wyeksponowany poza głównym pomieszczeniem, pozostawiony na uboczu jakby dla koneserów. Patrzy na nas nieprzeciętnej urody kobieta, choć już nie pierwszej młodości. Szlachetne rysy twarzy, jasny kolor skóry podkreślone pięknym błękitem stroju. Portret namalował Józef Blicharski, nauczyciel rysunków w innej szkole - Seminarium Nauczycielskim, postać tragiczna, wzmiankowana przeze mnie przy innej okazji. Gdy oglądam prace Blicharskiego, nieliczne, ale na myśl przychodzi mi choćby Matka Boska Ostrobramska w jednej z narożnych części muru otaczającego pałac Branickich, zawsze mam poczucie niezwykłej estetyki i piękna. Tak też było, gdy spoglądałem na portret nauczycielki języka francuskiego, Marii Kwapińskiej.


P.S1 Moje poszukiwania dotyczące informacji o pewnej osobie, ważnej dla Białegostoku pierwszej ćwierci XX wieku zostały uwieńczone sukcesem. Nie było ich wiele, ale nigdzie indziej pewnie ich nie ma poza muzeum.

P.S2 Dziękuję panu, Panie Profesorze za niezwykłą lekcję białostockiej historii.

PS.3 Wiosną 2016 roku, w Złotorii znaleziono skarb z epoki wczesnych Piastów, a w nim jeden z trzech znanych egzemplarzy (w tym dwa w zbiorach prywatnych) jednej z odmian denara Bolesława Chrobrego. Prawdziwa sensacja i pierwsze tego typu znalezisko na Podlasiu.

Z czasami wczesnych Piastów łączy się w pewien sposób osoba księdza Stanisława Hałko, który był dyrektorem Gimnazjum im. Zygmunta Augusta od 1919 roku. W 1914 roku w szwajcarskim Fryburgu ksiądz Hałko obronił pracę doktorską na temat królowej Rychezy, żony króla Mieszka II. Praca doktorska została wydana wówczas drukiem. Pytanie do czytelników bloga: Czy ktoś z Państwa miał możliwość trzymać ją w ręku i zapoznać się z jej treścią?

czwartek, 24 listopada 2016

Wioska na skraju lasu

Do lasu wszedłem tuż za Oliszkami. Miałem nadzieję na udane grzybobranie, oglądając wcześniej w internecie, przez kilka dni co i rusz, zdjęcia z udanych wypraw do lasu moich znajomych. Rzadko też ostatnio zbierałem grzyby, a apetyt wygłodniałego grzybiarza w takich wypadkach osiąga niebotyczne rozmiary. Runo leśne było wilgotne od porannej mżawki, w powietrzu unosił się obłędny aromat żywicy, mokrego drewna i grzybów. Całkiem szybko natknąłem się brązowe, szklące się od wody kapelusze podgrzybków.



Wszystkie były młode i zdrowe. Rosły w dużych skupiskach, jednak trzeba było się trochę nachodzić, aby zebrać ich pokaźną ilość. Ale najważniejsze, grzyby były!

Po pewnym czasie nie było już jednak do czego zbierać tych podgrzybków, czas było ruszać w drogę powrotną. Z reguły nie tracę orientacji w lesie, a nawet jeśli nie wiem dokładnie gdzie jestem, łatwo odnajduję właściwą ścieżkę. Znajdowałem się w trójkącie Oliszki -Niewodnica Kościelna - Czaplino. Wiedziałem więc, że nawet jeśli nie wyjdę na drogę do Oliszek, trafię w ostateczności do Niewodnicy Kościelnej. Wychodziłem więc pomału z lasu w kierunku piaszczystej drogi, w końcu gdy na nią trafiłem obrałem, wydawało się, właściwy kierunek. Po pewnym czasie las zaczął rzednąć, za nim widać było pola, a jeszcze dalej domostwa. Oliszki to raczej nie są - pomyślałem - za blisko. Więc pewnie wyjdę gdzieś w Niewodnicy. Ale nigdzie też nie widziałem charakterystycznej białej wieży kościoła niewodnickiego z czerwonym dachem. Wreszcie doszedłem do pierwszych domów. Za chwilę droga się skończyła, dotarłem do skrzyżowania, przy którym widać było białą tablicę z nazwą miejscowości. Stanąłem jak wryty. 

Ogrodniki... Tego się nie spodziewałem. Nie sądziłem, że miejscowość o takiej nazwie znajduje się tu gdzieś w pobliżu.

Nie była duża, ale leżała w malowniczym miejscu, przytulona do lasu. Była doskonałym przykładem przechodzenia dawnej wsi w "miejscowość-sypialnię" większej aglomeracji, w tym wypadku Białegostoku. O niedawnej przeszłości świadczył choćby przystanek autobusowy, którym zajęła się już przyroda. Być może autobus był jakiś czas temu dobrym pomysłem na skomunikowanie tejże wioski z nieodległym Białymstokiem. Ale w międzyczasie samochód osobowy przestał być dobrem luksusowym, niektórzy powymierali, a jeszcze inni wyjechali szukać szczęścia gdzie indziej. O przeszłości, która już przeminęła świadczyła również zapadnięta chałupa. W oknach jeszcze wisiały firanki, ale komin dziwnie sterczał wysoko w górę, pozbawiony towarzystwa dachu.


Jednak nieopodal, bliżej lasu stały już nowe domy, można rzec rezydencje, znak nowej rzeczywistości, gdy wsie okalające Białystok przestały pełnić swą rolniczą funkcję, stając się peryferiami aglomeracji miejskiej.

Okazuje się jednak, że historia wsi Ogrodniki sięga czasów zamierzchłych. Gdy w 1654 wojewoda trocki (A trzeba pamiętać, że na terenie województwa podlaskiego istniała swoista enklawa - teren należący od odległego województwa trockiego - spadek po czasach, gdy Grzegorz Chodkiewicz nie złożył przysięgi na wierność królowi polskiemu Zygmuntowi Augustowi podczas unii polsko-litewskiej w 1569 roku.) Mikołaj Stefan Pac sprowadz do nieodległej Choroszczy dominikanów i powierz im prowadzenie parafii, Ogrodniki już od dawna istniały i wraz z wioskami Barszczewo, Jeroniki, Krupniki, Łyski, Sienkiewicze i Ruszczany zostały przekazane właśnie choroskim dominikanom, jako uposażenie klasztoru.

Wymieniane były jako ich własność w opisie parafii choroskiej z lat 80-ych XVIII wieku, będącym częścią wielkiego założenia, zainicjowanego przez biskupa płockiego Michała Poniatowskiego, którego celem było stworzenie dokładnego opisu kartograficznego kraju.

Dziś można w Ogrodnikach oglądać dwie pamiątki dawnej przeszłości. Jedną z nich jest krzyż z 1931 roku, ufundowany przez Stanisława Wasilewskiego.

  
Postawiony w intencji ochrony mieszkańców od wszelkich nieszczęść, jak świadczy tabliczka z inskrypcją: "Od smutków, chorób, ognia, piorunów i wojny strzeż nas Panie Jezu".




Znajduje się w Ogrodnikach również bardzo ciekawy krzyż z przełomu XIX i XX wieku z narzędziami męki pańskiej, przypominający tematyką opisywany już tu na blogu podobny zabytek sztuki ludowej z nieodległego Barszczewa.


Ten barszczewski wydaje się bardziej zdobiony, jednak scena ukrzyżowania nie jest na nim w tak wyrazisty sposób ukazana, jak na krzyżu ogrodnickim.

 
Warto dodać, że związki między Barszczewem, a Ogrodnikami znalazły swoje odzwierciedlenie w nazewnictwie. Wieś do 2009 roku wieś nosiła nazwę Ogrodniki Barszczewskie, kiedy to na wniosek mieszkańców została skrócona do dawnego historycznego określenia.
 
Tadeusz Kasabuła, Adam Szot, "Parafia rzymskokatolicka w Choroszczy. 550 lat: księga jubileuszowa", Wydawnictwo Buk, 2009, 
 
Wiesława Wernerowa, "Opisy parafii dekanatu knyszyńskiego z roku 1784", Studia Podlaskie, t. 1, 1990. 

poniedziałek, 7 listopada 2016

Zaległości pińskie: Maszczuk i bieżeństwo

Michał Maszczuk. Pojawił się we wspomnieniach rodzinnych, gdy wiele lat temu otrzymałem kopię aktu chrztu babci Feli z USC w Gorzowie Wlkp. Dokument wystawiony był w Pińsku w biurze parafii Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. W rubryce "Imię i nazwisko kmotrów" wpisany był właśnie Michał Maszczuk, w towarzystwie Pauliny Szczerbaczewicz.

Wg relacji rodzinnych Michał był mężem Maszy. Masza z kolei była kuzynką mojej prababci Agaty. Gdy Michał trafił do więzienia za poglądy komunistyczne, Masza przeprowadziła rozwód i jeszcze przed wybuchem II wojny światowej wyszła powtórnie za mąż. W czasie pierwszej okupacji sowieckiej (1939-1941), zesłana została wraz z mężem na Syberię, skąd zresztą podobno powróciła. Zsyłkę na Syberię miał "załatwić" swej byłej małżonce i jej mężowi właśnie Michał. Rodzoną siostrą Maszy była niejaka Kita. Ojciec pracował w pińskim sądzie, a ich panieńskie nazwisko to Makarewicz.

Maszczukowie musieli żyć blisko z mymi pradziadkami. Ojcem chrzestnym Janiny, rodzonej siostry babci Feli, była Maria Maszczuk, czyli najpewniej wspominana wyżej Masza.

Traf chciał, że wiosną tego roku na stronach Centralnej Biblioteki PTTK znalazłem numer drugi czasopisma "Ziemia Pińska" z roku 1928, a w nim wzmiankę o aresztowaniu Michała Maszczuka.


W internecie na stronach czasopisma "Вечерний Брест" można znaleźć artykuł poświęcony rodzinie Maszczuków z Pińska. Jeśli opisywana rodzina Maszczuków jest tą, z której pochodził Michał, to wynika z niego, iż po wojnie piastował w Pińsku wysokie stanowiska partyjne.

Znalazłem jeszcze jeden ślad w internecie, dotyczący działalności komunistycznej Michała Maszczuka w Pińsku przed uwięzieniem.

Dziś już jestem jedyną osobą zachowującą pamięć o Maszy i Kicie oraz o burzliwych losach Michała Maszczuka. Nie żyją ciocie: Helena, Janka, Irena, od których czerpałem pojedyncze strzępki informacji, a i schorowana babcia Fela nie jest w stanie nic więcej odtworzyć ze swej pamięci. Dzięki temu blogowi i śladom zostawianym w sieci, a także życzliwym osobom, które zechciały podzielić się swoją wiedzą, niejednokrotnie odkrywałem już ciekawe i zapomniane wątki historii rodzinnej. Liczę więc, że i w przypadku Michała, Maszy i Kity może być podobnie.

*************************************

Czytam właśnie książkę Anety Prymaki-Oniszk dotyczącą bieżeństwa 1915 roku. Moim zdaniem strona internetowa, którą stworzyła parę lat temu autorka, a teraz jej książka okażą się tymi kamieniami milowymi, które spowodują zaistnienie w szerokiej świadomości społecznej tematu bieżeństwa. To się okaże dopiero za lat kilka, kilkanaście...

Dziś natomiast delektuję się słowem pisanym. Co mi się podoba i niezmiernie porusza, to pokazanie codzienności bieżeńców na podstawie licznych, zebranych przez autorkę relacji: momentu opuszczania rodzinnych wsi, wędrówki w upale, kurzu i pyle o jednej koszuli, uzmysłowienie czytelnikom codziennego zmagania się z chorobami, głodem i śmiercią. Straszne są te widoki, które rodzi wyobraźnia podczas czytania książki. Niby wiedziałem, że epizod bieżeństwa dotknął rodzinę mej praprababci Pauliny Szczerbaczewicz. Ale teraz mogę sobie dopiero wyobrazić, jak ta ucieczka ze wschodnich przedmieść Pińska mogła wyglądać. Widzę też teraz wyraźnie, jak łatwo można było zgubić dzieci w tłumie bieżeńców i rozumiem, dlaczego zaginął Ławrentij, rodzony brat mej prababci Agaty. Tak bym chciał dowiedzieć się kiedyś, gdzie, w jaki zakątek Rosji trafiła Paulina z rodziną. Być może archiwa rosyjskie kryją jeszcze jej tajemnicę. Dzięki Anecie wiem już, że spis adresów wszystkich zarejestrowanych bieżeńców w guberni tomskiej wydał Komitet Wielkiej Księżnej Tatiany w 1916 roku, że Związek Ziemstw i Miast w 1915 roku wydał "Spis poszukujących się bieżeńców", że powstają rosyjskie strony o bieżeńcach, jak ta dotycząca Niżnego Nowogrodu. Więc może i mi się kiedyś poszczęści? Może i ja odnajdę historię swej praprababci Pauliny Szczerbaczewicz (Щербачевич) na uchodźstwie w Rosji? Na początek zachęcam, jeśli ktoś wie, gdzie, do jakich miejscowości wyjeżdżali bieżeńcy z Pińska w 1915 roku, proszę o wszelkie informacje.

Aneta Prymaka Oniszk, "Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy", Wydawnictwo Czarne, Warszawa, 2016.