środa, 22 sierpnia 2018

Ciasne, marzec 1888

Ciasne - mała wieś puszczańska leżąca nieopodal drogi Białystok - Supraśl. Historycznie należała do klucza karakulskiego, który w latach 20-ych XVI wieku nabył od braci Jundziłłowiczów Aleksander Chodkiewicz. Przez wieś przepływa rzeczka Pilnica, stanowiąca wówczas granicę pomiędzy częścią puszczy należącą do klasztoru supraskiego, a kluczem karakulskim. Dziś wieś malowniczo położona na uboczu wśród lasów Puszczy Knyszyńskiej stała się podmiejską sypialnią Białegostoku z nowo pobudowanymi domami. Gdy moja córka była dużo młodsza woziłem ją przez jakiś czas do Ciasnego w soboty na kursy krawieckie, gdzie mogła wyżywać się w wyszywaniu ubranek dla lalek. Z tamtego dawnego czasu znalazłem takie oto zdjęcie.


Ale w Ciasnem nie zawsze było sielsko, anielsko. O prawdziwej masakrze, którą zgotował mieszkańcom wsi sąsiad raportował ogólnopolski tygodnik Gazeta Świąteczna, wydawany w Warszawie w latach 1881-1939, a założony przez Kazimierza Prószyńskiego. Jako, że jestem w trakcie lektury (i pod wpływem) bardzo dobrze zapowiadającej się książki "Tajemnice przodków. Ukryty przekaz rodzinny" napisanej przez Anne Ancelin Schützenberger zastanawia mnie, czy wydarzenie, które rozegrało się we wsi w marcu 1888 roku pozostawiło jakiś ślad w pamięci zbiorowej, czy mieszkańcy Ciasnego słyszeli bądź zasłyszeli o nim w opowieściach rodzinnych.

Gazeta Świąteczna, nr 13 z 1888 roku.

"Szaleniec"

"W zaprzeszłym tygodniu straszne rzeczy działy się we wsi zwanej Ciasne, pod Supraślem niedaleko od Białegostoku (w gub. Grodzieńskiej). Właścicielem pobliskiego folwarku i młyna w Kumosach był Mateusz Rybakowicz, człowiek już niemłody, ale niezmiernie gwałtowny i kłótliwy. Już oddawna wiedzieli o jego usposobieniu sąsiedzi i znajomi. Przed laty dwudziestu-sześciu w zapale gniewu zabił on stróża, za co przesiedział dwa lata w więzieniu karnem. Później, będąc zagranicą, w Rumunii, dwa razy się pojedynkował i w obu wypadkach pozbawił życia swych przeciwników. Zamieszkawszy znów w domu, żył samotnie, unikał towarzystwa i zawzięcie procesował się z sąsiadami o granice swej posiadłości. Podczas jednego z takich procesów, parę miesięcy temu, za przejście jakoby za most graniczny, napadł na gajowego lasów Deulidzkich i w szalonym gniewie zastrzelił go z rewolweru. Poszedł za to pod sąd i skazany został na karę. Służyło mu jednak prawo apelacji do wyższego sądu, więc po wyroku mógł jeszcze mieszkać czas jakiś w domu. Korzystając z tego, postanowił zemścić się na tych, którzy w sądzie przeciw niemu świadczyli. Byli to włościanie z Ciasnego. We czwartek dnia 8-go marca Rybakowicz, wstawszy raniutko, uzbrojił się w strzelbę, rewolwer, długi nóż, butelkę z naftą, i pojechał konno do tej wioski. Przybywszy tam, podpala najpierw jedną chałupę. Zrobił się gwałt we wsi, mieszkańcy zbiegli się do ognia. Aż tu na drugim końcu wsi wybucha nowy pożar. Część ludzi śpieszy w tę stronę na ratunek. Wtem spostrzegają Rybakowicza, który inne budowle podpala. Już kilka domów w różnych częściach wioski stanęło w ogniu. Rzucili się ludzie ku podpalaczowi, a on zaczyna do nich strzelać. Kładzie trupem jednego, drugiego, trzeciego, a czwartego ciężko ranił. Nakoniec, dokonawszy tej strasznej zbrodni, sam wskoczył w palący się budynek i zginął w płomieniach.

Sądny to był dzień dla wioski. Mieszkańców jej kilku padło z ręki szalonego zbrodniarza, innym ogień zabierał mienie. Spaliło się 9 budowli, a w nich różne zapasy, bydło i owce.

I cóż o tej zbrodni myśleć? Chyba to, iż jej sprawca był już oddawna warjatem, szaleńcem. Bo trudno przypuścić, żeby i najgorszy lecz zdrowy na umyśle człowiek mógł coś podobnego jak Rybakowicz popełnić.

Ale do szaleństwa mogła przyłączyć się i druga przyczyna zbrodni, o której pisze do nas czytelnik Gazety F. R. z Supraśla: oto brak pobożności, brak bojaźni Bożej i opieki religijnej w parafii."



Ślady zbrodni, jaka się dokonała 8 marca 1888 roku w Ciasnem można odnaleźć w księgach zgonów z roku 1888 parafii rzymskokatolickiej w Białymstoku. Pod numerem 60 zapisano akt zgonu 40-letniego Ludwika Olki, syna Juliana Olki, chłopa pochodzącego ze wsi Biernacki Most w powiecie prużańskim, który zginął 25 lutego 1888 roku (według kalendarza juliańskiego) we wsi Ciasne od strzału Mateusza Rybakowicza. Pozostawił żonę Martynę Olkę z Makarskich, synów Piotra, Franciszka, Juliana i córkę Stefanię. 27 lutego 1888 roku został pochowany na parafialnym cmentarzu przez księdza Szwarca.

Pod numerem 61 zapisano akt zgonu sprawcy zbrodni, Mateusza Rybakowicza, mieszczanina wasilkowskiego, wieku około 50 lat, który w dniu 27 lutego po zastrzeleniu 3 włościan zmarł w płonącej stodole od odniesionych ran. Pochowany został przez starostę wsi Ciasne na cmentarzu parafialnym, który wówczas znajdował się na wzgórzu świętego Rocha w Białymstoku.

W księdze zmarłych parafii rzymskokatolickiej w Białymstoku nie odnalazłem aktów zgonu pozostałych dwóch ofiar zbrodni. Być może zostali zapisani w księdze zgonów parafii prawosławnej w Dojlidach, do której należała wówczas wieś Ciasne.

Przy pisaniu paru słów dotyczących historii wsi Ciasne korzystałem z artykułu Józefa Maroszka "Wokół najstarszych dziejów dóbr białostockich. Falsyfikat sobolewski z 1480 r.", Białostocczyzna, nr 25 z 1992 roku.

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Chwila w Beskidzie Żywieckim

W dzieciństwie wyobrażałem sobie na zasadzie porządkowania i klasyfikacji, że kraj nasz składa się z trzech rodzajów obszarów, w których turystyka i wypoczynek rządzą się swoimi, zupełnie odmiennymi zasadami. Plaża i morze, niziny z jeziorami i rzekami oraz góry w południowej części. Każdy z tych geograficznych obszarów w jakimś sensie mi odpowiadał. Góry fascynowały pięknymi krajobrazami, urozmaiconą rzeźbą terenu i strumieniami o zimnej i czystej wodzie, takiej w sam raz do zanurzenia stóp w upał lub ugaszenia pragnienia. Dość długo dochodziłem do przyjemności związanej ze zdobywaniem szczytów, gdyż najzwyczajniej w świecie gdzieś z wnętrza odzywał się zawsze głos: "Po co ci ten wysiłek? Nie rób tego. Co będziesz z tego miał? Nie lepiej zejść w dół i się położyć?" Ale gdy poczułem sens mozolnego wspinania się wzwyż, bardzo polubiłem całodniowe wypady w góry. Początkowo z racji na bliskość poznawałem głównie Karkonosze. Śnieżka, świątynia Wang w Karpaczu, zamek w Chojniku z wyciśniętymi w głazie pośladkami Kunegundy, rynek w Jeleniej Górze to były naturalne i znane mi miejsca. Dopiero później poznałem Tatry, Pieniny, Góry Świętokrzyskie, Bieszczady z ich różnorodnością geograficzno-przyrodniczo-kulturową, a także góry niektórych naszych sąsiadów.

Ostatnio wybrałem się na dwa dni po raz pierwszy w  Beskid Żywiecki ze swoimi latoroślami. Pociągiem z przesiadkami w Warszawie, Katowicach i w Żywcu na komunikację zastępczą do Węgierskiej Górki, podróż okazała się całkiem wygodną i niedługą. Co prawda w Żywcu Koleje Śląskie podstawiają zwykłe autobusy typu "nieco starszy MPK", co stanowi niezbyt miłą niespodziankę i kontrast na przykład z komunikacją zastępczą na trasie Santok - Gorzów Wielkopolski, gdzie linie REGIO umożliwiają podróż klimatyzowanymi autokarami, ale nie jest to podróż zbyt długa - da się wytrzymać. W Węgierskiej Górce mieliśmy rezerwację, jak się okazało w całkiem wygodnym pensjonacie z pysznymi śniadaniami i niedaleko od wejścia na teren Parku Krajobrazowego Beskidu Śląskiego, skąd planowaliśmy rozpocząć kolejnego dnia wspinaczkę. Wyruszaliśmy z gorącego, w pełni lata Białegostoku. Węgierska Górka powitała nas wieczorną ulewą. Idąc w deszczu w kierunku noclegu drżeliśmy o pogodę w ciągu kolejnych dni.


Ranek kolejnego dnia przywitał nas mżawką i mgłą.
Iść, nie iść?
Poszliśmy. Do przejścia było około 14 w jedną stronę km, co na język szlaku przekładało się na 4,5 godziny marszu. Trzeba powiedzieć, że wejście na Baranią Górę od strony Węgierskiej Górki rozpoczyna się od razu stromo. Tak jest przez ponad połowę dystansu. Przez cały czas z nieba siąpiło, a dookoła rozpościerała się mgła. Paradoksalnie taka aura nie była wcale zła do podchodzenia w górę. Nie było upalnie, a drobniutka ściana deszczu idealnie chłodziła rozgrzane wspinaczką ciała.




Od Glinnego nie było już stromo. Gdy minęliśmy stado owiec ledwo widoczne we mgle, raczyliśmy się dojrzałymi jeżynami, chmury zaczęły powoli ustępować. Minęliśmy tablicę informującą, że znajdujemy się przy Rezerwacie Barania Góra, gdzie swój początek ma Wisła. Szczyt zdobyliśmy w słońcu, choć do idealnej przejrzystości powietrza było jeszcze daleko. Dość głodni mieliśmy do pokonania 45 minutowe zejście, dość niewygodne, po piargach, do schroniska PTTK. Schronisko Barania Góra - Przysłop to chyba dość popularne miejsce noclegowe. Spotkaliśmy tam wielu turystów, czego nie mieliśmy okazji doświadczyć na szlaku. Kuchnia całkiem, całkiem, choć ceny dość wygórowane. Najedzeni zeszliśmy do Kamesznicy, nie omieszkując skorzystać z okazji i zanurzyć stopy w Bystrej.



Było dość późno, gdy udało nam się złapać stopa do Milówki, stolicy góralskiej muzyki rozrywkowej. Całkiem zgrabna architektura tutejszego dworca kolejowego. Niestety drzwi zabite na głucho.


Drugi dzień naszego pobytu na Żywiecczyźnie potraktowaliśmy lekko. Wróciło lato, było upalnie, postanowiliśmy zejść od Zwardonia na stronę słowacką, ale to już temat na inną opowieść.



niedziela, 19 sierpnia 2018

Kirkut w Michałowie

Jedną z tych upalnych tegorocznych niedziel sierpniowych spędziliśmy w Michałowie nad wodą. Jeśli ktoś oglądał filmy z serii "U Pana Boga..." w reżyserii Jacka Bromskiego, na pewno kojarzy nazwę Królowy Most. To w tej puszczańskiej wiosce, leżącej kilkanaście kilometrów na wschód od Białegostoku trzeba skręcić w drogę prowadzącą w kierunku południowym, aby znaleźć się w jednym z najmłodszych miast województwa podlaskiego, z imponującym budynkiem ratusza nijak nie pasującego do drewnianej, niskiej zabudowy Michałowa. Warto zobaczyć tam drewnianą cerkiew prawosławną z piękną polichromią w nieco ludowym stylu autorstwa Adama Stalony-Dobrzańskiego i Jerzego Nowosielskiego. Tym razem ciągnęło mnie jednak do lasu, kirkut znajdować miał się bowiem w miejscu o zachęcająco brzmiącej nazwie Sowia Góra.


Niewielka biała tabliczka na drewnianym słupie wskazująca lokalizację cmentarza znajdowała się za Michałowem przy drodze na Białystok po prawej stronie w terenie leśnym.


Należało jeszcze podejść leśną drogą kawałek w głąb lasu, aby po lewej ujrzeć kolejną, podobną tabliczkę na słupie.


Cmentarz rzeczywiście znajduje się na zalesionym wzniesieniu. Przypomina swą lokalizacją ten w nieodległej od Michałowa Jałówce.


Na kirkucie michałowskim znajduje się jednak dużo więcej nieźle zachowanych macew, wykonanych w większości z nieobrobionego kamienia.


Widać, że ktoś wykonywał w nieodległej przeszłości prace porządkowe na kirkucie. Niektóre inskrypcje nosiły wyraźne ślady poprawiania ich treści ciemną farbą.


Jedna z macew posiada przymocowaną całkiem niedawno tabliczkę, pozostawioną prawdopodobnie przez rodzinę potomków rodziny Zorohowicz, mieszkającą w Michałowie do 1942 roku.


Historia obecności żydowskiej w Michałowie podobnie, jak historia miasteczka jest stosunkowo młoda. Wieś Niezbodcze, która prawdopodobnie ją zapoczątkowała powstała dopiero w pierwszej połowie XVIII wieku. Około 100 lat później jej właścicielem został niejaki Seweryn Michałowski, który swój majątek nazwał Niezbudką. Wykorzystał on powstanie bariery celnej dla towarów wwożonych do Rosji z terytorium Królestwa Polskiego po powstaniu styczniowym i masowy napływ fabrykantów w okolice Białegostoku, zakładając na terenie swego majątku kolonię włókienniczą. Dalej wszystko potoczyło się już szybko. Rozwijająca się kolonia otrzymała nową nazwę od nazwiska swego właściciela.


Żydzi przybyli do Michałowa przed 1863 rokiem z Królestwa Polskiego, Jałówki i innych okolicznych miasteczek. W początkowym okresie zajmowali się głównie rzemiosłem i handlem.


Mimo, że po powstaniu styczniowym Seweryn Michałowski został zesłany na Syberię, a jego majątek skonfiskował rząd rosyjski, osada nadal dynamicznie się rozwijała. Pierwsza, drewniana synagoga powstała około 1870 roku przy ulicy Sienkiewicza. Kolejną wybudowano po 1890 roku przy ulicy Wąskiej.


W 1890 roku na około 3000 mieszkańców, 980 stanowili Żydzi. Po pierwszej wojnie światowej i bieżeństwie zmalała liczba mieszkańców Michałowa do niespełna 2200 osób, pośród których mieszkało 782 Żydów.


Usługami i handlem nadal zajmowali się głównie Żydzi. Posiadali też własną szkołę nauczającą tylko talmudu i języka hebrajskiego.


W roku 1936 Michałowo liczyło już prawie 6000 osób, ale społeczność żydowska nie zwiększyła się. Mieszkały tu wówczas 732 wyznawców judaizmu.


II wojna światowa przyniosła okupację sowiecką Michałowa.


Tragedia ludności żydowskiej rozpoczęła się wraz z wybuchem wojny niemiecko-sowieckiej w czerwcu 1941 roku. Już w sierpniu 1941 roku niemiecka administracja zorganizowała dla Żydów getto typu otwartego. Mieszkało w nim nieco ponad 230 osób.


2 listopada 1942 roku getto zostało zlikwidowane. Żydzi zostali przewiezieni pod silną eskortą furami podstawionymi przez mieszkańców okolicznych wsi do obozu utworzonego w koszarach byłego 10 pułku ułanów litewskich na Nowym Mieście w Białymstoku.


W Białymstoku, gdzie jednocześnie przebywało w tym przejściowym obozie do kilkunastu tysięcy Żydów z podbiałostockich miejscowości, wielu rozstrzelano na miejscu, pozostałych wywieziono do Treblinki.











Wczoraj na kirkucie w Jeleniewie koło Suwałk wczytywałem się w wiersz Antoniego Słonimskiego, którego słowa wypisane na tablicy zawieszono przy wejściu:

"Już nie ma tych miasteczek, gdzie szewc był poetą
zegarmistrzem filozofem, fryzjer trubadurem

Nie ma już tych miasteczek, gdzie biblijne pieśni
wiatr łączy z polską piosnką i słowiańskim żalem,
gdzie starzy żydzi w sadach pod cieniem czereśni
opłakiwali święte mury Jeruzalem..."

Dziś oglądałem wystawę przy Rynku Kościuszki w Białymstoku, zorganizowaną z okazji 75 rocznicy wybuchu powstania w miejscowym getcie żydowskim. Unikalne, historyczne zdjęcia pokazujące getto podczas walk, białe tablice, na których białostoczanie mogli na bieżąco zapisywać swoje wrażenia po ich obejrzeniu. Trzy dni imprez w mieście, koncerty, promocje nowych wydawnictw. Wiele chwil zadumy. Warto pamiętać. Nawet cytując artykuł z numeru 125 Dziennika Białostockiego z roku 1919 informujący o tym, że Chodynie Rybnikowi z Michałowa posterunkowy miejscowej policji skonfiskował worek żyta ukryty na wozie wśród drzewa opałowego.



Informacje o michałowskich Żydach zaczerpnąłem z artykułu następującego:

Leszek Nos "160 lat Michałowa", Białostocczyzna, nr 27 z 1992 roku.

środa, 15 sierpnia 2018

"Opowieści z domu pod topolą"

Nie mogłem niestety być na promocji książki, nie miałem czasu dość długo zapoznać się z jej treścią, mimo tego, że to stowarzyszenie Jamiński Zespół Indeksacyjny odpowiadało za proces wydawniczy. Książkę wziąłem pewnego letniego dnia ze sobą do pociągu, licząc na to, że podróż w skwarny lipcowy dzień minie łatwiej i przyjemniej.

W przedziale było duszno, ale otwarte okno sprawiało, że z zewnętrznego, pełnego zieleni świata wpadały do środka lekko orzeźwiające podmuchy wiatru. Czytałem i z każdą stroną czułem jak wypełnia mnie swego rodzaju wewnętrzna radość.

Książka Józefy Drozdowskiej z Augustowa to wspomnienia z dzieciństwa lat 50-ych i 60-ych XX wieku. Tytułowy dom pod topolą zaś to miejsce we wsi Jeziorki w parafii Bargłów Kościelny, położonej na zachód od Augustowa. Wspomnienia ułożone zostały chronologicznie, a ich ramy czasowe wyznaczają poszczególne okresy roku liturgicznego, poczynając od adwentu.

Gdybym miał określić, co wywoływało tę wspomnianą moją wewnętrzną radość, wskazałbym na magię i bajkowość opowieści Józefy Drozdowskiej, która uzyskała ją dzięki kilku sposobom. Po pierwsze, rok liturgiczny podzielony na święta - czas magiczny, pełen symboliki, której my dorośli już tak nie odczuwamy. Ale pokazany oczami dziecka  przenosi nas mimowolnie do dzieciństwa, gdy wszystko odczuwaliśmy bardziej intensywnie, niewinnie i właśnie bajkowo. Dzieciństwo spędziłem na terenie gierkowskiego blokowiska w Gorzowie, ale i w takich okolicznościach zewnętrznych odczuwałem magię świąt, pór roku i obrzędów rodzinnych. Dlatego też wzrusza mnie, gdy czytam o opłatkach roznoszonych przez organistę w czasie adwentu, tworzeniu zabawek na choinkę i innych czynnościach przygotowawczych, w których biorą udział domownicy. Opis wigilii, chyba najbardziej magicznego czasu w ciągu roku, gdy w powietrzu roznosi się zapach żywicy i wanilii, pierników i uszek z grzybami oraz barszczu chyba zawsze tworzyć będzie nastrój pewnego rodzinnego misterium. Karnawał, oczekiwanie wiosny, Wielkanoc z nieodzownym chrzanem, którego przygotowanie tak sugestywnie opisała autorka, okres lata, Zielone Świątki pełne wiejskiej religijności - jakże to różne od mego dzieciństwa w większym mieście, ale może też i dlatego ciekawsze. I wreszcie smutna jesień, Zaduszki, wizyty na cmentarzach. Chyba dość późno zacząłem lubić listopadowe święta i tę melancholijność późnojesienną, pełną mgieł i wilgoci. W Bargłowie Kościelnym przed kościołem w Zaduszki pełno proszalnych dziadów - obraz nie znany z mego dzieciństwa, gdy wizyty na gorzowskim cmentarzu komunalnym kojarzą mi się przede wszystkim z długimi konduktami ludzi spieszących przez osiedle Staszica i park Słowiański na cmentarz z torbami pełnymi zniczy i kwiatów doniczkowych oraz ludzi z niego wracających. Magia świata pełnego rekwizytów pamiętanych z dzieciństwa, jak choćby kalendarz w wyrywanymi kartkami, wiszący na ścianie.

Do magii i bajkowości dołożyłbym ciepło płynące z narracji ułożonej przez autorkę. To z kolei uzyskane jest dzięki wspomnieniom prawdziwych osób pojawiających się na kartach książki. Stryj Stanisław, stary kawaler pięknie wyśpiewujący kantyczki z książki wyjmowanej z pietyzmem z kuferka, panowie Mroziewski, Twardowski i Sołtys prowadzący donośnymi głosami modlitwy podczas stacji Drogi Krzyżowej, Feliks Jesionek zwany Paneckiem, specjalista od iluzjonistycznych sztuczek, zadziwiających dzieci czy pani Sieńkowska, która w roli świętego Mikołaja obchodziła domy na kolonii Jeziorki, rodzice tworzący podstawy jeziorkowskiego świata, a także wiele innych osób, których wspomnienie ociepliło i rozświetliło narrację.

Wrażliwość i poczucie humoru - trzeci ważny filar tej książki. Rozczulił mnie fragment dotyczący pani Sieńkowskiej, która z nieba "Może dyskretnie podrzuci nam do sieni rózgę, dając do zrozumienia, że nie wszystko w naszym życiu dokonało się bez pomyłek". Takich krótkich, celnych i żartobliwych stwierdzeń jest w opowieściach Józefy Drozdowskiej więcej, jak choćby o panach, którzy "przygotowują alkohol, który pozwoli im cieszyć się łatwiej".

Jeśli więc chcielibyście zaczerpnąć na nowo z krainy dzieciństwa, poczytać o tym, jak to na augustowszczyźnie bywało kilkadziesiąt lat temu, pośmiać się i porozczulać, książka Józefy Drozdowskiej będzie  jak znalazł.

 Józefa Drozdowska "Opowieści z domu pod topolą", Jamiński Zespół Indeksacyjny, 2018

sobota, 4 sierpnia 2018

Krzyż przydrożny w Łyskach

Łyski to miejsce kojarzące się przeciętnemu białostoczaninowi z hurtownią materiałów oświetleniowych. Dawna wieś, należąca do parafii rzymskokatolickiej w pobliskiej Choroszczy, jeszcze w XVIII wieku stanowiąca uposażenie bazylianów z Supraśla zupełnie zatraciła cechy wsi. Bliskość ekspresówki Białystok-Warszawa, roboty budowlane prowadzone na szeroką skalę w ostatnich latach, jak również peryferyjne położenie w stosunku do białostockiej metropolii sprawiły, że Łyski są wsią jedynie z nazwy, o czym świadczą dwie zielone tablice z nazwą miejscowości stojące w zupełnie przypadkowym miejscach. W ostatnim czasie powstał w Łyskach mikrobrowar lub, jak to się dziś modnie określa browar rzemieślniczy produkujący całkiem niezłe marki piwa, jak Milk Stout, czy Indian Pale Ale - to ostatnie nawiązujące do smaku piw transportowanych z centrum Imperium Brytyjskiego do Indii w wiekach przeszłych, charakteryzujących się nieco zwiększoną dawką goryczki.

Ale w miejscu zwanym umownie Łyski natknąć się można na jeden relikt dawnych czasów - przydrożny krzyż z 1893 roku. Piękna kowalska robota w górnej części krzyża zdobionego motywami roślinnymi, stojącego na kamiennym postumencie. Krzyż znajduje się dziś podobnie jak Łyski w miejscu zupełnie przypadkowym, budząc zdumienie przypadkowych kierowców.





Zachwycałem się w tym miejscu niejednokrotnie artyzmem wykonania krzyży przydrożnych z okolic Choroszczy. W Sienkiewiczach dwa krzyże datowane na 1891 rok flankują oba końce wsi. W Krupnikach krzyż datowany na 1893 ukryty jest w gąszczu krzewów na jednej z posesji. Jeden z najwspanialszych egzemplarzy tego gatunku z narzędziami męki pańskiej stoi przy jednej z bocznych dróg w Barszczewie. Nieco mniej zdobiony krzyż z 1892 roku stoi w Żółtkach, po drugiej stronie ekspresówki Białystok-Warszawa. Jest ich więcej w Barszczewie, Rogowie, Rogówku i Pańkach - wszystkie z ostatniego dziesięciolecia XIX wieku. Ostatni, o jakim pisałem stoi w wiosce leśnej - Ogrodnikach.

Pytanie, dlaczego tak dużo powstało w pierwszej połowie lat 90-ych XIX wieku pozostaje otwarte. W książce Artura Gawła i Grzegorza Ryżewskiego ("Drewniane budownictwo dorzecza Biebrzy", Białystok-Suchowola, 2013) znaleźć można informację, że szczególnie wiele krzyży i kapliczek zostało ufundowanych po roku 1896, kiedy zniesiono zakaz ich stawiania wprowadzony przez władze carskie po upadku powstania styczniowego. Nie tłumaczy to jednak prawdziwej eksplozji powstawania krzyży przydrożnych w parafii Choroszcz, która wybuchła 5 lat wcześniej.