sobota, 18 maja 2019

Tajwan - Taroko National Park

Po ostatniej wizycie na Tajwanie, która miała miejsce już ponad 17 lat temu, miałem nadzieję, że jeszcze kiedyś nadarzy się okazja podróży do państwa o nazwie Republika Chińska ulokowanego na wyspie leżącej niepodal południowo-wschodniego wybrzeża Chin kontynentalnych między Filipanami, a Japonią. Portugalska nazwa wyspy - Formosa, tłumaczy się jako  ładna wyspa. Jednak dotychczas znałem jedynie zatłoczone stołeczne Taipei oraz miasto, gdzie znajduje się lotnisko, czyli Taoyuan, mające wiele uroku i azjatyckiej egzotyki, ale niekoniecznie kojarzące się z pojęciem piękna w znaczeniu jakie nadaje mu turysta. Marzyłem o tym, aby odwiedzić Taroko National Park, położony we wschodnio-środkowej części wyspy nieopodal Pacyfiku. Kanion otoczony marmurowymi, wysokimi skałami, źródła z gorącą wodą, rzeka, której spienione wody torują sobie drogę dnem kanionu, małe świątynie i wioski aborygeńskiego plemienia Atayal - Tali i Tatung mocno pobudzały wyobraźnię. Dodatkowo taka podróż miałaby się odbyć pociągiem - byłem ciekaw jak to wszystko jest zorganizowane po tej tak dalekiej stronie świata.

Na okazję przyszło mi długo czekać, ale w końcu nadarzyła się i można było rozpocząć planowanie. Na wyprawę do Taroko Gorge miałem jeden dzień z Taipei z koniecznością powrotu na noc do stolicy. Sprawdziłem, jak planowali podróż w to miejsce inni, również Polacy. Przeczytałem, że nie należy zwlekać z kupnem biletów na pociąg do ostatniego dnia, gdyż jest to dość popularny wśród turystów kierunek. Zarezerwowałem je przez internet na dwa dni przed, a po przyjeździe do Taipei, pojechałem metrem (jakiż to wygodny środek transportu w zatłoczonym mieście) do głównego dworca kolejowego, aby je wykupić.






Wśród podróżujących do Taroko Gorge byli turyści, którzy próbowali poruszać się po tym rozległym parku narodowym pieszo i później tego mocno żałowali. Przez park przebiega bowiem wąska droga o długości 17,5 km, prowadząca od głównej siedziby parku do wioski Tienhsiang, po której zbyt często pędzą samochody i autokary. Poza tym między poszczególnymi ścieżkami pieszymi w parku są spore odległości. Szkoda czasu, aby pokonywać je pieszo wśród dymu spalin. Jedna z osób radziła wypożyczyć w Xincheng rower (na dowód osobisty), ale w tym wypadku przerażała mnie wizja przemieszczania się przez ciemne i wąskie tunele skalne. Bardzo dobrą opcją wydała mi się podróż autobusem przez park. Autobus numer 302 odjeżdża bowiem spod stacji kolejowej w Xincheng i jedzie to Tienhsiang na przeciwległym krańcu parku. Wykupując całodniowy bilet na ten autobus, można wysiadać i wsiadać w dowolnym punkcie parku. Autobus kursuje mniej więcej co godzinę. Musiałem niestety zrezygnować, jak się okazało, z odwiedzenia wiosek Tali i Tatung. Na tę ścieżkę należy otrzymać pozwolenie od Parku Narodowego, a aplikować trzeba z większym wyprzedzeniem.

Mój pociąg do Xincheng odjeżdżał o 7:06 rano z głównego dworca w Taipei. Postanowiłem wyjść z hotelu o 5.45, aby mieć czas na dojazd metrem do dworca i spokojne odnalezienie właściwego peronu. W Taipei można bez problemu porozumieć się po angielsku. Poza tym na Tajwanie obowiązuje dwujęzyczne nazewnictwo. Nie ma więc ryzyka znalezienia się na skrzyżowaniu wśród drogowskazów o nieczytelnych dla przeciętnego Europejczyka znakach. Ciekawiło mnie, jaki suchy prowiant przygotuje mi obsługa hotelowa na drogę. Czy będzie coś z kuchni lokalnej (na przykład makaron ryżowy z warzywami - śniadaniowa specjalność kuchni tajwańskiej, czy też pierożki gotowane na parze Dim Sum), a może raczej coś uniwersalnego? W zestawie znalazłem croissanta, słodkie bułeczki z owocami, sałatkę warzywno-mięsną, jajko gotowane, wodę i jabłko. Do dworca dotarłem o czasie i dość łatwo znalazłem swój peron. Skorzystałem z internetowej porady i ustawiłem się na peronie w miejscu, gdzie miał stanąć wagon z moją miejscówką. Dość praktyczna porada, ale nie stałoby się nic takiego, gdybym wsiadł do swego pociągu w dowolnym miejscu i przeszedł wzdłuż wagonów do właściwego miejsca. Podróż zajęła około 2,5 godziny. Wagon przypominał mi nieco standardem nasze nowe wagony PESA, jeżdżące na trasie Warszawa-Białystok. Był nieco starszy, ale przestrzenie między siedzeniami większe. Można było wygodnie wyciągnąć nogi przed siebie i oprzeć o metalowy podnóżek, aby uciąć sobie drzemkę. Wagony klimatyzowane, ale temperatura ustawiona na taką, która nie pozwala marznąć. Pociąg jechał wzdłuż tajwańskich wiosek, poletek ryżowych, w pewnym momencie wzdłuż malowniczego wybrzeża Pacyfiku. Gdy wysiadłem na stacji Xincheng, na zewnątrz było około 30 stopni Celsjusza i można było poczuć, że poziom wilgoci w powietrzu jest wysoki. Na horyzoncie za budynkiem stacji widać było góry.




Po wyjściu z dworca w Xincheng zamierzałem poszukać przystanku autobusu 302, co nie było trudne. Po lewej stronie widać było budynki, w których można było kupić grillowaną kukurydzę, słodkiego ziemniaka, kiełbaski w podpłomykach, a także zrobić pamiątkowe zdjęcie w strojach aborygeńskich. Obok znajdowała się wypożyczalnia rowerów i skuterów. Wiedziałem, że przystanku autobusu 302 powinienem szukać tuż obok. Pytanie, gdzie kupić bilety? Nikt z podróżujących turystów, ani z obsługi dworca czy okolicznych punktów usługowych nie wiedział tego na pewno. Bilety kupuje się u kierowcy, jak się okazało.


Warto wiedzieć, że gdy się podróżuje autobusem numer 302 przez Taroko Gorge, kierowca zatrzymuje się na przystankach na żądanie. Ja tego nie wiedziałem i gdy zorientowałem się, że główną siedzibę parku narodowego już zostawiliśmy za sobą, poprosiłem, aby kierowca zatrzymał się przy przystanku Swallow Grotto. Swallow Grotto to ścieżka prowadząca krawędzią wąwozu z pięknymi widokami na marmurowe skały i wijącą się gdzieś w dole rzekę. Dochodzi się do mostu Jinheng Bridge, nazwanego tak na cześć Jin Henga, jednego z głównych inżynierów odpowiedzialnych za budowę drogi w latach 50-ych XX wieku wzdłuż Taroko Gorge. Stracił życie w roku 1957 na skutek osunięcia się ziemi, gdy dokonywał inspekcji prac budowlanych po trzęsieniu ziemi, które w tym regionie zdarzają się często.

Na Swallow Grotto zaleca się ubierać kaski. Ma to chronić głowy przed odłamkami skalnymi. Problem w tym, że wypożyczalnia kasków znajduje się jakieś 600 metrów od przystanku, na którym się zatrzymaliśmy i aby się cofnąć i wypożyczyć kask, należało przejść przez dwa dość długie tunele. Gdy spojrzałem do tunelu i ujrzałem wąskie pobocze nie zaryzykowałem spaceru po kask. Na szczęście jeden z Tajwańczyków, który odbywał z kolegą przejażdżkę skuterem po parku zaoferował mi podwózkę, z czego z ochotą skorzystałem.





7

Główną atrakcją, dla której turyści przychodzą do mostu Jinheng jest skała "Indian Head Rock" przypominająca głowę Indianina z profilu. I ja skorzystałem z okazji, aby spojrzeć i spróbować znaleźć podobieństwa miedzy wytworem natury, a rzeczywistą głową człowieka.



Gdy oglądałem wcześniej zdjęcia z parku w internecie, największą moją uwagę zwróciły te wykonane na ścieżce o nazwie Eternal Spring Shrine Trail. Wsiadłem więc do autobusu nr 302, jadącego w kierunku siedziby parku, poprosiłem kierowcę o zatrzymanie przy wypożyczalni kasków, aby zwrócić swój, a następnie wysiadłem na właściwym przystanku. Ścieżka ta nie jest długa. Wiedzie od kafejki, prowadzonej przez miłą Aborygenkę, gdzie poza przekąskami i napojami można zaopatrzyć się w pamiątki, w kierunku malowniczo położonej świątyni Eternal Spring Shrine, poświęconej tym, którzy stracili życie podczas budowy drogi wzdłuż kanionu w latach 50-ych.


Zaraz po wejściu do tunelu prowadzącego do świątyni znajduje się pomieszczenie, gdzie na tablicy można znaleźć nazwiska tych 216 osób, którzy na zawsze pozostali wśród skał Taroko Gorge.

Sama świątynia przepięknie wygląda nad wodami niewielkiego wodospadu wśród gór.


Niestety tego akurat dnia ścieżka prowadząca wyżej do Gunayin Cave i Taroko Tower była zamknięta dla turystów.

Wyszedłem więc ze świątyni i przeszedłem przez most w kierunku Changuang Temple mieszczącej klasztor zen. Pięknie położony kompleks wśród gór tchnął ciszą. Przed posągiem Buddy leżały jako ofiara tajwańskie banknoty, obok można było czerpać natchnienie ze świętych ksiąg w języku chińskim (for free) lub odwróciwszy się podziwiać majestat gór.





Poszedłem dalej przez wiszący most w kierunku Bell Tower. Niestety i tu za wieżą ścieżka była zamknięta. Z niedostępnego tego dnia budynku widocznego nad krawędzią skalną, tonącą w zieleni słychać było monotonne śpiewy, najpewniej mnichów. Zszedłem w dół w kierunku kafejki.


Było już grubo po południu, poczułem głód. Zamówiłem danie, którego nazwy nie pamiętam. W liściu bananowca gotowany na parze ryż z kawałkami wieprzowin i grzybów. Całkiem pożywne i smaczne danie.


Pół dnia w parku w ponad 30-stopniowym upale i przy dużej wilgotności powietrza może jednak znużyć. Zapragnąłem czegoś innego. Przygotowując się do wyprawy, przeczytałem w internecie o nieodległej wsi Chongde leżącej tuż przy wybrzeżu Pacyfiku, nad którą majestatycznie wznosi się klif. Zanurzyć stopy w wodach Pacyfiku i przez chwilę odpocząć -  to jest to.

Problem w tym, że Chongde nie leży na terenie parku narodowego Taroko Gorge i autobus 302 tam nie jeździ. Gdybym wybrał się do parku rowerem z Xincheng, sprawa byłaby prostsza. Kierowca autobusu 302 poradził mi wysiąść w Taroko, wiosce leżącej na obrzeżach parku i stamtąd próbować łapać autobus do Chongde. Tak też zrobiłem. Wysiadłem w Taroko i znalazłem się na przystanku autobusowym wśród niskich zabudowań mieszkalnych, różnych punktów usługowych i restauracji w otoczeniu szczytów górskich.



Była mniej więcej godzina 14.30 gdy na rozkładzie jazdy przystanku autobusowego dla autobusów jadących do Chongde znalazłem informację, że najbliższy odchodzi o 16.25. W restauracji, gdzie zaszedłem, aby się poradzić, w kwestii alternatywy nikt nie rozmawiał po angielsku. Do Chongde miałem jakieś 6 km. Mój pociąg z Xincheng do Taipei odchodził o 18.18. Zaryzykowałem i poszedłem do  Chonge pieszo, licząc na to, że znajdę stamtąd jakiś środek transportu do Xincheng.

Droga wiodła szosą wśród zwartej roślinności. Po pewnym czasie po obu stronach drogi zaczęły pojawiać się pojedyncze skromne domostwa, których wraz z pokonywaną odległością zaczęło być ich coraz więcej. Gdy minąłem skrzyżowanie lokalnej drogi prowadzącej z Taroko do Chongde z drogą szybkiego ruchu Chongde-Xincheng, zaczęła się właściwa wioska. Skromne domy stały po obu stronach szerokiej ulicy. Mijałem kościoły, małe restauracje, budynek szkoły, sklep, różne punkty usługowe.








Ciekawie wyglądał cmentarz katolicki, który rozłożył się na niewielkim wzgórzu po lewej stronie szosy. Nagrobki w różnych barwach z inskrypcjami w języku chińskim, czasami ze zdjęciami zmarłych osób. Przy wielu z nich stało jedzenie, soki w kartonikach, rośliny w doniczkach. Nagrobki biedniejsze, bogatsze, bardzo egzotyczne poprzez swe liternictwo i kolorystykę. Jeden z nich znajdował się w otoczeniu konarów egzotycznego drzewa.








Zejście do Pacyfiku znajdowało się za wsią po prawej stronie drogi, około 600 m od budynków stacji kolejowej Chongde. Sprawdziłem, że będę miał pociąg do Xincheng za około 50 minut i poszedłem w kierunku plaży. Mimo że niebo się chmurzyło, ciemny piasek ranił zmęczone stopy, zanurzenie ich w ciepłej wodzie Pacyfiku i spoglądanie w kierunku majestatycznego klifu było wisienką na torcie wyprawy do Taroko Gorge.



Później została mi tylko kasa biletowa w Chongde, jeden przystanek do Xincheng i pół godziny na zjedzenie czegoś pożywnego przed 3,5-godzinną podróżą do Taipei.



W Xincheng nie ma za dużo wyboru, jeśli chodzi o punkty gastronomiczne przy dworcu. Z dwu najbliższych restauracji zrezygnowałem ze względu na czas. Kafejka po przeciwnej stronie placu dworcowego była zamknięta. Poszedłem do wspomnianego już wcześniej lokalu przy przystanku autobusu nr 302 na podpłomyk z kiełbaską. A wcześniej odwiedziłem punkt ze świeżymi sokami, które na Tajwanie tak lubię. Świeża papaja, lód i zimne mleko w jednej szklance. Pożywne i bardzo smaczne.


Podróż pociągiem do Taipei przespałem. Gdy dotarłem do hotelu, była godzina 23.00. Czułem olbrzymie zmęczenie, ale i przepełniającą mnie radość z ilości niesamowitych doznań, które tak naprawdę trudno opisać w krótkim artykule na blogu.