czwartek, 22 stycznia 2009

Ze wspomnień babci: Dom rodzinny. Miejsce: Szarbsko. Czas: dwudziestolecie międzywojenne.

Notka opublikowana w "salonie24", 16 grudnia 2008 roku.


W tym roku odeszła moja babcia. Miała niezrównany talent gawędziarski i świetną pamięć. Potrafiła godzinami opowiadać. Starałem się to wykorzystać, aby jak najwięcej dowiedzieć się o przeszłości - faktach, zwyczajach, zdarzeniach. Po naszych rozmowach pozostało kilka godzin nagrań. Pisząc poniższą notkę starałem się wygładzać stylistykę rozmowy, tylko po to, aby dopasować jej formę do ram tekstu pisanego. Aby jednak wprowadzić czytelnika w czas i miejsce, wstęp zaczerpnę z książki brata babci.

„Powiat konecki z powiatem piotrkowskim miał wspólną granicę, którą stanowiła Pilica. Na wschodnim brzegu usadowiła się nad strumyczkiem, zwanym Strugą, moja wieś rodzinna, Szarbsko. Tuż na skraju lasu, na piaszczystych gruntach, niewiele więcej niż 200 metrów od brzegu Pilicy, znajdowały się pierwsze domostwa wsi. Na obu jej stronach nad strumykiem stały dwa młyny. Od zachodniej strony osady, najbliżej rzeki, widać było ładny murowany szlachecki dworek. Układ wsi, jej położenie i otaczająca przyroda podnosiły urok tego nadpilickiego zakątka. Kto tu znalazł się pierwszy raz, orzekał: jest biednie, ale ładnie.

Było tu biednie, to prawda; ziemie słabe i o wiele ich za mało, aby zaspokoić minimalne potrzeby wielu rodzin. Na ponad czterdzieści gospodarstw nie było więcej niż dziesięć, które miały osiemnaście i więcej mórg gruntu, pozostałe to sześcio- i dwunastomorgowe. Dziś trudno zrozumieć, jak kobieta pracująca w gospodarstwie i w tak ciężkich warunkach mogła podołać wychowaniu sześciorga, a często więcej dzieci. Ja urodziłem się w 1909 roku jako pierwsze dziecko w rodzinie. Moi rodzice mieli sześć mórg gruntu i ośmioro dzieci.
Już w końcu dziewiętnastego wieku przeludnienie wsi było mocno odczuwane. Carskie władze pod naciskiem obdzieliły dodatkowo chłopów ziemią. To wpłynęło na ożywienie wsi, a także miasta, w którym rozwijał się handel, rzemiosło. Najbliższe w okolicy miasto gubernialne – Piotrków – potrzebowało rąk do pracy. W mojej wsi, mając możność zmniejszenia ilości gąb do jedzenia, oddawano młodych chłopców do miasta na praktykę w rzemiośle. Szczególnie dużo tych młodych ludzi poszło do zawodu szewskiego. Było też w okolicy kilku nauczycieli i księży pochodzenia chłopskiego, którzy zdobyli wówczas wykształcenie. Kobiety prawie nie brały udziału w migracji.
W rodzinie mojego ojca było również za dużo ludzi w stosunku do posiadanej ziemi. W krótkim też czasie czterech braci ojca poszło wraz z innymi szukać chleba w Piotrkowie.[...]”

Stefan Krupa (1909-1983) „A jednak tak było”, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 1981.

***
„Nasz dom był duży i bardzo stary. Wchodziło się do przestronnej sieni, ale nie na wylot domu. Po prawej stronie było pomieszczenie na spożywcze rzeczy. Na wprost był komin. W sieni była też półka na buty. Dom składał się z dwóch mieszkań. Z lewej strony wchodziło się do dużej chałupy. Tak się dawniej mówiło: mała chałupa i duża chałupa. Obie miały komorę. Mała chałupa i sień miały podłogę na glinie.

W dużym mieszkaniu okna wychodziły na wschód i na południe. Chałupę dużą bieliło się dwa razy do roku wapnem lasowanym. W promieniu 9 kilometrów w kierunku na Sulejów były wapienniki. Przed bieleniem wszystkie sprzęty domowe wynosiło się z domu pod dyktando mamy. Również wszystkie sienniki były wymieniane.
W dużej chałupie nie było szaf, za dużo miejsca zajmowałyby. Więc komora biegła wzdłuż, przez całą długość mieszkania. Były tam powbijane haki i wieszaki drewniane. Jedna strona była męska, druga damska.

Zaraz za wejściem do dużego mieszkania, po prawej stronie stał piec – kuchnia do gotowania. Nie była to kuchnia zamykana, miała popielnik, jak kominek. Nad kuchnią (płytą) było wejście do pieca chlebowego. Piec chlebowy był bardzo duży. Mama piekła w nim 6 bochenków 3-4 kilowego chleba. Piec ten kończył się w komorze. Był tam pod sufitem wywietrznik z siatką drucianą. Jak trzeba było, to się ją wysuwało. Na piecu leżał worek grzybów i to wszystko, co mogłoby zapleśnieć. Koło kuchni stał piec z kamienia ciosanego. Cały czas był gorący. Gdy się gotowało jedzenie, płomień przechodził przez ten piec i dopiero z tego pieca było wejście do komina. Naokoło pieca była jeszcze ławka, aby można było usiąść i plecy sobie grzać. Mniejsze dzieci lubiły na tej ławie spać. Był też mały stół do jedzenia. A dalej stały trzy łóżka. Obok stała też duża ława, codziennie służąca do maglowania bielizny, kładło tam się poduszki, pościel. Drugi stół to był stół-ołtarzyk. Ładnym obrusem był nakryty, stała na nim figurka krzyża, ładna, drewniana, stolarz znajomy go wykonał. Obok stały obrazki Matki Boskiej. Na tym krzyżu zawsze różaniec mamy wisiał, koło niego leżała książeczka do nabożeństwa. Rodzice umieli czytać. Ojciec i mama uczyli się czytać po rusku w szkole, a po polsku, dla bardziej pojętnych chłopskich dzieci, dziedzic sam zorganizował naukę.

Za wejściem do dużej chałupy, z lewej strony stała szafa na talerze, zamykana bez prześwitu u dołu. Tam chleb się tylko kładło (te sześć bochenków). Szafa była dwuczęściowa. Wyżej kładło się talerze, była tam też skrzynka, gdzie leżały żeleźnioki (garnki, miseczki).

Od północy leżało małe mieszkanie, w którym okna wychodziły na zachód i na północ. Mała chałupka miała komorę spożywczą. Fasola, kasza, mąka. Stały też w niej łóżka, gdyż w dużym mieszkaniu wszyscy byśmy się nie pomieścili. W małej chałupie na łóżkach nie było sienników, bo mama mówiła, że przez sienniki wieje z boku. Łóżka wykładało się słomą, bardzo grubo. Derki, nakrycia, wszystko było własnej roboty.

Jadło się na miseczkach. W domu były dzieci, więc nie nadążyłoby się kupować talerzy. Każdy miał swoją miseczkę. Na zupę oraz na drugie danie. Pamiętam, że jak byłam mała, to jeździł szmaciarz i sprzedawał opoczyńskie talerze. Łatwo się tłukły, nie nadążano ich kupować. A miseczki były w środku wylewane białą polewą, ładne. Jadło się zwykle siedząc na taborecikach, stołeczkach przy niedużym stole. Gdy zjeżdżała się liczna rodzina z miasta, mama nakrywała dużą ławę i stawiała donicę, w której podawała najczęściej pierogi, do pierogów był kapuśniak z grzybami albo krupnik.”

Ze wspomnień Wandy Paczkowskiej z Krupów (1920-2008), nagranych 5.03.2007 roku.
Cdn.

9 komentarzy:

  1. Szanowny Panie, pracuję w Bibliotece Pedagogicznej w Piotrkowie przy gromadzeniu i i opracowaniu regionaliów. Wśród setek poszukiwanych przeze mnie publikacji jest również książka Stefana Krupy, o której Pan wspomina. Zwracam się z pytaniem, czy byłby Pan w stanie pomóc mi zdobyć tę książkę dla naszej biblioteki; jeżeli to możliwe - bezpłatnie. Mój mail: sylwiamad@poczta.onet.pl. Pozdrawiam - Sylwia Madalińska

    OdpowiedzUsuń
  2. mój ojciec jest z tej wsi'''''

    OdpowiedzUsuń
  3. Spedzilam wiele lat w Szarbsku.Bylo tam cudownie,wspaniali ludzie.Dom mojej babci rowniez byl nad struga w Szarbsku. Wszystkie nazwiska sa mi znane. To byla najpiekniejsza wies jaka znalam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzisiaj od rana w głowiemiałam swoje dziecińswo , którego częsc spedzałam u swojej praprababci w Szarbsku, usiadłam wieczorem żeby poczytać o tej wsi i trafiłam na ta stronę. Dom z opowiesci jak ten , w którym czesto przebywałam, wiem ze nadal mam tam rodzinę z która nie utrzymuje kontaktu... a w sumie szkoda , to było piekne dzieciństwo. Pamietam jak z babcią prowadzałam krowy na pole, i te wielke jabłka które rosły w sadzie obok domu, fajnie tak powspominać... Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja Babcia pochodzila z Szarbska,nazywala sie Stefania Leska i dziadek Jozef Leski.Szarbsko to byla Najpiekniejsza wies i najlepsze wakacje jakie tam spedzalam.Obecnie mieszkam na Florydzie ale myslami jestem zawsze w Szarbsku.Napewno odwiedze Szarbsko w nie dlugim czasie, wiem ze bedzie inaczej ale nic mnie nie powstrzyma aby tam pojechac.Pozdrawiam Wszystkichz Szarbska.Ewa

      Usuń
  5. Mój tata urodził się w Szarbsku Jan Gorzelak (1908 - 1991) jego mama a moja babcia była z domu Leska na imię miała Małgorzata. Bardzo wcześnie umarła zostawiając 2 małych dzieci. Dziadek Gorzelak Benedykt przeniósł się na wschód Polski (Włodawa) ponownie się ożenił. Mój tato często wspominał i bardzo chciał odwiedzić miejsce narodzin ale nie
    udało mu się. Teraz ja z bratem mamy to w pamięci i zamierzamy zobaczyć tą wieś. Pozdrawiam. Barbara

    OdpowiedzUsuń
  6. Ha, wychowałem się tam. Z moim kolegą Marcinem, koleżanką Magdą i bratem Mariuszem. Pamiętam wiele. I jak w Strudze szukaliśmy radzieckich czołgów, i jak Moneta nas ganiał i kapliczkę niedaleko Rozumowskich. Wspaniałe wspomnienia. I droga przez wieś płynąca wodą po burzy i droga na Połączki i na Białą Górę. A ta remiza i zabawy w wojnę i ta stara pompa strażacka, która stałą zardzewiała za remizą. A Sołtys miał traktor. Zniwa w lecie, pełne potu, upału i zdzbła za koszulką i ta upragnina kąpiel w Pilicy późnym popołudniem dla ochłody. Kwaśne mleko z ziemniakami. Wielki głaz nad Strugą, który chcieliśmy wysadzić w powietrze i droga do szkoły do Dąbrówki w zimę na piechotę. Ech...

    OdpowiedzUsuń