piątek, 3 lutego 2012

Ustaliłem losy mego pradziadka Stefana Stępnia!

Zagadka powojennych losów mego pradziadka Stefana Stępnia wydawała się jedną z najtrudniejszych do rozwikłania, gdy rozpoczynałem moją przygodę z genealogią prawie 10 lat temu. Moja babcia widziała ojca, jak sama mówiła ostatni raz na Wołyniu w 1943 roku. Jeden z jej braci podobno po wojnie widział ojca na którejś z dolnośląskich stacji kolejowych i tam ojciec powiedział mu, że nie chce utrzymywać kontaktu z rodziną.

Szczegółowo opisałem hipotezy dotyczące dalszych losów Stefana Stępnia na tym blogu w czerwcu 2010 roku.

Wtedy już dysponowałem dodatkowymi relacjami osób z rodzin braci i sióstr mego pradziadka, do których dotarłem dzięki pewnemu listowi. Nie wnosiły te relacje dużo nowego. Według nich pradziadek mógł zaginąć na Wołyniu lub też przeżyć wojnę, ale ze swoją rodziną z jakichś względów nie utrzymywać kontaktu. Były to relacje z drugiej ręki. Nikt z rodzeństwa Stefana nie dożył naszych czasów.

Pewien przełom nastąpił, gdy zdecydowałem się napisać do PCK, przez którą to organizację członkowie rodziny poszukiwali pradziadka po II wojnie światowej. Ustaliłem wtedy, że pradziadek na pewno przeżył wojnę i w 1954 roku mieszkał we Wrocławiu.

Dodatkowe poszukiwania pomogły mi ustalić, iż od 1942 roku pradziadek był na robotach przymusowych w Boberrörsdorf (dziś Siedlęcin koło Jeleniej Góry). Sprawdziłem również adres podany przez Polski Czerwony Krzyż (ul. Katowicka 103) we wrocławskich zbiorach meldunkowych (bez rezultatu), a następnie poprosiłem o kopię pisma, na podstawie którego Polski Czerwony Krzyż ustalił miejsce pobytu dziadka w 1954 roku. Okazało się, że z pisma tego nie wynika na pewno adres przy ulicy Katowickiej (było napisane bardzo nieczytelnie), a raczej jest to ulica Rolnicza 103 we Wrocławiu. Jednakże pod tym adresem w zbiorach meldunkowych Wrocławia również nie znalazłem żadnej informacji o Stefanie Stępniu.

Dużym przełomem okazała się chwila, gdy pokazałem koleżance Anecie kopię pisma z PCK. Według niej adres wskazywał na ulicę Lotniczą, a nie Rolniczą. Sprawdziłem i ten adres w zbiorach meldunkowych Wrocławia, bez rezultatu niestety. Wiedziałem jednakże, że pod adresem Lotnicza 103 we Wrocławiu w 1981 roku znajdował się stary barak, w którym Brat Jerzy Marszałkowicz założył pierwsze schronisko dla bezdomnych im. Brata Alberta. Mimo to, czułem, że znalazłem się w ślepej uliczce, jeśli chodzi o poszukiwania informacji o moim pradziadku.

***

Ale... zadzwoniłem do Towarzystwa Pomocy im. Brata Alberta we Wrocławiu, aby zapytać o to, jakie było przeznaczenie baraku przy ulicy Lotniczej 103, gdzie powstało pierwsze schronisko dla bezdomnych. Skierowano mnie do schroniska dla bezdomnych w Bielicach, do samego Brata Jerzego Marszałkowicza. Zadzwoniłem tam, poprosiłem o połączenie i spotkałem się z zupełnie niezwykłą reakcją. Brat Jerzy sprawdził w ewidencji Towarzystwa, czy nie ma w nim osoby o nazwisku Stefan Stępień (nie było), a następnie w sposób cierpliwy i wyczerpujący opowiedział mi historię baraku. Baraków było kilka. W latach powojennych Przedsiębiorstwo Robót Inżynieryjnych kwaterowało w nich robotników, pracujących przy odgruzowywaniu Wrocławia. Później były tam tereny wojskowe, a w czasie, gdy jeden z baraków przejmowało Towarzystwo Pomocy im. Brata Alberta, w części z nich znajdowały się magazyny, a w części mieszkali różni "dzicy" lokatorzy. Byłem bardzo zadowolony z tej rozmowy. Pomyślałem sobie, że pradziadek mógł być robotnikiem, który został dokwaterowany do baraku przy ulicy Lotniczej 103 i nie mieć tam stałego meldunku. Rozmowa ta ukierunkowała też moje dalsze poszukiwania.

Oderwijmy się na chwilę od nich. W Gazecie Polskiej w grudniu ukazał się artykuł księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, poświęcony Bratu Jerzemu. Gdy go czytałem, przekonywałem się, że naprawdę rozmawiałem z osobą niezwykłą. Oto fragment artykułu, który mówi o interesującym mnie okresie:

"Jako furtian po raz pierwszy zetknął się z bezdomnymi, którzy przychodzili do niego po prośbie. Przez wiele lat z własnej woli opiekował się nimi, zbierając dla nich żywność, odzież i lekarstwa. Traktowano go jako dziwaka, ale on w tym działaniu odkrywał swoje nowe powołanie. Jego marzeniem było stworzenie zakładu opiekuńczego dla osób potrzebujących pomocy na wzór przytulisk i schronisk prowadzonych w czasie zaborów przez Adama Chmielowskiego, czyli Brata Alberta. W PRL bezdomnych oficjalnie nie było, bo w czasach propagandy i sukcesu te sprawy starannie utajniano. Wszelkie starania o utworzenie schroniska rozbijały się o mur bezdusznej biurokracji. Dopiero w dobie Solidarności w środowisku wrocławskim narodziła się idea utworzenia organizacji pozarządowej opiekującej się bezdomnymi. Utarczki z urzędami trwały kilka miesięcy. W końcu pod koniec listopada 1981 r. zarejestrowane zostało w sądzie Towarzystwo Pomocy im. Adama Chmielowskiego, pierwsze tego typu w Polsce. Otwarło to drogę do przejęcia prymitywnego baraku przy ul. Lotniczej we Wrocławiu i do zaadaptowania go na noclegownię. W trakcie prac przygotowawczych wybuchł stan wojenny. Nie zraziło to jednak Jerzego, który w noc wigilijną, gdy na ulicach stały patrole wojskowe i opancerzone samochody, opuścił za zgodą władz seminarium duchowne, aby zamieszkać w obym baraku z kilkoma bezdomnymi mężczyznami. Początkowo było to na próbę, ale taki stan rzeczy trwa już równo 30 lat. Duchowny przeprowadzał się w ciągu tych lat do kilku kolejnych schronisk, w tym do Bielic na Opolszczyźnie, ale zawsze mieszkał razem z bezdomnymi. Był dla nich jak brat. Oni jednak mówili do niego "tata" nie z powodu różnicy wieku, ale ze względu na jego autentyczną, ojcowską troskę. "

W poszukiwaniu akt osobowych Przedsiębiorstwa Robót Inżynieryjnych zwróciłem się do Towarzystwa Miłośników Wrocławia. Stamtąd zostałem odesłany do Archiwum Państwowego we Wrocławiu. Gdy napisałem do tej szacownej instytucji, dowiedziałem się, że akta osobowe przedsiębiorstwa nazywającego się podobnie do wskazanego przez Brata Jerzego: "Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Renowacji Budynków", znajdują się w Dolnośląskim Urzędzie Wojewódzkim.

Zadzwoniłem oczywiście do Archiwum Zakładowego Dolnośląskiego Urzędu Wojewódzkiego i tam znów spotkałem się z bardzo miłą reakcją. Pani, która za mną rozmawiała powiedziała, że w zasobach archiwum znajdują się akta osobowe Przedsiębiorstwa Robót Inżynieryjnych oraz Miejskiego Przedsiębiorstwa Rozbiórkowo-Porządkowego. Obiecała przeszukać i oddzwonić. Gdy po paru dniach ponownie rozmawialiśmy, dowiedziałem się, że żadnych danych odnośnie mego pradziadka nie odnaleziono. Ale usłyszałem przy okazji, że Przedsiębiorstwo Robót Inżynieryjnych zostało podzielone na inne przedsiębiorstwa i część akt osobowych trafiło do Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Robót Inżynieryjnych we Wrocławiu, a część do firmy Hydrobudowa, skąd zostały przeniesione do Zakładu Usług Archiwalnych "Archiwista" mającego swą siedzibę aż w Teresinie.

Skontaktowałem się z pierwszą ze wskazanych instytucji, gdzie również przeszukano dla mnie akta (bez rezultatu). Z firmą mieszczącą się w Teresinie nie udało mi się niestety skontaktować. Telefony milczały, a na mojego e-maila nikt nie odpowiedział. Znów znalazłem się w kropce.

Postanowiłem jednak sprawdzić dla świętego spokoju jeszcze jeden trop. Sprawdziłem już dokładnie Wrocław, gdzie według PCK natrafiono w 1954 roku na ślad Stefana. W piśmie z PCK jednak, znajdowała się również wzmianka o tym, że w 1948 roku poszukiwał go szwagier Mikołaj Lemański, podając jako miejsce zamieszkania Jelenią Górę. Skontaktowałem się z Urzędem Miejskim w Jeleniej Górze, prosząc o sprawdzenie zasobów meldunkowych tego miasta. Jakież było moje zaskoczenie, gdy otrzymałem odpowiedź mówiącą, że Stefan Stępień mieszkał w Jeleniej Górze przy ulicy Powstańców Śląskich 29, gdzie trafił z ulicy Lotniczej 103 we Wrocławiu. Z Jeleniej Góry zaś trafił do Janowic Śląskich koło Jeleniej Góry. Potwierdziła się więc ulica Lotnicza we Wrocławiu. Pomyślałem sobie wtedy, że jeśli (według relacji rodzinnych) prababcia napisała wtedy do pradziadka pod wskazany adres w piśmie z PCK (ul. Katowicka 103), to nijak nie mogła trafić na ślad swego męża. Jeleniogórska karta ewidencyjno-adresowa nie zawierała żadnych dat, stąd nie dowiedziałem się w jakich latach pradziadek zmieniał miejsca zamieszkania. Najbardziej elektryzujące jednak było następujące zdanie: "Nadmieniam, że źródłem informacji w kwestii bliższych danych może być teczka dowodowa ostatniego wydanego dowodu osobistego, ponieważ teczka dowodowa została wysłana do Szczecina to tam należy zwrócić się o pomoc ...".

Oczywiście natychmiast napisałem do Urzędu Miejskiego w Szczecinie. Dalej sprawy potoczyły się już szybko. Dowiedziałem się, że pradziadek mieszkał w Szczecinie od 1959 roku, aż do 1984. Wtedy też został wymeldowany do Domu Pomocy Społecznej w Śniatowie, gdzie zmarł w 1986 roku. Teczki dowodowej pradziadka nie miałem jednak możliwości otrzymać. Została zmakulaturyzowana w 1996 roku, 10 lat po jego śmierci.

Wystąpiłem o odpis zupełny aktu zgonu do Urzędu Stanu Cywilnego w Kamieniu Pomorskim i dowiedziałem się, że pradziadek zmarł jako wdowiec. Jego drugą żoną była Stanisława Flugel.

Sprawdziłem także oczywiście, czy jakiekolwiek dane, dokumenty bądź zdjęcia zachowały się w Domu Pomocy Społecznej w Śniatowie. Niestety nie było tam nic, poza zapisem, że pradziadek był wdowcem i osobą samotną i że został pochowany na cmentarzu w Kamieniu Pomorskim.

Ostatnim krokiem był telefon do PGK w Kamieniu Pomorskim, gdzie dowiedziałem się, że nagrobek pradziadka, jako nieopłacony od 2007 roku nie istnieje.

Dowiedziałem się więc bardzo dużo. Dolny Śląsk i druga rodzina w pewnym sensie okazały się prawdą. Ale pradziadek mieszkał bardzo długi czas w Szczecinie, gdzie po wojnie mieszkał wraz z żoną jego syn Edward. Ciekaw jestem, czy kiedykolwiek zetknęli się ze sobą na ulicy i mieli okazję na siebie popatrzeć. Pradziadek zmarł w 1986 roku, trzy lata później odeszła prababcia Agata, jego przedwojenna żona.
Pińsk, 1924 lub 1925 rok, na zdjęciu Agata Stępień ze Szczerbaczewiczów (1898-1989) i jej mąż Stefan Stępień (1900-1986). W środku ich najstarszy syn Kazimierz (1924-1997).

14 komentarzy:

  1. MariaŁopaciuk3 lutego 2012 20:17

    Danielu, podziwiam Twoją dociekliwość w wyjaśnieniu zagadki rodzinnej. Włożyłeś wielkie zaangażowanie... ale i efekt jest imponujący !!! Oby jak najczęściej podobne poszukiwania miały takie samo zakończenie. Gratuluję !

    OdpowiedzUsuń
  2. Aż brak mi słów... Niesamowita historia, tak jak niesamowicie długa i zagmatwana droga prowadziła Pana do tego odkrycia... Gratuluję!! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Sensacyjne odkrycie - tak trzeba by powiedzieć... Gratuluję , Danielu...

    No i to zdanie: "Ale pradziadek mieszkał bardzo długi czas w Szczecinie, gdzie po wojnie mieszkał wraz z żoną jego syn Edward. Ciekaw jestem, czy kiedykolwiek zetknęli się ze sobą na ulicy i mieli okazję na siebie popatrzeć."...

    OdpowiedzUsuń
  4. PS Czy nie masz błędnie ustawionego zegara? Poprzedni komentarz napisałam o 21:13 naszego czasu, a na "wydruku" widnieje 12:13 PM... No, chyba, że jesteś za Oceanem, gdzieś w sercu Stanów Zjednoczonych i stamtąd prowadzisz blog :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Gratuluję uporu i wytrwałości w poszukiwaniach.

    OdpowiedzUsuń
  6. Upór i wytrwałość Twojego działania pozwoliły Ci rozwikłać tę zagadkę. Z pewnością przyniosło Ci to ogromną satysfakcję, szczególnie, że mnóstwo czasu temu poświęciłeś. A my, w tm ja czytamy tę historię
    z zapartym tchem.
    Gratuluję.:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Twoja wytrwałość i skuteczność w dążeniu do rozwikłania tej zagadki robi nawet większe wrażenie niż sama historia. Gratuluję.

    OdpowiedzUsuń
  8. Danielu! Twoje owocne poszukiwania wskazaly mi jak szukac zagnionych po wojnie braci mojego dziadka! Dziekuje!
    Czy mozesz mi podpowiedziec, gdzie pisac do PCK i jak kontatktowales sie z z Urzedem Miejskim w Jeleniej Gorze? Bo tam podobno mieszkal jeden z braci. Drugi natomiast zaginal we Wroclawiu, wiec moze tez podpowiesz? :-)

    OdpowiedzUsuń
  9. Dziękuję Wam za wszystkie dobre słowa. To bardzo miłe uczucie wiedzieć, że aż tyle osób przeczytało tę historię.

    Prowincjałko, nie wiem co z tym czasem. Nic nie ustawiałem.

    Małgorzato, jeśli chodzi o PCK, wszedłem na ich stronę i ściągnąłem druk poszukiwawczy, który należy wypełnić i wysłać pocztą:

    http://www.pck.pl/pages,13_100.html

    Trochę dłużyło mnie czekanie na odpowiedź, więc zadzwoniłem i dowiedziałem się, że odpowiedź dla mnie jest przygotowywana. Wkrótce otrzymałem ją pocztą.

    Jeśli chodzi o zasoby meldunkowe Wrocławia pisałem na adres: Urząd Miasta Wrocławia, Wydział Spraw Obywatelskich, Dział Informacji Adresowej i Statystyki, ul. Gabrieli Zapolskiej 2/4, 50-032 Wrocław. Za każdym razem musiałem wpłacić 31 zł, wypełnić formularz, gdzie musiałem wskazać interes prawny bądź faktyczny (pisałem o chęci ustalenia losów zaginionego podczas wojny pradziadka). Opłata jest zwracana, gdy żadne dane nie zostaną znalezione, ale trzeba złożyć wniosek o zwrot tej opłaty.

    Jeśli chodzi o Jelenią Górę pisałem na adres: Urząd Miasta Jelenia Góra, Wydział Obsługi Mieszkańców, Referat Spraw Obywatelskich, Ptasia 6a, 58-500 Jelenia Góra.

    OdpowiedzUsuń
  10. Danielu gratulacje!!!
    Może również i mi uda się ustalić dokładniej przedwojenne losy Rodziny.
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  11. Z Wrocławia do Szczecina... Piękne rodzine zdjęcie. Gratuluję!

    OdpowiedzUsuń
  12. Jesteś wspaniały i niesamowity.Pozazdrościć, ja pewnie w połowie drogi już bym się poddała.
    Czy będzie ciąg dalszy ?
    Małgorzata

    OdpowiedzUsuń
  13. Basiu, powodzenia.

    Anetko, sam byłem zaskoczony tą wędrówką pradziadka. Jest to jedyne jego zdjęcie jakie posiadam.

    Małgorzato, dziękuję. Trudno powiedzieć, czy będzie ciąg dalszy. Sprawdzam jeszcze jeden kontakt, ale byłbym szczerze zdziwiony, gdybym otrzymał odpowiedź. Choć nie raz już przekonywałem się, że wszystko jest możliwe.

    OdpowiedzUsuń