wtorek, 10 czerwca 2014

Dom przy Windeckstrasse

Jedno z zachodnich przedmieść Monachium. Osiedle domów jednorodzinnych położone przy ruchliwej Würmtalstrasse. Windeckstrasse jest nieco schowana, stąd bardziej tu zacisznie. Pod numerem 21 znajduje się dom, gdzie przez ostatni, długi okres swego życia, wynajmował mieszkanie jeden z największych polskich prozaików - Józef Mackiewicz.


Dom przy Windeckstrasse 21 na pierwszym planie po lewej stronie.

Biały piętrowy dom schowany jest w zieleni otaczających go drzew i krzewów. Znajduje się kilkaset metrów od początku dość długiej osiedlowej ulicy Windeck, po lewej stronie, na rogu Rolandseckstrasse.


Widok od Rolandseckstrasse na ginący w zieleni dom po lewej stronie zdjęcia za płotem

Dookoła podobne mu domy, mniej lub bardziej luksusowe samochody. Słychać ćwierkanie ptaków, szczególnie aktywnych na początku czerwca. Przy skrzyżowaniu Kornwegerstrasse z Würmtalstrasse trafika z gazetami. Po przeciwnej stronie ulicy za białym murem zieleń rozległego parku. Czy to miejsce wyglądało podobnie 30, 40 lat temu? Niewykluczone, choć przez 30 lat mogło przejść trudną do opisania metamorfozę, jak to w miastach bywa.

Józef Mackiewicz mieszkał w Monachium przez 30 ostatnich lat swego życia (1955-1985), jednak trudno znaleźć jakiekolwiek odniesienia do tego miejsca w jego twórczości prozatorskiej. Tak jakby powojenna odbudowa zachodniego państwa niemieckiego, czasy Adenauera, Erharda, pamiątki historycznej świetności stolicy Bawarii nie były interesujące. Brakuje opisów różnych monachijskich typów ludzkich, tak charakterystycznych i często spotykanych na kartach powieści Mackiewicza, gdy pisał o Wileńszczyźnie, Polesiu i innych krainach dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Nie spotkamy w jego twórczości opisów bawarskiej przyrody, choć tak zachwycają wielu czytelników opisy przyrody na kresach Rzeczypospolitej.

W Monachium jednakże powstała zdecydowana większość spuścizny literackiej, od najdoskonalszych "Nie trzeba głośno mówić" przez "Drogę donikąd", "Kontrę", "Sprawę pułkownika Miasojedowa" po wiele innych powieści, będących świadectwem o tak odległym i czasowo i przestrzennie dla mieszkającego tu pisarza, kraju nad Wilią. Zastanawiam się, jak mocno trzeba żyć sprawami polskimi, wileńskiej ojczyzny, aby móc tak wiernie, obrazowo, doskonale opisywać historie świata, który bezpowrotnie odszedł, mieszkając od lat w zupełnie innym środowisku. Z drugiej strony, jak mocno trzeba być wyobcowanym od swego otoczenia, aby nie poświęcić mu uwagi na kartach twórczości.

O ciekawej rozmowie z Józefem Mackiewiczem napisał w zeszłym roku zmarły niedawno pisarz Marek Nowakowski:

"Ostatniego pożegnalnego wieczoru Andrzej zadzwonił do Józefa Mackiewicza w Monachium. – Dałem mu twojego „Księcia nocy" – powiedział. – Zobaczymy, czy przeczytał.
Porozmawiał chwilę i dał mi słuchawkę. Posłyszałem zaciągliwy, śpiewny głos, tak charakterystyczny dla tamtej północno-wschodniej krainy jezior Naroczy, Świtezi, rojstów, mszarów, oczeretów, puszczy Nalibodzkiej, Rudnickiej, rozrzuconych wśród pagórków wsi, chutorów, świronków, odryn. Naprawdę jakbym się znalazł na tej kresowej ziemi, której przecież wcale nie znałem. Byłem stremowany."

wtorek, 3 czerwca 2014

Budy czy apartamentowce?

Mam ostatnio okazję stosunkowo często przejeżdżać rowerem przez dzielnicę położoną między ulicami Wyszyńskiego, Bohaterów Monte Cassino i Kopernika w Białymstoku. Są to w większości tereny dawnej wsi Słoboda, które w XIX wieku zostały dołączone do rozbudowującego się miasta. Tonące w zieleni, brukowane bądź w większości piaszczyste uliczki. Starzejące się drewniane domy, niektóre pokryte szpetnym sidingiem, sypiące się budynki murowane. Znajdziemy tu tak charakterystyczne dla miasta, budowane w okresie międzywojnia, modernistyczne wille drewniane. Część dawnego Białegostoku tak szybko odchodzącego w niebyt. 

Parę lat temu pisałem o ulicy Młynowej. Fotografie zamieszczone wtedy pokazują tę część ulicy, która prowadzi od ulicy Wyszyńskiego ku centrum w formie, jaka już nie istnieje. Nowa kostka brukowa spowodowała, że ulica wyładniała, ale straciła również swój wiejski charakter, do czego przyczyniła się również likwidacja części zabudowy. Sąsiednia ulica Kijowska również w niczym nie przypomina już swego dawnego ogrodowego charakteru. Odcinka ulicy Grunwaldzkiej, o którym tu pisałem, także już nie ma. Został zastąpiony szeroką arterią nazwaną imieniem zasłużonego dla Białegostoku architekta Oskara Sosnowskiego. 

Zarówno dalszą część ulicy Grunwaldzkiej, jak i Młynowej odnajdujemy za to w wiejskiej formie pomiędzy wspomnianymi ulicami Bohaterów Monte Cassino i Kopernika. Sąsiadujące uliczki Toruńska, Warecka, Witebska, Kielecka, Ciechanowska wciąż przypominają, jak wyglądały kiedyś białostockie Chanajki, Piaski, czy Bojary, o których można przeczytać przesycony goryczą tekst na blogu wschody słońca. Czy i tę dzielnicę, pozostałość dawnej Słobody, czeka podobny los? Niewykluczone. Niestety dzielnice te niszczeją, nierzadko pozbawione są mediów, dotychczasowi mieszkańcy umierają, a spora część białostoczan nie życzy sobie istnienia "wiochy" w mieście. Częsty scenariusz to podpalenia opuszczonych domostw, a następnie budowa apartamentowców, nierzadko ładniejszych niż komunistyczne blokowiska, lecz bezpowrotnie zmieniających historyczny charakter Białegostoku. Niestety, bez finansowego wsparcia decydentów, ich woli, a także przyzwolenia większości mieszkańców, dzielnice takie będą bezpowrotnie zmieniać się. Warto więc utrwalić choćby na kilku zdjęciach zielony fragment ulicy Młynowej


czy bardzo ciekawy dom drewniany na rogu ulicy Łomżyńskiej i Grunwaldzkiej.




środa, 7 maja 2014

W krainie wietrznych wyżyn, jezior i świerkowych lasów

Ostatni weekend maja spędziłem wraz z przyjaciółmi i znajomymi nad pięknym, granicznym jeziorem Gaładuś. Poznałem je poprzedniego roku, będąc w Burbiszkach, leżących u północnego brzegu jeziora. Tym razem na wypoczynek wybraliśmy wieś Żegary, oplatającą swymi zabudowaniami południowy kraniec Gaładusi. Stąd już po sąsiedzku do Sejn. Żegary sprawiają wrażenie miejscowości letniskowej. Wydaje się, że więcej tu posesji należących do sobotnio-niedzielnych mieszkańców, niż typowo rolniczych gospodarstw. Przynajmniej przy drodze okalającej jezioro. Dwa charakterystyczne litewskie krzyże przydrożne: jeden we wschodniej części z napisem św. Metai (św. Metal jak niektórzy odczytywali), drugi tuż przy kościele, postawiony przez wywodzącego się z Żegar krawca Vincasa Petruskevicusa w roku 1900 - w języku litewskim, ale z polskimi literami jeszcze. Kościół w Żegarach bez wyrazu, zbudowany w miejscu XVIII-wiecznego, drewnianego, niestety spalonego kościółka. Za to kryje podobno pod posadzką stare krypty z prochami właścicieli pobliskiej Krasnogrudy - Eysymontów oraz Hołn Mejera - Paszkiewiczów.

W kościele na jednej, jedynej mszy świętej w niedzielę. Donośne śpiewy z wyrazistymi męskimi głosami i równie głośno brzmiącymi żeńskimi. Po  litewsku. Podobało się.

***
Od czasów studenckich nie łowiłem ryb. Wielką przyjemność sprawiło patrzeć, jak hurtem (na kukurydzę z puszki) brały płocie, krasnopióry i ukleje. Zakładaliśmy też mięsiste dżdżownice na okonie. W kwadrans wyciągnąłem dwa. Smażona świeża, chrupiąca ryba z patelni - pierwsza klasa. Do tego ziemniaki pieczone na ognisku oraz boczek grillowany z pieczarkami, cebulą i papryką. Palce lizać.


Z Żegar niedaleko do Krasnogrudy kojarzonej z Czesławem Miłoszem. Zadbane otoczenie starego drewnianego dworu Kunatów, wiekowe drzewa. We dworze dostałem numer suwalskiego pisma poświęconego sprawom okołomiłoszowym. Sąsiędztwo kolejnego jeziora - Hołny. Przyjazne miejsce, dobre do czytania ambitnych książek.  Podobnie, jak położone po drugiej stronie jeziora Hołny Mejera, choć tam akurat więcej przyjaznego nieuporządkowania.


Włóczyłem się po okolicy, korzystając z opisów w przewodniku Grzegorza Rąkowskiego. Tworzony 20 lat temu, niby tak niedawno. Wiele fragmentów jednak bezpowrotnie zdeaktualizowanych. Nieco zawodu przeżyłem w sąsiadujących z Żegarami Sztabinkach. Nad jeziorem o tej samej nazwie miał znajdować się stary, zarośnięty cmentarz, stanowiący prawdopodobnie jeden z nielicznych śladów po staroobrzędowcach w tych rejonach. Cmentarzyk okazał się być całkiem zadbanym miejscem z przewagą zupełnie nowych nagrobków.

***

Rachelany, wieś przy drodze do Hołn Wolmera. Nie znalazłem ani jednego, tak charakterystycznego dla tych terenów drewnianego świronka. Gospodarstwa zadbane,  murowane, nieco rozproszone, pasące się bydło. Kolorowe ogródki z mnogiem kwiecia. Wieś z niezłymi perspektywami można by rzec.

***

W Hołnach Wolmera piętrowy, murowany budynek dawnego folwarku z 1904 roku o swoistej estetyce, ze ścianami wzniesionymi z polnych kamieni. W latach 90-ych podobno strażnica Straży Granicznej. Dziś opuszczony, niszczejący, zarastający powoli roślinnością, podobnie, jak jego otoczenie.

***

Nie widziałem takiego zjawiska wcześniej. Tym razem, w początku maja rozpościerały się wszędzie, gdzie odkryty teren, żółte kobierce mniszka lekarskiego. Piękne, soczyste, przyciągające wzrok. Oglądałem je w Żegarach, w Dusznicy, gdy przekraczałem mostek na Dusi, przy drodze do Krasnogrudy, mijając leśny świronek nad jeziorem Dusiejcis Większym, w Rachelanach i w Hołnach Mejera. Mniszek lekarski ruled!




W ostatnim dniu wybrałem się do przygranicznych Berżnik na koniec świata. Pofałdowane wietrzne wzgórza, przytłaczające niebo chmury i rozproszone zabudowania najpierw Ogrodnik, później Hołn Wolmera. Wreszcie zielona tablica z napisem Berżniki. Cmentarz u początku wsi, niegdyś miasteczka, najstarszego na Suwalszczyźnie o wielu patriotycznych pomnikach - akcentach, zarówno polskich, jak i litewskich. Trójkątna łąka w centrum miejscowości, dawniej stanowiąca rynek, pamiątka świetności. Teren drewnianego (trochę przypominającego kościoł w Jaminach) XVIII-wiecznego kościoła, położonego na wzgórzu, skąd widać wody jeziora Kielig, zagospodarowany wzorowo.


Przed powrotem zaszedłem do sklepu z mydłem-powidłem (jak ja lubię takie sklepy) w starej drewnianej chałupie przy berżnickim rynku.  "- Ale bułki, proszę pana, wczorajsze." Wziąłem więc ciastka na wagę. Mączniste, spód w polewie czekoladowej, z dżemem truskawkowym i paskami lukru. Wyśmienite. Podniosłem się ze skraju rynku-łąki. Piękny czas!

środa, 30 kwietnia 2014

Raczyce, nie Parzyel

Poszukiwania genealogiczne w Polsce wkroczyły w nową epokę. Faza poszukiwań w archiwach, przeglądania ksiąg metrycznych, oglądania mikrofilmów na ekranach czytników nieuchronnie jest zastępowana przez nową metodę docierania do informacji o pradziadach i prababkach.

Miałem okazję odwiedzić w tym roku podupadające targi Cebit w Hanowerze. Puste hale targowe, nie wypełnione miejsca parkingowe, stoiska firmowe nastawione bardziej na spotkania niż pokazywanie nowych rozwiązań. Zupełnie inaczej niż 15 lat temu w dobie teleinformatycznego boomu technologicznego na niespotykaną skalę w czasach, gdy internet nie zastępował jeszcze w takim stopniu bezpośredniej komunikacji między producentami, dystrybutorami i handlowcami. Była jednak rzecz, która przykuła w tym roku moją uwagę. Na jednym  ze stoisk w szklanej kapsule leżała sporych rozmiarów stara książka. Od góry pomiędzy rozłożone stronice wsuwał się skaner swym ostrym brzegiem i w sposób niezwykle dokładny kopiował i rejestrował jej zawartość. Sukcesywne przewracanie stron odbywało się również w sposób automatyczny za pomocą elektronicznego uchwytu.

Powyższa krótka dygresja obrazuje nowy trend, który zmienia podejście do poszukiwań genealogicznych. Chodzi mianowicie o digitalizację zasobów archiwalnych. Mówiło się o niej od dawna, gdzieniegdzie w internecie pojawiały się skany pierwszych ksiąg metrykalnych. Jednak obecnie przekroczona została pewnego rodzaju masa krytyczna, wraz z coraz większym zasobem zdigitalizowanych polskich metrykaliów. Parafie, których księgi metrykalne szczególnie mnie interesują odnajduję i ja w zasobach internetowych, żeby wspomnieć tylko o Skórkowicach, Kiekrzu, czy Odolanowie. A zdigitalizowanych danych z dnia na dzień przybywa!

Digitalizacja metrykaliów, miała istotny wpływ na ostatnie odkrycie genealogiczne dotyczące rodziny Balbiny i Marcina Uzarków, o którym chcę napisać. Jednakże nie byłoby ono możliwe dzięki temu blogowi, którego jednym z celów założycielskich było przyciągnięcie osób o podobnych zainteresowaniach genealogicznych, a jednocześnie o wspólnych korzeniach rodzinnych. Czyż nie wspaniałe jest pośrednictwo internetu? Zapisuję informację o swoich odkryciach genealogicznych na blogu, a za kilka miesięcy bądź lat, osoba, której nie znam, nie wiem nawet o jej istnieniu, wpisuje w wyszukiwarkę Google to jedno kluczowe słowo, trafia na nie na moim blogu, po czym okazuje się, że jesteśmy rodziną, możemy wymienić się nawzajem informacjami, wspólnie poszukiwać istotnych dla nas informacji, mimo, że dzieli nas odległość iluśset kilometrów. Takich spotkań od początku moich zapisków w tym miejscu zdarzyło się całkiem sporo, ale to co dzieje się od początku tego roku, przekracza wszelkie moje wyobrażenia. Mógłbym porównać ten proces do przekraczania pewnej granicy, podobnie jak przy digitalizacji, po przejściu której nic już nie jest takie samo jak przedtem.

Ostatnio szczególnie zajmowało mnie poszukiwanie aktu ślubu mych prapradziadków Marcina Uzarka i Balbiny z Kaczmarków. Napisałem w tym celu do Bottrop, skąd otrzymałem kartę meldunkową Franza Scholtysska, kolejnego męża Balbiny. Na karcie meldunkowej obok nazwiska Balbiny widniały jej dzieci zrodzone z małżeństwa z Marcinem, o których istnieniu wcześniej nie wiedziałem. Niektóre dzieci przy miejscu urodzenia miały wpisaną trudną do zidentyfikowania nazwę Parzyel.

Biorąc pod uwagę, że małżonkowie Franz i Balbina dość często w okresie 1913-1918 zmieniali miejsce zamieszkania w Horst, obecnie podlegające Gelsenkirchen, napisałem do urzędu w tym drugim mieście. Z Gelsenkirchen otrzymałem kopię aktu ślubu Franza i Balbiny, a także kolejną kartę meldunkową, tym razem Balbiny, na której wymienione były również jej dzieci z małżeństwa z Marcinem. Miejsce ich urodzenia odczytać się dało jako (również nic nie mówiące) Rarzyel.

Od pewnego czasu (dzięki temu blogowi) utrzymuję kontakt z Krystyną, która podobnie, jak ja przeszukuje metrykalia odolanowskie. Mamy najprawdopodobniej wspólne korzenie rodzinne gdzieś na przełomie XVIII i XIX wieku i nadzieję, że księgi metryczne potwierdzą ten fakt. W tym miejscu chciałbym podziękować Krystynie za ogromną dotychczasową pomoc, jaką uzyskałem w badaniach genealogicznych.

Ostatnio na przykład otrzymałem e-maila, w którym znajdował się link do jednego z akt odolanowskich z 1909 roku. Jeśli go otworzycie i powiększycie a następnie przebrniecie przez niemczyznę, w której został sporządzony, okaże się, że jest to akt urodzenia ostatniego z dzieci Marcina i Balbiny, Jana, urodzonego już po śmierci swego ojca. Jan wymieniany był w kartach meldunkowych przysłanych z Bottrop i Gelsenkirchen. A jaką miejscowością okazał się być Parzyel vel Rarzyel? Spójrzcie na linijkę rozpoczynającą się wyrazem "wohnaft zu". Raczyce koło Odolanowa. Czyż ktoś mógł się tego domyśleć, patrząc na niemieckie zapisy?

Dlaczego akurat Raczyce? Dzieci Marcina i Balbiny rodziły się już w Siedlikowie, Garkach, gniazdach rodzinnych małżonków. Ale Raczyce? Kolejna zagadka.