sobota, 13 października 2018

Cmentarz ewangelicki w Starej Chmielówce

W drugiej połowie września miałem okazję objeżdżać tereny pogranicza suwalsko-mazurskiego w ramach wycieczki genealogicznej zorganizowanej dla potomków tutejszych ewangelików. Zatrzymywaliśmy się w każdej miejscowości, skąd pochodzili przodkowie. Okazało się, że w każdej najmniejszej nawet wiosce, zamieszkałej niegdyś przez luteran znajdował się lokalny cmentarz ewangelicki, czasami niejeden. Staraliśmy się te wszystkie cmentarze odnaleźć. Niestety, z cmentarzami ewangelickimi w Polsce, jest jeszcze gorzej niż z cmentarzami żydowskimi, co jest pokłosiem ostatniej wojny. Zarośnięte, z rozkradzionymi elementami nagrobków. Na wielu z nich nieczęsto zdarzało nam się trafić na grób z zachowaną tablicą inskrypcyjną.

Zaczęliśmy nasze poszukiwania od wsi Stara Chmielówka, która znajduje się niespełna 13 km w kierunku zachodnim od Suwałk. To w Chmielówce powstała pierwsza parafia ewangelicka na Suwalszczyźnie, gdy na mocy przywileju ostatniego króla Rzeczyspospolitej nadano jej 3 włóki ziemi. W Chmielówce znajdował się również najstarszy luterański kościół na Suwalszczyźnie zbudowany z drewna, rozebrany w 1844 roku, parę lat po tym, gdy powstała parafia ewangelicka w Suwałkach.


Cmentarz w Chmielówce znajduje się "na zapleczu" widocznego na zdjęciu kościoła po lewej stronie drogi (patrząc od kościoła) tuż za strumykiem. Jest otoczony kamieniami i całkowicie zarośnięty chaszczami, wśród których widać ruiny dawnej kaplicy cmentarnej, która niegdyś posiadała elegancką wieżę obitą blachą.



Nagrobki ujrzeliśmy dopiero wtedy, gdy spróbowaliśmy wejść na teren cmentarza "od tyłu", od pola. Zidentyfikowaliśmy następujące inskrypcje:

- Maria z Kandlów ?, żyła lat 26, zmarła 17 kwietnia 1941 r.


- ? Mikolon


- Franciszek Skowron


- Mateusz Sofinowski


- Mateusz Sofinowski, zmarł 1922


- Emma Matiszik, ur. 1919, zm. ?


- Siwicki


- Mikolon


- Jan Mikolon


- Zigfried Roj, 1941-1941



wtorek, 18 września 2018

"Przystanek Norwegia. W poszukiwaniu zorzy"

Trzymam w ręku książkę z tajemniczą okładką zdominowaną przez ciemnozielony kolor zdjęcia. "Przystanek Norwegia. W poszukiwaniu zorzy". Niżej u dołu symbol renifera i podpis "Renata Bang".

Z tyłu książki widzę na zdjęciu znajomą twarz na tle błękitu wody i zieleni wzgórza. Obok parę fragmentów książki. U dołu logo "Klub Polki na obczyźnie", "Moods of Scandinavia" i Magazyn Skandynawski. Zew północy".

Przekartkowuję książkę zachwycając się egzotycznymi dla mnie zdjęciami. Rozświetlone Trondheim nocą, piękna różnobarwność drewnianych domów nad wodą, zapierający dech w piersiach widok z góry na Drogę Trolli, pobudzający wyobraźnię pejzaż Geiragerfjord, przystań pełna kolorów w Bergen (choć to miasto pełne deszczu), Trolltunga (nie wszedłbym), przytulne hytty i przepiękne błękitne zdjęcie Hurtigruten Nordlys. Przeglądam książkę z lekkim niedowierzaniem, zadumą i zachwytem, pamiętam bowiem autorkę książki z poznańskiego świata ulic Mostowej, Grobli, św. Rocha, Kórnickiej i jeziora Malta z połowy lat 90-ych, gdy Norwegia była taką samą egzotyką, jak każdy inny świat zza otwartej całkiem niedawno żelaznej kurtyny. W książce natykam się czasami na zwroty dobrze mi znane, charakterystyczne dla autorki - uśmiecham się wtedy do siebie, wiedząc, że puryści językowi zakwestionowaliby część z nich. Pal jednak licho purystów językowych!


Fot. Renata Bang

Pierwsza część książki opisuje wyprawę wakacyjną kamperem do Vestlandet typowej polsko-norweskiej rodziny z nastolatkami. Piszę typowej, ale prawdę mówiąc tego nie jestem pewien.

Tę część można traktować jako swego rodzaju przewodnik po kawałku Norwegii, zwłaszcza, że sporo informacji typowo przewodnickich zostało przez autorkę przemyconych choćby w dialogach. Nie jest to jednak ulubiona dla mnie część książki, choć Norwegię namacalnie znam jedynie przez weekendowy pobyt w Oslo, więc wszystkie te egzotyczne dla mnie miejsca w Vestlanded wydają się być ciekawe.

Ja jednak czekałem na opisy życia zwyczajnego, zwyczajów i zachowań innych od naszych polskich. Wakacje to jednak pewnego rodzaju sztuczne życie, w oderwaniu od spraw codziennych. Druga część książki zatytułowana "Codzienne życie" dostarcza na szczęście dla mnie tego, czego szukałem. Przyznam, że zachwyca bliskość natury, jaką mają Norwegowie na co dzień. Wyprawy weekendowe do lasu, noclegi w hyttach, tych miejscach, które chyba nigdzie poza Skandynawią, nastawionej na praktyczność, wygodę i prostotę nie mogły powstać.

Moim ulubionym rozdziałem książki jest "Sto lat, sto lat, kolejnych stu lat..." Alfrida i jej świętowanie urodzin. Cóż może być wesołego w świętowaniu stu lat? Im człowiek starszy, tym bardziej świętowanie kolejnych urodzin przypomina o przemijaniu. A świętowanie setnych urodzin? Kiedy wszyscy nasi bliscy z czasów młodości są po tamtej stronie, a nasze ciało, jak nie nasze? Świetne i prawdziwe, pełne smutku i nostalgii są tutaj dialogi. I ten uśmiech Alfridy na koniec przez łzy, pokazujący , że stoczyła kolejną małą walkę ze sobą.

Bardzo przypadły mi też do gustu rozdziały "zimowe", gdy Boże Narodzenie już się zbliża, pachnie piernikami, które podobnie, jak w Polsce w rodzinie Renaty wypieka się w domu. No i drugi mój ulubiony rozdział książki opisujący święta u teściowej na wyspie w odcięciu od całego świata (Czy to nie bajkowe?). Wigilijne żeberka wieprzowe z ziemniakami z kiszoną kapustą, śliwkami, zapiekane z kawałkami jabłek i polane brązowym sosem przez czytelnicze nozdrza gdzieś tam wewnątrz wprowadzają w nastrój norweskich świąt. "Wpatrzeni w wystrojoną choinkę i uśmiechnięte twarze naszych bliskich, na nowo odkrywamy znaczenie świąt, rodziny i miłości." - tak, gdy się uda coś takiego stworzyć, można świętować i na końcu świata.

Przyznam, że z dużym zainteresowaniem czytałem o norweskich zwyczajach świątecznych, a już szczególnej ochoty nabrałem na pinnekjøtt, czyli mięso na kijach przygotowywane przez mężczyzn w pierwszy dzień świąt.

Książkę tę trzeba smakować i czytać powoli. Jest pełna bułeczek cynamonowych i innych przysmaków, pięknych chwil, zachwytów - pochwałą codzienności. Norwegia tak inna jest jednak czasami zupełnie podobna - taka myśl przyszła mi do głowy, gdy skończyłem czytać ostatnie zdanie.

Gratuluję, Renata!


Fot. Renata Bang

Renata Bang "Przystanek Norwegia. W poszukiwaniu zorzy", 2018

środa, 22 sierpnia 2018

Ciasne, marzec 1888

Ciasne - mała wieś puszczańska leżąca nieopodal drogi Białystok - Supraśl. Historycznie należała do klucza karakulskiego, który w latach 20-ych XVI wieku nabył od braci Jundziłłowiczów Aleksander Chodkiewicz. Przez wieś przepływa rzeczka Pilnica. W XVI wieku stanowiła granicę pomiędzy częścią puszczy należącą do klasztoru supraskiego, a kluczem karakulskim. Dziś wieś malowniczo położona na uboczu wśród lasów Puszczy Knyszyńskiej stała się podmiejską sypialnią Białegostoku z nowo pobudowanymi domami. Gdy moja córka była dużo młodsza woziłem ją przez jakiś czas do Ciasnego w soboty na kursy krawieckie, gdzie mogła wyżywać się w wyszywaniu ubranek dla lalek. Z tamtego dawnego czasu znalazłem takie oto zdjęcie.




Ale w Ciasnem nie zawsze było sielsko, anielsko. O prawdziwej masakrze, którą zgotował mieszkańcom wsi sąsiad raportował ogólnopolski tygodnik Gazeta Świąteczna, wydawany w Warszawie w latach 1881-1939, a założony przez Kazimierza Prószyńskiego. Jako, że jestem w trakcie lektury (i pod wpływem) bardzo dobrze zapowiadającej się książki "Tajemnice przodków. Ukryty przekaz rodzinny" napisanej przez Anne Ancelin Schützenberger zastanawia mnie, czy wydarzenie, które rozegrało się we wsi w marcu 1888 roku pozostawiło jakiś ślad w pamięci zbiorowej, czy mieszkańcy Ciasnego słyszeli bądź zasłyszeli o nim w opowieściach rodzinnych.

Gazeta Świąteczna, nr 13 z 1888 roku.

"Szaleniec"

"W zaprzeszłym tygodniu straszne rzeczy działy się we wsi zwanej Ciasne, pod Supraślem niedaleko od Białegostoku (w gub. Grodzieńskiej). Właścicielem pobliskiego folwarku i młyna w Kumosach był Mateusz Rybakowicz, człowiek już niemłody, ale niezmiernie gwałtowny i kłótliwy. Już oddawna wiedzieli o jego usposobieniu sąsiedzi i znajomi. Przed laty dwudziestu-sześciu w zapale gniewu zabił on stróża, za co przesiedział dwa lata w więzieniu karnem. Później, będąc zagranicą, w Rumunii, dwa razy się pojedynkował i w obu wypadkach pozbawił życia swych przeciwników. Zamieszkawszy znów w domu, żył samotnie, unikał towarzystwa i zawzięcie procesował się z sąsiadami o granice swej posiadłości. Podczas jednego z takich procesów, parę miesięcy temu, za przejście jakoby za most graniczny, napadł na gajowego lasów Deulidzkich i w szalonym gniewie zastrzelił go z rewolweru. Poszedł za to pod sąd i skazany został na karę. Służyło mu jednak prawo apelacji do wyższego sądu, więc po wyroku mógł jeszcze mieszkać czas jakiś w domu. Korzystając z tego, postanowił zemścić się na tych, którzy w sądzie przeciw niemu świadczyli. Byli to włościanie z Ciasnego. We czwartek dnia 8-go marca Rybakowicz, wstawszy raniutko, uzbrojił się w strzelbę, rewolwer, długi nóż, butelkę z naftą, i pojechał konno do tej wioski. Przybywszy tam, podpala najpierw jedną chałupę. Zrobił się gwałt we wsi, mieszkańcy zbiegli się do ognia. Aż tu na drugim końcu wsi wybucha nowy pożar. Część ludzi śpieszy w tę stronę na ratunek. Wtem spostrzegają Rybakowicza, który inne budowle podpala. Już kilka domów w różnych częściach wioski stanęło w ogniu. Rzucili się ludzie ku podpalaczowi, a on zaczyna do nich strzelać. Kładzie trupem jednego, drugiego, trzeciego, a czwartego ciężko ranił. Nakoniec, dokonawszy tej strasznej zbrodni, sam wskoczył w palący się budynek i zginął w płomieniach.

Sądny to był dzień dla wioski. Mieszkańców jej kilku padło z ręki szalonego zbrodniarza, innym ogień zabierał mienie. Spaliło się 9 budowli, a w nich różne zapasy, bydło i owce.

I cóż o tej zbrodni myśleć? Chyba to, iż jej sprawca był już oddawna warjatem, szaleńcem. Bo trudno przypuścić, żeby i najgorszy lecz zdrowy na umyśle człowiek mógł coś podobnego jak Rybakowicz popełnić.

Ale do szaleństwa mogła przyłączyć się i druga przyczyna zbrodni, o której pisze do nas czytelnik Gazety F. R. z Supraśla: oto brak pobożności, brak bojaźni Bożej i opieki religijnej w parafii."






Ślady zbrodni, jaka się dokonała 8 marca 1888 roku w Ciasnem można odnaleźć w księgach zgonów z roku 1888 parafii rzymskokatolickiej w Białymstoku. Pod numerem 60 zapisano akt zgonu 40-letniego Ludwika Olki, syna Juliana Olki, chłopa pochodzącego ze wsi Biernacki Most w powiecie prużańskim, który zginął 25 lutego 1888 roku (według kalendarza juliańskiego) we wsi Ciasne od strzału Mateusza Rybakowicza. Pozostawił żonę Martynę Olkę z Makarskich, synów Piotra, Franciszka, Juliana i córkę Stefanię. 27 lutego 1888 roku został pochowany na parafialnym cmentarzu przez księdza Szwarca.

Pod numerem 61 zapisano akt zgonu sprawcy zbrodni, Mateusza Rybakowicza, mieszczanina wasilkowskiego, wieku około 50 lat, który w dniu 27 lutego po zastrzeleniu 3 włościan zmarł w płonącej stodole od odniesionych ran. Pochowany został przez starostę wsi Ciasne na cmentarzu parafialnym, który wówczas znajdował się na wzgórzu świętego Rocha w Białymstoku.

W księdze zmarłych parafii rzymskokatolickiej w Białymstoku nie odnalazłem aktów zgonu pozostałych dwóch ofiar zbrodni. Być może zostali zapisani w księdze zgonów parafii prawosławnej w Dojlidach, do której należała wówczas wieś Ciasne.

Przy pisaniu paru słów dotyczących historii wsi Ciasne korzystałem z artykułu Józefa Maroszka "Wokół najstarszych dziejów dóbr białostockich. Falsyfikat sobolewski z 1480 r.", Białostocczyzna, nr 25 z 1992 roku.

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Chwila w Beskidzie Żywieckim

W dzieciństwie wyobrażałem sobie na zasadzie porządkowania i klasyfikacji, że kraj nasz składa się z trzech rodzajów obszarów, w których turystyka i wypoczynek rządzą się swoimi, zupełnie odmiennymi zasadami. Plaża i morze, niziny z jeziorami i rzekami oraz góry w południowej części. Każdy z tych geograficznych obszarów w jakimś sensie mi odpowiadał. Góry fascynowały pięknymi krajobrazami, urozmaiconą rzeźbą terenu i strumieniami o zimnej i czystej wodzie, takiej w sam raz do zanurzenia stóp w upał lub ugaszenia pragnienia. Dość długo dochodziłem do przyjemności związanej ze zdobywaniem szczytów, gdyż najzwyczajniej w świecie gdzieś z wnętrza odzywał się zawsze głos: "Po co ci ten wysiłek? Nie rób tego. Co będziesz z tego miał? Nie lepiej zejść w dół i się położyć?" Ale gdy poczułem sens mozolnego wspinania się wzwyż, bardzo polubiłem całodniowe wypady w góry. Początkowo z racji na bliskość poznawałem głównie Karkonosze. Śnieżka, świątynia Wang w Karpaczu, zamek w Chojniku z wyciśniętymi w głazie pośladkami Kunegundy, rynek w Jeleniej Górze to były naturalne i znane mi miejsca. Dopiero później poznałem Tatry, Pieniny, Góry Świętokrzyskie, Bieszczady z ich różnorodnością geograficzno-przyrodniczo-kulturową, a także góry niektórych naszych sąsiadów.

Ostatnio wybrałem się na dwa dni po raz pierwszy w  Beskid Żywiecki ze swoimi latoroślami. Pociągiem z przesiadkami w Warszawie, Katowicach i w Żywcu, a potem komunikacją zastępczą do Węgierskiej Górki. Podróż okazała się całkiem wygodną i niedługą. Co prawda w Żywcu Koleje Śląskie podstawiają zwykłe autobusy typu "nieco starszy MPK", co stanowi niezbyt miłą niespodziankę i kontrast na przykład z komunikacją zastępczą na trasie Santok - Gorzów Wielkopolski, gdzie linie REGIO umożliwiają podróż klimatyzowanymi autokarami, ale nie jest to podróż zbyt długa - da się wytrzymać. W Węgierskiej Górce mieliśmy rezerwację, jak się okazało w całkiem wygodnym pensjonacie z pysznymi śniadaniami i niedaleko od wejścia na teren Parku Krajobrazowego Beskidu Śląskiego, skąd planowaliśmy rozpocząć kolejnego dnia wspinaczkę. Wyruszaliśmy z gorącego, w pełni lata Białegostoku. Węgierska Górka powitała nas wieczorną ulewą. Idąc w deszczu w kierunku noclegu drżeliśmy o pogodę w ciągu kolejnych dni.


Ranek kolejnego dnia przywitał nas mżawką i mgłą.
Iść, nie iść?
Poszliśmy. Do przejścia było około 14 kilometrów w jedną stronę, co na język szlaku przekładało się na 4,5 godziny marszu. Trzeba powiedzieć, że wejście na Baranią Górę od strony Węgierskiej Górki rozpoczyna się od razu stromo. Tak jest przez ponad połowę dystansu. Przez cały czas z nieba siąpiło, a dookoła rozpościerała się mgła. Paradoksalnie taka aura nie była wcale zła do podchodzenia w górę. Nie było upalnie, a drobniutka ściana deszczu idealnie chłodziła rozgrzane wspinaczką ciała.




Od Glinnego nie było już stromo. Gdy minęliśmy stado owiec ledwo widoczne we mgle, raczyliśmy się dojrzałymi jeżynami, chmury zaczęły powoli ustępować. Minęliśmy tablicę informującą, że znajdujemy się przy Rezerwacie Barania Góra, gdzie swój początek ma Wisła. Szczyt zdobyliśmy w słońcu, choć do idealnej przejrzystości powietrza było jeszcze daleko. Dość głodni mieliśmy do pokonania 45 minutowe zejście, dość niewygodne, po piargach, do schroniska PTTK. Schronisko Barania Góra - Przysłop to chyba dość popularne miejsce noclegowe. Spotkaliśmy tam wielu turystów, czego nie mieliśmy okazji doświadczyć na szlaku. Kuchnia całkiem, całkiem, choć ceny dość wygórowane. Najedzeni zeszliśmy do Kamesznicy, nie omieszkując skorzystać z okazji i zanurzyć stopy w Bystrej.



Było dość późno, gdy udało nam się złapać stopa do Milówki, stolicy góralskiej muzyki rozrywkowej. Całkiem zgrabna architektura tutejszego dworca kolejowego. Niestety drzwi zabite na głucho.


Drugi dzień naszego pobytu na Żywiecczyźnie potraktowaliśmy lekko. Wróciło lato, było upalnie, postanowiliśmy zejść od Zwardonia na stronę słowacką, ale to już temat na inną opowieść.