czwartek, 20 września 2012

Błota Karwieńskie

Tegoroczny pobyt nad morzem miał być pełen słonecznego luzu, bez żadnych planów. Mogliśmy albo wylegiwać się na rozgrzanej plaży, albo degustować prażoną kukurydzę, tudzież zbierać bursztyny lub spacerować brzegiem morza, podziwiając potęgę fal i wsłuchując się w ich szum. Tak miało być, nie pamiętam już bowiem czasów, kiedy jadąc nad morze, niezależnie od pory lata, nie miałbym zapewnionej słonecznej pogody. Tym razem jednak było inaczej. Pierwsze dni urlopu były jeszcze słoneczne, ale popołudniami nadchodziły deszczowe chmury, wyganiając nas do domu. Później zrobiło się zimno i siedzenie nad morzem w kapturze, z plecami zwróconymi w kierunku szalejącego wiatru stanowiło rodzaj bohaterstwa. Pewnego niepięknego ranka padła więc propozycja: jedziemy samochodem do Krokowej, nie oglądaliśmy jeszcze tamtejszego pałacu. O dziwo wszyscy, w tym dzieci, zgodzili się.

Pojechaliśmy więc do Krokowej. Odwiedziny pałacu okazały się brzemienne w skutkach dla dalszego spędzania czasu nad morzem w niepogodę, był to strzał w dziesiątkę! Ale w pałacu natknęliśmy się również na ciekawą wystawę pod tytułem "Ziemia krokowska dawniej i dziś", której towarzyszyła książeczka obrazująca miejscowości Ziemi Krokowskiej na starych i współczesnych zdjęciach.

Turyści dzielą się na wiele różnych typów. Są tacy, którzy cenią sobie oferty "last minute" i lecą w pogoni za basenem w ciepłym kraju, pławiąc się w alkoholowo-żywieniowych luksusach ofert "all inclusive". Są też tacy, którzy odpoczywają chodząc po górskich szlakach, delektując się ciepłem przyschroniskowego ogniska. Do innej kategorii należą miłośnicy ptaków, płazów i innego rodzaju przyrody ożywionej, każdą wolną chwilę spędzając z lornetką i aparatem fotograficznym gdzieś na odludziu. Można by długo tak wymieniać. Ja z kolei dobrze odpoczywam odkrywając różnego rodzaju ślady przeszłości w nawiedzanej okolicy. Czy wpływ na to miały takie lektury, jak: "Wakacje z duchami" Adama Bahdaja, czy stojące na półce w domu rodzinnym książki historyczne o starożytnych cywilizacjach, po które z biegiem lat sięgnąłem? Pewnie też. Dlatego, gdy we wspomnianej wyżej książeczce przeczytałem następujące słowa o miejscowości sąsiadującej z naszym miejscem pobytu:

"Karwieńskie Błota są wioską nietypową dla ziemi puckiej, bo powstałą na terenach bagnistych i charakteryzującą się regularnym założeniem przestrzennym. Zbudowali ją sprowadzeni w roku 1599 przez starostę puckiego Jana Wejhera osadnicy holenderscy, którzy opuścili ojczyznę z powodów religijnych. Okoliczni Kaszubi określali wieś mianem "Olendry". [...] Do dziś istnieją dwa rozdzielone kilometrowym pasem łąk ciągi zabudowy o długości 3 km, z kilkoma zachowanymi oryginalnymi domami. Pozostałością po dawnych osadnikach są również liczne, tworzące regularną sieć rowy odwadniające, a także opuszczony cmentarz z kaplicą grobową na skraju wsi."

wiedziałem, że chcę tam dotrzeć. Szczególnie intrygująco brzmieli "osadnicy holenderscy", a także "opuszczony cmentarz z kaplicą grobową".

Wybrałem się pewnego dnia wcześnie rano, jeszcze przed wschodem słońca. Aby dojść do Karwieńskich Błot z Dębek, trzeba było przejść parę kilometrów drogą leśną wzdłuż wybrzeża morskiego i później wyjść z lasu w kierunku południowym, a następnie wśród okolicznych łąk dojść do pierwszego pasa zabudowy o nazwie Karwieńskie Błoto Pierwsze. Gdy wychodziłem z lasu, płoszyłem pożywiające się zielonym listowiem sarenki. Wkrótce też natknąłem się na rów odwadniający. Rowy te towarzyszyły mi później przez cały czas wędrówki, wżynając się w leżące po obu stronach łąki, bądź biegnąc równolegle do ulicy, gdy maszerowałem wzdłuż wiejskiej zabudowy.




We wsi co i rusz natykałem się na pensjonaty i kwatery turystyczne, niektóre bardzo urokliwie położone. Poza tym było sennie, spokojnie, bez tego całego gwaru i konsumpcji charakterystycznych dla miejscowości nadmorskich. Trafiałem także na wzmiankowaną w książce starą zabudowę,


 której charakterystycznym elementem był istniejący już w początku XX wieku budynek starej szkoły.


Natknąłem się również na ciekawy krzyż z inskrypcją po kaszubsku.



Pomyślałem, że podoba mi się tutaj i kiedyś przyszły urlop chętnie spędziłbym w Błotach, zamiast w jednej z zatłoczonych nadmorskich miejscowości. Wspomniany stary cmentarz, który stał się celem mej wycieczki miał znajdować się w Błocie Karwieńskim Drugi. Po przejściu paru kilometrów (na takiej długości rozciągają się Błota Karwieńskie - każde z osobna), udałem się więc na południe do drugiej wioski.



Przeszedłem ją wzdłuż i kierowany przez napotkanych przechodniów wszedłem na żwirową drogę prowadzącą obok ostatnich zabudowań wzdłuż lasu. Nijak nie mogłem trafić do cmentarza, ale w końcu zauważyłem tablicę, obrośniętą roślinnością, na której dało się odczytać, że jest to cmentarz ewangelicki, który powstał w połowie XIX wieku. W części wschodniej miała znajdować się ruina murowanego grobowca z II połowy XIX wieku, a najstarsze szczątki nagrobka pochodzić miały z 1858 roku.

Niestety cmentarz był kompletnie zarośnięty, najlepiej zachowane nagrobki wyglądały, jak ten poniżej,


zaś kaplica grobowa tak.



Jak trudno trafić jest do tego cmentarza, obrazuje zdjęcie poniżej. Krzaki widoczne na zdjęciu to jest właśnie teren cmentarza. Niedługo pewnie już go nie będzie.



7 komentarzy:

  1. Na szczęście każdy wypoczywa inaczej!
    Wyobrażasz sobie Danielu, żeby nagle wszyscy pokochali wędrówki po lesie, albo po Błotach Karwieńskich...? Ja nawet nie dopuszczam do siebie takiej myśli i nie chcę widzieć tłumów ani w lasach, ani na błotach...

    Zresztą każdy wiek ma swoje prawa. Kiedy miałam niewiele ponad dwadzieścia lat pragnęłam domu z ogrodem i konsekwentnie dążyłam do tego żeby dobra te zdobyć. Dużo, dużo później zaczęłam realizować swoje marzenia podróżnicze. Dzisiaj chęć poznawania świata, konfrontacja tego co o nim wiedziałam sprawia mi nie lada przyjemność i tak naprawdę dopiero teraz uczę się go i odkrywam na nowo. Wiedza książka jest subiektywna, bo każdy na swój sposób interpretuje rzeczywistość.
    A po intensywnych pieszych wyprawach przyjemnie jest paść na gorący biały piasek wystawić ciało do słońca i wsłuchiwać się w śpiew morza, wiatru...
    Staram się zrozumieć tych, którzy cały dzień spędzają nad wodą, a nigdy do niej nie wchodzą. Ja mogę pływać godzinami, inni tylko sprawdzają temperaturę i popijają zimne napoje. Zdarza się także, że widząc moją radość, zanurzają się na chwilę i próbują zrozumieć z czego tak naprawdę się cieszę...
    Ech..., życie jest piękne, kiedy potrafisz się na nie otworzyć, śmiać się i radować z każdej drobnej nawet rzeczy...
    Uściski ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ewo, nie wyobrażam sobie tego. Tłumy w lasach i na starych wiejskich cmentarzykach? Brr... To pewnie z tego powodu omijam myślami Zakopane, mimo iż kocham górskie widoki. Mój komentarz do typów turystycznych jest nieco humorystyczny, gdyż poza sposobem spędzania wolnego czasu, który często przewija się w moich postach, lubię również skorzystać z innych form. Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To cmentarzysko, które prezentujesz na zdjęciach jest po prostu piękne. Groby wplątane w przyrodę, czy też przyroda wplątana w groby... i nic tylko błoga cisza... naturalnego przemijania... i Twoja ciekawość...
      Osobiście nie lubię nagrobnych dekoracji, jeżeli tak można nazwać kupy poprzewracanych plastikowych wyrobów i szkła...
      Ten wielki kolorowy śmietnik świadczy o naszych złych gustach - ale to tylko moje zdanie.
      O ile piękniej wyglądałyby skromne, ale z dobrego materiału nagrobki wkomponowane umiejętnie w przyrodę. Współczesne rzemiosło jest tylko rzemiosłem i ze sztuką nie ma nic wspólnego. Na szczęście zdarza się, że z pietyzmem odrestaurowujemy stare nagrobki...
      Uściski

      Usuń
  3. Dzięki za tę relację, Danielu. Jak wiesz, bywałam w okolicy, ale w Błotach K. nie zagościłam. Może sama nazwa mnie jakoś odstręczała...

    Odnośnie wiatru nad morzem. Zamiast siedzieć plecami do wiatru (jak to opisujesz) czy nie lepiej zmierzyć się ze sztormem w marszu - twarzą w twarz? Bardzo to lubię :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Właśnie, ta nazwa. Muszę przyznać, że i na mnie działała negatywnie.

    Co do spacerów brzegiem morza pod wiatr, osobiście nie mam nic przeciwko temu, moje dzieci tak.

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  5. Interesujący post, fantastyczne ilustracje. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń