wtorek, 29 maja 2018

New Delhi

Po wyjściu z lotniska Indiry Gandhi w New Delhi uderza w nas fala gorąca. Prawdziwe piekło temperaturowe. Co prawda przygotowani jesteśmy mentalnie na zapowiadane 42 stopnie Celsjusza, ale co innego wiedzieć, a co innego poczuć. Powietrze pełne ni to mgły, ni pyłu - smog. Nie sposób określić źródła otaczającego nas gorąca. Słońce gdzieś wysoko nad nami, a każdy milimetr sześcienny powietrza grzeje niemiłosiernie.

Stoimy z walizkami przed wejściem do lotniska, rozglądając się dokoła, gdy podchodzi do nas niewysoki, kruczowłosy mężczyzna i słabą, kaleczoną angielszczyzną oferuje taksówkę do hotelu. Czas jazdy ma wynosić około godziny, negocjujemy cenę wypytując o klimatyzację. Yes, yes - słyszymy, idziemy więc za gościem. Jak się okazuje, negocjowaliśmy z naganiaczem, który doprowadza nas do nie dużego samochodu. Taksówkarz słabo mówi po angielsku niestety, jakoś upycha z tyłu nasze 8 walizek i jedziemy. Klimatyzacja jest zbyt słaba na te 42 stopnie lub też jedziemy samochodem ze zwykłym nawiewem. Rozglądamy się przez okna i im dłużej trwa jazda, tym bardziej dusze usadawiają się na ramieniu. Jedziemy szeroką arterią komunikacyjną. Trzy pasy w jedną, trzy w drugą. Nikt jednak nie zwraca na pasy uwagi, z trzech robi się ich pięć w jednym kierunku. Lusterko w lusterko i to ciągłe trąbienie na siebie. Na pierwszy rzut oka sprawia to wrażenie chaosu nie do ogarnięcia. Zatrzymujemy się w końcu przed hotelem i tu okazuje się, że cena, którą wynegocjowaliśmy z naganiaczem jest inna od tej, którą mamy zapłacić. Naszej kwoty facet nie przyjmuje, decydując się zostać bez zapłaty. Jako, że kwoty nie są jakieś oszałamiające, decydujemy się zapłacić tę, którą sam proponuje. Uczymy się na błędach.


Hotel ma cztery gwiazdki, lobby jest klimatyzowane, jednak gdy dojeżdżamy windą do naszych pokojów zdajemy sobie sprawy, że polskie trzy gwiazdki potrafią znaczyć więcej niż indyjskie cztery. Pokoje wyposażone są w szerokie łóżka, klimatyzacja działa bez zarzutu, co okazuje się bardzo ważne. Ale jeśli chodzi o ogólną czystość i poczucie estetyki szczegółów, z tym jest problem. W łazience zacieki wszędzie, gdzie się da, a zwłaszcza tam, gdzie nie widać na pierwszy rzut oka. Szarość mego ręcznika, mimo że złożony według wzorca hotelowego, jakoś mnie nie przekonuje.

Teren targów znajduje się na Pragati Maidan. To kilkanaście minut taksówką od hotelu. Dojeżdżamy tam późnym popołudniem po odespaniu długiego lotu. Rejestrujemy się zaraz po przejściu bramy, odbieramy identyfikatory i jedziemy shuttle busem (z klimatyzacją!) do naszej hali i stoiska. Hala przypomina jeden wielki plac budowy. Gdy docieramy do stoiska otacza nas chmara kilkunastu Hindusów. Próbują odebrać od nas przywiezione materiały, ustawiać meble stanowiące zabudowę stoiska. Protestujemy i wybieramy z tłumu młodego mężczyznę, który wydaje się dość dobrze mówić po angielsku. Prosimy o usunięcie wszystkich innych ludzi ze stoiska i negocjujemy krok po kroku prace do wykonania. Umawiamy się na sprzątanie trzy razy dziennie z Tarą, która jest starszą od nas Hinduską ubraną w zgrabne, zielonego koloru sari. Przychodzi do nas przez kolejne trzy dni i okazuje się pracowitą, bardzo sympatyczną osobą, nie pozbawioną kobiecego wdzięku. W ciągu godziny stoisko jest gotowe, możemy zakleić je taśmą i jechać do hotelu. Z ekipą, która je montowała jesteśmy umówieni na dostawę dodatkowych mebli i wyposażenie lodówki w zimne napoje. Kupujemy też naczynie szklane na wizytówki od starego Hindusa. Gdy nazajutrz rano przychodzimy na stoisko jesteśmy zdumieni, jak sprawnie i szybko wczorajszy "plac budowy" zmienił się w czyste stoiska targowe. Hala jest klimatyzowana. Stoisko jest dosłownie oblegane przez odwiedzających. Uwijamy się jak w ukropie od 9.00 do 18.00. Stwierdzamy, że targi są bardzo dobrze przygotowane, na poziomie światowym. Zastrzeżenie można mieć do toalet, które nie są tak czyste, jak można się spodziewać oraz do kawy, którą tu serwują bardzo słabą.

Z targów pierwszego dnia wracamy do hotelu tuk tukiem. Kierowca sam się zaoferował, był na targach, gdy składaliśmy stoisko. Jazda tuk tukiem szerokimi arteriami New Delhi, w ścisku, hałasie, smrodzie spalin i studzienek kanalizacyjnych jest za pierwszym razem prawdziwym wyzwaniem dla nerwów. Stwierdzamy jednak, że pozorny chaos indyjskich jezdni ma swoją logikę. Jeździ się tu agresywnie, ale wolniej. Mali (rowery, motory, tuk tuki mają pierwszeństwo). Trąbi się po to aby zasygnalizować - ja teraz jadę, uważaj, trochę zjedź, zrób miejsce. Jest to zupełnie inny styl poruszania się po drogach, niż w Europie. Przyzwyczajamy się jednak do niego i kolejnego dnia jeździmy już dwoma tuk tukami, a Mukaszi i Kulbir, nasi tukukowcy, jak ich nazywamy, są z nami każdego popołudnia, aż do wyjazdu, wożąc i pokazując nam wycinki miasta.


Śniadania w hotelu są wegetariańskie. Płaskie chleby różnego rodzaju -  z samej mąki, z warzywami, z przyprawami (czosnek), z serem, szpinakiem - to jest najlepsze co mnie spotkało w kuchni indyjskiej. Garlic naan - tak nazywa się nasz ulubiony tutejszy wypiek. Klika zup warzywnych - piekielnie ostrych, jajka na twardo, pieczone ziemniaki, jogurty i owoce oraz słaba kawa dopełniają nasze codzienne menu śniadaniowe. Nie jest najgorzej.


Rano do pokoju przynoszą nam "The Times of India". Ciekawe jest poznawać New Delhi od strony artykułów prasowych. Na mnie największe wrażenie robią jednak ogłoszenia o odnalezieniu w mieście niezidentyfikowanych zwłok. Codziennie po kilka takich wzmianek. Fotografia twarzy denata lub denatki. Krótki opis wieku, wyglądu, ubioru, miejsca znalezienia ciała. Adres i telefon instytucji z prośbą o informacje identyfikacyjne.

Kuchnia indyjska jest ostra - taka jest tutaj większość potraw. Mięso kurze, baranina bądź sery zwane tutaj paneer w gęstych i pikantnych sosach, do tego paranthas, naan, roti czyli przepyszne indyjskie pieczywo, zielony, piekielnie ostry sos na bazie kolendry i krążki świeżej cebuli na zagryzkę. Alkohole - piwo, whisky, rum na poziomie europejskim. Trzeba się niestety nastawić na problemy układu pokarmowego. Prędzej czy później. Do wyjątków należą te osoby, które wyjadą z Indii nie doświadczając ich.



Mieszkamy w dawnej dzielnicy brytyjskiej. Jeździmy szerokimi arteriami komunikacyjnymi, mijamy rezydencje bogatych Hindusów za wysokimi murami, najeżone często drutem kolczastym. Ale i tu stykamy się z biedą - z żebrzącymi transwestytami, dziećmi podbiegającymi do tuk tuków po pieniądze, ludźmi śpiącymi na ulicy, zbierającymi chrust, żyjącymi w zaimprowizowanych domostwach z jakiegoś żelastwa, opon i szmat. Wszędzie hałas ulicy, smog, niemożebny gorąc. Dużo roślinności, ale wydaje się zakurzona, pokryta pyłem. Naszą soczystą zieleń i podkreślające kolory światło słoneczne doceniamy wysiadając później na białostockim dworcu kolejowym.




Korzystając z obecności Mukasziego i Kulbira oraz tuk tuków staramy się zwiedzać późnym popołudniem, zanim zapadnie szybko zmrok około godziny 20.00. Jedziemy więc oglądać symbole brytyjskiej potęgi: Bramę Indii i pałac prezydencki. Znajdują się na przeciwległych krańcach tej samej  alei. Bulwar prowadzący do Bramy Indii, zbudowanej w latach 1921-1931 na cześć hinduskich żołnierzy poległych na frontach I wojny światowej otaczają ogrody, pełne rodzin siedzących na trawie i odpoczywających oraz kanały, po których turyści pływają gondolami. Otacza nas różnokolorowy tłum. Budki z jedzeniem, kobiety w kolorowych sari sprzedające bransoletki, piekące kolby kukurydzy na zaimprowizowanych grillach. Gdy robimy zdjęcia mężczyźnie grającemu na flecie z kobrą, ten odnajduje nas w tłumie i wyciąga kasę za zrobienie fotografii. Mimo tłumów ludzi, jest spokojniej niż w innych dotychczas odwiedzanych miejscach. Prawdziwy spokój panuje w pobliżu pałacu prezydenckiego i innych budynków rządowych. Słońce kryje się akurat wtedy za horyzont i robi się bajecznie.









Dostojeństwo, spokój i ład przestrzenny wyczuwamy zwiedzając grobowiec Humajuna, olbrzymi kompleks ogrodów i zabytkowych budowli z połowy XVI wieku, miejsce spoczynku władcy Indii z dynastii Wielkich Mogołów.








Jedziemy też do ogrodów Lodich, na terenie których znajdują się grobowce członków dynastii Sajjidów i Lodich rządzocych Sułtanatem Delhi w XV i XVI wieku. W latach 30-ych Lady Willingdon, żona wicekróla Indii wkomponowała starożytne budowle w krajobraz powstającego parku. Dziś jest to znakomity teren rekreacyjny, pełen roślinności i ciszy. Spotykamy tu młodzież grającą w piłkę, pary siedzące na ławkach lub też całe rodziny piknikujące wśród zieleni.





Wciąż mi jednak czegoś brakuje. Mam wrażenie, że nie dotknąłem nawet skrawka Indii. Wychodząc z parku czytam na tablicy, że stanowił on południową granicę brytyjskiego New Delhi.

- Kulbir, możesz zawieść nas do hinduskich dzielnic zwykłych ludzi?
- Ale co znaczy zwykłych ludzi? 
- Tych spoza high class. Chcemy zobaczyć Indie we wszystkich możliwych wymiarach.

Ruszamy szeroką arterią na południe.  Mijamy po raz pierwszy rikszarza sunącego ulicą. Budynki coraz bardziej azjatyckie, jakie widziałem już wcześniej na Tajwanie. Wrażenie nieładu architektonicznego. Weźmy taki dom mieszkalny kilkupiętrowy. Każdy pion zbudowany inaczej, sprawiający wrażenie nie wykończonego. Plątanina kabli, śmieci dokoła, stragany z warzywami i owocami. Klimatyzatory niczym pasożyty oblepiające bryłę budynku. Tuż obok sterczące ku niebo zbrojenie nie ukończonej ostatniej kondygnacji, sypiący się tynk, postępująca ruina, a po sąsiedzku dom mieszkalny, schnące za oknem ubrania. Ludzie pchający wozy wyładowane owocami, siedzący bez celu w cieniu drzew, wśród zardzewiałych karoserii samochodów. Gdzieniegdzie bieda i brud aż krzyczące.








Nasz ostatni obiad przed odlotem decydujemy się zjeść w lokalu w takim właśnie osiedlowym otoczeniu. W Polsce nie wszedłbym do podobnego. Brudny blaszak bez klimatyzacji i w ciasnocie. Choć posiłki nie gorsze niż gdzie indziej.





Największe wrażenie zrobiła na mnie hinduistyczna świątynia Akshardham, położona na prawym brzegu Jamuny.

- Jeśli nie będziecie w tej świątyni, to tak jak byście nie widzieli Indii - tak powiedział Kulbir, a my mu zaufaliśmy.

Przejeżdżając przez Jamunę widzimy osiedla farmerów -prymitywne domki sklecone byle jak i krowy chłodzące swe ciała w większych kałużach. Na horyzoncie delhijskie wieżowce. Nasze z czasów Gierka to cudeńka architektoniczne w porównaniu do tego co widzimy w oddali. Na zewnątrz 46 stopni Celsjusza.



Dojeżdżamy do bramek. Ostatni punkt, gdzie można zrobić zdjęcia. Później trzeba zostawić w depozycie wszystkie komórki i inne urządzenia elektroniczne. 

Kompleks świątynny Akshardham powstał w 2005 roku i od tego czasu wielokrotnie pojawiały się groźby zniszczenia budowli ze strony islamskich terrorystów. Świątynia poświęcona jest Bhagwanowi Swaminarayanowi, hinduskiemu nauczycielowi żyjącemu na przełomie XVIII i XIX wieku. Architektura zapiera dech w piersiach. Filigranowe zdobienia rzeźbiarskie, przypominające dbałością o szczegóły te z La Sagrada Familia w Barcelonie. Malowidła z wykorzystaniem pyłu kamiennego i gliny jako farby - przepiękne. W ogrodach otaczających świątynie monumenty znanych postaci z indyjskiej historii. Zagajam rozmowę.



- O, widzę Mahatmę Gandhiego. Co sądzisz Kulbir o jego idei protestu bez użycia siły?
- Dziś Mahatma Gandhi nie jest tak popularny w społeczeństwie. Bardziej cenimy tych bohaterów naszej historii, którzy walczyli zbrojnie z Anglikami.  W obliczu tlącego się konfliktu z Pakistanem i zagrożenia islamskim terroryzmem idea protestu bez walki nie wydaje się praktyczna.

Podsumowując - ciekawy to kraj i wart poznawania przez nawet tak krótki czas w bardzo niewielkim wycinku. Ale czy metropolia typu New Delhi to dobre miejsce do życia? Tu miałbym wątpliwości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz