środa, 26 lipca 2017

Portugalia. Nazaré

O kurna chata! Wybór padł na Portugalię! Długo jednak sprawdzaliśmy oferty i nie mogliśmy się zdecydować. Pewnego wieczora, gdy pojawiła się atrakcyjna cena lotu do Lizbony, szast prast, zapłaciliśmy i przypięczetowaliśmy nasz zamiar. Nazaré! W głowach mieliśmy opowieści Karoliny o pięknie położonego na klifie miasteczka, wieczornym wietrze i suszonych rybach sprzedawanych na plaży. Mieszkanie znaleźliśmy na olxie. Pozostała sprawa podróży. Nasz lot zakładał lądowanie w Lizbonie późnym popołudniem, z powrotem zaś na lotnisku w Modlinie mieliśmy być około 23.00.  Znaleźliśmy ciekawą ofertę firmy Ankar, która swoimi busami odbiera pasażerów spod domu, zawozi na lotnisko, a z powrotem czeka na pasażerów, aż wylądują i odwozi pod adres docelowy. Z Lizbony do Nazaré planowaliśmy dojechać autokarem linii Rodotejo lub Rede Expressos.

Autokar okazał się najsłabszym ogniwem naszego planowania. Lot z Modlina opóźnił się o dwie godziny. Pozostało przymusowo nocować w portugalskiej stolicy, bądź zadzwonić do Vitora, który czekał na nasz przyjazd w Nazaré z kompletem kluczy do mieszkania. Wybraliśmy tę drugą opcję i tuż przed północą dojechaliśmy autokarem do malutkiego miasteczka Caldas da Rainha, gdzie czekała już na nas obszerna taksówka. Podjechaliśmy pod dwupiętrową kamieniczkę w wąskiej uliczce, nieopodal plaży. I mimo, że było grubo po północy zachwycaliśmy się miejscem, gdzie mieliśmy spędzić nasze wakacje. Do mieszkania weszliśmy po schodach, gdzie na piętrze była nasza sypialnia, kuchnia i łazienka, na najwyższej kondygnacji zaś znajdowały się sypialnie dzieci. Z okna widzieliśmy prawie na wyciągnięcie ręki okna kamieniczki po drugiej stronie zaułka. Życie w Nazaré mimo drugiej w nocy wciąż nie zamarło, tak było zresztą przez cały nasz pobyt. Za to poranki rozpoczynały się dość późno, gdy na zegarze wybijała godzina 10.00 miasteczko zaczynało szumieć swym codziennym rytmem.

Nazaré składa się z dwóch części: starszej, zwanej Sitio, położonej na klifie (to tam właśnie znajduje się sanktuarium), oraz młodszej położonej poniżej, oddzielonej od plaży ulicą, pełnej domków z dachami pokrytymi czerwoną dachówką i wąskich uliczek oraz jeszcze węższych zaułków, gdzie można przystanąć i niemal oprzeć się rękami o ściany dwóch przeciwległych domów. Do Sitio można wjechać kolejką (zwaną tu Elevador) lub wejść malowniczą drogą pod górę. Widok jaki się roztacza z brzegu klifu na plażę i mrowie czerwonych dachów niższej części miasteczka zapiera dech w piersiach. Warto przejść się na drugą stronę klifu i spojrzeć z góry na pustą plażę z jego drugiej strony. Dzikość fal, piaszczyste pustkowie ciągnące się po horyzont również zachwyca.



Mieszkaliśmy w dolnej części miasteczka, nieopodal kościółka. Od plaży oddzielał nas fragment zaułka, oraz szeroka droga, zwana przez nas "promenadą", ciągnąca się równolegle do wybrzeża. Blisko mieliśmy do małego sklepu spożywczego oraz całej gęstwy barów i małych restauracji. Lubiliśmy zwłaszcza przed wieczorem spacerować w labiryncie wąskich urokliwych uliczek, nad głowami widząc suszące się pranie mieszkańców, wsłuchując się w dźwięki muzyki dolatującej z otwartych okien mijanych budynków. Nad drzwiami wiodącymi do mieszkań przyglądaliśmy się płytkom terakoty przedstawiającym zazwyczaj jakiegoś świętego lub świętą albo też bardzo popularny motyw z Matką Boską z Nazaré, a zdarzało się, że zwykły motyw z rybakami wypływającymi w morze. Spoglądaliśmy na starsze kobiety w czerni (bardzo popularny k0lor ich strojów), ubranym w krótkie spódnice, siedzącym na krzesłach przed drzwiami swych domów, trwającym w zadumie bądź robiącymi na drutach. W Nazaré, jeśli tylko nie było upalnie, czuliśmy miły powiew wiatru nawet w zaułkach. Charakterystyczną porą był czas popołudniowy, gdy Portugalczycy piekli na grillu, często bardzo prowizorycznym, rozstawianym w ciasnych uliczkach, sardynki. Powietrze przesycone było wówczas zapachem palonego węgla drzewnego, zmieszanego z zapachem świeżych ryb i przypraw.



Oczywiście plażowaliśmy, zwłaszcza na początku, gdy o przesycie zimnym oceanem i jego falami nie było jeszcze mowy. Kąpiel w oceanie jest możliwa, lecz jeśli ktoś wybiera się do Nazaré, powinien zapomnieć o ciepłej morskiej wodzie, takiej jak na przykład w Chorwacji. Woda jest zawsze zimna, nawet w upalne dni. Poza tym często fale są dość wysokie. Do wody wchodziliśmy więc po to, aby nieco się ochłodzić, oraz poczuć siłę oceanu. Zdarzało się, że woda była spokojniejsza, zwłaszcza w upalne dni, wtedy nawet pływanie było możliwe.

Poza wyjątkami, nie mieliśmy okazji nawiązać bliższych znajomości z mieszkańcami. Poczyniliśmy za to nieco obserwacji. To co rzuca się w oczy, to skromność napotykanych Portugalczyków. Wyrażająca się na wiele sposobów - przez sposób bycia, zwykły, najzwyklejszy ubiór, ciasnotę mieszkań i uliczek. Pocałunek w policzek na powitanie na przystanku autobusowym, na ławce, podczas dzielenia się znakiem pokoju w kościele.

Zdarzyło nam się w jednym ze sklepików natknąć na kolekcję pamiątek miejscowej drużyny piłkarskiej. Zdjęcia stare i nowe, proporczyki, koszulki, medale, artykuły archiwalne. Muzea przy stadionach piłkarskich największych klubów europejskich nie powstydziłyby się takiej kolekcji. Nie na sprzedaż - jak poinformował właściciel sklepiku.

Nie sposób pominąć kuchni miejscowej. Próbowaliśmy stołować się w miasteczkowych restauracjach i barach, a także pichcić obiady w domu, zaopatrując się głównie na miejscowym targu, zwanym Municipal Mercado, gdzie można było kupić warzywa, owoce, nabiał, pieczywo oraz owoce morza. Zajadaliśmy się pysznymi miejscowymi bułkami oraz świeżymi figami i soczystymi arbuzami. Niestety jeśli chodzi o warzywa, wiele z nich nie dorównywało jakością naszym polskim. Papryka, pomidory, długa fasola były niezłe, ale już ogórki i ziemniaki mierne. Z owoców morza nie widzieliśmy na targu krewetek, zajadaliśmy się za to smażonymi sardynkami, doradami, minogami (!) i pyszną, o białym mięsie i czerwonej skórze rybie zwanej po portugalsku cantaril. Całkiem dobre wychodziły nam również smażone kalmary.

Próbowaliśmy również miejscowej kuchni. Za pierwszym razem usiedliśmy przy stoliku nieopodal naszego mieszkania. Kelner, rosły, sympatyczny czarnoskóry mężczyzna zaproponował  danie dnia. Do wyboru był dorsz z jajecznicą i ośmiornica serwowana z fasolką. Wyobrażaliśmy sobie talerz ze smażoną, chrupiącą rybą, leżącą obok jajecznicy oraz chrupiącą ośmiornicę w towarzystwie fasolki szparagowej. Jakież było nasze zdziwienie, gdy dorsz z jajecznicą okazał się być jajecznicą z dodatkiem dorsza, a kawałki ośmiornicy pływały w pomidorowym sosie przyprawionym trawą cytrynową w towarzystwie kiełbasy i fasoli.

Wałęsając się nazareńskimi uliczkami wieczorem, przechodziliśmy często obok rozstawionych na zewnątrz stolików. Wieczorem zdecydowanie królowały na nich owoce morza. Precebes, w kształcie kopyta zakończonego pazurkami, małże, sercówki zdecydowanie królowały na talerzach.



Pewnego ranka kupiliśmy na targu właśnie precebes, które w języku polskim zwie się pąklami kaczenicami. Jada się je na surowo, odłamując nóżkę, rurkę czy też trąbkę od "kopytka z pazurem". Wewnątrz rurki znajduje się część jadalna tego małża, o nieco słonym smaku. Całkiem, całkiem.



SMS od Vitora: "Jeśli chcecie zjeść naprawdę dobre małże idźcie do baru w sąsiedniej uliczce. Tam chodzą tylko Portugalczycy." Poszliśmy. Bar to właściwie mały pokój mieszczący kuchnię i kilka stolików na zewnątrz. Wszystkie zajęte, ale jak powiedział pan z obsługi: "za pięć minut na pewno coś się zwolni". Zamówiliśmy małże (ameijoa po portugalsku). Chwilę trwało i na stole zjawił się talerz z ciepłymi skorupiakami pływającymi w maśle z czosnkiem i pietruszką o smaku cytrynowej trawy. Były przepyszne. Nie nadążaliśmy oblizywać palców. Na drugi ogień poszły sercówki jadalne (berbigao po portugalsku). Te z kolei pływały w sosie ze świeżych pomidorów, lekko pikantnym z cebulką. Były podobnie pyszne. Zamówiliśmy kolejną turę. Nasyceni, poszliśmy płacić. Skończyliśmy wieczór zaproszeni przez właściciela baru na szklaneczkę zimnego Sagres. To było zdecydowanie warte zachodu.

Nazaré to nie tylko plaża, wąskie uliczki, owoce morza, sanktuarium. Warto wybrać się na spacer po okolicy. Gdy stałem na szczycie klifu, w oddali widziałem wzgórze, które okazało się nosić nazwę Monte de São Bartolomeu. Droga na szczyt okazała się dość atrakcyjna. Wyszedłem od strony "nadoceanicznej promenady" ulicą w górę obok hotelu Praia. Wkrótce wszedłem do miejskiego parku i choć droga wciąż wiodła w górę, obecność drzew i cisza sprawiały, że szło się nieco lżej. Gdy wyszedłem z parku skręciłem w prawo w stronę cmentarza. Warto nań wejść, aby móc podziwiać nieco inną estetykę tego miejsca, pełnego rodzinnych grobowców w kształcie małych kapliczek, tonącego w bieli nagrobków. Okolice cmentarza, położonego na szczycie wzgórza pozwalały chłonąć piękny widok na plaże, klif i ocean. Później ścieżka wiodła bezdrożem, aby po przejściu pod ruchliwą drogą wyjazdową doprowadzić do suchego portugalskiego lasu, pełnego dźwięków cykad. Wejście na szczyt wzgórza świętego Bartłomieja wiodło stromym podejściem po schodach. Na szczycie kapliczka i nieczynne niestety wejście na wieżyczkę widokową. Jednak z samego wzgórza można podziwiać również piękną panoramę.



Czy Nazaré warto odwiedzić na dłużej? Zdecydowanie. Do dziś tęsknimy za portugalskim wiatrem, a przed oczami mamy widoki miasteczka i plaży oraz czujemy smak małży, sercówek oraz zimnego porto.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz