niedziela, 23 sierpnia 2015

Bieszczady

Nie chciałbym wymądrzać się na temat Bieszczadów. Byłem tam tylko przez tydzień. Na zobaczenie wielu ważnych miejsc nie starczyło czasu. Nie sposób było dotrzeć do wielu tych mniej ważnych, nasiąknąć klimatem, poznać ciekawych ludzi gór. Ale nawet po tak krótkim czasie mam swoje spostrzeżenia, ulubione miejsca, wspomnienia i wiem już czym są Bieszczady w rzeczywistości, a nie tylko w wyobrażeniu. Być może moje uwagi kogoś rozśmieszą, wydadzą się zbyt płytkie tym, którzy znają Bieszczady od podszewki, ale mam nadzieję, że mogą być ciekawe dla osób, które w Bieszczadach jeszcze nie były lub dla tych, które opisywane miejsca widzą trochę inaczej.

Jeszcze przed wyjazdem nie raz słyszałem opinie, że Bieszczady już nie są tak dzikie, jak kiedyś lub, że szlaki w tych górach są przeludnione. Trudno jest mi się wypowiadać w pierwszej kwestii, gdyż nie znam innych Bieszczadów, niż tegorocznych, ale gdybym miał porównać je z Tatrami sprzed lat 20-u, Peninami bądź nadbałtyckimi kurortami, jest to wciąż miejsce mogące uchodzić za dzikie. Na szlakach górskich wcale nie spotykaliśmy tłumów (poza wejściem na Tarnicę, ale i tu nie musieliśmy stać w kolejce, jak słyszy się o wejściach na niektóre szczyty na przykład w Tatrach). Faktem jest, że szlaki prowadzące na ten najwyższy szczyt Bieszczad są mocno "zryte" przez buty turystów. Bieszczadzki Park Narodowy zabezpieczył je informując na towarzyszących ogrodzeniom tablicach o planach odtworzenia zniszczonej roślinności bieszczadzkiej. Chciałbym również dodać, że w Bieszczady pojechaliśmy w trakcie rekordowych tegorocznych upałów, które mogły odstraszyć od chodzenia po górach potencjalnych turystów, co sprawiło w rezultacie, że nie przyjechało ich tyle co zwykle. Ale to tylko dywagacje, których nie jestem w stanie sprawdzić w tym momencie.

"Sosnowy Dwór" w Krzywym koło Cisnej, gdzie mieściła się nasza baza noclegowa miał w każdym bądź razie komplet turystów. Jest to miejsce czyste, bardzo wygodne, gdzie można się dobrze wyspać, posiedzieć w fotelu bądź na tarasie z kawą i książką, zjeść kiełbaski z ogniska, czy pograć w piłkę na nieopodal położonym boisku. W cenę pobytu wliczone są również śniadania. Mogę stwierdzić, że je się tam smakowicie (wędliny wysokiej jakości, jajecznica - palce lizać, serki wyrabiane na miejscu przez spiritus movens miejscowych kulinariów, panią Izę, rosół na kaczce, którego pewnego dnia dostaliśmy do obiadu - delicious).

Podkreślam sprawy kulinarne, gdyż niestety dobrze, smacznie i zdrowo zjeść w Bieszczadach nie było nam łatwo. Gdy trafialiśmy do miejsc, gdzie nam smakowało, porcje były niewielkie, zaś tam gdzie karmiono obficie, zazwyczaj były to potrawy średniego lotu. Było więc raczej przeciętnie.

To co oferują Bieszczady i jest niepowtarzalne to widoki górskie. Odsłonięte połoniny sprawiają, że przed naszymi oczami rozciągają się dalekie górskie krajobrazy. Wchodzimy na szczyt i możemy nie schodząc niżej iść przed siebie i zachwycać się różnymi odcieniami żółci, zielenie, a w końcu szarości. Są też bardziej strome podejścia dla osób lubiących wysiłek. W ciągu krótkiego tygodniowego czasu udało nam się na przykład wejść na Jawornik, gdzie wejście od Wetliny jest dość strome, Smerek od od strony Kalnicy (piękne widoki), Tarnicę od Ustrzyk Górnych i Wielką Rawkę oraz Krzemieniec. Podczas ostatniej z wypraw mieliśmy do czynienia z szerokim spektrum pogodowym, jakie można napotkać w górach. Na Wielką Rawkę z wywieszonymi językami wdrapywaliśmy się w upale. Później zaliczyliśmy trójstyk granic na Krzemieńcu i wracając już  z Wielkiej Rawki w stronę schroniska Bacówka musieliśmy pokonywać ścianę deszczu w otoczeniu błyskawic i grzmotów. Siedzieć wkrótce przy kawie i żurku w schronisku było właśnie tym, co można sobie wymarzyć.




Widok z Jawornika (1047 m n.p.m.)


Tarnica (1346 m n.p.m.)


Widok z Wielkiej Rawki (1304 m n.p.m.)

***
W upały ciężko jest chodzić po górach, więc organizowaliśmy sobie przerywniki. Podczas pobytu na basenie w Bystrem koło Baligrodu, wybrałem się na krótką przechadzkę w stronę szosy. Tuż przy niej natknąłem się na ciekawy obelisk.



"tam granica świata.
Za Baligrodem wjeżdża się jak w czarne gardło.
Droga i rzeka to jedno jest i toż samo,
a od rzeki z jednej i drugiej strony
wznoszą się czarne ściany jodeł i smereków"
Aleksander Fredro "Trzy po trzy"

Został postawiony na pamiątkę pobytu Aleksandra Fredry w miejscowości Rabe koło Baligrodu. Rabe od Bystrego dzieli tylko 3 km. A jej dziedzicem ponad 200 lat temu był Jacek Fredro (1770-1828), ojciec poety.

Gdy wróciliśmy wieczorem do Sosnowego Dworu, sprawdziliśmy w dostępnych źródłach i okazało się, że okolice Rabego i Bystrego są na tyle ciekawe, że warto poświęcić im jeden z dni wolnych od wspinaczki.

Zaczęliśmy od Bystrego, gdzie tuż przy szosie Cisna-Baligród położony jest niszczejący stary cmentarz. Do pierwszej wojny światowej stała na nim drewniana cerkiew, ale zniszczona w czasie działań wojennych, nigdy nie została odbudowana - mieszkańcy korzystali z cerkwi w nieodległym Baligrodzie. Na cmentarzu znajduje się tylko jedna płyta z czytelną inskrypcją - właściciela dóbr Łubne Józefa Jorasza (1817-1896) oraz jego dzieci. Pozostałe nieliczne nagrobki ich nie posiadają.







Z cmentarza pojechaliśmy jeszcze kawałek samochodem w górę szosy do letniskowej części dzisiejszego Bystrego. Stamtąd w lewo pod górę pnie się droga do Rabego i to przy niej trafiłem na obelisk poświęcony Aleksandrowi Fredrze. Z lewej strony tejże drogi nadleśnictwo utworzyło ścieżkę dla pieszych, prowadzącą wzdłuż lasu i towarzyszącą płynącemu malowniczo obok Rabskiemu Potokowi. Idealne miejsce, aby przysiąść na kamieniu i ochłodzić stopy w zimnej wodzie strumienia. Podobno w wodach Rabskiego Potoku pływają niezwykle rzadkie strzeble potokowe i głowacze białopłetwe. 

Oddalając się stopniowo od potoku idziemy w stronę kamieniołomu w Huczwicach. W pionowych ścianach kamieniołomu widać podobno kryształki czerwonego realgaru i żółtego aurypigmentu. Kryształki te podobno można znaleźć i w okolicach potoku. Po powrocie do domu i porównaniu ze zdjęciami w internecie okazało się, że przywieźliśmy dwa czerwonego koloru kryształki arsenu. Kolor ziemi stopniowo zmienia się przybierając gdzieniegdzie odcień jasnej czerwieni. Nic dziwnego. W okolicach znajduje się sporo rud darniowych, a Jacek Fredro, ojciec Aleksandra wytapiał z nich w Rabem żelazo na przełomie XVIII i XIX wieku. Dochodzimy do ściany kamieniołomu i naszym oczom ukazuje się olbrzymia skała, na której szczycie widać trzymające się kurczowo ziemi pnie drzew.



Rabe dziś nie istnieje jako wieś. Znajduje się tu tylko leśniczówka. Podzieliła los wielu innych miejscowości bieszczadzkich po II wojnie światowej. W latach 1977-1983 miejsce po dawnej wsi zwano Karolowem (od Karola Świerczewskiego), później wrócono do starej nazwy. Od 1974 przez pewien czas miało status uzdrowiska. Dziś Uzdrowisko Rymanów Zdrój utrzymuje tu jedną studnię zwaną Źródłem Rabskim z wodą źródlaną bogatą w związki mineralne, mającą właściwości lecznicze. Zlokalizowana jest kawałek za kamieniołomem przy drodze z Bystrego. Całkiem smaczna, o nieintensywnym zapachu.



Z Rabem związane jest jeszcze jedno ciekawe miejsce. Należy pójść jeszcze dalej piaszczystą drogą od Bystrego, mijając po lewej rezerwat Gołoborze. Wkrótce za zakrętem znajdziemy ścieżkę w lewo prowadzącą do kapliczki leśnej Synarewo wybudowanej najprawdopodobniej w początkach XIX wieku. Spod kapliczki wypływa źródełko uważane za cudowne o właściwościach leczniczych. Gdy tam doszedłem ledwo się sączyło.




Było pusto, cicho, gorąco, pod oknem leżały stare zeszyty wypełnione wpisami pielgrzymów i turystów oraz aktualna księga intencji.

Dotarłem do miejsc pobudzających wyobraźnię. Dotychczas Aleksander Fredro kojarzył mi się ze "Ślubami panieńskimi", "Zemstą" czy bajką wierszowaną "Paweł i Gaweł". Dzięki pobycie w Bystrem dowiedziałem się, że istotna część jego życia związana była z Bieszczadami, co znalazło odzwierciedlenie w twórczości. Samo Rabe zaś i okolice, niezależnie od Fredry, oferują wiele różnego rodzaju atrakcji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz