czwartek, 5 lipca 2012

Narew: Zabytkowy cmentarz unicki (niestety mocno nadgryziony zębem czasu)

Niedaleko prawosławnej cerkwi w Narwi (pięknie odmalowanej na jasnoniebieski kolor), gdy przejdziemy chodnikiem niedługi odcinek wzdłuż drogi prowadzącej w kierunku Bielska Podlaskiego, zobaczymy tuż za stojącymi przy jezdni domami pusty teren na którym stoją dwie kapliczki. Jest to dawny cmentarz unicki w Narwi.

Unia pomiędzy kościołami wschodnim i zachodnim to skomplikowana i długa historia. W 1054 roku nastąpił ostateczny podział chrześcijaństwa na kościoły wschodni i zachodni. Przyczyn było wiele, a wśród nich oczywiście należy wymienić ambicje dominowania w ówczesnym świecie chrześcijańskim, olbrzymie różnice kulturowe pomiędzy rzymską i grecką częściami Europy, spory filologiczne, jak również angażowanie się czynników świeckich w spory kościelne.

Na pierwsze próby ponownego łączenia obu kościołów wpłynęły czynniki polityczne. W 1240 roku podczas najazdu mongolskiego, upadł Kijów, a hordy Czyngiz-Chana dotarły w głąb Europy środkowej. Niemal równolegle w roku 1244 utracono na trwałe Jerozolimę na rzecz Sułtanatu Egiptu. Upadek państwa kijowskiego, stałe zagrożenie ze strony mongolskiej od wschodu oraz muzułmańskiej od południa miały wpływ na pierwsze, lokalne próby zjednoczeniowe na soborze w Lyonie w 1245 roku po przewodnictwem papieża Innocentego IV. Zawarta wówczas unia zaowocowała koronacją księcia halickiego Daniela na katolickiego króla w Drohiczynie w 1253 roku. Gdy wkrótce wzrosło zagrożenie ze wschodu dla Rusi Halicko-Wołyńskiej, a z zachodu nie nadeszła żadna pomoc, unia zakończyła się fiaskiem.

Kolejna próba miała miejsce również na soborze w Lyonie w roku 1274. Wówczas to bizantyjskiemu Cesarstwu Paleologów groziła inwazja z Sycylii ze strony Karola I Andegaweńskiego. Unia zawarta pomiędzy kościołem wschodnim reprezentowaną przez ekspatriarchę Konstantynopola i zachodnim, reprezentowanym przez papieża Grzegorza X przetrwała jednak tylko 7 lat.

Wydawało się, że najtrwalszą próbą będzie unia florencka zawarta 6 lipca 1439. Formalnie kończyła ona rozłam kościołów, który nastąpił w 1054 roku i mimo wielu oporów, zwłaszcza w Konstantynopolu, trwała dłużej niż poprzednie. Czynnikiem wzmacniającym jedność było zagrożenie tureckie od południa Europy. Unia została pogrzebana jednakże wraz z upadkiem Konstantynopola w 1453 roku.

Pojednanie, która zostało zawarte na synodzie w Brześciu w roku 1596 i obejmowało unią kościoły zachodni i wschodni na terenie Rzeczypospolitej trwała najdłużej, bo aż do roku 1839, kiedy unia między kościołami została skasowana w Rosji. Pozostałością jej jest dziś natomiast kościół greckokatolicki, który przetrwał na terenie zaboru austriackiego.


Pierwsza z kapliczek z krzyżem łacińskim na szczycie, nieco nadgryzionym upływem czasu, opartym na poziomo leżącym półksiężycu, symbolu Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny pochodzi z lat 1840-1848 i nosi wezwanie świętego Wincentego.



 Druga z nich jest prawosławną kapliczką już współczesną i pochodzi z 1994 roku.



Nie zachowały się niestety czytelne nagrobki z okresu unii dwóch religii. Widoczny jest za to podział na nagrobki katolickie skupione wokół kaplicy św. Wincentego i nagrobki prawosławne położone przy współcześnie wybudowanej kaplicy.

Grobów z czytelnymi inskrypcjami jest bardzo mało. Oto nieliczne z nich:

Nagrobek Antoniego Kosmowskiego, syna Onufrego, zmarłego 19 października 1880 roku w wieku 72 lat.

 

Nagrobek Feliksa Łyszczyńskiego, prezesa Izby Cywilnej Białostockiej, zmarłego 12 stycznia 1871 roku, w wieku 70 lat. Czy jest to ten sam Feliks Łyszczyński, który wymieniony został w Dzienniku Wileńskim w roku 1827 w artykule Jana Wolskiego zatytułowanym " O spadnieniu kamieni z powietrza pod Białym-stokiem we wsi Fastach", gdzie jako assesor świadczył autorowi artykułu, wraz z innymi świadkami o spadnięciu fragmentów meteoru we wsi w dniu 23 września 1827 roku? Warto zaznaczyć, że meteoryty z Fast znajdują się dziś w muzeach w Berlinie i w Wiedniu, zaś Muzeum Ziemi PAN dysponuje drobnymi ich okruchami, pozyskanymi z Berlina przed II wojną światową.

Czy w końcu Feliks Łyszczyński był tym filaretem, członkiem grona Białego (prawnego), wymienianym w korespondencji Filomatów z lat 1815-1823, wydanej przez Jana Czubka?

 

Najstarsze nagrobki prawosławne pochodzą z lat 90-ych XIX wieku.

Nagrobek Symeona Kononiuka, zmarłego w roku 1895 w wieku 72 lat:


Nagrobek Iwana Smoktunowicza (1827 - 1891).


Większość XIX-wiecznych inskrypcji nagrobkowych jest jednak nieczytelna.

 


 
  





 




W części prawosławnej występują także nagrobki współczesne, pochodzące z XX wieku.






Wśród nich znajduje się odnowiony nagrobek Grigorija Andrejewicza Bogatko, sowieckiego żołnierza, zmarłego w 1941 roku, odnaleziony przez rodzinę wiele lat po wojnie (zasłyszane od napotkanego mieszkańca wsi).


Oskar Halecki, "Od unii florenckiej do unii brzeskiej", Instytut Europy Środkow-Wschodniej, Lublin 1997.

 Jan Wolski, "O spadnieniu kamieni z powietrza pod Białym-Stokiem we wsi Fastach", Dziennik Wileński, Tom II, 1827.

"Korespondencja Filomatów. Archiwum Filomatów, część I, Korespondencya 1815-1823", Kraków 1913

wtorek, 3 lipca 2012

Narew: drewniany XVIII-wieczny kościół

Pamiętam pierwsze grzybobranie na Podlasiu jeszcze w latach 90-ych ubiegłego wieku. Była jesień, lasy wprost pełne prawdziwków, podgrzybków i innych skarbów leśnych. Zaszliśmy z teściem do baru na piwo - mogło to być we wsi Gorodczyno, ale teraz już nie jestem tego tak pewien. Pełne zaskoczenie, że wszyscy dokoła nas mówią językiem tutejszym, kojarzącym mi się wtedy z językami białoruskim bądź ukraińskim.

Wiele lat później odkrywałem dla siebie Doratynkę, niewielką wioskę położoną po obu stronach brukowanej drogi, z chatami drewnianymi stojącymi szczytami do drogi, pełnej bocianów latem i dzikiej przyrody dokoła. We wsi tej sklep otwierany był najczęściej dopiero popołudniem, a najpopularniejszym piwem była Perła. Jeszcze później dotarłem do Trześcianki, i innych wiosek położonych na szlaku otwartych okiennic, a także do prawosławnego skitu w Odrynkach.

Wszystkie te miejscowości łączy przepływająca w niedalekiej odległości Narew. Jakże jednak różnią się wspominane przeze mnie tereny od położonych na południowy zachód od Białegostoku okolic Narwiańskiego Parku Narodowego. Zamiast rzeki meandrującej po łąkach wieloma odnogami, nazywanej często polską Amazonką, płynącej po odkrytym terenie, pełnym ptasich odgłosów, zieleni traw wczesnym latem i wioskami, w których dominuje budownictwo murowane, widzimy wąską strugę, przez którą z łatwością przejdziemy brodząc po pas w wodzie, otoczoną dość młodymi lasami (to nie Puszcza Knyszyńska), z wioskami typu ulicówki. Droga przez wieś jeszcze gdzieniegdzie zbudowana jest z kamienia brukowego, drewniane domy stoją szczytami do drogi, przy domach na ławeczkach siedzą baby i albo rozmawiają z sąsiadkami albo samotnie wpatrują się przed siebie. Czasami miniemy pomalowaną na niebiesko bądź biało cerkiewkę ze złocącą lub srebrzącą się w słońcu kopułą.

Często podczas moich wypraw w rejony górnej Narwi, docieram do Narwi, dużej wsi leżącej przy drodze Bielsk Podlaski - Hajnówka. Sprawia wrażenie sennej, choć nieopodal ulokowane jest jedno z najprężniej działających przedsiębiorstw na Podlasiu. Nie zawsze tak było. Przez większą część swego istnienia Narew była miastem, ulokowanym u przeprawy przez rzekę przez Olbrachta Gasztołda, starostę bielskiego, z prawami miejskimi potwierdzonymi przez króla Zygmunta Starego w 1514 roku. Prawa miejskie później były kilkukrotnie potwierdzane, miasto miało możliwość organizowania targów i jarmarków, a także pobierania opłat od spławianego drewna i wolnego spławu drewna. Podupadło po potopie szwedzkim, a także na skutek XVIII-wiecznego zarządzenia o ochronie pobliskiej puszczy białowieskiej. W 1934 roku utraciło prawa miejskie.

Obecnie w Narwi znajduje się jeden z najciekawszych obiektów sakralnych w tej części Podlasia - drewniany XVIII-wieczny kościół, prawdziwa perełka na terenach, gdzie dominuje prawosławie.



Pierwotny kościół pw. Wniebowzięcia NMP i św. Stanisława Biskupa Męczennika został ufundowany w 1528 roku przez króla Zygmunta Starego i królową Bonę Sforza. Nie zachował się do dnia dzisiejszego. W XVIII wieku był na tyle zniszczony, że została podjęta decyzja o jego odbudowie, która miała miejsce w latach 1738-1748. Wnętrze kościoła przepojone jest zapachem starego drewna, które dodaje mu niesamowitego uroku. Pamiętam, że pieśni śpiewanych tu kiedyś na mszy nie słyszałem od dawna w żadnym miejskim kościele, a gdy siadałem w ławce, siedzący w niej mężczyźni podawali zniszczone pracą ręce do powitania.


Obok kościoła stoi drewniana dzwonnica z końca XVIII wieku.


Nieopodal znajdują się dwa dwudziestowieczne pomniki, jeden nagrobek kaprala Wojska Polskiego,


a drugi będący pamiątką po misjach 1936 roku.


Jednak najbardziej interesująca jest płyta nagrobna, wykonana z piaskowca, znajdująca się na wprost drzwi wejściowych do kościoła, pochodząca najprawdopodobniej z XVI wieku, czyli z pierwotnego kościoła narewskiego. Przedstawia mężczyznę - rycerza bądź myśliwego wspartego na włóczni i towarzyszącego mu psa. Legenda mówi, że jeden z dworzan króla Zygmunta Augusta, śmiertelnie ranny podczas polowania, prosił, aby jego ciało spoczęło przy wejściu do kościoła, aby wchodzący ludzie mogli po nim deptać, co miałoby się przyczynić do odkupienia grzechów nieszczęśnika. Inna wersja nawiązuje zaś do osoby wypędzonej z miasta, napadającej na podróżnych, która nawróciła się na łożu śmierci. Płyta nagrobna miałaby pochodzić z nagrobka jednego z tych dwóch mężczyzn.


Kościół to nie jedyne ciekawe miejsce w Narwi. O kolejnym być może napiszę już wkrótce.

środa, 6 czerwca 2012

Dom Rozentala na Antoniuku Fabrycznym w Białymstoku

W 1834 roku wprowadzono, w ramach represji po powstaniu listopadowym, granicę celną pomiędzy Cesarstwem Rosyjskim, a Królestwem Polskim. Spowodowało to ucieczkę przemysłowców produkujących towary w Królestwie i sprzedających je do Rosji, poza kordon graniczny. Białystok znajdował się wtedy tuż za granicą, w Cesarstwie Rosyjskim. Fakt ten spowodował nagły rozwój miasta, zasiedlanego przez bogatych kupców i przemysłowców. W 1843 roku do Białegostoku przyjechał z Niemiec August Commichau, który założył przedsiębiorstwo o nazwie "August Commichau". Wkrótce, w 1845 roku, sprowadził do Białegostoku swoich braci - Hermana, Rudolfa, Roberta i Alfreda.

Herman Commichau wynajął w 1845 roku większą część budynku, zwanego domem Trębickiego, przy ówczesnej ulicy Aleksandrowskiej (dziś ulica Warszawska). W 1867, w trakcie rozbudowy obiektu, kupił całą nieruchomość od Trębickiego. W centralnej części budynku, na pierwszym piętrze, znajdowała się ogromna sala, w której organizowano koncerty i spotkania towarzyskie. Za budynkiem mieszkalnym wybudowano fabrykę z tkalnią, przędzalnią, pomieszczeniami do apretury tkanin i farbiarnię. Obok rezydencji założono ogrody: kwiatowy i owocowo-warzywny. W 1892 roku syn Hermana, również Herman sprzedał całą nieruchomość innemu przemysłowcowi Augustowi Moesowi. Później różnie toczyła się historia obiektu. Dziś mieści się w nim wydział ekonomiczny Uniwersytetu w Białymstoku.

Od 1849 roku przedsiębiorstwo "August Commichau" zmieniło nazwę na "Aug. Herm. Commichau". Rozpoczęto wtedy wznoszenie budynków fabrycznych w lesie, nad stawem w pobliskiej wsi Antoniuk. Albert został kierownikiem przędzalni, a Robert kierownikiem farbiarni, obu położonych w Antoniuku. W roku 1852 August opuścił Białystok, a przybył tu kolejny z braci - Carl Gustaw, który zarządzał później folwarkiem w podbiałostockim Marczuku. Rudolf w latach 1871-1879 został wspólnikiem Hermana, a w 1880 roku rozpoczął samodzielną działalność, budując swą fabrykę koło dworca kolejowego. W 1905 roku, wobec niepewnej sytuacji politycznej, synowie Rudolfa sprzedali fabrykę i wyjechali z miasta. Dzieci Roberta i Alberta opuściły Białystok jeszcze wcześniej.

W międzyczasie, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1919 roku, w celu wyrównania  proporcji ilościowych pomiędzy ludnością żydowską i polską, przyłączono do Białegostoku przyległe wsie, zamieszkane głównie przez ludność polską. Wtedy też Antoniuk i Marczuk stały się częściami poszerzonego nagle o tereny wiejskie miasta.

Jedynym zakładem, który pozostał w rękach rodziny Commichau do lat 20-ych XX wieku pozostała fabryka w Antoniuku. Produkowano w niej sukno i kołdry. Później, po 1925 roku, budynki fabryki zostały przejęte przez skarb państwa na rzecz Szkoły Rzemieślniczo-Handlowej.

Po wojnie działało w budynku szkoły Technikum Melioracji Wodnych, absolwentów którego zwano "szczurami".




budynek Zespołu Szkół nr 1, dawnego Technikum Melioracji Wodnych, a wcześniej fabryki Hermana Commichau

A piszę tu o tym wszystkim, gdyż pewnego razu dowiedziałem się od koleżanki Anety, że przy ulicy Bukowej, na Antoniuku, uliczce dość rzadko uczęszczanej, znajduje się  ciekawy, stary, drewniany budynek.

Często bywa, że do tak ciekawych miejsc trafiamy niejako przypadkiem. Nie obejmują ich bowiem swoim opisem przewodniki, ani opracowania historyczne, a same leżą nieco na uboczu naszych codziennych i odświętnych ścieżek. Postanowiłem wybrać się tam któregoś razu, aby go obejrzeć. Rzeczywiście interesujący, różniący się od innych starych drewnianych budynków w mieście swą dworkową formą. Okazało się, że jest to dom Rozentala, administratora fabryki Commichau, zbudowany w latach 80-ych XIX wieku. W okresie międzywojennym dom zajmowany był przez rodzinę Rozentalów i biura nadleśnictwa. W 1939 roku właściciel został wywieziony na Syberię, a dom upaństwowiono. Nie udało mi się niestety odnaleźć w Indeksie Represjonowanych, prowadzonym przez Ośrodek Karta informacji o losach właściciela. Nie znam jego imienia, a nazwisko Rozental pojawia się w indeksie wiele razy.




dawny dworek Rozentala przy ulicy Bukowej 4

Andrzej Lechowski, "Białystok. Przewodnik historyczny", Białystok 2009,
Aneta Kułak, "Białystok. Manchester północy" - opracowanie towarzyszące wystawie "Manchester północy - śladami fabrykantów", Białystok, 2010,
Wkładka do karty ewidencyjnej zabytków architektury i budownictwa nr 1870.

środa, 30 maja 2012

"Ptak umarłych" Edwarda Dębickiego

Miejsce: stołówka Szkoły Podstawowej nr 7 przy ulicy Estkowskiego w Gorzowie Wielkopolskim, końcówka 1985 roku, turniej szachowy dla młodzieży organizowany przez nauczyciela i propagatora szachów wśród dzieci, Bogdana Lotko. Na sali kibice, również dorośli. Lata 80-te praktycznie aż do odzyskania niepodległości w 1989 roku to ogromna popularność szachów amatorskich. Turnieje miejskie i wojewódzkie pełne graczy. Czy wpływ na taki stan rzeczy miały mecze o mistrzostwo świata pomiędzy Karpowem i Kasparowem? Pewnie tak. Ale i beznadzieja końcówki PRLu, powodująca wzrost aktywności ludzkiej poza głównym nurtem szarego życia.

Gdzieś tam w stołówce siódemki, jako 12-letni chłopak, zauroczony szachami, zobaczyłem po raz pierwszy człowieka, którego później z różnych turniejów szkolnych kojarzyłem jako Edwarda Dębickiego. Posiadał bodajże II-gą kategorię szachową i reprezentował gorzowski Start.

Trafiłem niedawno na stary wycinek kącika szachowego z Ziemi Gorzowskiej o nazwie "Nad szachownicą". Tytuł jednej ze wzmianek brzmi: "Edward Dębicki mistrzem okręgu w grze korespondencyjnej". Przytoczono w niej tabelę finału z roku 1984 oraz partię E.Dębicki - J. Konieczny. Swoich sił w grze korespondencyjnej próbowałem parę lat później zostając mistrzem okręgu gorzowskiego w roku 1987. Później rozwój komputerowych programów szachowych zabił tę formę rozgrywek.

O tym, że Edward Dębicki jest założycielem cygańskiego zespołu artystycznego "Terno" dowiedziałem się po latach, gdy w Gorzowie odbywały się coroczne Międzynarodowe Spotkania Zespołów Cygańskich "Romane Dyvesa". Dopiero dużo później znalazłem w internecie informację o książce zatytułowanej "Ptak umarłych", informację na tyle ciekawą, ze postanowiłem książkę zdobyć i przeczytać.

Cyganie są wśród nas, a jednak na tyle różni się ich kultura od naszej, że nie zadajemy sobie trudu, aby ją poznać. Swoją rolę grają tu uprzedzenia, ale i hermetyczność cygańskiego świata. Kiedyś na fali zachwytu "Sklepami cynamonowymi" Brunona Schulza trafiłem na książkę poświęconą temu niezwykłemu artyście słowa, autorstwa Jerzego Ficowskiego, pt. "Regiony wielkiej herezji", książkę na tyle niezwykłą, że zachęciła mnie do przeczytania innych pozycji tego autora. Kupowałem na chybił trafił, a okazały się o tyle ciekawe, że traktowały o Cyganach i ich kulturze.

Zarówno "Pod berłem króla pikowego. Sekrety cygańskich wróżb", jak i "Cyganie na polskich drogach" będąca rodzajem monografii historyczno-etnograficznej polskich Cyganów są obarczone pewnymi wadami. Pisał je człowiek z zewnątrz, który miał styczność z cygańskim taborem, jednak nie jesteśmy w stanie, czytając książkę, zweryfikować na ile wiedza w nich przedstawiona ma wartość poznawczą, na ile mocno autor został wtajemniczony w arkana cygańskiego życia. Zresztą on sam na kartach zwłaszcza drugiej książki niejednokrotnie podkreśla hermetyczność cygańskiego świata, niemożność pełnego poznania cygańskiej kultury, również z powodu niechęci Cyganów do ludzi z zewnątrz.

Książka "Ptak umarłych" to wspomnienia z lat wojennych 1939-1945, gdy rodzina Krzyżanowskich (takie nazwisko rodowe nosili pierwotnie rodzice Edwarda Dębickiego) przebywała na Wołyniu.

Autor, wówczas, w czasie objętym wspomnieniem jeszcze dziecko (urodził się w 1933, 1934, lub 1935 roku), wprowadza nas do swego świata poprzez nakreślenie sylwetek najbliższych osób z rodziny, skupiając się na ich cechach charakterystycznych, jak i szczególnie pamiętanych wydarzeniach związanych z każdą z tych osób. Zaczyna się od czasów zamierzchłych, gdy rodziny Krzyżanowskich, Wajsów i Korzeniowskich, z których wywodzą się przodkowie autora, powiązane zostały z konkretnymi szczepami cygańskimi. Legendarnym dla rodziny wydaje się przywołany w książce dokument z czasów króla Jana III Sobieskiego, wystawiony przez królową Marysieńkę, stwierdzający wysoki poziom artystyczny zespołu muzycznego stworzonego przez przodków autora. Muzyka więc jest głównym zajęciem rodziny. Wśród portretów krewnych odnajdujemy rozsławioną przez Juliana Tuwima poetkę cygańską Papuszę, ciotkę Edwarda Dębickiego, mieszkającą po wojnie również w Gorzowie Wielkopolskim.

Rozdział jej poświęcony daje nam równocześnie wgląd w zwyczaje Cyganów związane z ożenkiem, który często następował poprzez porwanie. Takiego fortelu użył w stosunku do Papuszy (prawdziwe nazwisko Bronisława Zielińska) wuj autora Dyźko Wajs, dużo od niej starszy, nie będący wymarzonym kandydatem na męża.

Ciekawy jest także fragment poświęcony matce, gdyż możemy przez chwilę posmakować tak obcego dla zwykłego śmiertelnika świata wróżb:

"Matka moja miała odmienny charakter niż ojciec. Jej przyjaźń zdobyć było bardzo trudno. Była stanowczą i mądrą kobietą. Co komu miała powiedzieć, to mówiła prosto w oczy i dlatego nie znajdowała poklasku i nie miała zbyt wielu koleżanek. Była prawdomówna i skromna, unikała konfliktów. Dzieci kochała bardzo, ale w przeciwieństwie do ojca nie umiała tego okazać. Była wrażliwa na każdą krzywdę. Nawet jak ktoś opowiadał o swoich kłopotach, to potrafiła płakać. Była opiekuńcza, wychowała nas siedmioro, pomogła wychować wszystkie wnuczęta. Życie oddałaby za nas.

Nie umiała tańczyć po cygańsku, umiała za to śpiewać, miała nawet przyjemny głos. Była ładną kobietą, drobnej budowy. Umiała dobrze wróżyć, w czym pomagał jej dar przekonywania. Kiedyś zapytałem mamę czy to, co mówi podczas wróżby, jest prawdą i skąd jej się to bierze, że wszystko zgaduje, co było i co będzie?

-Trudno to tak po prostu wyjaśnić - odpowiedziała - coś takiego jest na tej ziemi, czego człowiek nie umie jeszcze sprawdzić i wytłumaczyć. Kiedy zaczynam przygotowywać się do wróżby, to nie wiem co będę mówić, ale jak rozłożę karty i zaczynam wróżyć, to jakby ktoś mi podpowiadał, a język jakby sam sobą kierował i wymawiał słowa bez mojej kontroli. Ja czuję to i wiem jak się dostosować do tego, ale nie umiem wytłumaczyć. Widocznie jest jakaś boska siła."

Czytając  powyższy fragment przypominałem sobie, co o swoim darze jasnowidzenia mówił ksiądz Klimuszko.

Przejmująca jest historia najmłodszej siostry ojca - Babulki, pięknej kobiety, która została porwana przez Polaka. Sprowadziło to na nią hańbę. Rodzina nie chciała utrzymywać z nią kontaktu. W czasie wojny zginęła w getcie.

Zupełnie inaczej traktowano kobiety z zewnątrz, które trafiały do taboru. Parni (Biała) - Polka, która uciekła sprzed ołtarza do taboru cygańskiego "...zaczęła rozumieć, na czym polega cała tradycja cygańska i czemu służą nasze prawa, zmienił się jej sposób myślenia. Pokochała nasze zwyczaje i stała się białą Cyganką. Nawet już przychodziły swaty, ale o tym Parni nie chciała długo słyszeć. Wreszcie nadszedł taki dzień, kiedy oczy Parni błysnęły do Stacha, przystojnego chłopaka z naszego taboru. Pobrali się zwyczajem cygańskim, żyli zgodnie i przykładnie. Dochowali się pięciorga dzieci - trzech synów i dwóch córek. Stacho już umarł, Parni żyje i bawi wnuczęta."

W książce mamy też przykłady niesnasek małżeńskich na przykładzie Muchy i Terentego, który ostatecznie postanawia opuścić żonę i tabor cygański.

Przeczytamy również o wielu innych cygańskich zwyczajach. Dowiemy się co to jest śpera, czy też jak zakwasić barszcz z kury w warunkach leśnych bez octu.

Początkowe rozdziały książki przechodzą w opis niedoli wojennej: ukrywania się w lesie przed Niemcami i banderowcami, pogromów, głodu. Dały mi z innej nieco strony wgląd w życie, jakie mogli prowadzić moi pradziadkowie mieszkający w lesie przy stacji Tomaszgród na Wołyniu.

Książka warta przeczytania, z pierwszej ręki otrzymujemy namiastkę świata cygańskiego. Ja już czekam na drugą część wspomnień Edwarda Dębickiego, obejmującą lata powojenne.

Edward Dębicki, "Ptak umarłych", Bellona, Stowarzyszenie Twórców i Przyjaciół Kultury Cygańskiej im. Bronisławy Wajs-Papuszy.

Tablica pamiątkowa poświęcona poetce cygańskiej Papuszy na ścianie poniemieckiego, przedwojennego domu przy ulicy Kosynierów Gdyńskich 20 w Gorzowie Wielkopolskim. Wielokrotnie koło niego przechodziłem, w nieodległym podobnym budynku mieszkali moi dziadkowie.