wtorek, 26 sierpnia 2014

Rovinj (wł. Rovigno)

... to kolejne istryjskie miasteczko, które warto odwiedzić. Już jego historia, łącząca je przez podobieństwo trochę z Dubrownikiem leżącym u przeciwnego  krańca Chorwacji jest na tyle frapująca, że nie sposób nie zwrócić na nie uwagi. Dość powiedzieć, że przez całe stulecia stare miasto znajdowało się na wyspie, oddzielonej od stałego lądu i kupieckiego przedmieścia cieśniną, zasypaną dopiero w 1763 roku. Pierwsze ślaady osady pochodzą z VII wieku p.n.e. Rzymianie z nieodległej Puli (około 40 km) zdobyli ją w 129 roku p.n.e. i nazwali Ruginium. Później kolejno należało do cesarstwa wschodniorzymskiego, państwa Franków, przeżywało najazdy Saracenów, piratów i epidemie zarazy. Następnie przez wieki całe należało do Wenecji i ślady tej przynależności są doskonale dziś widoczne, o czym dalej.

***

Samochód zostawiliśmy jeszcze przed wjazdem do ścisłego centrum. Podobnie jak w Puli, ruch samochodowy zniechęcał do dalszej jazdy. Pierwsze wkroczenie na teren starego miasta i znajome widoki. Uliczki wąskie tak, że mieszkańcy kamienic  położonych po ich przeciwnych stronach  mogliby sobie przez okna podawać ręce na przywitanie. Architektura sprzed kilkuset lat... Drewniane okiennice, reliefy nad drzwiami wejściowymi, bielizna wisząca na sznurkach rozciągniętych w poprzek uliczek. Przede wszystkim jednak całe mrowie różnojęzycznych turystów i sklepów z pamiątkami, lodami, pocztówkami, a także przytulnych kafejek, restauracji, tawern. Tak się składa, że przypadkiem parkując samochód spotkaliśmy przyjaciół, którzy do Rovinj przyjechali parę godzin przed nami. Zanurkowaliśmy w uliczki starego miasta, wspólnie zachwycając się tą niepowtarzalną atmosferą śródziemnomorskiej osady.




Razem z nami dzieci, które aby dopełnić czaru miejsca dostały lody, z kuglicami podobnie wielkimi, jak w Puli. Przystanęliśmy na chwilę w miejscu niedużego targu miejskiego pełnego owoców. Podczas rozmowy ktoś z nas wymówił słówko rakija i choć to język polski od razu wychwyciło je czułe ucho stojącej nieopodal Chorwatki, która poprowadziła nas wzdłuż jednej z wąskich uliczek. Mijaliśmy bramy sklepików, drzwi wejściowe do mieszkań chłodnych kamienic, podziwiając niekiedy ciekawe płaskorzeźby na ich ścianach, jak ta pieta na zdjęciu poniżej.


Wreszcie nasza przewodniczka zniknęła za drzwiami, przed którymi piętrzył się stos różnorakich serów lokalnie wytwarzanych. W pokoju mieszkania  do którego weszliśmy na środku stał stół, a na nim leżały swojskie wedliny otoczone butelkami z różnokolorową zawartością od prawie przezroczystej, lekko zielonego koloru zawierającą figówkę, nieco kwaśną moim zdaniem, przez żółtą gruszkówkę, o doskonale wyczuwalnym słodkim aromacie dojrzałych owoców po doskonałą malinówkę rubinowego koloru. Po wypróbowaniu tych wszystkich specjałów i dokonaniu stosownych zakupów ruszyliśmy na dalszą część spaceru.

Rovinj otoczone jest morzem i czuliśmy to często. Wystarczyło zajrzeć w jedną z poprzecznych uliczek.



Doszliśmy do wzgórza katedralnego skąd rozpościerały się wspaniałe morskie widoki, których przykłady zamieszczam na zdjęciach. Za plecami zaś mieliśmy wieżę katedry św. Eufemii, wybudowanej w 1736 roku za czasów przynależności Rovinj do Wenecji. Na 57-metrową wieżę kościoła, najwyższą na półwyspie Istria nie wspięliśmy się, delektując się pejzażem morskim. Wszedłem na chwilę do wnętrza świątyni, aby zobaczyć oryginalny kamienny sarkofag mieszczący według legendy szczątki św. Eufemii. Późniejsza święta zginęła śmiercią męczeńską w 304 roku, a szczątki przywiezione zostały tutaj w 800 roku z Konstantynopola. Ale niczego raczej nie możemy być w tej materii pewni. Jedna z legend mówi, że zostaly w cudowny sposób wyrzucone na brzeg morski przy osadzie. Inna dotyczy przepowiadania pogody. Figurka męczennicy wieńczy bowiem szczyt wieży katedralnej. Podobno odwrócona w kierunku Adriatyku zapewnia dobrą pogodę. Nie ma się co dziwić temu, że dobra pogoda na Istrii jest raczej gwarantowa. Trudno odwrócić wzrok od widoków morskich. Choć czasami święta musi odpocząć odwrócona od morza, dzięki czemu zamiast odpoczywać na plażach Kamenjaka mieliśmy szansę w mniej pogodny dzień przyjechać do Rovinj.





Ze wgórza katedralnego zeszliśmy w dół równie malowniczą, wąską uliczką, jak wcześniej i za chwilę znaleźliśmy się na wypełnionym ludźmi placu portowym Maršala Tita. Tu spotkaliśmy pierwszy symbol prawdzwie wenecki na trasie spaceru  -  w portalu jednego z budynków płaskorzeźbę lwa świętego Marka.


Przy placu portowym stoi również urocza późnorenesansowa wieża zegarowa z tym samym symbolem panowania weneckiego w postaci reliefu.


Mnogość tawern, restauracji, barów różnego rodzaju tłumaczy tak dużą liczbę turystów w tym miejscu. Trochę już zmęczeni tłumem ludzi i samym spacerem, ale pełni różnorakich miłych wrażeń ruszyliśmy w stronę samochodu.


I mieliśmy szczęście, bo po drodze trafiliśmy na położone nieco na uboczu głównych szlaków siedmiokątne romańskie baptysterium, najstarszy budynek Rovinj, pochodzący z XIII wieku.


Zuzanna Brusić, Salomea Pamuła
"Chorwacja. W kraju lawendy i wina."
Wydawnictwo Bezdroża
Kraków 2004

2 komentarze:

  1. Z przyjemnością przeczytałam tą relację i powspominałam swój pobyt w Rovinj. Weszłam na wieżę św. Eufemii - miałam lekkiego pietra, ale widoki cudowne...

    OdpowiedzUsuń