sobota, 25 stycznia 2014

1,5 dager i Oslo.

- Może polecielibyśmy gdzieś kiedyś na weekend? - zapytała Kasia dość dawno temu.
 Ciekawe propozycje mają to do siebie, że domagają się realizacji.
- Czemu nie? - pomyślałem któregoś jesiennego poranka. Najbliższy możliwy termin na wyjazd wypadał w styczniu. Sprawdziłem tanie loty za pomocą wyszukiwarki Google i wybór padł na kraj fenomenalnego Magnusa Carlsena - obecnego mistrza świata w szachach, a konkretnie na stolicę kraju Oslo.

Początek stycznia był niemalże wiosenny, ale gdy przyszedł piątek, dzień naszego wyjazdu, od trzech dni padał śnieg i warunki dojazdu do lotniska Modlin przedstawiały się problematycznie. Wybraliśmy więc podróż pociągiem z przesiadką w Warszawie Wschodniej. Kto jeździ pociągami w Polsce, wie iż zegar i rozkład jazdy są tam tylko z rzadka używanymi gadżetami. Planowanie podróży w oparciu o godziny połączeń kolejowych jest dość ryzykowne. Wygoda podróżowania również pozostawia wiele do życzenia, tak jakbyśmy wciąż tkwili w czasach sprzed 1989 roku. Do Warszawy Wschodniej pociąg przybył z ponad 40-minutowym opóźnieniem. Całe szczęście, w obrębie województwa mazowieckiego działają Koleje Mazowieckie, więc z dojazdem w kierunku Modlina i później samego lotniska nie było problemu. Trzeba było jednakże wytłumaczyć kontrolerowi, że nasz bilet wystawiony na Tanie Linie Kolejowe (TLK) został podstemplowany przez kierownika pociągu do Warszawy z dyspozycją jazdy Kolejami Mazowieckimi i że mamy prawo bez dopłaty jechać tym właśnie pociągiem. Kontroler wydawał się nie podzielać naszego poglądu, ale słuchając po raz kolejny argumentacji o spóźnionym pociągu, braku wyjścia i tym podobnych, machnął w końcu na nas ręką.

Z lotniska w Modlinie do Rygge koło Oslo, wybraliśmy lot tanimi liniami RyanAir. Nasz lot podobnie, jak pociąg okazał się być opóźniony o prawie godzinę.

Z lotniska do Oslo mieliśmy zarezerwowany autobus firmy PKS Oslo. Już po włączeniu komórki na lotnisku, otrzymałem sms-a: "Proszę o pilny kontakt. Kierowca." Takie podejście do klienta w przeciwieństwie do podróży koleją i samolotem było bardzo przyjemne. Przed lotniskiem czekał już bus o pojemności około 10 osób. Obok stał kolejny opatrzony napisem "Bogdan. Serwis dla Polaków". Kierowca po sprawdzeniu, czy wszyscy z listy są obecni, ruszył w drogę, a po wjechaniu w granice Oslo odwoził pasażerów pod adres wskazany w rezerwacji.
- Czy macie coś wspólnego z polskim PKSem? - zapytałem.
- Nie, ale nazwa bardzo dobrze się kojarzy.
Chyba w Polsce nie doceniamy pozytywnych cech marek kojarzących się z czasami komunizmu, na które nie raz psioczyliśmy.

Przed hotelem Citybox Oslo, w samym centrum przy Prinsens Gate 6, byliśmy około północy. Była to jedna z najtańszych opcji noclegowych, nie licząc hosteli na peryferiach miasta, czy też kwater typu B&B mieszczących się w domach prywatnych. Aby wejść do hotelu musieliśmy w przedsionku wystukać numer rezerwacji i kod pin na stojącym tam terminalu. Krótką chwilę trwało, gdy terminal wyświetlił powitanie i wypluł kartę, nasz klucz do hotelu, windy i pokoju. Podobał nam się ten brak obsługi. Za szklanymi drzwiami, do których otworzenia potrzebowaliśmy wspomnianej karty, znajdował się komputer z dostępem do internetu, automat do wydawania ciepłych napojów (z darmową gorącą wodą), czajnik elektryczny, automat z batonami, tudzież posiłkami do przygotowania na miejscu w kuchence mikrofalowej stojącej obok. Obok stoliki ze stołkami barowymi oraz wygodne fotele, w których można było wygodnie się ułożyć i oglądać tv. W pokoju mieliśmy to co potrzebne do noclegu: wygodne łóżko, kilka wieszaków na ścianie, biurko i łazienkę z prysznicem oraz podgrzewaną podłogą. Pokój nieduży, ale urządzony bardzo wygodnie i gustownie, co po dość długiej i męczącej podróży miało swoją wartość.


Rano poszliśmy rozejrzeć się w okolicy naszego hotelu. Chcieliśmy też kupić coś na śniadanie. Większość sklepów, które mijaliśmy otwierano dopiero o 10.00. Udało nam się jednak znaleźć sklep, gdzie kupiliśmy gotowe już kanapki i jak się okazało pyszne bułki nadziewane kawałkami czekolady. W hotelu na dole rozsiedliśmy się wygodnie nie niepokojeni przez prawie nikogo, poza starszym azjatyckim małżeństwem, które zjechało windą w pidżamach, aby sobie zagrzać wodę na herbatę i w spokoju oraz luzie zjedliśmy nasz pierwszy posiłek w Norwegii.

Czy mieliśmy jakiś plan na te 1,5 dnia pobytu w Oslo? Można powiedzieć,. że dość mglisty. Chcieliśmy przede wszystkim nasiąknąć klimatem tego miasta, zobaczyć ile się da i ile nasze dusze oraz ciała będą potrzebować, a także przede wszystkim odpocząć i przez pewien czas żyć w oderwaniu od wszystkiego, co zostawiliśmy w Polsce.

Jako pierwszy punkt programu wybraliśmy Muzeum Muncha oddalone około 2 km od hotelu. Zatrzymaliśmy się przy Kirkegate, gdy wyrósł przed nami budynek katedry. Wnętrze warte zobaczenia, szczególnie ze względu na ładnie oświetlony ołtarz główny. Katedra luterańska została wybudowana w roku 1697 i co ciekawe, to w niej odbywają się koronacje królów norweskich.


W muzeum Muncha mogliśmy obejrzeć wystawę czasową pokazywaną od 2 listopada 2013 do 2 marca 2014 roku "Munch på papir", przedstawiającą rysunki i grafiki artysty z całego okresu jego twórczości. Wystawa podzielona została na 13 części, każda obrazująca inny okres z życia Edwarda Muncha (1863-1944). Polecam ją gorąco. Rzadko zdarza się, aby twórczość jednego artysty zebrana w takiej ilości okazywała się w całości interesująca. A w przypadku rysunków i grafik Muncha tak właśnie jest. Twórczość jego jest bardzo spójna, na wystawie nie ma dzieł słabych, czy też nudzących. Wszystkie kipią niesamowitą wprost emocjonalnością. I to zarówno, gdy oglądamy najwcześniejsze dzieła poświęcone zmarłej w wieku 15 lat siostrze Sophie, jak też i te pochodzące z burzliwego, niehigienicznego okresu życia artysty, pełnego niespełnionych namiętności, bliskości śmierci i alkoholowego nałogu. Co zadziwia w Munchu, to zdolność do podniesienia się z dna egzystencji, na którym się znalazł. Ostatni okres życia, dość długi, spędził poza Oslo w swym domu w Ekely. Sporo z tego okresu pięknych norweskich pejzaży. Oczywiście zwracają uwagę na wystawie dwie wersje słynnego "Krzyku", czy też równie słynna "Madonna". Podobały mi się również mistrzowskie akwarele na papierze.


Jest na wystawie i akcent polski. Jesienią 1892 roku w okresie kształtowania swej drogi artystycznej, Edward Munch przyjechał do Berlina. Dzięki skandalizującej wystawie w Verein Berliner Künstler, trafił do awangardowego towarzystwa, którego centrum stanowili August Strindberg i Stanisław Przybyszewski. Miejscem spotkań była tawerna Zum Schwarzen Ferkel. Bywalczynią tawerny była również muza skandynawskiej kolonii artystycznej, Norweżka Dagny Juel. To z nią burzliwy romans przeżył August Strindberg. Ostatecznie  w 1893 roku Dagny została żoną Stanisława Przybyszewskiego. Odbiegający od standardów był to związek, skoro Przybyszewski równolegle był w związku z Martą Foerder, z którą miał dzieci. Jesienią 1898 roku Dagny (którą Stanisław nazywał Duchą) i Stanisław trafili do Krakowa, a nastepnie do Lwowa. Oboje prowadzili burzliwe życie uczuciowe zakończone tragicznie. Wiosną 1901 roku Przybyszewscy postanowili wybrać się wspólnie do Tyflisu (dzisiejsze Tbilisi) na zaproszenie krakowskiego studenta i kochanka Dagny, Władysława Emeryka. Dagny wyjechała pierwsza z Emerykiem i synkiem Zenonem. Stanisław z córką Iwi  miał dojechać później, alle tego nie uczynił. Po kilku tygodniach pobytu, 5 czerwca 1901 roku, w pokoju tyfliskiego Grand Hotelu Emeryk zastrzelił Dagny, po czym popełnił samobójstwo.

Na wystawie można zobaczyć portret Stanisława Przybyszewskiego, powstały w Berlinie.


Później skorzystaliśmy z metra. Dojechaliśmy do centrum, po to aby zobaczyć Akker Brygge, tak polecaną przez znajomych i przewodniki, dawną przemysłową dzielnicę portową. Została ona przeprojektowana w latach 80-ych XX wieku przez trójkę architektów o nazwiskach Telje, Torp i Aasen. Część z dawnych budynków przemysłowych została wyburzona, pozostałe zaś zrekonstruowane i dziś mieszczą centra handlowe, knajpki i restauracje.

Zanim jednak doszliśmy do widocznych z oddali budynków Akker Brygge, znaleźliśmy się na nabrzeżu, skąd mogliśmy podziwiać mury pochodzącej z końca XIII wieku twierdzy Akershus, mroczną sylwetkę ratusza, czy też stojący nieopodal budynek Centrum Pokojowej Nagrody Nobla. Po lewej widzieliśmy morze, a na jego tle wznoszące się maszty łódek i statków. W pewnym momencie Kasia zauważyła kuter rybacki, na którym uwijał się mężczyzna wśród stojących pojemników z krewetkami. Okazało się, że pochodzą z wczorajszego połowu i za 100 koron norweskich możemy kupić litr tego przysmaku.

Przenieśmy się na chwilę w czasie. Wnętrze hotelu, wieczór, miękkie fotele, stolik na którym na rozłożonych papierowych ręcznikach pełniących rolę talerzy, rozłożone zostały ciepłe świeże krewetki. Obok norweski chleb (całkiem niezły, choć piekielnie drogi) i lokalne piwo. Aby poczuć to, co my czuliśmy obierając krewetki, trzeba ten rytuał po prostu lubić. Zasmakowałem tego pierwszy raz kiedyś na Tajwanie.


Nie byłem miłośnikiem nowoczesnej architektury. Do chwili, gdy znalazłem się w Akker Brygge. Dawne budynki portowe zostały zrekonstruowane z gustem, smakiem i harmonią. Byłem oczarowany klockami pasującymi do siebie, gdzie cały zamysł architektoniczny zrealizowany został z głową i konsekwencją. Oto jeden z przykładów tego cudu.


W Oslo było około -5 stopni Celsjusza. Po parogodzinnym spacerze przemarzliśmy i zgłodnieliśmy. Wypadało więc poszukać jakiegoś przytulnego lokalu gastronomicznego. Wybór padł na Albert Bistro, gdzie za 195 koron serwowano rybę z grilla z dzisiejszego połowu. Okazał się nim jeden z gatunków pstrąga okraszony puree ziemniaczanym, pysznym białym sosem, gotowanymi brokułami i szparagami. Na początek zamówiliśmy jednak pyszną zupę cebulową przykrytą skorupą świeżo stopionego sera. Siedzieliśmy w przytulnym wnętrzu, rozświetlonym światłem ogniska i wielu lampek oraz świeczek, obsługiwani przez sympatyczną kelnerkę. Wrzucając nieregularne kawałki cukru (jakby odłupane od większej bryły) do herbaty rozkoszowaliśmy się ciepłem gorącego napoju, a także przytulnego wnętrza.


Przed wieczorem przespacerowaliśmy się jeszcze główną promenadą Oslo - Karl Johans gate. - A tędy idzie się do króla - jak poinformował nas jeden ze współpasażerów PKS Oslo. O ile Oslo zimową pora nie sprawia wrażenia specjalnie zatłoczonego miasta, to tutaj mamy okazję spotkać wielu spacerowiczów podobnych nam. W drodze do rezydencji królewskiej na wzgórzu usłyszeliśmy ulicznego grajka, grającego standardy jazzowe, a także mieliśmy okazję oglądać przepiękny pałac zbudowany ze śniegu przez ojca z synem. Parkowe otoczenie pałacu sprawia wrażenie ogólnodostępnego. Co prawda wzdłuż budynku przechadza się strażnik z bronią, ale to wszystkie widoczne środki ostrożności. Na wzgórze warto wejść również po to, aby zobaczyć centrum Oslo, wzdłuż osi widokowej, którą tworzy Karl Johans gate.

***

Ostatniego dnia naszego pobytu wybraliśmy się na nieodległy cmentarz Ereslunden. Zaraz za centrum wkroczyliśmy do dzielnicy sprawiającej wrażenie opustoszałej. Było cicho, a zza szyb wznoszących się wzdłuż chodnika kamienic i bloków słychać było wręcz poświstywanie śpiących ludzi.


Na cmentarzu tym znajduje się nagrobek Henryka Ibsena (czy ktoś pamięta ze szkoły średniej "Dziką kaczkę"?),


a także Edwarda Muncha, którego dzieła oglądaliśmy dzień wcześniej. Cmentarz jest niewielki, otoczony budynkami mieszkalnymi. Oprócz nas na cmentarzu obecne były pojedyncze osoby wyprowadzające na poranny spacer swoje psy. O tym, że wprowadzanie na cmentarz psa jest tutaj dozwolone, świadczyły odpowiednie znaki przy głównym wejściu.


Celem naszego spaceru miał być wznoszący się na wzgórzu nieopodal cmentarza najstarszy budynek w Oslo, sięgająca XI wieku świątynia Gamle Aker Kirke, wzniesiona, jak się uważa, przez króla Olafa Kyrre na terenie starej kopalni srebra. Dookoła romańskiej świątyni  można oglądać stare nagrobki, a najstarsza część cmentarza pochodzi z XII wieku. Kircha była zamknięta, a biorąc pod uwagę fakt, że musieliśmy wrócić wkrótce do hotelu ruszyliśmy w drogę powrotną.


Szliśmy obok katolickiego kościoła pw. św. Olafa. Jakże swojsko wyglądały samochody z polskimi tablicami rejestracyjnymi z okolic Sokółki, Krakowa i Rzeszowa. W środku odprawiana była właśnie msza święta w języku angielskim. Weszliśmy. Często mówi się, że centrum chrześcijaństwa przesuwa się z coraz bardziej sekularyzującej się Europy i Ameryki Północnej do Azji, Afryki i Ameryki Południowej. Mieliśmy tego doskonały przykład w kościele wypełnionym po brzegi w większości Azjatami. Całości dopełniali nieliczni wierni czarnego koloru skóry i Norwegowie. Większość to młodzi ludzie, małżeństwa z dziećmi. Mieliśmy wrażenie luzu i swobody. Przed kościołem na tablicy ogłoszeń upewniliśmy się, że większość wiernych stanowią jednak Polacy. Mszy świętych w języku polskim było najwięcej. Przetykane były nabożeństwami w językach angielskim, norweskim, litewskim i wietnamskim.


Obiad zjedliśmy w jednej z nielicznych otwartych tego dnia i o tej porze knajpek pakistańskich. W hotelu odebraliśmy telefon od kierowcy PKS Oslo, który zapowiedział precyzyjnie swój przyjazd. Podróż powrotna choć męcząca i denerwująca ze względu na połączenia kolejowe również dostarczyła nam wielu dobrych wrażeń (niesamowity zachód słońca z okien samolotu). Już w Polsce okazało się, że podróż do Norwegii była paradoksalnie podróżą do cieplejszego kraju, ale kto mógł wiedzieć, że w drugiej połowie stycznia przyjdzie na Podlasie prawdziwie mroźna zima.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz