sobota, 25 lipca 2015

Jagiellońska, Pod Krzywą, Gdańska czyli Osiedle Nowe w Białymstoku

- Wiesz może, przy którym domu Sowieci zamordowali Józefa Blicharskiego?
- To musiało być tutaj, w tym domku gdzie mieszkały siostry Zubelewicz. Dalej w stronę ulicy Mickiewicza innych domów już nie było, a druga strona ulicy też nie była zabudowana. Zobacz tu jest piwniczka, to musiało być tutaj.



Później, już po powrocie do domu sprawdzam w internecie. Rzeczywiście to przy Jagiellońskiej 2 bawili Blicharscy feralnego dnia.

"Była środa, 25 czerwca. Józef wraz z Marią odwiedzili znajomych Jastrzębowskich, przy Jagiellońskiej 2. Było już ciemno, gdy pani Maria wyszła zapalić papierosa. Stanęła przed gankiem, wyjęła benzynową zapalniczkę i po chwili zapłonął niebiesko-żółty płomyk, który okazał się pożogą. Na widok ognika z Mickiewicza w Jagiellońską wpadł sowiecki patrol. Z krzyków zorientowano się, że uznali Marię Blicharską za szpiega dającego sygnały niemieckim lotnikom bombardującym miasto. Czujność Sowietów potęgowana była pobliskim położeniem lotniska na Krywlanach. Zrobiło się zamieszanie. Blicharski, który wybiegł z domu zaalarmowany krzykami, zaczął tłumaczyć oszalałym z nienawiści Sowietom, że są nauczycielami, żona chciała tylko zapalić papierosa i natychmiast wszyscy pójdą do swoich domów. 

Sowieci nie przestając krzyczeć, szarpać i popychać zatrzymanych, jednocześnie widząc, że cała sytuacja zaczyna się gmatwać, postanowili działać bezwzględnie. Uznali, że to właśnie tłumaczący ze spokojem, statecznie wyglądający Blicharski musi być niemieckim agentem. Bez namysłu odepchnęli Marię i otoczyli jej męża. Przeprowadzili go na sąsiednią posesję, na Mickiewicza 83. Nie minęło nawet kilkadziesiąt sekund, gdy dochodzące stamtąd krzyki przerwał strzał. Zaległa cisza. Na podwórzu, przy ogrodzeniu leżał martwy Józef Blicharski. 30 czerwca 1941 r. został pochowany na cmentarzu farnym."


Przywołałem osobę Józefa Blicharskiego, która fascynuje mnie od momentu, gdy obejrzałem film Beaty Hyży-Czołpińskiej poświęcony artyście. Pochodził ze Lwowa, a wykształcenie w kierunku sztuk pięknych odebrał w Krakowie. Do Białegostoku przyjechał w roku 1920, jako 34-letni mężczyzna. Był nauczycielem rysunku w Seminarium Nauczycielskim oraz Gimnazjum im. Józefa Piłsudskiego. Obdarzony charyzmą współtworzył czynnie, poprzez swoje dzieła, krajobraz estetyczny przedwojennego Białegostoku. Współpracował między innymi ze Stanisławem Gralą przy zakładaniu białostockich Plant. Jego autorstwa jest ołtarz Matki Boskiej Ostrobramskiej we wnęce ogrodzenia pałacu Branickich. Być może to dzieło zainspirowało jego żonę podczas projektowania nagrobka dla zmarłego męża. Nie zachowały się niestety polichromie Józefa Blicharskiego w salach Seminarium Nauczycielskiego, a także obraz św. Rocha przytulającego młodzieńca, który został przez malarza namalowany dla białostockiego kościoła św. Rocha. Według relacji profesora Józefa Maroszka, którą usłyszałem podczas spotkania w białostockim ratuszu parę lat temu, obraz zniszczał leżąc przez lata w pomieszczeniu-składziku wśród ornatów, baldachimów i chorągwi kościelnych.

Nie byłoby jednak okazji do przywołania osoby Józefa Blicharskiego, gdyby nie udało się namówić mego przyjaciela Jurka na wspomnieniowy spacer po jego osiedlu dzieciństwa.

Układ przestrzenny osiedla Nowe został opracowany w roku 1932 przez białostocki magistrat. Jego obszar wynosił około 5 ha, a budowę rozpoczęto od zabudowywania terenów pomiędzy ulicami Jagiellońską i Drewnianą. Zgodnie z pierwotnymi planami, budowa osiedla wzorowana miała być na koncepcji miasta-ogrodu, stworzonej przez brytyjskiego urbanistę Ebenezera Howarda.

Czasy, o których opowiadał podczas spaceru Jurek, to lata 50-te i 60-te XX wieku, gdy osiedle było w dużej części ukształtowane. Zaczęliśmy spacer od ulicy Jagiellońskiej.

- Tam mieszkał fryzjer Bukszas, a tu dalej w tę stronę ksiądz Borzym. O zobacz! A w tym budynku mieściła się pierwsza w Białymstoku stacja meteorologiczna.


Dochodzimy do skrzyżowania z ulicą Mickiewicza. Słucham opowieści o szewcu Musze, który robił bardzo dobre buty narciarki, o sklepie prowadzonym przez rodzinę Frymorgenów.

- To żydowska rodzina? - pytam.
- Wydaje mi się, że raczej potomkowie niemieckich osadników. ... A tu przy wylocie Jagiellońskiej stało drzewo z gniazdem bocianim. Mówiliśmy na nie bocianica. Trudno odtworzyć, gdzie mogło dokłądnie stać, wszystko tu się zmieniło.

Skręcamy w ulicę Pod Krzywą. Mijamy przedwojenne domy nauczyciela Kamińskiego i policjanta Pluty. Dochodzimy do domu lat dziecięcych Jurka.

- Babcia przyjechała do Białegostoku z kieleckiego w dwudziestoleciu międzywojennym. Początkowo mieszkała w różnych miejscach. Między innymi na Podleśnej. A później wprowadziła się już do swojego nowo wybudowanego domu. Widziałem gdzieś w papierach, że projektował go Rudolf Macura.

Dom został wybudowany w roku 1934. Za okupacji niemieckiej rodzinę babci wysiedlono. Mieściła się w nim kantyna żołnierska. 

- Zaraz po wycofaniu się Niemców z Białegostoku, babcia wróciła do swego domu.

Po wojnie był siedzibą pierwszej białostockiej rozzgłośni radiowej, później również nadleśnictwa. Dokwaterowywano też, jak to we wczesnym socjalizmie, lokatorów. Obecnie schowany za krzewami i wiekową akacją stanowi jeden z najciekawszych na osiedlu przykładów przedwojennej architektury modernizmu. Zwłaszcza, że zachowała się część oryginalnej stolarki okiennej.



Tuż obok, Pod Krzywą 9 stoi kolejny ciekawy architektonicznie dom z metryką przedwojenną. Podczas okupacji niemieckiej, po wysiedleniu mieszkańców mieścił się w nim hotel dla żołnierzy.


Idąc ulicą Pod Krzywą słucham opowieści o rodzinach Pedryców, Mońków, o cukierniku Wasiluku, który mieszkał po drugiej stronie ulicy, czapniku Backielu, kamieniarzu Parejko, Kajewskim, który kolegował się z ojcem Jurka. W tle brzmi opowieść o aferze milicyjnej z kradzieżą mięsa wieprzowego, co stanowiło prawdziwą sensację na osiedlu. Dochodząc do skrzyżowania z ulicą Gdańską mijamy drewaniany młyn elektryczny pod numerem 11, zbudowany już po wojnie przez Kazimierza Gwoździeja.

- Jakoś chyba nie kojarzę, abyśmy korzystali z tego młyna.

Młyn został znacjonalizowany, a po przemianach ustrojowych rodzina właściciela nie odzyskała przejętej przez państwo nieruchomości. Obecnie nie jest użytkowany, a miasto ma nadzieję na sprzedaż budynku.


Dochodząc do skrzyżowania z ulicą Gdańską oglądamy ledwo widoczny zza zieleni krzewów jednorodzinny dom mieszkalny zrealizowany w latach 30-ych w stylu funkcjonalnego modernizmu.


A oto i budynek szkoły, dominujący nad zabudową osiedla, przykład rodzimej architektury lat 20-ych XX wieku.

- Do szkoły miałem tak blisko, że nawet w mróz szedłem w samej marynarce.


Dochodzimy do ulicy Lwowskiej. Jurek opowiada o wozaku Pućko, który przywoził węgiel z tzw. węglówki zlokalizowanej na Dojlidach. Jako że jestem świeżo po lekturze okrywczego artykułu Marty Wróbel o Antonim Wieczorku w reaktywowanym niedawno Roczniku Białostockim, chciałbym dowiedzieć się czegoś o lokalizacji pierwszej fabryki tego biaałostockiego przemysłowca przełomu wieków XIX i XX. O ile wiedza Jurka na to pozwoli.

Kierujemy się ulicą Lwowską w kierunku skrzyżowania z ulicą Ciołkowskiego.

"Jako przemysłowiec w guberni grodzieńskiej Cesarstwa Rosyjskiego zadebiutował w lataach siedemdziesiątych XIX w. Wraz z płockim ziemianinem, inżynierem Adolfem Święcickim, postanowił podźwignąć nieczynną fabrykę w Krzywej, w majątku dojlidzkim barona Aleksandra Krusensterna. Krzywa (bądź Krzywe) była zlokalizowana na południe od Białegostoku, na terenie współczesnych ogródków działkowych przy dzisiejszej ulicy Konstantego Ciołkowskiego. Kolonia Кривое (potem Кривая) jst widoczna na mapach topograficznych okolic miasta Białegostoku  z 1825 r. oraz guberni grodzieńskiej z 1866 r. Bardziej szczegółowy plan pokazuje zabudowania fabryczne, rozmieszczone wzdłuż drogi łączącej szosę do Bielska (obecnie ul. Adama Mickiewicza) z Dojlidami. Jeszcze w latach trzydziestych XX w. budynki te określane jako folwark Krzywe, były siedzibą fabryki."

Pokazuję Jurkowi powyższy opis z artykułu Marty Wróbel.

- Po drugiej stronie Ciołkowskiego, gdy skręcimy z Mickiewicza w prawo znajdowały się trzy lub cztery stawy Janusza (tak nazywał się właściciel). Kaczki babci potrafiły z Pod Krzywej przejść same nad stawy i wrócić. Jeśli zaś skręcić z Mickiewicza w Ciołkowskiego w lewo, to w miejscu dzisiejszych ogródków działkowych znajdował się najpierw staw Urbana, a obok niego staw Zastawki. Chodziłem nawet nad ten ostatni kąpać się. Przy szosie raczej było za mokro, aby jakieś zabudowania fabryczne mogły stać.

Wychodzimy z ulicy Lwowskiej, przecinamy Ciołkowskiego i wchodzimy w ulicę szutrową o nazwie Strusia.

- Tu za chwilę za zakrętem na wysokości posesji 34A teren lekko się podnosił i za mojego dzieciństwa stał tu stary drewniany budynek. Więc jeśli miała tu być kiedyś fabryka, mógł być jej pozostałością. A tereny fabryczne mogły się rozciągać w stronę obszernych terenów parafii dojlidzkiej.

Wracamy i dochodzimy do przystanku autobusowego. Za chwilę pojedziemy tropić zupełnie  inną historię.

P.S. Osobom, które znają opisane osiedle, mieszkały, mieszkają bądź bywały na nim i zechcą w komentarzu poprawić, wzbogacić przedstawiony opis lub coś do niego dodać, autor z góry dziękuje.

Andrzej Lechowski, "Józef Blicharski. Malarz zastrzelony bez sądu", Kurier Poranny, 2 października 2011,

Andrzej Lechowski, "Białystok. Przewodnik historyczny", Białystok 2009,

Sebastian Wicher, "Białostocka architektura modernizmu", Białystok, 2013,

Marta Wróbel, "Antoni Hipolit Wieczorek (1844-1906). Rys biograficzny białostockiego fabrykanta i dzieje jego zakładu (do 1906 r.), Rocznik Białostocki, Tom XIX.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Archiwum Archidiecezjalne w Poznaniu - odkrycia

Odwiedziłem w ostatnim czasie Archiwum Archidiecezjalne w Poznaniu. Położone na Ostrowie Tumskim, tuż przy starożytnej Bazylice Archidiecezjalnej, w miejscu zacisznym, z dala od gwaru wielkomiejskiego jest idealnym miejscem do kilkugodzinnych poszukiwań starych zapisów na mikrofilmach zawierających księgi metrykalne. Wadą poszukiwań w archiwach kościelnych jest to, że z reguły nie można zamówić kopii odnalezionych zapisów. Z drugiej strony oferują one najbogatszy zbiór starych metrykaliów. Interesujące dane niestety trzeba sobie spisać.

Postanowiłem spróbować wyjaśnić część zagadek genealogicznych, których nagromadziło się trochę przez ostatnie lata. Między innymi nie mogłem natrafić dotychczas na akt zgonu prapradziadka Wawrzyńca Paczkowskiego. Wszelkie przesłanki wskazywały, że zmarł w rodzinnych Krzyżownikach między rokiem 1892, kiedy urodził się jego ostatni syn, a 1914, kiedy wzmiankę o jego odejściu przytacza akt ślubu syna Józefa Paczkowskiego. Wydawało mi się, że przejrzałem wszystkie księgi metryczne parafii kierskiej za lata 1892-1918 i aktu zgonu Wawrzyńca nie odnalazłem. Dziś nie jestem pewien, czy czasami podczas poszukiwań w Centrum Historii Rodziny w Warszawie oraz w Archiwum Państwowym nie pominąłem pewnych roczników, których na mikrofilmach nie było. W Archiwum Archidiecezjalnym wypożyczyłem bowiem mikrofilm zawierający kierskie księgi zgonów z interesującego mnie okresu i akt zgonu Wawrzyńca odnalazłem!

Dość lakoniczny jest to zapis. W odpowiednich rubrykach wpisano po łacinie:

data zgonu - 28 marca 1897 roku,
miejsce zgonu - Krzyżowniki,
Laurentius Paczkowski,
51 lat - wiek nie zgadza się. Wawrzyniec urodził się bowiem w roku 1851. W chwili śmierci miał więc tylko 46 lat. Z drugiej strony księgi kierskie nie notują innego małżeństwa Wawrzyńca i Katarzyny w drugiej połowie XIX wieku, mieszkającego w Kiekrzu. Poza tym ksiądz zapisywał wiek zmarłego według informacji uzyskanych od świadków, którzy często podawali niedokładne bądź błędne dane;
stan cywilny - maritus (żonaty),
legitimi thori - to znaczy urodzony z prawego łoża,
przyczyna śmierci - phthisis, czyli suchoty,
uxor Katarzyna (dane żony).

Tak wczesna data zgonu prapradziadka może wyjaśniać, dlaczego pamięć o nim nie przetrwała w mej rodzinie. Józef, jego syn, a mój pradziadek, w chwili śmierci ojca miał tylko 9 lat.

W kierskich księgach zgonów znalazłem jeszcze dwa inne ciekawe zapisy. Jeden z nich dotyczy ostatniego z synów Wawrzyńca i Katarzyny, Jana, urodzonego 17 czerwca 1892 roku. Okazało się, że Jan zmarł tego samego dnia, po 10 minutach od urodzenia. Jakby tego było mało, miał brata bliźniaka lub siostrę bliźniaczkę. Akt zgonu Jana nie podaje płci rodzeństwa, jako, że drugie dziecko urodziło się już martwe.

Drugi ciekawy zapis dotyczy mego prapradziadka Józefa. Okazało się, że Józef miał brata bliźniaka o imieniu Adam. Adam niestety urodził się w pół martwy. Ksiądz zdążył jeszcze ochrzcić go przed śmiercią. Nie miałem okazji poznać pradziadka, a zastanawia mnie, czy dowiedział się kiedykolwiek o tym, że miał brata bliźniaka lub czy jego podświadomość zarejestrowała ten fakt i jaki mogło mieć to wpływ na jego życie.

Nie ma co... W księgach metrycznych można natknąć się na prawdziwe tajemnice rodzinne!

To nie wszystko co udało mi się ustalić tego dnia w archiwum . Zajrzałem również do akt urodzeń parafii ostrzeszowskiej z lat 60-ych XIX wieku. W zeszłym roku bowiem, gdy z miejskiego archiwum w Gelsenkirchen otrzymałem akt ślubu praprababci Balbiny Kaczmarek z Franciszkiem Szołtyskiem, poznałem datę i miejsce urodzenia Balbiny. Gdy jednak później próbowałem w Archiwum Państwowym w Poznaniu uzyskać jej metrykę urodzenia z ostrzeszowskich ksiąg stanu cywilnego, otrzymałem odpowiedź, że poszukiwanej metryki w księgach nie ma.

W archiwum archidiecezjalnym, gdy założyłem mikrofilm na rolki czytnika i zacząłem przeglądać klatka po klatce,  poszukiwana metryka widniała pod właściwą datą: 24 listopada 1867 roku. Balbina urodziła się o 11 w wieczór, ochrzczona została 1 grudnia, a rodzicami chrzestnymi byli Andrzej Guzenda oraz Cecylia Effert. Co ciekawe z boku widniał również dopisek o ślubie: exo 4/6 912.

Zaciekawił mnie. Co ta data może oznaczać? Porównując z innymi metrykami, po sąsiedzku, gdzie podobne dopiski istniały, wydaje się, że chodzi o 4 czerwca 1912 roku jako dzień zawarcia małżeństwa. Nie mógł to być jednak ślub Balbiny z mym prapradziadkiem Marcinem Uzarkiem, gdyż ten zmarł w 1909 roku. Małżeństwo zaś z Franciszkiem Szołtyskiem Balbina zawarła w roku 1913. Zagadka ślubu Balbiny z Marcinem pozostała do rozwikłania. Jednak z archiwum wychodziłem zadowolony i podekscytowany, jak zawsze, gdy uda odsłonić się kolejne gałązki drzewa genealogicznego.

piątek, 17 lipca 2015

Hobrechtsfelde

Planując wypad do Priort i Buchow-Karpzow postanowiłem odwiedzić również Hobrechtsfelde. Według otrzymanej w zeszłym roku karty meldunkowej mojej praprababci Balbiny z Kaczmarków, mieszkała ona wraz z drugim mężem - Franciszkiem Szołtyskiem właśnie w tej miejscowości, w latach 1918-1935. Później przeprowadziła się do Odolanowa, czyli miasta nieopodal swego gniazda rodzinnego. Spodziewałem się małej, schludnej ulicówki, jak to w Niemczech bywa, z kilkunastoma domami, restauracją bądź barem i ewentualnie Lidlem. Takie wyobrażenie miejsca pojawiło się w mej głowie.

Nic z tych rzeczy!

Przed wyjazdem z Gorzowa dokładnie sprawdziłem, jak dojechać, ale doświadczony jazdą przez centrum Berlina (na niektórych ulicach w centrum remonty!) uruchomiłem jednak GPS-a. Wkrótce wyjechałem z Priort i mknąłem obwodnicą Berlina (Berliner Ring) w kierunku północnowschodnim. Co prawda oprogramowanie mojej nawigacji nie było aktualne. Zdarzało się, że miły głos nakazywał zjechać tam, gdzie widziałem tylko szczere pole. Innym razem wiedziony intuicją zjeżdżałem w drogę, gdzie automapa pokazywała  brak jakiejkolwiek infrastruktury. W końcu dojechałem do celu podróży i nie mogłem wyjść z zauroczenia. Samochód toczył się powoli drogą z kostki brukowej, zacienionej rosnącymi po obu stronach drzewami, co w upalne dni początku lipca stanowiło dodatkową zaletę. Gdzieniegdzie zza drzew wyglądały solidne murowane domki, takie w stylu lat 20-ych XX wieku. Widziałem również rowerzystów. Jak później wyczytałem z przydrożnej tablicy, znajdowałem się na terenie Naturparku Barnim. Był to większy obszar, którego część stanowił "Eine Landschaft zum leben. Die Rieselfeldlandschaft Hobrechtsfelde".  Zieleń, cisza, ścieżki rowerowe, przyroda. Żyć, nie umierać!



Było już po trzeciej, a ja głodny niemiłosiernie zaparkowałem samochód niedaleko znaku wskazującego możliwość zjedzenia posiłku. Znajdowałem się na terenie obszernego rancho. Dookoła przechadzały się konie, nieopodal nauczycielka opowiadała coś dzieciom, a ja dotarłem do miejsca zwanego Imbissem, czyli baru, gdzie miałem nadzieję uraczyć się połówką kurczaka z rożna z frytkami, ewentualnie backwurstem lub currywurstem. Niestety Imbiss był zamknięty. Ja zaś ujrzałem bardzo ciekawy budynek, który (jak się później dowiedziałem) pełnił kiedyś funkcję miejscowego spichlerza.


Wyjeżdżając z Hobrechtsfelde trafiłem jeszcze na tablicę przedstawiającą osobę Jamesa Hobrechta, od którego miejscowość wzięła swą nazwę. Był to bardzo ciekawy człowiek, podobnie zresztą, jak historia miejsca, które właśnie opuszczałem.

***

James Friedrich Ludolph Hobrecht pochodził z ziemiańskiej rodziny, której przodkowie w drugiej połowie XVIII wieku przenieśli się z Anglii do Prus. Urodził się ostatniego dnia roku 1825 w mieście Memel, które dziś znane jest pod nazwą Kłajpeda. W roku 1834 rodzice przenieśli się z Memel do Królewca i tam młody James był świadkiem epidemii cholery, co miało wpływ na ukształtowanie jego późniejszych zainteresowań zawodowych. Nie został lekarzem, wybrał zupełnie inną profesję, choć jego droga edukacji była dość kręta. Zdążył się w międzyczasie zaangażować w rewolucję 1848 roku, znaną pod nazwą Wiosna Ludów.  W roku 1858 ukończył w Berlinie studia, zdobywając tytuł inżyniera w specjalności dróg wodnych, lądowych i kolejowych. Zdobycie zawodu przez Hobrechta zbiegło się w czasie z końcem pewnego etapu w rozwoju Berlina. Miasto na skutek industrializacji stało się ciasne, przeludnione, z niewystarczającymi udogodnieniami higienicznymi.

W roku 1859, a więc w rok po skończeniu studiów, Hobrecht został mianowany głową komisji, której celem miało być stworzenie planu dróg w Berlinie, co miało być odpowiedzią na przeludnienie miasta spowodowane wzrastającym uprzemysłowieniem. Plan, który stworzyła komisja pod kierownictwem Hobrechta (zwany dziś Planem Hobrechta) został ukończony w roku 1862. Mimo, że zakładał tylko rozplanowanie dróg w mieście, wyznaczał również miejsca przeznaczone na industrializację, stacje kolejowe i dzielnice mieszkaniowe w ośrodku miejskim, który miało zamieszkiwać 4 mln ludzi. Dziś uważa się, że plan Hobrechta miał pozytywny wpływ na rozwój Berlina w drugiej połowie XIX wieku.

Kolejną ważnym projektem, w którym brał udział, był projekt sieci wodociągowej i kanalizacyjnej w Szczecinie, którego budowa rozpoczęła się w roku 1870. Sukces przedsięwzięcia sprawił, iż Hobrecht został zaangażowany do podobnego  projektu, jednak o wiele większej skali w samym Berlinie.

Na ulicach tego miasta w połowie XIX wieku, podobnie, jak w wielu innych miastach europejskich panował brud. Na ulicach zalegały odchody zwierzęce, a nawet (zdarzało się!) szczątki ludzkie. Podczas deszczu wszystkie te nieczystości spływały do Szprewy. To powodowało rozwój licznych epidemii. W bogatszych dzielnicach średnia długość życia wynosiła 50 lat, w biedniejszych 32 lata. Sytuację poprawiło w niewielkim stopniu wybudowanie systemu dostarczania bieżącej wody do mieszkań i budowa latryn w podwórkach. Rozwijał się również ruch na rzecz poprawy higieny, kierowany przez mikrobiologa i lekarza Rudolfa Virchowa. Wszystko to sprawiało, że rajcy miejscy dojrzeli do przełomowej decyzji o budowie systemu kanalizacji miejskiej.  Rozpoczęła się w roku 1873 i trwała do roku 1893.

Koncepcja Hobrechta zakładała podział miasta na 12 promieniście rozłożonych obszarów odwadniania. Ścieki odprowadzane były przez murowane kanały ściekowe do przepompowni, skąd rurami pod ciśnieniem transportowane były do farm ściekowych zlokalizowanych poza miastem. Tam składowane były na dużych obszarach, otoczonych przez tamy i przesączane do gruntu przez piasek, gdzie bakterie rozkładały zanieczyszczenia organiczne. Oczyszczona woda wzbogacana azotem, potasem, fosforanami i innymi minerałami była kierowana do nawożenia pól. Łączna powierzchnia obszarów, na których odbywała się produkcja roślinna i zwierzęca z wykorzystaniem oczyszczonej wody wynosiła 25000 ha, z czego 1/3 przeznaczona była na wyżej opisane odsączanie ścieków.

Dzięki powyższemu systemowi kanalizacji Berlin z końcem XIX wieku stał się najczystszym dużym ośrodkiem miejskim w Europie. Farmy kanalizacyjne wokół Berlina działały aż do lat 80-ych XX wieku, kiedy zostały zastąpione przez systemy nowsze technologiczne.

James Hobrecht zmarł 8 września 1902 i jest pochowany na cmentarzu w Berlinie-Mitte.

Jak się pewnie czytelnicy domyślają, Hobrechtsfelde to miejscowość, która powstała na terenie jednej z wyżej opisanych farm ściekowych. Sama nazwa została jej nadana w roku 1908. Osiedle jednak powstało jeszcze w roku 1906 i było ucieleśnieniem nowatorskiej wówczas idei miasta-ogrodu, czyli lepszego miejsca do życia od dotychczasowych ośrodków miejskich. W pierwszej fazie budowy osiedla powstało 9 domów, w których mogły mieszkać 4 rodziny. Każdy dom wyposażony był w wędzarnię oraz ogród. Powstał też budynek administracyjny, dom kultury i szkoła, a osiedle było połączone z Berlinem linią kolejową. Zatrudnienie dawało mieszkańcom istnienie przedsiębiorstw produkujących żywność roślinną i zwierzęcą oraz przetwórczych. Kres rozwoju Hobrechtsfelde jako "miasta-ogrodu" przyniosły lata 80-te, gdy Berlin otrzymał nowy technologicznie system kanaalizacji, a konkretnie rok 1985, kiedy powstała oczyszczalnia ścieków w nieodległym Schönerlinde.

***

Ciekaw jestem w jakich okolicznościach Balbina i Franciszek pojawili się w Hobrechtsfelde. W roku 1918  kończy się pierwsza wojna światowa. Wspomniana karta meldunkowa Balbiny odnaleziona w Bottrop podaje, że małżonkowie mieszkają krótko w Poznaniu, ale wkrótce wyjeżdżają z Polski i meldują się w Hobrechtsfelde w Niemczech. Dlaczego? Czy miejsce to ofiarowało lepsze perspektywy niż Poznań? Czy nie odczuwali entuzjazmu z powodu odzyskania niepodległości przez Polskę?

W Hobrechtsfelde zmieniali kilkakrotnie adres, ale trwali tam aż do roku 1935. Czy pracowali w jednym z przedsiębiorstw przetwórczych? A może zatrudnili się do pomocy w jednym z  niemieckich domów?

Dlaczego po tylu latach, w podeszłym wieku Balbina wyjechała z Niemiec z powrotem do Polski? Czy rozwój ruchu nazistowskiego w Niemczech to sprawił? Choć wszystko to ciekawe, nie otrzymam pewnie łatwej odpowiedzi.

niedziela, 12 lipca 2015

Priort i Buchow-Karpzow

Osoby zaglądające częściej na strony "od czasu do czasu" wiedzą, że próbuję łączyć poszukiwania genealogiczne z odwiedzaniem miejsc ważnych w życiu mych przodków. Zaglądam do miejscowości, w których mieszkało wiele pokoleń mych pradziadów, ale także tam, gdzie mieszkali przez lat kilka lub tylko przez chwilę. Tym razem podczas wakacyjnych wojaży zawitałem w okolice Berlina, a konkretnie do dwóch miejscowości położonych na zachód od stolicy Niemiec. Odwiedziłem Priort i Buchow-Karpzow, miejsca związane z zakończeniem ziemskiej wędrówki mego prapradziadka Marcina Uzarka (1859 Garki - 1909 Buchow-Karpzow). Priort wymienione zostało w metryce ślubu córki Marcina, a mojej prababci Józefy Uzarek z pradziadkiem Józefem Paczkowskim z roku 1914. Zapisano w niej, że Józefa jest córką zmarłego robotnika dniówkowego Marcina Uzarka, ostatnio zamieszkałego w Priort w Brandenburgii. Buchow-Karpzow, położone 3 km na zachód od Priort z kolei to rzeczywiste miejsce zgonu Marcina. Do metryki zgonu prapradziadka udało mi się dotrzeć 2,5 roku temu. Zastanawiałem się od tego czasu, czy uda mi się natrafić na jakieś inne ślady związane z jego pobytem w Brandenburgii, a być może odnaleźć także nagrobek na miejscowym cmentarzu.

Dojechać do Priort samochodem można było dwojako: przemierzając Berlin na wprost ze wschodu na zachód lub wjeżdżając przed Berlinem na tzw. Berliner Ring. W drugiej opcji dystans do przebycia dłuższy był o kilkadziesiąt kilometrów, ale czasowo wyglądał podobnie, jak w pierwszej. Wybrałem jednak jazdę przez centrum. Jakże inaczej jeździ się po drogach niemieckich. W miastach ograniczenia do 50 km/h, a w punktach newralgicznych nawet do 30. I zdecydowana większość kierowców do takich ograniczeń stosuje się (wysokie mandaty!). Na głównych arteriach komunikacyjnych ograniczenie do 70 km/h. I tu podobnie, mimo, że ilość pasów zachęcałaby do szybszej jazdy, niewielu decyduje się na to. Przyznam, że mimo przyzwyczajeń wyniesionych z polskich dróg, podoba mi się tego rodzaju dbałość o bezpieczeństwo na drogach. Przejechałem przez centrum Berlina w przewidywanym czasie i wyjechałem na drogę wylotową. Wkrótce dotarłem do zjazdu i po kilkunastu minutach byłem w Priort.

Miejscowość to niewielka z czystymi i estetycznie utrzymanymi domostwami. Główna droga biegnąca przez Priort przecięta jest linią kolejową, przy której znajduje się przystanek. Tam też skierowałem swe kroki. Najprawdopodobniej kiedyś była tu stacja kolejowa, o czym może świadczyć opuszczony budynek powoli zamieniający się w ruinę. Co najważniejsze przy przystanku znajduje się tablica informacyjna z planem wsi. Aby dojść do starszej części Priort z kościołem i cmentarzem należy przejść przez tory i skierować się w prawo, w zadrzewioną aleję pokrytą kostką brukową, noszącą nazwę Priorter Dorfstrasse.

 


Priort jest dość starą wsią. Najstarsze historyczne wzmianki o niej pochodzą z 1375 roku. Wtedy większość ziem w okolicy należała do braci Fritza i Piotra von Pryerde vel Prigarde. W rękach ich potomków ziemie te znajdowały się aż do drugiej połowy XVII wieku. W 1742 osiadła tu hugenocka rodzina Montenonów i posiadała dobra Priort aż do 1935 roku. Po drugiej wojnie światowej wieś Priort znajdowała się w Niemieckiej Republice Demokratycznej. Kościół z muru pruskiego, do którego wkrótce doszedłem, został zbudowany w roku 1745 przez przedstawiciela hugenockiego rodu Montenonów: Jean Jacquesa Digeona de Montenon.


Świątynia w Priort, należąca obecnie do gminy ewangelickiej w Wustermark, jest pięknie położona w zacisznym miejscu wśród drzew. Otoczona jest przez niewielki cmentarz. Znalazłem na nim kilka polsko brzmiących nazwisk, jak na przykład Karczewski. Większość nagrobków jest jednak stosunkowo młoda, rzadko który został ustawiony przed drugą wojną światową. Wyjątkiem jest kilka nagrobków rodziny Montenon przy jednej ze ścian kościoła. Nieopodal nich znajduje się pomnik mieszkańców wsi poległych w wojskach Hitlera podczas drugiej wojny światowej.




Po wyjściu z cmentarza skierowałem się na zachód do odległej o 3 km wioski Buchow-Karpzow o podobnie dawnej metryce, jak sąsiednie Priort. Pierwsze wzmianki o niej pochodzą bowiem z 1352 roku. Niegdyś Buchow i Karpzow były dwiema oddzielnymi wsiami należącymi do rodzin Arnim i Holst. Od 1717 roku należały one do Kaspara Friedricha von Bredow i w posiadaniu rodziny von Bredow majątek znajdował się aż do 1945 roku. Tuż po wjeździe do wsi zatrzymałem się przy niedużym kościółku. Chorągiewka nad wieżą kościoła podaje datę 1824, gdy kościół pochodzący z 1678 roku otrzymał nową wieżę i dach. Z lewej strony świątyni znajduje się malutki cmentarz, a na nim nagrobki dwóch rodzin: von Bredow i skoligaconej z nią Peschke. Raczej nie chowano tu innych, mniej majętnych mieszkańców wioski.

Za kościołem droga prowadzi w stronę malowniczego kanału Haweli. Powstał on w ciągu roku od maja 1952 roku do czerwca 1953 roku, jako obejściowa droga wodna omijająca Berlin Zachodni, w ramach projektu tworzenia obwodnicy transportowej Berlina. Tuż za kanałem znajduje się zaś stary budynek młyna.




Wkrótce dojechałem do drogi Falkenrehde-Wustermark, skręcając właśnie do tej drugiej miejscowości, gdzie znajduje się kościół parafialny gminy ewangelickiej obejmującej między innymi Priort i Buchow-Karpzow. Przy kościele znajduje się zaś niewielki, lecz nieco większy niż w Priort cmentarz. Wcześniej, na długo przed przyjazdem próbowałem ustalić telefonicznie, gdzie mogło znajdować się miejsce pochówku prapradziadka Marcina. Cmentarz przy kościele ewangelickim w Wustermark służył podobno pochówkom nie tylko ewangelików. Pani pastor nie potrafiła jednak wskazać miejsca, gdzie pochówek mógł mieć miejsce. Podobnie, jak w Priort, napotkałem tu nazwiska polsko brzmiące, jak na przykład Jakubowski. Także w Wustermark, nagrobki sprzed 1945 roku były rzadkością. Tak więc podczas niedawnej wyprawy odpowiedzi na pytanie, gdzie mógł znajdować się grób Marcina Uzarka nie uzyskałem.

sobota, 13 czerwca 2015

Monachium: od Marienplatz do Sendlinger Tor

Po raz kolejny miałem okazję na krótko zobaczyć Monachium. W zeszłym roku kilka wolnych godzin wykorzystałem na odwiedzenie okolic, gdzie mieszkał jeden z największych polskich prozaików XX wieku - Józef Mackiewicz. W tym roku wybór padł na centralny i najstarszy punkt na planie miasta - Marienplatz. Postanowiliśmy też wraz z kolegą Wojtkiem zobaczyć ciekawsze miejsca na trasie z Marienplatz do Sendlinger Tor - jednej z trzech zachowanych średniowiecznych bram miejskich.

Zaczęliśmy od Peterskirche (kościół św. Piotra), który według przewodnika po Monachium wydawnictwa Pascal jest "łatwo rozpoznawalny po szarym korpusie kontrastującym z ceglanym prezbiterium i wieży z hełmem przypominającym buddyjską stupę. Jest najstarszą świątynią w centrum - powstał w XII w., a w 1294 r. przebudowano go w klimacie gotyku. Wnętrze urządzono w stylu barokowym."



Kościół zachwyca wielością pamiątek historycznych: epitafiów nagrobnych wbudowanych w zewnętrzne ściany, ilością ołtarzy bocznych, barokowym przepychem wnętrza. Gdy czytałem przewodnik Pascala, zaintrygowała mnie jeszcze jedna rzecz: "Ołtarz główny współtworzył polski malarz, Jan Polak".

Przyglądałem się jednak temuż barokowemu ołtarzowi, żadnych malowideł, obrazów wokół jednak nie zauważyłem. Pomyślałem, że szczególne musiało być to współtworzenie ołtarza przez polskiego malarza.

Po powrocie wieczorem do hotelu sprawdziłem dokładnie, kim był wspomniany artysta i jak to z tym ołtarzem w Peterskirche było.  Okazuje się, że Jan Polak występujący w źródłach również jako Johannes Polonus, pochodził prawdopodobnie z Krakowa, gdzie urodził się około 1435 roku. Do Bawarii trafił najpewniej w roku 1474 z orszakiem ślubnym Jadwigi Jagiellonki (1457-1502), córki króla Kazimierza Jagiellończyka, która poślubiła Jerzego Bogatego, księcia Bawarii-Landshut od roku 1479. Pozostawił po sobie bogatą spuściznę malarską w Bawarii, gdzie zmarł w roku 1519.

W wielu miejscach w internecie, na stronach polsko-, jak i anglojęzycznych można przeczytać, że wnętrze monachijskiego kościoła św. Piora jest zdominowane przez gotycki ołtarz główny, dzieło Erasmusa Gassera, do którego sześć malowideł wykonał Jan Polak. Jednak takiego ołtarza w kościele nie ma! Na niektórych stronach pojawiają się wzmianki, że wnętrze kościoła zostało poddane rekonstrukcji w stylu barokowym w wieku XVII, ale bez informacji, jaki był los gotyckiego ołtarza. Tak naprawdę jednak w kościele oglądamy ołtarz pochodzący z XVII wieku, zaś ten z malowidłami Polaka znajduje się obecnie w Bayerisches Nationalmuseum w Monachium.

Zachwycając się górującym nad otoczeniem budynkiem Neues Rathaus z końca XIX wieku, podziwiając niezliczone detale architektoniczne, przyglądając się nieruchomym wtedy kurantom doszliśmy do kolejnego interesującego kościoła. Jak można było przeczytać w przewodniku Pascala:

"Kilka kroków na północny zachód od Marienplatz wznosi się Frauenkirche (kościół NMP) z charakterystycznymi ceglanymi wieżami, wyglądającymi zupełnie jak minarety. To jeden z symboli miasta, Pierwowzór obiektu stanowiła XIII-wieczna kaplica, na miejscu której pod koniec XV stulecia powstała gotycka świątynia. Obecny wygląd to zbliżona do oryginału powojenna rekonstrukcja. Wnętrze, o wymiarach bliskich boisku piłkarskiemu, może pomieścić 20 tys. osób."

W kościele można też zobaczyć dzieła Jana Polaka, o czym przewodnik Pascala informuje w następujący sposób:

"Godne uwagi są też piękne witraże wokół prezbiiterium oraz obraz maryjny nad ołtarzem wykonany przez krakowskiego artystę Jana Polaka (2010)."



We Frauenkirche przeżywam podobną konsternację, jak w Peterskirche. Ołtarzy jest w nim kilkanaście, ale kieruję się pod ołtarz główny, rozumując, że w innym przypadku przewodnik Pascala podałby stosowną informację. Jednak ołtarz główny nie jest przyozdobiony akurat żadnymi malowidłami. Całe szczęście w kruchcie znajduje się sklep z pamiątkami. Czytam w przewodniku po świątyni, że obrazów Jana Polaka w kościele jest pięć: cztery przedstawiające pasję Chrystusa znajdują się w ołtarzu bocznym kaplicy śś. Michała, Floriana i Sebastiana oraz jeden przedstawiający Maryję biorącą pod swą opiekę rodzaj ludzki w jednej z sąsiednich kaplic bocznych.


Wnętrze Frauenkirche jest bardziej surowe w porównaniu z Peterskirche. Trudno się dziwić, kościół został poważnie zniszczony podczas bombardowania Monachium. Zadziwia jednak mimo to mnogością zachowanych zabytków, a zwłaszcza symbolicznym grobowcem księcia Ludwika Bawarskiego.

Z kościoła wychodzimy kierując się Sendlinger Strasse w stronę Sendlinger Tor. Po drodze mijamy ciekawy przykład harmonijnego współistnienia starej i nowej architektury.


Przed nami jedno z najciekawszych miejsc, widzianych przeze mnie tego dnia. Mały kościołek Asamkirche czyli kościół Asamów przy Sendlinger Strasse wbudowany jest w ciąg sąsiednich kamienic. Jest znakomitym przykładem baroku - stylu, w którym malowidła, rzeźby, zdobienia, srebro i złoto wprost kapią ze ścian, a mimo to nagromadzenie tych elementów nie sprawia wrażenia kiczu. Zdarzyło mi się oglądać doskonałe dzieła architektury baroku. Jako pierwsze przychodzi mi na myśl położona nieopodal poznańskiego rynku fara. Kościół Asamów sprawia podobne wrażenie, choć jest dużo mniejszy. Byłem zachwycony sakralną atmosferą jego wnętrza, a jednocześnie jego estetyką. Wybudowany została w latach 1733 -1746 przez braci: rzeźbiarza i sztukatora Egida Quirina Asama i architekta oraz malarza jednocześnie Cosmasa Damiana Asama. Kościół wznieśli bracia za własne pieniądze na własnym placu. Musieli być wziętymi artystami, skoro udało im się zebrać majątek pozwalający na realizację tak kosztownego przedsięwzięcia.


Tuż obok z lewej strony przylega do kościoła XVI-wieczna kamienica, w której mieszkał Egid Quirin, z sypialni której mógł przyglądać się wnętrzu prezbiterium.


Kościół nosi wezwanie świętego Jana Nepomucena, a figura świętego zdobi wejście do świątyni.


Jakżesz inne, "bogate" przedstawienie świętego, w porównaniu do figur spotykanych na Podlasiu.

Z kościółka Asamów było już niedaleko do granicy średniowiecznego miasta mnichów. Tam też zakończyliśmy naszą trasę.


piątek, 29 maja 2015

Sakralne dzieła Dymitra Grozdewa w Białymstoku

Grozdew! - nazwisko to słyszałem przy różnych okazjach, ale nigdy wcześniej nie zainteresowało mnie wystarczająco, było raczej pustym hasłem. Do czasu, gdy usłyszałem ciekawy reportaż w Radiu Białystok o tym urodzonym w Sofii białostockim artyście. Bo czyż nie jest kimś ciekawym człowiek, który namalował obraz Jezusa Miłosiernego, na którym podpis złożył sam Jan Paweł II (obraz obecnie w Los Angeles), był autorem fresków w soborze prawosławnym pw. Św. Trójcy w Hajnówce, czy portretów sławnych kompozytorów zawieszonych w Filharmonii Białostockiej? Dodatkowo rzadko można spotkać mieszkających w Polsce artystów bułgarskiego pochodzenia. A Dymitr Grozdew urodził się w roku 1946 w Sofii w Bułgarii, przyjechał do Polski w połowie lat 70-ych, aby kontynuować studia na tutejszej Akademii Sztuk Pięknych, a po ich zakończeniu osiedlił się w Białymstoku. Zaciekawiło mnie czy w jego dziełach będzie widoczny obcy, nieco egzotyczny dla polskiej kultury rys bałkański. Dodatkowy bodziec do wybrania się na spacer szlakiem sztuki sakralnej Grozdewa w Białymstoku stanowiła informacja, że był autorem projektu i realizacji kaplicy werbistów w podbiałostockim Kleosinie.

Chyba każdy kto zetknął się z tym miejscem poruszony był niezwykłą mocą strawy duchowej, którą można było tu przyjąć. Ojciec Edward Konkol poza charyzmą (ale nie w znaczeniu, w jakim to słowo jest używane do ruchów charyzmatycznych w kościele) wie dużo o życiu zwykłych, często mocno doświadczonych ludzi. Stąd też bierze się siła sposobu głoszenia nauki chrześcijańskiej przez tego kapłana. Słowo Boże w małej kaplicy w Kleosinie rozbrzmiewa w dość skromnie urządzonym otoczeniu. Jednak zwraca uwagę niezwykle ekspresyjnie wyrzeźbiona postać Chrystusa na krzyżu, zawieszonym nad głowami wiernych. Zdaje się on wisieć pod sufitem, jakby wznosił się w przestwroza, a jednocześnie obejmował ramionami modlących się. Równie interesująco przedstawiają się sceny Drogi Krzyżowej zawieszone na ścianie po lewej stronie od ołtarza, gdy patrzy się od strony wiernych. Jeśli przedstawienia powyższe wyszły spod ręki Dymitra Grozdewa, to trzeba przyznać, że wiele w nich z ducha chrześcijanstwa raczej zachodniego niż wschodniego.

Historia werbistów w Białymstoku ma swój początek w roku 1957, gdy Prowincjał Polskiej Prowincji Zgromadzenia Słowa Bożego, ojciec Feliks Zapłata, posłał do Białegostoku ojca Stefana Tarasiuka. Niespełna rok później ksiądz Prymas Stefan Wyszyński wydał dekret pozwalający na osiedlenie się werbistów w okolicach Białegostoku. W 1972 roku została erygowana kaplica początkowo w domu prywatnym ojca Tarasiuka w Kleosinie. Obecnie istniejący dom Misyjny Świętego Kazimierza z kaplicą pod wezwaniem Matki Boskiej Ostrobramskiej został zbudowany w latach 1983-1988 i to właśnie z tego okresu może pochodzić jej wystrój autorstwa Dymitra Grozdewa.




Inne prace bułgarskiego artysty możemy oglądać w kościele pw. św. Kazimierza Królewicza na białostockim osiedlu Dziesięciny. Świątyni o ciekawym dachu w kształcie odwróconej łodzi, czasami nazywanej również "grzybkiem", powstałej w latach 1983-1993 według projektu Jana Krutula. Kościół ma budowę niesymetryczną. Z lewej strony głównego wejścia wzosi się wieża. Po prawej widać zaś na tle nieba, wykonaną z metalowych prętów przez Anatola Maksimowicza postać Matki Boskiej Ostrobramskiej. Zarówno wezwanie świątyni, jak i Matka Boska Ostrobramska wskazują na silne związki pomiędzy Wilnem i Białymstokiem. Stanowią też hołd złożony pochodzącemu z Wilna księdzu Adamowi Abramowiczowi, pierwszemu proboszczowi parafii pw. św. Rocha w Białymstoku, który po przeniesieniu pochówków ze wzgórza św. Rocha na nowy cmentarz na Dziesięcinach w latach 20-ych XX wieku, wzniósł na nim kaplicę pod wezwaniem właśnie świętego Kazimierza.

Przy świątyni znajduje się pomnik "Solidarności", pamiątka działalności kapelana białostockiej Solidarności księdza Witolda Pietkuna, który pragnął w tym miejscu zorganizować spotkanie tego ruchu robotniczo-niepodległościowego w roku 1981.


Spod ręki Dymitra Grozdewa wyszły freski nad ołtarzem głównym. W polu głównym przedstawiające Ostatnią Wieczerzę. Nieco wyżej widać stojące przy krzyżu postaci Matki Boskiej i św. Jana Chrzciciela. Po obu stronach ołtarza zaś przedstawienie zostali święci ważni dla historii Polski - z lewej strony śś. Wojciech, Maksymilian i Jadwiga, z prawej zaś śś. Kazimierz, Kinga i Stanisław. Podczas naszej rodzinnej wycieczki freski te w przestronnym wnętrzu kościoła zrobiły największe wrażenie na jej uczestnikach, choć mi osobiście bardziej odpowiada skromne wnętrze kaplicy w Kleosinie.





Z Dziesięcin ruszyliśmy do centrum Białegostoku. Przy zewnętrznej, wschodniej ścianie białostockiej archikatedry mogliśmy oglądać kolejne świadectwo związków Białegostoku i Wilna. W 1988 roku z okazji 600-lecia diecezji wileńskiej został wystawiony monument, zaprojektowany przez Dymitra Grozdewa. Składa się z dwuczęściowego cokołu z szarego granitu oraz zwieńczenia, w którym dominują trzy wileńskie krzyże osadzone na granitowym kamieniu polnym. Od krzyży spływają symboliczne strumienie łask, a towarzyszy im napis podkreślający odwieczne panowanie Chrystusa.

Diecezja wileńska w roku 1925 w wyniku konkordatu pomiędzy państwem polskim i państwem kościelnym została podniesiona do rangi archidiecezji. Po drugiej wojnie światowej jej tereny zostały podzielone. Wschodnia część znalazła się w ZSRR, zachodnia w Polsce. Aż do 1991 roku trwał stan tymczasowy, kiedy zachodnia część archidiecezji nosiła nazwę administracji apostolskiej w Białymstoku. Wtedy to papież Jan Paweł II utworzył diecezję białostocką, wkrótce podniesioną do rangi archidiecezji.

Z centrum Białegostoku udaliśmy się w stronę dawnej wsi Skorupy, do kościoła pod wezwaniem Ducha Świętego. Obok wznoszą się bloki mieszkalne przy ulicy Sybiraków, a i sama świątynia wybodowana w latach 1990-1996 według projektu Jerzego Zgliszczyńskiego jest miejscem upamiętniającym wywózki białostoczan na wschód za pierwszej okupacji radzieckiej w latach 1939-1941. W jej wnętrzach mieści się między innymi Muzeum Sybiraków z bogatą kolekcją pamiątek z z zesłania.


Obok kościoła wznosi się moim zdaniem najlepsza z sakralnych realizacji Grozdewa w Białymstoku - pomnik Grób Nieznanego Sybiraka z krzyżem, z którego zwisają końce zerwanego łańcucha symbolizującego niewolę.



Wydaje się, że sztuka bułgarskiego artysty w wydaniu białostockim mocno jest przesiąknięta duchem zachodniego chrześcijaństwa, jak i silnie zakorzeniona w kulturze polskiej.

piątek, 8 maja 2015

"Stypa" Joanny Siedleckiej

Rzadko mi się to zdarza, naprawdę, ale po trzech latach nie pamiętam ani jednego szczegółu z tego spotkania. A było bardzo interesujące, gdyż po powrocie długo o nim opowiadałem. Joannę Siedlecką kojarzyłem wcześniej z książkami o Zbigniewie Herbercie i pisarzach niepokornych, niszczonych przez system komunistyczny w prlu. A tu w białostockim ratuszu okazało się, że ma korzenie stąd, książek zapowiadających się arcyciekawie napisała dużo więcej i ... szkoda byłoby jej twórczości nie poznać lepiej.

"Stypa", do której trafiłem w pierwszej kolejności to zbiór reportaży wydany w roku 1981. Pisane były w latach 1977-1978 i wszystkie dotyczą spraw Podlasia. Wydawałoby się, tak to niedawno, ale ja czytając opisane historie miałem wrażenie, że dotyczą jakiegoś dawnego świata, już nie istniejącego. Poziom reportaży jest dość równy, czyta się je doskonale i z zainteresowaniem, tylko pojedyncze z nich odbiegają od wysokiego pułapu czytelniczego. Podobne wrażenie zanurzenia się w wiejski świat Podlasia i w wiejski świat Białegostoku, który po wojnie mimo posiadania statusu dużego ośrodka miejskiego posiadał mało cech miejskości, odnajdywałem niegdyś czytając prozę Sokrata Janowicza: "Wielkie miasto Białystok" i "Ścianę". Sokrat doskonale ujmował klimat Białegostoku lat 60-ych i 70-ych, miasta pełnego dzielnic drewnianych domów, zapełnianego po wojnie przybyszami ze wsi, miasta rozwijającego się, budującego własny przemysł, pełnego kontrastów. I w tym wszystkim umiejscawiał przybysza z wioski położonej gdzieś na ścianie wschodniej, próbującego zerwać ze swymi białoruskimi korzeniami, jeszcze nie mieszczucha, ale i już nie wieśniaka. Podobnie jest u Siedleckiej, choć tu akcenty przesuwają się bardziej w stronę zachodniego Podlasia.

Już pierwszy reportaż "Szpitalnicy" szokuje. Nie wiedziałem dotychczas, że za prlu osoby zaleczone w szpitalu psychiatrycznym w Choroszczy kierowane były do okolicznych gospodarstw. Gospodarze chętnie te osoby przyjmowali pod swój dach. Mieli tanią siłę roboczą, państwo płaciło, szpital dzięki temu zdobywał nieco więcej przestrzeni w swych ciasnych murach. Doskonale opisane historie Józefa, Nadzi, czy Feliksa. Świetnie podkreślony wymiar etyczny całego przedsięwzięcia na sam koniec.

"Za bułkami" z kolei to perypetie rodziny, której głowa wyjechała za chlebem do Stanów Zjednoczonych. Kto mieszkał tu, czy też przyjechał na Podlasie wcześniej, przed wielką emigracją młodych Polaków do Unii Europejskiej, ten wie, że praca na zachodzie była źródłem utrzymania wielu podlaskich rodzin. Pracowały tam całe wsie, regiony. Mówiło się, że Mońki to kawałek Chicago, a z kolei okręg siemiatycki to Belgia. W dzisiejszych czasach i wyjechać łatwiej i emigracja bardziej masowa. Niegdyś było to zjawisko unikatowe.

Podobał mi się reportaż "Dziewczyna "spod strzechy" potrzebna od zaraz" o młodych dziewczynach z Podlasia, zatrudnianych do pomocy przez światłe jaśniepaństwo z Warszawy. Zupełnie inny świat, sprzed czasów internetu, gdy mentalnościowa granica pomiędzy Warszawą, a Podlasiem była znaczna. Podobnie prehistorycznymi wydają się czasy opisane w reportażach "Feministki ze wsi Jeżewo Stare", czy "Rajko".

Ja jednak na ciut dłuższą chwilę chcialbym zatrzymać się na reportażach "białostockich": "Naprzeciw wiatru nie dmuchniesz" o nieistniejącym już dziś targowisku przy ulicy Bema, "Szczęśliwi, bo nie doczekali"oraz "Stypa". Szczególnie dwa ostatnie są mi bliskie, dotyczą bowiem wyburzania całych kwartałów drewnianych dzielnic Białegostoku pod nowe osiedla mieszkaniowe w latach 70-ych. Drewniane domy, bylejakie, często budowane z byle czego, ale z drugiej strony położone wzdłuż brukowanych uliczek, pełne zieleni i zapachów ogrodów, tak blisko centrum położone. Siedlecka opisuje tragedie ludzi, którzy muszą przenosić się do wież, jak nazywano wieżowce, przeżywając często prawdziwe życiowe dramaty. Ostatnio rozmawiałem z mym kolegą Krzyśkiem" "- Te tragedie i płacze były tylko chwilowe. Za chwilę okazało się, że w bloku jest ciepła woda, na miejscu, jest ciepło, wygodnie. Tak było z moją babką." Chyba jednak nie w każdym przypadku tak było. Blokowa alienacja, brak sąsiadów, z którymi przez lata stary człowiek był zżyty, brak codziennych zajęć w ogródku, czy przy drewnianym domku powodowały zgryzotę i szybsze odejście z tego świata szczęśliwych dotychczas ludzi. Jak mówi stare powiedzenie - starych drzew się nie przesadza.

Zachwycam się tu czasami na blogu drewnianą ulicą Młynową, Grunwaldzką, Bojarami. Podoba mi się wciąż istniejące osiedle drewnianych domów w okolicach ulicy Kopernika. Bojar, Młynowej, Grunwaldzkiej nawet w kształcie, w jakim ja je widziałem już dziś nie ma, ale czytając Siedlecką, wiem, że i to co widziałem i gdzieniegdzie widzę jeszcze, już dalej jednak od centrum Białegostoku, to tylko relikty dawnego miasta i jego wiejskich dzielnic. To zupełne resztki, które choć to bardzo trudne, wwarto byłoby choć w części zachować. Uświadamia to doskonale książka Siedleckiej, będąca stypą po dawnym, choć tak niedawnym Białymstoku.

Joanna Siedlecka, "Stypa", Iskry, Warszawa, 1981.