wtorek, 13 stycznia 2015

Święty Jan Nepomucen ze Szczytów Dzięciołowa

Przed cerkwią prawosławną pod wezwaniem Ścięcia Głowy Jana Chrzciciela w Szczytach Dzięciołowie, położonych nieopodal drogi Bielsk Podlaski - Hajnówka, stoi niezwykła figura - jedno z najstarszych przedstawień świętego Jana Nepomucena na Podlasiu. Rzeźba pochodzi z 1758 roku i została wykonana przez Jana Chryzostoma Redlera, artysty pracującego w Białymstoku dla Jana Klemensa Branickiego. Jego dziełem są między innymi dwie rzeźby Herkulesa walczącego z hydrą i ze smokiem ustawione na dziedzińcu Pałacu Branickich w Białymstoku, dwa przedstawienia sfinksów w parku pałacowym oraz rzeźby atlantów i szlifierza zdobiące klatkę schodową pałacu. Pierwotnym miejscem przeznaczenia rzeźby św. Jana Nepomucena miał być również Białystok, a konkretnie most na rzece Białej. Podobno figura świętego nie przypadła do gustu hetmanowi Branickiemu i kazał ją postawić przy cerkwi unickiej w Szczytach Dzięciołowie, należących wówczas do rodziny Węgierskich. W XIX wieku, gdy Rosjanie skasowali unię pomiędzy kościołami rzymskokatolickim i prawosławnym na terenie Imperium Rosyjskiego, a konkretnie na ziemiach byłej Rzeczypospolitej włączonych do imperium, cerkiew unicka w Szczytach Dzięciołowie stała się cerkwią prawosławną. Wówczas to o figurę świętego Jana Nepomucena upomniała się parafia katolicka w Bielsku Podlaskim. Do Szczytów miała przyjechać grupa parafian, aby przejąć figurę, jednak mieszkańcy Szczytów nie chcieli jej oddać. Pomiędzy dwiema grupami wywiązać się miały przepychanki, w wyniku których postać świętego straciła rękę i aureolę.

Przygotowując wycieczkę krajoznawczą śladami Augustyna Mirysa w ramach białostockiego Klubu Przewodników Turystycznych przy PTTK, odwiedziłem Szczyty Dzięciołowo. Był piękny, pełen słońca dzień początku czerwca. Jadąc samochodem minąłem dwujęzyczną tablicę z nazwą wsi, następnie cmentarz po lewej stronie i za chwilę ujrzałem błękitną drewnianą cerkiewkę na wzgórzu w ootoczeniu falujących traw. Tuż za nią, bez jednej ręki i bez aureoli nad głową stał święty Jan.


Wycieczka śladami Mirysa, którą przygotowywałem, odbyła się w październiku. Po wizycie w cerkwi poszliśmy małą grupą w stronę figury świętego Jana. Wkrótce też zjawił się przy nas proboszcz parafii prawosławnej i zburzył przytoczony wyżej przekaz dotyczący figury. Według jego słów walka pomiędzy parafianami z Bielska Podlaskiego i szczytowianami o rzeźbę była bujdą. Figura ta bowiem nie stała przed cerkwią. Jest na to dowód w postaci fotografii z czasów I wojny światowej, do której dotarł Aleksander Sosna - poza funkcjami politycznymi, znany miłośnik i kolekcjoner starych zdjęć i pocztówek z Podlasia. Fotografia ta przedstawiać miała cerkiew w Szczytach w ujęciu od tej samej strony, z której stoi dziś figura świętego Jana Nepomucena, jednak bez tej figury. Według słów proboszcza, rękę figura utraciła na skutek uderzenia piłką, gdy grupa chłopców umilała sobie czas, grając w nią nieopodal.

Nie wiedziałem wówczas, że proboszcz parafii w Szczytach, rzeźbę świętego Jana Nepomucena darzy nieskrywaną niechęcią i że dwa lata wcześniej miała miejsce batalia o pozostawienie rzeźby świętego w Szczytach. Z drugiej strony, jeśli fotografia taka, przedstawiająca cerkiew w Szczytach bez figury świętego istnieje, to należałoby być może zrewidować istniejące przekazy historyczne. W każdym bądź razie, święty Jan  Nepomucen ze Szczytów skutecznie przyciągnął moją uwagę.

Okazało się, że zdjęcie o którym mówił ksiądz proboszcz rzeczywiście zostało znalezione. Na mojego e-maila z zapytaniem odpowiedział Aleksander Sosna, wskazując lokalizację zdjęcia w sieci. Zostało ono opublikowane również w książce Grzegorza Sosny i Doroteusza Fionika "Szczyty. Dzieje wsi i parafii", Białoruskie Towarzystwo Historyczne, 2006, na stronie 59. Sprawa świętego Jana Nepomucena ze Szczytów rozbudziła jeszcze mocniej moją ciekawość.

Wkrótce, zupełnie przypadkiem, przeglądając Katalog wystawy opracowanej przez Archiwum Państwowe w Białymstoku w 2010 roku, poświęconej Janowi Glince, pasjonatowi historii Białegostoku z lat międzywojennych XX wieku, ujrzałem inną fotografię ze Szczytów, przedstawiającą figurę świętego Jana Nepomucena przy ogrodzeniu cerkwi.



Biorąc pod uwagę fakt, że Jan Glinka zamieszkał w Białymstoku w roku 1931, zdjęcie najprawdopodobniej nie zostało wykonane przed tą datą. Wniosek nasuwał się sam. Figury nie było przy ogrodzeniu cerkwi w roku 1915, stała tam zaś w latach 30-ych XX wieku. W piętnastoleciu dzielącym oba okresy musiała się pojawić. Na dodatek święty posiada na zdjęciu obie ręce, nie mógł więc stracić jednej z nich w trakcie przepychanek pomiędzy bielszczanami, a szczytowianami.

W listopadzie miałem z kolei okazję gościć w Muzeum Małej Ojczyzny w Studziwodach, prowadzonym przez wspomnianego wyżej współautora książki o Szczytach - Doroteusza Fionika. Skorzystałem z okazji i zapytałem o zdjęcie z 1915 roku, bójkę pomiędzy bielszczanami i szczytowianami i samą figurę. Usłyszałem, iż jej obecność w Szczytach w XIX wieku nie ulega wątpliwości. Zachowało się bowiem pismo parafii katolickiej w Bielsku Podlaskim z czasu już po kasacie unii, adresowane do parafii prawosławnej w Szczytach z prośbą o przekazanie rzeźby. W takim razie, gdzie wcześniej stał święty Jan Nepomucen? Czy przy cmentarzu, albo przy dworze w Szczytach? A może przy nieodległym strumieniu, dopływie Orlanki? Przecież wyobrażenia figuralne tego właśnie świętego często stawiano przy ciekach wodnych.

Ciekaw jestem, czy ktoś z Was, czytelników bloga, mógłby dodać coś więcej do powyżej opisanej historii.

środa, 31 grudnia 2014

Skąd przybyli Tudorowie do Chmielowa?

Jak pisałem niespełna 4 lata temu, przodkowie mojej Mamy - Tudorowie mieszkali w drugiej połowie XIX wieku i w pierwszym dwudziestoleciu XX wieku w małej wiosce pod Tarnobrzegiem - Chmielowie. Informacje te potwierdzone są zapisami w księgach metrycznych parafii w Miechocinie. Biorąc pod uwagę rzadkie występowanie nazwiska Tudor w Polsce oraz jego zdecydowanie większą popularność na dzisiejszej Ukrainie i w Rumunii, zadawałem sobie pytanie od kiedy chłopska rodzina Tudorów mieszkała w Chmielowie i czy nazwisko to wyodrębniło się lokalnie od imienia Teodor, czy może Tudorowie przybyli skądś w okolice Tarnobrzegu.

Niedawno skontaktował się ze mną pan Janusz i podczas dyskusji dotyczącej terenów Cygan, Chmielowa, Rozwadowa podał taką hipotezę dotyczącą pochodzenia Tudorów:

"Jeżeli mnie intuicja nie myli to pochodzenie rodziny Tudorów można by było łączyć z Litwą i pierwszą Unią w Horodle - czasy króla Władysława Jagiełły 1413.
Jak podaje kronikarz Długosz herb szlachecki od rodów Herbowych Rzeczypospolitej przyjęli wtedy Butrymowie z Litwy osiadli w okolicach Rozwadowa, Charzewic - Przyszowa /tu był zamek Władysława Jagiełły/ rozebrany w około 1750 roku przez Jerzego Ignacego Lubomirskiego a materiał wykorzystany na budowę klasztoru w Rozwadowie.
Chmielów dla mnie łączy się z Tarnowskimi, a to oni między innymi dali swoje herby bojarom litewskim. Może przywędrowali z wojskiem króla Władysława lub jego brata księcia Witolda. Jak by Pan spróbował poszukać wśród nazwisk starożytnej Litwy to by potwierdziło moje przypuszczenia.
Rdzenna ludność okolic raczej miała nazwiska zakończone końcówkami słowiańskimi. Sama nazwa Chmielów jest związana z uprawą chmielu."
Przyznam, że ciekawe zabrzmiała, choć dla mnie tkwiącego z badaniami genealogicznymi dotyczącymi terenów Chmielowa w drugiej połowie XIX wieku, dość fantastycznie.

Niemal w tym samym czasie napisał do mnie pan Krzysztof, któremu w tym miejscu chciałbym złożyć raz jeszcze podziękowania za przesłane dokumenty dotyczące rodziny Tudorów, do których trudno byłoby mi trafić samodzielnie. Tym razem zwrócił moją uwagę na Inwentarz Starostwa Sandomierskiego z 1750 roku. Starostwo Sandomierskie w połowie XVIII wieku obejmowało i Chmielów i Cygany, w których mieszkali przecież "moi Tudorowie".

Poszukałem informacji o wspomnianym Inwentarzu w internecie i okazało się, że jest dostępny na stronach Dolnośląskiej Biblioteki Cyfrowej! Jak informuje wstęp do Inwentarza: "Inwentarz Starostwa Sandomierskiego jako to Nayprzód Zamku Sandomierskiego, Folwarków, Karczm, Browarów, Maydanu, Huty y Różnych Budynków Osiadłości Poddaństwa z Dziećmi, Sprzężayem y z ich robocizną, Czynszami, Daninami y Powinnościami w lenicach wyrażonemi, tudzież wszelkich Intrat w tymże Starostwie wynikających do Possessyi WJmci Panu Stanisławowi Moszyńskiemu Podstolemu Wwstwa y Panowi Grodzkiemu Sandomierskiemu przez Teraźniejszą Kommisyją Wyprowadzony y Spisany in Tundo dieb August et Ibr 1750mo Anno."

Obejmuje on następujące posiadłości: Zamek Sandomierski, spichlerz i browar, folwark mokoszyński, wsie Mokoszyn, Sobów, Grębów, Jamnica, Sokolniki, Gorczyce, folwark i wieś Stodoły, folwark i wieś Samborzec, wsie Żuków, Zyć, folwark i wieś Chmielów, wieś Jadachy z Cyganami, wsie Mokrzyszów, Stale, Komorów, Maydan, Brzostowa Góra, Korzenice alias Huta Szklana, Krządka i Kładka.

Dodatkowo Inwentarz zawiera Suplement spisany w roku 1753 prostujący i uzupełniający wcześniejsze informacje.

W Inwentarzu napotykałem nazwiska osób, które kontaktowały się ze mną w sprawie informacji o przodkach pochodzących z parafii Miechocin. Znalazłem więc nazwiska Tomczyk, Kozdęba (zapisywane jako Kozdoba), Gil, Mroczek i Róg.

Natknąłem się również na wiele nazwisk, które poznałem podczas indeksowania ksiąg metrycznych dla miejscowości Stale z lat 1890-1895 dla projektu Geneteka. Paziowie, Korczakowie, Drykowie i inni zamieszkiwali tę wioskę już 150 lat wcześniej.
Co najważniejsze dla moich badań genealogicznych, natknąłem się również na nazwiska mych przodków. We wsiach Sobów, Grębów, Stodoły i Chmielów  w roku 1753 mieszkało wiele rodzin Motyków. Pewnie też i krewnych mojej prapraprababci Marianny Tudor z Motyków, żony Ignacego Tudora oraz jej ojca Piotra Motyki.

Podobnie z rodzinami Biało. Jest ich mniej niż Motyków, ale zaludniają w słusznej proporcji wieś Chmielów. Krewni  i przodkowie mojej praprababci Agnieszki Tudor z Białów, żony Wojciecha Tudora, jak również jej ojca Wojciecha Biało.

Nie natknąłem się niestety na nazwiska Samojeden i Siekirski, związane z mymi przodkami z tych terenów, a co najważniejsze nie ma w Inwentarzu jakichkolwiek wzmianek o Tudorach!

Mając na uwadze popularność nazwiska Tudor w Rumunii, zwróciłem uwagę na pojawiające się (rzadko, ale jednak) nazwisko Wołosz, ale czy ma ono związek z Tudorami, trudno powiedzieć.

Dane z Inwentarza wskazują więc, że Tudorowie musieli przybyć do Chmielowa w okresie między 1753, a 1850 rokiem. Nie wcześniej. A kiedy dokładnie i skąd, to już sprawa dalszych badań.

środa, 24 grudnia 2014

Podlaskie dzieła Augustyna Mirysa

Muszę przyznać, że gdy podążałem śladami Antoniego Herliczki po Podlasiu, artysty malarza pracującego w Białymstoku dla Jana Klemensa Branickiego, nie raz na myśl przychodziła mi osoba drugiego cudzoziemca malującego dla hetmana, a mianowicie Augustyna Mirysa. Był on jednym z najdłużej pracujących dla białostockiego dworu Branickich artystów malarzy, obok wspomnianego Antoniego Herliczki. Jednak zbadanie jego drogi życiowej nie jest proste. Informacje życiorysowe są nieliczne, niepewne, a materiały poświęcone Mirysowi, inaczej niż w przypadku Herliczki, mocno rozproszone. Osobą, która poświęciła mu najwięcej uwagi był Stanisław Szymański, jednak książka Szymańskiego została wydana w początku lat 60-ych XX w. i jest pozycją, która dopiero zarysowuje ścieżki dalszych poszukiwań i badań nad spuścizną artysty. Poza książką Stanisława Szymańskiego dotarłem do wielu innych opracowań poświęconych Mirysowi, lub jego dziełom, które są wymienione pod niniejszym artykułem. Ze spuścizną artystyczną, jak się okazuje, jest podobny problem, jak z informacjami życiorysowymi - w wielu wypadkach nie można mieć pewności, że dzieła przypisywane Mirysowi rzeczywiście wyszły spod jego ręki. Nigdy bowiem ich nie sygnował.

Samo imię malarza pisano różnie. W szeregu opracowań występuje jako Sylwester bądź Sylwester August co, jak zauważył w biogramie artysty Andrzej Ryszkiewicz, nie znajduje źródłowego uzasadnienia. Nazwisko malarza również pisano różnie: Mieris, Mierys, Miris, Myris lub Myrys. Sam malarz podpisywał się nazwiskiem Mirys i takie przyjęto w większości opracowań.

Przyszedł na świat 1 sierpnia 1700 roku we Francji w Ecosse lub Paryżu. Ojcem Augustyna był szkocki szlachcic, emigrant, najprawdopodobniej zwolennik zdetronizowanego monarchy Jakuba II Stuarta, który wraz z grupą swych stronników wyjechał w ostatniej dekadzie XVII wieku z Anglii do Francji.

Augustyn Mirys we wczesnej młodości zdradzał już zdolności artystyczne i zamiłowanie do malarstwa. W Paryżu miał spędzić młodość i w tamtejszej Akademii stawiać pierwsze kroki, uzyskując wykształcenie nagrodzone złotym medalem i członkostwem.

Na dalsze studia miał przenieść się do Rzymu, mekki ówczesnych francuskich adeptów malarstwa i tam zostać odznaczonym przez papieża Orderem Złotej Ostrogi.

Później malował dla francuskiego ambasadora przy Watykanie - Pawła Hipolita de Beauvillier ks. de Saint-Aignan. Z 1727 bądź 1729 roku miał pochodzić pierwszy znany olejny portret Mirysa, przedstawiający młodą Włoszkę, uczennicę, a następnie żonę artysty. Portret ten był własnością Magdaleny Radziwiłłowej w Warszawie.

Zagadkowe i nie do końca wyjaśnione są motywy, które miały skłonić młodego Mirysa, wychowanego w kulturze francuskiej, do opuszczenia Włoch i przyjazdu do odległej Polski. Według jednej z wersji, artysta przybył na teren Rzeczypospolitej przez Drezno wraz z saskim dworem Augusta III. Według innej, bardziej popularnej, Mirys trafił do Polski za pośrednictwem Jana Stanisława Jabłonowskiego, byłego wojewody wołyńskiego, stronnika najpierw Augusta II Mocnego, później Stanisława Leszczyńskiego. Artysta zrażony służbą u księcia de Saint-Aignan, dziwnie bojaźliwego i przesadnie dbałego o formy, uciążliwego w codziennym obcowaniu, postanowił zmienić patrona właśnie na Jabłonowskiego. Później zaś w obawie o wierność swej żony Włoszki razem z nim opuścił Włochy i przeniósł się do Polski. Nie wiadomo, czy stało się to w 1729, 1730, czy na początku 1731 roku. Na pewno nie później, gdyż 28 kwietnia 1731 roku we Lwowie zmarł Jan Stanisław Jabłonowski, domniemany pierwszy polski mecenas szkockiego artysty.

Po przybyciu do Polski następuje najbardziej zagadkowy okres w życiu malarza. Przeżył tu podobno pełne awantur przygody, pojedynkował się dwukrotnie, trafił do więzienia, a stamtąd do Gdańska, gdzie miał pozostawić wiele swych dzieł..., o których niestety niewiele dziś wiadomo.

Co najmniej od 1740 roku pozostawał na usługach Sapiehów, w roku 1746 przebywał w Nadwórnej i z tego okresu pochodzą portrety Sapiehów i Cetnerów. Przed rokiem 1750 malował portrety Krasickich w Dubiecku. Nadwórna i Dubieck świadczą o pobycie Mirysa na kresach południowo-wschodnich ówczesnej Rzeczypospolitej. Ale w latach 50-ych mógł przebywać także w Warszawie, skąd pochodzi portret Zuzanny Poltz z Linków, żony Daniela Poltza - dysydenta i malarza warszawskiego związanego z dworem królewskim Augusta III. W latach 1750-1752 oraz w roku 1754 służył zaś u marszałka Franciszka Bielińskiego, związanego z Otwockiem.

Nie wiadomo od kiedy związał się z dworem Jana Klemensa Branickiego. Wiosną 1749 roku Branicki próbował pozyskać do współpracy znanego wówczas malarza Szymona Czechowicza, jednak bez rezultatu. Mógł wtedy zwrócić uwagę na Mirysa. Sam Mirys został wciągnięty na listę płac Branickiego jeszcze przed rokiem 1750 w służbie wojskowej i stopniu kapitana. Miał też wtedy mieszkać ze swą drugą żoną Apolonią Holsztyńską na Podlasiu. Co stało się z pierwszą żoną Mirysa - Włoszką znaną z pierwszego portretu, nie wiadomo. Nie wiadomo również zbyt wiele o dzieciach Augustyna Mirysa i Apolonii Holsztyńskiej. Jeśli chodzi o syna Sylwestra Dawida, późniejszego malarza, źródła podają dwie daty urodzenia: 1742 i 1750. Żadna z nich nie jest jednak pewna. Około 1769 roku Sylwester Dawid miał wyjechać do Francji, w latach 1771-1775 studiować zaś w Wiedniu. Na liście studentów paryskich jego nazwisko widnieje w roku 1775. 21 sierpnia 1750 roku przyszła z kolei na świat córka Elżbieta. W źródłach pojawia się również imię Joanna, nie wiadomo jednak, czy należy ono do drugiej córki Mirysa, czy jest drugim imieniem Elżbiety. Nieliczne źródła przekazują, że w roku 1757 doszło do różnicy zdań pomiędzy rodzicami w sprawie zaręczyn siedmioletniej córki z kasztelanicem Szydłowskim, którym matka była stanowczo niechętna. W roku 1761 Elżbieta została wzięta na wychowanie przez wojewodzinę podolską J. Rzewuską i wyjechała z nią na południe Rzeczypospolitej.

Początkowo malarz pracował dla Branickiego w Warszawie na potrzeby pałacu przy ulicy Podwale. Przed 1760 rokiem przeniósł się jednak na stałe do Białegostoku, gdzie otrzymał specjalnie wybudowaną pracownię. Mieszkał w budynku skarbowym z muru pruskiego przy ulicy Zamkowej (dziś ulica Pałacowa). Pewne jest, że w roku 1760 namalował sześć zachowanych obrazów do ołtarzy kościoła w Tyczynie, wcześniej zaś wykonywał malowidła ścienne w kaplicy pałacu białostockiego. Malowidła w kaplicy białostockiego pałacu nie przetrwały jednak do naszych czasów. Pałac Branickich w Białymstoku uległ niemal całkowitemu wypaleniu w roku 1944. Siostrzenica Izabeli Branickiej, Anna z Tyszkiewiczów Potocka, wspomina w "Pamiętnikach", że dziełem malarza włoskiego było wykonanie dekoracji malarskiej w komedialni. Komedialnia ta mieściła 400 osób, była zupełnie oddzielona od pałacu, znajdowała się zaś u wejścia do parku z danielami (dziś w miejscu tegoż parku znajdują się Planty). Posiadała 2 piętra, zbudowana była z muru pruskiego. Znajdowała się w niej słynna kurtyna, malowana olejno na płótnie, wielkich rozmiarów, z bogatą kompozycją figur mitologicznych. Kurtyna ta po przejęciu białostockiego pałacu przez cara Aleksandra I po 1807 roku, została przecięta na 4 części i sprzedana pośrednikowi za 100 rubli, ten zaś wziął za nią 5000 talarów, wysyłając do Anglii i sprzedając dla jakiegoś teatru niemieckiego. W latach 1762 -1763 Mirys zdobił z kolei, wspólnie z Antonim Herliczką, pałac w Choroszczy. Być może spod jego ręki wyszły też nie zachowane malowidła w tykocińskim kościele przedstawiające między innymi "Dwunastu apostołów". W czasie służby u hetmana Branickiego namalował też wiele jego portretów, z których jeden możemy oglądać dziś w Muzeum Podlaskim, mieszczącym się w białostockim ratuszu.




Malował również dla kościołów w Białymstoku i Choroszczy. Franciszek Biłgorajski pisał w drugiej połowie XIX wieku, że każdy pies odznaczający się w łowach organizowanych przez Jana Klemensa Branickiego był malowany przez Mirysa. Zaszczytu takiego doznawały również konie. Trudno jednak powiedzieć, gdzie te zaginione portrety zwierzęce wisiały. Może w Ladzie w sąsiedztwie Puszczy Białowieskiej, gdzie znajdowała się psiarnia Branickiego i według źródeł wisiały w niej cztery portrety sobacze? W Stołowaczu zaś miały znajdować się cztery portrety końskie. Jedenaście portretów psich znajdowało się natomiast w pałacu choroskim. Kilka portretów zarówno koni, jak i psów posiadał Branicki w swej białostockiej rezydencji. Sześć supraport przedstawiających konie do siedziby w Stołowaczu malował Antoni Herliczka. Które zaś obrazy z wyżej wymienionych malował Mirys, źródła milczą. Według Biłgorajskiego obrazy te zgniły w dobrach sukcesorów Branickiego już w pierwszej połowie XIX wieku.

Podsumowując można stwierdzić, iż Mirys uzyskał na białostockim dworze znaczącą pozycję. Skupił w swych rękach całokształt potrzeb hetmana w zakresie malarstwa, od miniatur na tabakierki po wielkie kompozycje historyczne i ołtarzowe oraz malowidła ścienne. Okazjonalnie parał się również pracami rzeźbiarskimi i dekoratorskimi.

Kolejne dzieła Mirysa, o których istnieniu nic dziś nie wiadomo, wzmiankowane są w Inwentarzu, który sporządzono po śmierci Jana Klemensa Branickiego w 1771 roku. Wymienione są w nim "obrazy apostołów na osobnym dość wielkim blejtramie każdy, J. Pana Mirysa malowanych sztuk 12" oraz "Ewangelistów na osobnym blejtramie każdy, przez tegoż malowany." Notowane są też obrazy "wyjęte ze Starego Testamentu" oraz "historia Aleksandra, ręką Mirysa malowana, sztuk wielkich 9."

Po śmierci hetmana możliwości zatrudnienia w Białymstoku znacznie się zmniejszyły. Augustyn Mirys pracował więc w poszukiwaniu zarobku dla innych, poza Izabelą Branicką, mecenasów. W 1772 roku miał namalować portret Kajetana Węgierskiego. Przez pewien czas portret ten był własnością Zygmunta Glogera, znanego etnografa, archeologa, krajoznawcy, żyjącego na przełomie wieków XIX i XX, który otrzymał go od proboszcza parafii Wysokie Mazowieckie. Wysokie należało w XVIII wieku do rodziny Węgierskich, co tłumaczy prawdopodobnie znalezienie się wzmiankowanego portretu w posiadaniu parafii.

W 1774 i w 1776 roku przebywał w Lidzbarku Warmińskim u biskupa Ignacego Krasickiego, a następnie dostarczył na jego zlecenie 23 płótna. Malował również dla Ignacego Sapiehy, a także dla cerkwi w Szczytach. Schyłek życia to również okres kolejnych tragedii rodzinnych. Wkrótce po zamążpójściu córki Elżbiety za chorążego lwowskiego Franciszka Zawadzkiego, które miało miejsce 11 kwietnia 1774 roku, umarła żona Mirysa. Źródła historyczne mówią o jej wieloletnim nałogu alkoholowym, który powodował, że ciepła rodzinnego w domu Mirysów nie było, panowała w nim również zwykła bieda. Dozór i opiekę nad starcem przejęła osoba obca, bliżej nieznana Apolonia Grzybowska. To jej przekazał cały swój majątek, na który składały się portrety, obrazy, biblioteki i sztychy, gotówka w wysokości 100 czerwonych złotych oraz medal złoty z portretem króla Stanisława Augusta. Testament został złożony w Magdeburgii białostockiej 18 marca 1788 roku. Malarz zmarł zaś 8 marca 1790 roku w Nowym Mieście, czyli najprawdopodobniej w swym domu przy ulicy Zamkowej w Białymstoku. Mówi o tym notatka z Metryki kościelnej Białegostoku pisana po łacinie: "Augustus Mirys annorum vita 90 arti Pictoriae cultor, Honorius Capitaneus Regni est sepultus in Cemetario Ruthenum". Ciekawa jest sprawa pochówku malarza. Według powyżej zacytowanej metryki został pochowany na cmentarzu unickim, wówczas położonym przy drewnianej cerkwi unickiej (dziś mniej więcej w tym miejscu znajduje się cerkiew prawosławna pw. św.Mikołaja). Dlaczego właśnie na unickim, a nie na rzymskokatolickim?

Poza wzmiankami o życiu publicznym, rodzinnym i artystycznym Mirysa zachowały się również źródła dotyczące jego poglądów dotyczących stosunku do świata, czy religii. Mirys czynił bowiem zapiski na marginesach swych książek. Jeśli chodzi o treść, były one charakterystyczne dla okresu Oświecenia i choć krytyczny dla księży i kościoła, nie odchodził artysta od wiary w jedynego Boga. Obok wielokrotnie cytowanej w źródłach książki Vignoli o architekturze, na której marginesach znalazły się zapiski Mirysa, kilka książek z podobnymi zapiskami przechowuje Biblioteka Archidiecezjalnego Wyższego Seminarium Duchownego w Białymstoku.

Przetrwało również sporo anegdot dotyczących malarza. E. Rastawiecki w swym "Słowniku malarzów polskich tudzież obcych w Polsce osiadłych" wydanym w połowie XIX wieku tak charakteryzuje artystę:

"Mirys w potocznym życiu był szczególnym i różnych dziwactw dopuszczającym się. Tak między innymi zarzekał się jedzenia mięsa i potraw ciepłych: zażywając tabakę namiętnie postanowił raz zaprzestać jej zażywania, co mu tak stało się przeciwnym, że aż zemdlał i do tabaki wrócić musiał. Chodził po kuchniach  i zabierał z nich używane ścierki, które kazał zszywać i na nich obrazy malował twierdząc, że takie płótno do malowania najlepsze."

Inną anegdotę przytacza Franciszek Biłgorajski w "Pamiętniku szlachcica podlaskiego" drukowanym w krakowskim "Czasie" w latach 70-ych XIX wieku. Według niego Mirys aż do kresu swego życia nie nauczył się dobrze mówić po polsku. Gdy szambelan Węgierski wybudował w Szczytach cerkiew unicką, tamtejszy paroch chciał ozdobić świątynię obrazem Matki Boskiej u Unitów zwanej Pokrową Bohorodicą. Zlecenie otrzymał Mirys, upewnił się nawet u parocha, że obraz Pokrowy ma być z Dziecięciem. "Na termin oznaczony Paroch zajeżdża do Supraśla i zaprasza opata Bazylianów, żeby z Asystencją przybył i obraz poświęcił i żeby celebrował w dzień uroczystości Pokrowy na odpuście ustanowić się mającym. Opat przyrzeka. Przyjeżdża do Białegostoku, przychodzi do Mirysa, witają się. Mirys powiada, że obraz gotowy i prowadzi do osłonionego płótnem. Ksiądz zaciekawiony wytężył wzrok ujrzeć obraz Matki Boskiej, lecz jakież jego zdziwienie, gdy ujrzał krowę z cielęciem. Wszak ja prosił o obraz Pokrowy, rzecze. Tak jest, krowa, Mirys odpowiada. Pan ksiądz chciał z dziecięciem, tak jest i piękne dziecię krowy. Długo trwało nieporozumienie, aż znalazł się ktoś obcy, co przekonał Mirysa, że ksiądz chciał obraz Opieki Matki Boskiej z Dziecięciem, a nie krowy z cielęciem."

Ze względu na to, że Mirys nie sygnował swych dzieł, a także na to, że niewiele z nich się zachowało, trudno jest wydać sąd na temat jego warsztatu. Zdecydowaną większość stanowią obrazy olejne, malowane na płótnie. Gros z nich stanowią portrety, wśród nich warto wspomnieć o autoportretach z powtarzającym się ujęciem twarzy artysty. Drugą grupę obrazów stanowią sceny religijne. Jak zauważył Stanisław Szymański, twórczość Mirysa umiejscowiona jest na styku odchodzącego baroku, widocznego w niektórych scenach religijnych, czy sarmackich portretach, i nadchodzącej epoki klasycyzmu. Można powiedzieć, że artysta ulegał barokowym gustom polskiego środowiska, kontynuując malarstwo w duchu wyuczonego klasycyzmu francuskiego, którym nasiąkał w młodości. W związku z tym, że jego dzieła powstawały nieco na uboczu oficjalnego nurtu sztuki polskiej, udało mu się stworzyć swój własny oryginalny styl.

Poza wymienionymi w powyższych akapitach, zaginionymi bądź zniszczonymi dziełami Mirysa na terenie dzisiejszego województwa podlaskiego, źródła wzmiankują wiele innych, które nie dotrwały do naszych czasów bądź miejsce ich lokalizacji nie jest znane. W pałacu Branickich w Białymstoku na pierwszym piętrze urządzona była kaplica. Poza malowidłami ściennymi wspomnianymi wcześniej, w ołtarzu znalazły się obrazy Matki Najświętszej Niepokalanego Poczęcia oraz Pana Jezusa. Autorem obrazów był najprawdopodobniej Augustyn Mirys. Kiedy obrazy zmieniły lokalizację, nie wiadomo. Podobnie nie wiadomo, co stało się z obrazami przedstawiającymi św. Andrzeja i św. Jana Chrzciciela, które znajdowały się w kaplicy św, Rocha ufundowanej przez Jana Klemensa Branickiego w 1741 roku.

Przegląd dzieł malarskich Augustyna Mirysa, które dziś można zobaczyć na Podlasiu warto rozpocząć od dawnej siedziby Branickich, czyli Białegostoku. Wyżej pokazano portret Jana Klemensa Branickiego, wiszący w siedzibie Muzeum Podlaskiego w ratuszu. Kolejne dzieło przedstawiające scenę Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, znajduje się w ołtarzu głównym w białym kościele, najstarszej białostockiej świątyni.




Tenże obraz olejny został w nim pewnie umieszczony podczas upiększania ołtarza dokonanego za czasów Jana Klemensa Branickiego. Nie znamy niestety daty powstania dzieła.



W dolnym planie obrazu widać grupę apostołów ze świętym Tomaszem, wcześniej wątpiącym w Zmartwychwstanie Chrystusa, który tu trzyma w ręku zwiewną tkaninę, materialny dowód ziemskiego bytowania Maryi. U góry obrazu widać zaś samą Maryję unoszoną przez aniołów do nieba.

Dzieła Mirysa można oglądać również  w innym dużym ośrodku miejskim obecnego województwa podlaskiego - w Łomży. Znajdują się w kościele Kapucynów wybudowanym według projektu architekta Tańskiego w latach 1770-1789.



W polu głównym ołtarza głównego znajduje się obraz "Zdjęcie z krzyża" znany też pod nazwą "Opłakiwanie pod krzyżem" autorstwa Augustyna Mirysa, który został po II wojnie światowej przemalowany przez osiadłego w Łomży Węgra Lorinczy Gyarfas Jeno. W jaki sposób znalazło się to dzieło w łomżyńskim kościele, nie udało mi się dociec.



W kościele łomżyńskim znajdowało się więcej dzieł Mirysa, ale w 1844 roku świątynia przeszła gruntowną renowację, podczas której dawne obrazy ołtarzowe, wśród których był obraz Matki Boskiej Bolesnej oraz inne - z ołtarzy bocznych autorstwa Mirysa wymieniono na obrazy Szymona Czechowicza oraz artysty podpisującego się inicjałami M.L.V.R.Z.

Większość dzieł Mirysa lub jemu przypisywanych znajduje się w południowej części obecnego województwa podlaskiego. Z Łomży przez Zambrów kierujemy się więc do Bielska Podlaskiego. Znajduje się w nim kościół farny pod wezwaniem Narodzenia Najświętszej Maryi Panny i św. Mikołaja, w jednej z najstarszych parafii na Podlasiu, powstałej pod koniec XIV wieku.


Obecny neoklasycystyczny kościół, czwarty z kolei, został zbudowany z fundacji Izabeli Branickiej, wdowy po hetmanie Janie Klemensie Branickim w roku 1783 według projektu Szymona Zuga, znakomitego architekta schyłku XVIII wieku, autora projektu między innymi kościoła św. Trójcy w Warszawie, czy sali kolumnowej pałacu w Łańcucie. Augustyn Mirys miał namalować obrazy ołtarzowe do tej świątyni. Według Józefa Jaroszewicza, historyka urodzonego w roku 1793, Mirys namalował obraz Nawiedzenia Matki Bożej znajdujący się w ołtarzu głównym,


obraz do ołtarza Ukrzyżowania Pana Jezusa,


oraz obraz św. Antoniego Padewskiego.

autor zdjęcia: Andrzej Tarasewicz

Andrzej Ryszkiewicz, autor biogramu Augustyna Mirysa do Polskiego Słownika Biograficznego pisze o czterech obrazach namalowanych przez artystę do kościoła w Bielsku. Być może czwarty obraz był malowany do ołtarza św. Mikołaja. O ile obrazy do ołtarzy bocznych Ukrzyżowania Pana Jezusa i św. Antoniego Padewskiego pochodzą z drugiej połówy XVIII wieku, więc mogły wyjść z warsztatu naszego mistrza, to istniejący obecnie obraz św. Mikołaja ma już metrykę XIX-wieczną.

Aby zobaczyć jeden z najciekawszych obiektów kryjących domniemane dzieła warsztatu Mirysa, należy z Bielska Podlaskiego udać się w kierunku Hajnówki i zatrzymać się w miejscowości Szczyty-Dzięciołowo. Znajdziemy się na terenie gminy Orla, gdzie nazewnictwo miejscowości jest dwujęzyczne, powita nas więc tablica z nazwą wioski w językach polskim i białoruskim.

W Szczytach zachowała się bardzo ciekawa świątynia, obecnie cerkiew prawosławna pw. Ścięcia głowy św. Jana Chrzciciela, zbudowana jednak w czasach, gdy na terenach Rzeczypospolitej żywa była unia brzeska pomiędzy kościołami rzymskokatolickim i prawosławnym, w roku 1785, a więc 5 lat przed śmiercią Augustyna Mirysa.


W czasach unii wystrój cerkwi upodabniał się wraz z uplywem lat do świątyń katolickich, poprzez przyjmowanie elementów łacińskich, jak na przykład ołtarze boczne, nieznane w świątyniach obrządków wschodnich. Obecnie cerkiew służy wyznawcom prawosławia, dawne ołtarze boczne zostały już dawno zastąpione złoconym ikonostasem. Wchodząc jednak do cerkwi doznamy niezwykłych wrażeń estetycznych. Wnętrze niewielkie, przystosowane dla małej społeczności wiejskiej kryje doskonałe przykłady realistycznej sztuki malarskiej, jakich w świątyniach obrządku wschodniego nie widuje się często. Zachowało się 7 obrazów przypisywanych warsztatowi Mirysa, jednak wątpliwe jest, aby ponad 80-letni malarz mógł je sam stworzyć. Zobaczymy obrazy "Madonny z Dzieciątkiem i aniołami", "św. Onufrego" oraz feretron ze "Świętą Rodziną z małym świętym Janem Chrzcicielem" i "Chrystusem cierpiącym z aniołem". Jeśli będziemy mieć nieco szczęścia i otwarte będą akurat wrota ikonostasu, ujrzymy przytłaczającą swym rozmiarem niewielkie wnętrze cerkwi, przepięknie odmalowaną "Ostatnią wieczerzę", "Zdjęcie z krzyża" z dawnego ołtarza głównego, czy "Chrzest Chrystusa w Jordanie przez świętego Jana Chrzciciela".

Ze Szczytów-Dzięciołowa niedaleko do Pasynek. Należy skierować się na północ, aby dojechać do położonej wśród lasów i łąk urokliwej, pełnej drewnianych chat wioski. Pierwsza cerkiew zbudowana w Pasynkach mogła pamiętać jeszcze czasy sprzed unii brzeskiej z 1596 roku. Nosiła wówczas wyznanie św. Dymitra Sołuńskiego. Nowa świątynia unicka została wzniesiona w roku 1770, a więc tuż przed śmiercią hetmana Jana Klemensa Branickiego. Została wyświęcona ku czci świętego Jana Chrzciciela, patrona fundatora świątyni. Cerkiew ta spłonęła w roku 1889. Obecna cerkiew prawosławna powstała w miejscu spalonej XVIII-wiecznej cerkwi.


Zachował się w niej jeden jedyny obraz przypisywany Mirysowi "Matka Boża ze stojącym Dzieciątkiem", choć w starej świątyni mogło być ich więcej.


To już ostatnie z dzieł przypisywanych Mirysowi w województwie podlaskim. Jednak w monografii artysty autorstwa Stanisława Szymańskiego znajduje się wzmianka powtórzona za Troczewskim i Antoniukiem, że w Nowym Berezowie położonym nieopodal Szczytów-Dzięciołowa znajdował się obraz kościelny o nieznanym temacie. W Nowoberezowie rzeczywiście znajduje się bardzo ciekawa drewniana cerkiew (jedna z dwóch świątyń prawosławnych w tej wsi)  zbudowana z fundacji Izabeli Branickiej w roku 1771.


Możemy w niej zobaczyć jedyne zachowane do dziś XVIII-wieczne sufitowe polichromie w drewnianych świątyniach województwa podlaskiego nieznanego autorstwa. W świątyni znajdują się 3 inne obrazy, niszczejące już mocno o nieznanej metryce. Być może ich wykonanie jest późniejsze, a być może autorstwo jednego z nich można przypisać Mirysowi.?Oto jeden z nich.


autorka zdjęcia: Maria Łukaszewicz

A może śladów wzmiankowanego obrazu należałoby szukać w nieodległej Łosince? Co prawda obecna cerkiew prawosławna została wybudowana w roku 1886, jednak wcześniejsza - unicka została wzniesiona z fundacji Izabeli Branickiej w roku 1778. Choć istnieją przypuszczenia, że została przeniesiona z Nowoberezowa właśnie, może wraz z obrazem?

Wędrując śladami Mirysa na Podlasiu napotykamy na wiele nierozwikłanych zagadek. Nie może być jednak inaczej, skoro twórczość tego malarza o dość znanym nazwisku nie została w dogłębny sposób zbadana.

Stanisław Szymański "Sylwester August Mirys", Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław, 1964.

Andrzej Ryszkiewicz, Mirys Augustyn (1700-1790), malarz, PSB, t. 21, Wrocław, 1976.

Krzysztof Antoni Jabłoński "Biały i czerwony. Kościoły białostockiej parafii farnej", Białystok, 2008.

Urszula Kraśnicka "Kościół - pomnik", Białystok, 1998.

Izabela Szymańska, Aneta Średzińska "Pałac Branickich. Historia i wnętrza", Białystok, 2014.

Ks. Mieczysław Olszewski, "Badania proweniencyjne nad książkami Augustyna Mirysa z Biblioteki Archidiecezjalnego Wyższego Seminarium Duchownego w Białymstoku", Bibliotekarz podlaski, nr 6/2003.

ks. Jan Nieciecki, "Opowieści o polskim "Wersalu"", Biuletyn Konserwatorski Województwa Białostockiego, 1995.

ks.. Jan Nieciecki, "Opowieści o polskim "Wersalu"", Biuletyn Konserwatorski Województwa Białostockiego, 1996.

ks. Eugeniusz Beszta-Borowski "Dzieje parafii katolickiej Narodzenia Najświętszej Maryi Panny i św. Mikołaja w Bielsku Podlaskim", Drohiczyn 2012.

Krzysztof Miller, "Uwagi konserwatorskie o obrazach w Szczytach-Dzięciołowie przypisywanych Augustynowi Mirysowi", Biuletyn Konserwatorski Województwa Podlaskiego, 2000.

Grzegorz Sosna, Doroteusz Fionik, "Pasynki i okolice", 2001.

Krzysztof Stawecki, "Konserwacja malowideł w cerkwi w Nowoberezowie", Biuletyn konserwatorski województwa białostockiego, 1996.

środa, 5 listopada 2014

Petlurowcy w Pińsku

Polecana przez panią Marię kolejna książka przedstawiciela rodu Kieniewiczów z Dereszewicz na Polesiu trafiła w moje ręce. Tym razem sięgnąłem po wspomnienia Antoniego Kieniewicza (1877-1960) - ojca Stefana, zatytułowane "Nad Prypecią dawno temu... Wspomnienia zamierzchłej przeszłości". Autor zaczął je pisać w początkach 1946 roku, kiedy pobyt rodziny na Polesiu był już rzeczywiście zamierzchłą przeszłością, opuściła je bowiem pod koniec 1918 roku.

Czytając książkę obcujemy z codziennością zamożnej rodziny kresowej z ostatnich dziesięcioleci XIX wieku i pierwszego piętnastolecia wieku XX. Widzimy w jaki sposób prowadzona jest gospodarka rodzinna, jakie stosunki łączą poszczególnych jej członków oraz osoby powiązane z rodziną z racji profesji bądź codziennych obowiązków. Widzimy zwyczaje panujące w zamożnym polskim dworze, i te świąteczne, i te dotyczące codziennej pracy oraz rozrywek. Gdy młody chłopak, autor pamiętnika wyjeżdża do szkoły w Petersburgu, a potem na studia do Warszawy, możemy zaobserwować, jak bardzo zmieniło się wielkomiejskie życie w okresie nieco ponad stu lat, jakimi udogodnieniami technicznymi dysponowano tak jeszcze wydawałoby się niedawno, jakie stosunki wreszcie łączyły Rosjan i Polaków  w czasie zaborów. Kroczymy wraz z młodym Antonim przez życie, życząc mu jak najlepiej podczas zaręczyn z przyszłą żoną Magdaleną, podróżując z młodym małżeństwem po Europie i dziwiąc się, na jak wiele można było sobie w ówczesnych czasach pozwolić finansowo, dysponując majątkiem gdzieś na zapadłym Polesiu.

Z racji tego, że książka dotyczyła życia na Polesiu, próbowałem wychwytywać wszystkie te fragmenty, które mogłyby dotyczyć życia mych przodków w tym miejscu. Niewiele jednak w książce wątków dotyczących Pińska.

Dużym atutem są natomiast opisy polowań zamieszczone we wspomnieniach z uwzględnieniem rybołóstwa. Jako, że mój prapradziadek Filip Szczerbaczewicz (1862-1911) był według przekazów rybakiem, zainteresował mnie ten fragment szczególnie, zwłaszcza że autor wspomnień często korzystał podczas połowów ryb z pomocy ludności chłopskiej. Opisy polowań na szczupaki, które odbywały się nocą z ością i żarzącym się smolnym łuczywem w drucianym koszu wiszącym na długim drągu lub obrazy pieczenia przy ognisku tzw. opiekanki z jazia, należą do szczególnie sugestywnych. Jakże przypominają niezrównane opisy podobnych wypraw zamieszczone w książkach Franciszka Wysłoucha. Wyobrażałem sobie, że w podobny sposób mógł zarabiać na swą egzystencję mój prapradziadek Filip, w bliskiej łączności z naturą i jej atrakcyjnością.

Jednak fragmentem najciekawszym dla mnie był inny, związany z wyjazdem całej rodziny Kieniewiczów z Dereszewicz drugiego dnia świąt Bożego Narodzenia 1918 roku:

"Około północy dotarliśmy do Pińska. Wyłazimy z wagonu, pakujemy się z rzeczami na kilkoro sanek żydowskich i po bardzo słabej sannie wleczemy się prawie nieoświeconymi ulicami do hotelu Bązewicza, znajomego mi Izraelity. W pewnym miejscu zatrzymuje nas posterunek petlurowców. Legitymujemy się, przeglądają nasze papiery, rozpytują się, skąd, po co i dokąd jedziemy. Wreszcie puszczają nas na wjazd do miasta. W hotelu wszystkie numery zajęte. Wpakowujemy się przez znajomość do salonu właściciela, układamy chłopców na prowizorycznym posłaniu na podłodze; sami zaś w pozycji siedzącej kiwamy się. Pan Małek tylko dobrał się do kosza  z prowizjami i irytował mnie długo trwającym mlaskaniem przy przeżuwaniu jadła."

Okres I wojny światowej i jej końca, to bardzo  mgliste wspomnienia dotyczące rodziny mej prababci Agaty ze Szczerbaczewiczów. Jej matka Paulina miała wyjechać w głąb Rosji wraz z dziećmi. Czy było to w 1915 roku w ramach tzw. bieżeństwa? Kiedy wróciła z tej wyprawy i jak rozumieć wspomnienia Mosze Aszpiza, wnuka jej sąsiadów, który pisał, że Paulina ukrywała Żydów podczas okupacji Pińska przez wojska niemieckie po 1915 roku? Moja prababcia Agata z kolei wraz braćmi Janem i Antonim miała wyjechać na roboty do Niemiec. Kiedy wróciła? Czy w listopadzie 1918 roku?

Fragment  z książki Antoniego Kieniewicza zacytowałem z jeszcze innego powodu. Według relacji mej cioci Heleny, prababcia Agata prowadziła pamiętnik. Pamiętnik ten już w czasie II wojny światowej został w domu jej siostry Elżbiety, która do 1944 roku mieszkała w Pińsku przy ulicy Szczytowej 8. Z tego domu podczas pospiesznego wyjazdu do Polski nie został zabrany. Czy w pamiętniku tym znajdowały się wspomnienia z pobytu w "Giermanii", a następnie z pierwszych lat po odzyskaniu niepodległości? Ciocia Helena opowiadając o pamiętniku wspominała o tym, że przez pewien czas prababcia Agata ukrywała się, gdyż poszukiwali jej wspomniani petlurowcy - ukraińscy żołnierze. Dlaczego i w co zamieszana była prababcia, pozostaje tajemnicą. Ale jeśli tak było, musiało mieć miejsce na przełomie 1918 i 1919 roku.

Antoni Kieniewicz
"Nad Prypecią dawno temu... Wspomnienia zamierzchłej przeszłości"
Ossolineum, 1989

czwartek, 30 października 2014

Szczecińskie miejsca pradziadka Stefana

Jadę ulicą Budziszyńską. To już tutaj. Zza przedwojennej, szarej, piętrowej kamienicy z poddaszem i spadzistym dachem, przykrytym czerwoną dachówką wyłania się ulica Inowrocławska. Po drugiej stronie wjazdu do niej, stoi podobna, przemalowana na kolor zielony, przedwojenna kamienica. Po prawej stronie Inowrocławskiej w odległości około 100 m, widać nowy, wybudowany w ciągu ostatnich 20 lat budynek wielorodzinny. Dalej ulica zakręca w prawo, wzdłuż osiedla bloków czteropiętrowych z lat 80-ych. Prawa strona ulicy nosi numery nieparzyste. Po drugiej stronie zaraz za zieloną kamienicą należącą do ulicy Budziszyńskiej, stoi równie nowy budynek wielorodzinny. Potem za zakrętem jest już tylko rząd garaży. Gdy wychodzę za ich linię, znajduję się na płaskim szczycie wzgórza. W dole, nisko widać tory kolejowe.


Skrzyżowanie ulicy Budziszyńskiej z Inowrocławską. Za zieloną kamienicą widać nowy wielorodzinny budynek pod adresem Inowrocławska 6.

***
Stoję na wzgórzu pełen nurtujących mnie zagadek. W jaki sposób pradziadek, 42-letni mężczyzna trafia na roboty przymusowe i wędruje z Polesia Wołyńskiego do małej miejscowości pod Jelenią Górą, która wtedy nosi nazwę Boberrörsdorf? Dlaczego po wojnie nie próbuje odnaleźć kontaktu z żoną i dziećmi? Ba! Nie szuka kontaktu również ze swoim licznym rodzeństwem. Czy poznaje wtedy inną kobietę i zakłada z nią rodzinę? Dlaczego tak się tuła po Dolnym Śląsku? Jelenia Góra, Wrocław, znów Jelenia Góra, Janowice Wielkie. Odnaleziony przeze mnie adres pradziadka we Wrocławiu z 1954 roku wskazuje na baraki robotnicze. Nie był więc krezusem finansowym, delikatnie mówiąc. Co sprawia w końcu, że 22 kwietnia 1959 roku, 58-letni mężczyzna, niemłody już przecież, zmienia po raz kolejny miejsce zamieszkania i trafia z Dolnego Śląska do Szczecina, gdzie zostaje zameldowany pod adresem Inowrocławska 2/16?


***




Szczecin, ul. Inowrocławska 6

Rozglądam się za numerem 2, ale pomiędzy zieloną kamienicą przy Budziszyńskiej, a wielorodzinnym domem przy Inowrocławskiej 6 żadnego budynku nie ma. Całe szczęście, z jednej z kamienic wychodzi starszy ode mnie mężczyzna. Mam więc kogo zapytać.

Cóż się okazuje? Po obu stronach Inowrocławskiej, w miejscu dzisiejszych domów wielorodzinnych i osiedla mieszkaniowego z lat 80-ych stały kiedyś stare drewniane baraki. Jeszcze w połowie lat 70-ych, kiedy większość mieszkańców zaczęła je opuszczać, wyprowadzając się w inne miejsca. Nazwisko Stępień? Stefan Stępień? Być może mieszkał tu z żoną Stanisławą? Nie, nie kojarzy takiego nazwiska. Ale woła ojca, który za chwilę wychodzi z kamienicy. Mieszkał w jednym z baraków od 1958 roku. Stefana Stępnia nie pamięta niestety, choć potrafi wymienić nazwiska innych rodzin mieszkających w barakach. Na końcu Inowrocławskiej stał jeszcze murowany dom... Nie do poznania, jak bardzo zmieniła się okolica od tamtych czasów.

***

A propos żony. Dowiedziałem się o niej z aktu zgonu pradziadka, który zmarł jako wdowiec. Stanisława Stepień, nazwisko rodowe Flugel - tak zapisano. I to jest kolejna zagadka trudna do rozwikłania. Pradziadek nie miał rozwodu z moją prababcią Agatą, swą przedwojenną żoną. Kiedy poznał Stanisławę? Czy jeszcze przed wojną? Czy też w jej trakcie? Stanisława - imię polskie, Flugel - nazwisko niemieckie. Może więc ujrzał ją po raz pierwszy, gdy pracował przymusowo dla III Rzeszy na Dolnym Śląsku? Dowiadywałem się swego czasu w urzędach Janowic Wielkich, Jeleniej Góry, Wrocławia i Szczecina o akt ślubu Stefana ze Stanisławą lub o akt zgonu Stanisławy, ale nie przyniosło to żadnego rezultatu.

***
3 grudnia 1974 pradziadek Stefan uzyskuje meldunek w centrum Szczecina, w starej przedwojennej kamienicy przy ulicy Małkowskiego 19. Wyprowadza się z baraków przy Inowrocławskiej mniej więcej w czasie, gdy robi to większość ich mieszkańców. Jadę w kierunku Małkowskiego.


Kamienica przy ulicy Małkowskiego 19

Dojeżdżam do ulicy zabudowanej trzypiętrowymi kamienicami. Solidne drzwi klatki pod numerem 19 zamknięte, domofon. Wkrótece jednak drzwi się otwierają, a ja mam okazję porozmawiać z wychodzącą kobietą. Nie mieszkała w tym miejscu w czasie, gdy zamieszkiwał tu mój pradziadek pod numerem 15. Wpuszcza mnie do środka na podwórko - numer 15 znajduje się bowiem w budynku wewnętrznej oficyny.


Ulica Małkowskiego 19, oficyna wewnętrzna


Małkowskiego 19, podwórko

Znajduję się jakby w studni wytworzonej przez otaczające mnie budynki kamienic. Mam szczęście porozmawiać z mężczyzną, który mieszka tu od dość dawna. Pamięta mojego pradziadka. Mieszkał samotnie, był starszym mężczyzną, schorowanym, odwiedzanym przez pielęgniarkę ze szpitala milicyjnego. Później zabrano go do domu starców.

***

Dojeżdżam do rozwidlenia dróg. W lewo na Kamień Pomorski, ja jednak skręcam w prawo, by po pewnym czasie skręcić znów w prawo, w wąską asfaltową drogę prowadzącą do dawnego założenia dworskiego. Tak przynajmniej budynek i otoczenie wyglądają. Śniatowo. Dom Pomocy Społecznej. Stefan Stępień trafił tu 9 lutego 1984 roku. Przeżył w tym spokojnym, położonym na uboczu miejscu 2 ostatnie lata swego życia.


Zamieszczam tę reporterską notkę w sieci, licząc na osoby, które przypadkiem trafią na nią i będą miały wiedzę, czy to o barakach przy Inowrocławskiej w Szczecinie, czy też o kamienicy przy Małkowskiego 19. Prawdziwym łutem szczęścia byłoby, gdyby ktoś z czytających pamiętał pensjonariusza DPSu w Śniatowie o nazwisku Stefan Stępień, znał go osobiście z lat powojennych albo wiedział coś więcej o jego i Stanisławy z Flugelów losach.

piątek, 24 października 2014

Skórzewo i Dąbrowa

Skórzewo jest dużą wsią, graniczącą od zachodu z Poznaniem. Pierwsze pisemne wzmianki o niej pochodzą z XV wieku, gdy należało do Drogosławiców herbu Abdank. Gdy do niej wjeżdżałem akurat trwał remont głównej drogi, przejezdny był tylko lewy pas. Z daleka widać już było wieżę kościoła pod wezwaniem świętych Marcina i Wincentego, wybudowanego w latach 1927-1929 przez ówczesnego proboszcza parafii skórzewskiej, księdza Stanisława Kozierowskiego, postaci zasłużonej dla regionu, współorganizatora zwycięskiego powstania wielkopolskiego i jednego ze współzałożycieli Uniwersytetu w Poznaniu. Określając Skórzewo mianem wsi, dokonuje się pewnego nadużycia, w niczym nie różni się ono bowiem od dzisiejszych przedmieść Poznania. W drodze do centrum minąłem cukiernię, supermarket, kilka lokali gastronomicznych, a tuż przy kościele zaparkowałem obok hotelu z restauracją. Gołym okiem widać było dokoła zamożność wielkopolską.

Przy kościele znajdują się pojedyncze pozostałości dawnego cmentarza. Sam kościół posiada ciekawy, ozdobny portal nad drzwiami wejściowymi oraz tablice poświęcone inicjatorowi budowy kościoła umieszczone na ścianie bocznej.








Nieopodal centrum miejscowości, przy ulicy Kolejowej, znajduje się nowy, niewielki cmentarz. Spacerując po nim zauważyłem kilka nagrobków osób o nazwisku Urbaniak. To właśnie to nazwisko przyciągnęło mnie do Skórzewa i do sąsiedniej Dąbrowy, do której udałem się wprost z cmentarza. Z Dąbrowy bowiem pochodziła moja praprababcia Katarzyna Paczkowska z Urbaniaków, urodzona w 1850 roku. Wychowała się w licznej rodzinie Stefana Urbaniaka i jego żony Marianny z Dudziaków. Skórzewo było zaś wsią parafialną. Tu odbywały się wszystkie uroczystości związane z chrzcinami, ślubami i pochówkami członków rodziny. Najprawdopodobniej szczątki mych przodków spoczęły na nieistniejącym już cmentarzu przy kościele.

Dąbrowa ciągnęła się wzdłuż drogi dość długo. I tu widać było wielkopolską zamożność, a miejscowość podobnie, jak Skórzewo przypominała swym charakterem bardziej przedmieście niż wieś. Zwróciłem uwagę na przydrożną figurę Matki Bożej z Dzieciątkiem, budynek szkoły, wybudowany pewnie jeszcze przed I wojną światową oraz ciekawą kapliczkę przed sklepem spożywczym. W roku 1850 Dąbrowa niczym pewnie nie przypominała tej obecnej.






Wszystkie osoby, które mają przodków pochodzących z okolic Skórzewa, o takich samych nazwiskach, jak moi przodkowie Stefan i Marianna, a są zainteresowane genealogią,  zachęcam do kontaktu.

czwartek, 16 października 2014

Cienie juchnowieckich postaci

Każde najzwyklejsze miejsce potrzebuje odkrywcy. Nie inaczej jest z ziemią juchnowiecką, sąsiadującą od południowego zachodu z rogatkami Białegostoku. Czy może być coś ciekawego w Juchnowcu Kościelnym i okolicach? - myślałem nie raz, jadąc samochodem w kierunku Bielska Podlaskiego. Poza widocznymi z lewej strony drogi ruinami w Lewickich, czy białą bryłą kościoła w Juchnowcu Kościelnym, nie widziałem żadnego miejsca, które zwróciłoby moją szczególną uwagę.

A jednak są. Odkrywcą ziemi juchnowieckiej jest niewątpliwie ksiądz Stanisław Niewiński, który wydał książkę pod tytułem "Juchnowiec. Dzieje parafii". Czymże jednak jest historia bez barwnych postaci, bez opowieści pełnych niedopowiedzeń, ubarwiających suchą chronologię zdarzeń? Dopełnienie monografii parafialnej stanowi wydana w tym roku książka "Pokój cieniom. Ziemi Juchnowieckiej historie nieokrzyczane." Wspaniała to pozycja, rozwijająca historie wzmiankowane wcześniej w monografii, często tylko dostatecznie rozwinięte lub naszkicowane - bez dalszego ciągu.

Książka rozpoczyna się od historii obrazu Matki Boskiej Juchnowieckiej, który w XVII wieku zosstał przywieziony do istniejącej od nieco ponad 100 lat parafii, by przez wiele lat przyciągać swym pięknem i mocą wiernych. Skąd "przywędrował"? Tego można z braku wystarczających źródeł  tylko domyślać się. Ksiądz Niewiński wysnuwa własną opowieść o początkach obrazu, w bardzo ciekawy sposób.

W parafialnej monografii autor opisuje szczegółowo sprawę bezprawnej sprzedaży klejnotów parafialnych ofiarowanych przez wiernych i niechlubną rolę w tej sprawie biskupa wileńskiego Stefana Mikołaja Paca, właściciela majątku Żółtki, położonego nieopodal Choroszczy.  Jest jednak wysoce prawdopodobne, o czym pisze autor w drugiej książce, że pozyskane ze sprzedaży środki zostały wykorzystane godnie. Biskup wileński sprowadził bowiem do Choroszczy relikwie świętych Wita, Aleksandry, Walerii i Wiktorii, co kosztowało niemało. Mało kto wie, że relikwiarz sprowadzony wówczas do dziś znajduje się na wyposażeniu choroskiej parafii. Powszechna za to jest wiedza o relikwiach świętego Kandyda, które również mogły być przez biskupa Paca sprowadzone.

Zaletą książki na pewno są dogłębnie (co nie znaczy do końca zbadane opisywane historie, w oparciu o dostepne źródła archiwalne. Dodatkowo, ksiądz Nieciecki odwiedzał miejsca związane z opisywanymi postaciami, często oddalone znacznie od ziemi juchnowieckiej. Świadectwem tego jest bogaty zbiór fotografii na końcu książki.

Mnie najbardziej zainteresowały 4 historie - pierwsza dotycząca ostatniego starosty wasilkowskiego, posiadacza dworu w nieodległej od Juchnowca Niewodnicy Nargilewskiej, Ludwika Kruszewskiego, po części dlatego, że świadkiem jego chrztu był sam Jan Klemens Branicki, a głównie dlatego, że bardzo intersująca i barwna to postać, gawędziarz inspirujący innych, uwikłany w wiele znaczących dla historii Rzeczypospolitej wydarzeń.

Bardzo ciekawie opowiedziano dzieje Księżyna, dziś niepozornej wsi, stanowiącej właściwie przedmieście Białegostoku, niegdyś funkcjonującej pod nazwą Woroszyłowszczyzna.

Równie frapująca jest historia dworu w Lewickich, którego ruiny, wspominane na początku tej notki, widać z drogi prowadzącej  przez wieś. Masońskie symbole widoczne w założeniu dworskim i w architekturze do dziś istniejącej na cmentarzu juchnowieckim kaplicy Nowickich, wysoka pozycja w urzędniczej hierarchii państwa carów członków tejże rodziny, związek całej późniejszej historii rodzinnej z  wybuchem Powstania Listopadowego. Rzec można opowieść pełna tajemnic, doskonały materiał na książkę lub fabułę filmową.

W tym miejscu należą się podziękowania mojej koleżance Ani G., z którą przygotowywałem jedną z ubiegłorocznych imprez Klubu Przewodników Turystycznych przy RO PTTK w Białymstoku i dzięki której tak szybko miałem możność dotrzeć do książek księdza Niewińskiego. Szwendając się po cmentarzu juchnowieckim, zaglądając do kaplicy Nowickich, zastanawialiśmy się, czy rodzina Puchalskich, której nagrobki spotykaliśmy na cmentarzu ma związek z pierwszym po odzyskaniu niepodłegłości prezydentem Białegostoku Józefem Karolem Puchalskim. Byłem prawie pewien, że tak - że słyszałem o tym na którymś spotkaniu w Muzeum Historycznym. Jeden z ostatnich rozdziałów książki "Pokój cieniom" to potwierdza. Puchalscy (Michał i Antonina ze Średzińskich) mniej więcej od 1873 roku posiadali Niewodnicę Nargilewską. Ich synem był właśnie późniejszy prezydent Białegostoku.

Mam i ja swoją zagadkę związaną z Juchnowcem Kościelnym. Szwendając się po cmentarzu znalazłem na jednym z XIX-wiecznych metalowych nagrobków tabliczkę z napisem  w języku rosyjskim "F. Gienelt. Bielostok". W ten sposób producenci metalowych  i kamiennych części nagrobków oznaczali wyroby swej pracy. Przyznam, że do dziś nie zidentyfikowałem takiego przedsiębiorcy metalurga z Białegostoku. Poniżej zdjęcie tabliczki (niezbyt dobrej niestety jakości).


Ks. Stanisław Niewiński "Pokój cieniom. Ziemi Juchnowieckiej historie nieokrzyczane", Juchnowiec Kościelny, 2014.