wtorek, 24 marca 2015

Zachorzów i Sławno

Z Barda pojechałem do Zachorzowa, małej wioski położonej w gminie Sławno, w powiecie opoczyńskim. Obszar powiatu opoczyńskiego należącego do województwa łódzkiego graniczy z województwem kieleckim. Miałem więc do przejechania nieco ponad 100 km.

Według "Słownika Geograficznego Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich" wieś istniała już w XVI wieku i nosiła nazwę Zacharzew. Zacharzewskie role folwarczne dawały wówczas dziesięcinę wartości kilku groszy plebanowi w Sławnie.

Mój przodek wyjechał na zawsze z tej miejscowości w połowie XIX wieku, więc poza odległymi związkami genealogicznymi nie wiąże mnie dziś nic z Zachorzowem. Chciałem tam jednak pojechać i poszukać śladów przeszłości.

Mój praprapradziadek Bonifacy Krzysztofik urodzony pod koniec XVIII lub na początku XIX wieku, wraz z małżonką (nie jestem niestety pewien jej imienia), która nosiła nazwisko panieńskie Martyka, mieszkał w Zachorzowie w pierwszej połowie XIX wieku. Bonifacy zmarł 11 lipca 1847 roku, jego małżonka przed 1851 rokiem. Ich syn, a mój prapradziadek Stanisław Krzysztofik urodzony 14 listopada 1841 roku w Zachorzowie, wyjechał do leżącej już za Sulejowem parafii Skórkowice, gdzie 20 października 1862 roku poślubił Katarzynę Dzidkowską. Prapradziadkowie zamieszkali w Zygmuntowie nieopodal Szarbska. I tam toczyły się ich dalsze losy.

Do Zachorzowa wjechałem wcześnie rano, w piękny słoneczny dzień, od strony Prymusowej Woli. Asfaltowa droga i płasko dookoła. Jakiż kontrast w porównaniu z górzystymi okolicami Barda. Już na samym początku spotkała mnie miła niespodzianka. Zauważyłem kapliczkę, podobną do tych z okolic Skórkowic, ze znamienną dla mych genealogicznych koneksji inskrypcją:

"Fundatorowie Jan i Maryianna małżonkowie Krzysztofiki proszą przechodnich o westchnienie i błogosławieństwo do boga. Kwietnia 14 dnia 1877 roku."


Podobnych kapliczek napotkałem jeszcze kilka, o czym w dalszej części tekstu, choć żadna z nich nie nosiła inskrypcji tak ciekawej i nie legitymowała się tak dawną metryką, jak ta na zdjęciu powyżej.

Wkrótce dojechałem do centralnego punktu wioski, w którym krzyżowały się trzy drogi: w prawo ślepa wiodąca do kościoła widocznego nieopodal, w lewo do kolonii Zachorzów. Droga  zaś na wprost biegnąca, szybko wychodziła poza opłotki Zachorzowa, przebiegała przez pola i wpadała do widocznego na horyzoncie lasku.

Na skrzyżowaniu dróg stała kapliczka zwieńczona figurką Matki Boskiej wzniesiona w roku 1919, jak głosił napis na cokole: "Matko nie opuszczaj nas. Ta figura w zniesiona na chwałę bożą, wczasie niepodległej Polski 1919 roku. Włoscjan wsi Zachożowa."



Bardzo malowniczo przedstawiał się drewniany kościółek po prawej z towarzyszącą mu dzwonnicą. Został wybudowany w roku 1785 jako kaplica dworska pw. św. Izydora z fundacji Michała Domaniewskiego, starosty szczurawskiego i jego żony Doroty Dunin Brzezińskiej. Parafia została erygowana w Zachorzowie dopiero w 1958 roku, a w 1986 dawna kaplica dworska została rozbudowana i dziś służy jako kościół parafialny pw. św. Michała Archanioła.



Obok kościoła znajduje się pomnik błogosławionego Henryka Krzysztofika zamęczonego w Dachau. Wnętrza świątyni nie udało mi się jednak zobaczyć.



Wrócilem do centralnego punktu wsi i ruszyłem drogą prosto tam, gdzie na horyzoncie wcześniej widziałem lasek. Wkrótce dotarłem do cmentarza, który położony był po lewej stronie drogi. Po prawej zaś na wzgórzu wśród sosen stała kapliczka wskazująca na to, że w miejscu tym chowano kiedyś ofiary XIX-wiecznych epidemii cholery. "Na cześć i chwałę Panu Bogu. 1953 r. Figura wzniesiona przez mieszkańców wsi Zachorzów, tu spoczywają zwłoki zmarłych na epidemje cholery 1865 i 1894 r. Przechodniu proszą Cię o Zdrowaś Marja".



Cmentarz zachorzowski musiał powstać w latach 50-ych XX wieku. Żaden z nagrobków nie ma bowiem metryki starszej. Jest niewielki. Sporo nagrobków osób o nazwisku Krzysztofik. O wiele rzadziej da się zauważyć nazwisko Martyka. Na jednym z krzyży nagrobnych zamiast inskrypcji zauważyłem zdjęcia kobiety, co raczej nie zdarza się często.



Z cmentarza wróciłem z powrotem do Zachorzowa i przyjrzałem się innym kapliczkom wiejskim. Oto niektóre z nich:



Kapliczka ze świętym Janem Nepomucenem z końca XIX wieku.



Kapliczka stojąca zaraz przy wjeździe z Zachorzowa do Zachorzowa-Kolonii. "Najsłodsze serce Maryi, zlituj się nad nami. Fundatorowie włosc. Kol. Zachorzow, 1937 r."



Najnowsza z oglądanych przeze mnie kapliczek.



Kapliczka stojąca u południowo-zachodniego krańca wsi z 1920 roku.


***

W czasach, gdy w Zachorzowie mieszkali moi przodkowie, miejscowością parafialną, gdzie chrzczono dzieci, zawierano śluby i odprawiano nabożeństwa żałobne było Sławno. Dziś oddzielone jest od Zachorzowa ruchliwą drogą krajową nr 12 łączącą nieodległy Sulejów z Opocznem. Kiedyś zapewne do Sławna szło się bądź jechało bez przeszkód przez okoliczne pola i lasy.

Przy drodze do Sławna w lesie po prawej stronie zauważyłem pomnik poświęcony pamięci 42 powstańców styczniowych z oddziału kapitana Waltera, poległych w walce z Moskalami 9 kwietnia 1864 roku.


Wkrótce las się skończył i wjechałem do Sławna. Zattrzymałem się przy cmentarzu po lewej stronie drogi. Jest o wiele starszy i większy od zachorzowskiego, z zachowanymi ciekawymi starymi nagrobkami.


Nagrobek rodu Poklewskich-Koziełł, do których należał majątek Mniszków. Inskrypcje nagrobne wskazują, że pochowani są tu Paweł Poklewski-Koziełł (1839-1902) i Zygmunt Poklewski-Koziełł zmarły w wieku 10 miesięcy w 1879 roku.


Nagrobek Franciszka Malinowskiego (1816-1887).


Nagrobek Michała Cielca (1824-1900).


Nagrobek rodziców pochodzącego z Zachorzowa, wspomnianego wyżej, błogosławionego Henryka Krzysztofika.


Nagrobek Andrzeja Psarskiego (1818-1870), właściciela wsi Grabowa.


Nagrobek Stanisława Mąkólskiego (1820-1891) wystawiony przez wdzięcznych wychowańców.


Nagrobek Emilii Formińskiej (1848-1865).


Nagrobek Urszuli z Buczniów Żarskiej (1825-1895).


Dom duszy Franciszki Grabińskiej (1827-1859).

W centrum Sławna, dość niewielkiej, choć charakteryzującej się gminnym wyglądem miejscowości, stoi kościół św. Gereona z 1852, a więc z czasów nieco późniejszych, niż te, które ze względów genealogicznych mnie interesują.


Za kościołem widać zdziczały park dworski z końca XIX wieku. Zwracają uwagę również figura św. Floriana przed budynkiem Ochotniczej Straży Pożarnej, pomnik Józefa Piłsudskiego i kapliczka z 1931 roku.

Po dość krótkim rekonesansie wyjechałem ze Sławna w kierunku na Tomaszów Mazowiecki, pozostawiając tu w sieci ten krótki ślad bytności w krainie przodków.

poniedziałek, 16 marca 2015

Bardo

Minąłem Raków, Rembów i w Sadkowie zjechałem z drogi numer 74 w boczną asfaltówkę w kierunku Barda. Szary pasek wił się wśród wzgórz, jeszcze nie zazielenionych, wszak to dopiero połowa marca. Wreszcie zaczęły się zabudowania, a przede mną na wzgórzu widać było biało-czerwoną sylwetkę kościoła. Dojechałem do miejscowości, gdzie 6 grudnia 1900 roku urodził się mój pradziadek Stefan Stępień.

***

Pierwsze udokumentowane informacje o Bardzie sięgają końca XIV wieku, gdy należało ono do rodziny Kurozwęckich. Od 1470 roku stał we wsi drewniany kościół ufundowany przez Mikołaja z Kurozwęk, wokół kościoła znajdował się zaś cmentarz. Po śmierci ostatneigo właściciela z Kurozwęckich właścicielką wsi została Jadwiga Gnoińska, która wyszła za mąż za działacza reformacyjnego Jana Sienieńskiego. Nieopodal Barda znajduje się Raków, w średniowieczu silny ośrodek ariański. Arianie, po sąsiedzku zapisali się w historii Barda, paląc kościół, a teren wokół wraz z cmentarzem równając z ziemią, jak dowiedziałem się od księdza proboszcza.

***

Dzisiejszy kościół stoi w zupełnie innym miejscu, a miejsce dawnego, spalonego kilka wieków temu jest w sposób mglisty pamiętane przez mieszkańców wioski. Według księdza proboszcza, miejsce dawnego kościoła znajdowało się przy drodze z Barda do Łagowa. Jeden ze starszych mieszkańców wsi, 80-letni pan Feliks powiedział mi, że od ojca słyszał, iż miejsce spalonego kościoła jest tam, gdzie dziś stoi opuszczone gospodarstwo państwa Religów. Miejsce to zupełnie z daleka nie przypomina gospodarstwa, zarosło bowiem prawie doszczętnie drzewami.


***

Takich pustostanów przybywa we wsi, niegdyś sporej. Składały się na nią 3 osady: Bardo Dolne - wieś i folwark, Bardo Górne - wieś i Bardo - plebanię, wchodzącą w skład gminy Rembów. Jak mówi pan Feliks, we wsi było 180 domów, dziś zostały dwie krowy, dwóch starszych gospodarzy, a większość młodych wyjechało.

***

Obecny kościół parafialny, barokowo-klasycystyczny został wybudowany w 1789 roku z inicjatywy Barbary Misiewskiej, stolnikowej bracławskiej, wówczas właścicielki wsi. Biało malowany kościół z czerwonym dachem stoi w centrum, na wzgórzu, w miejscu widocznym z wielu stron. Przy kościele zaś dzwonnica, mieszcząca dzwon pochodzący z XV wieku.



***
Mam problem z genealogią pradziadka Stefana. Księgi metrykalne bardzkie spłonęły pod koniec drugiej wojny światowej, nie ostały się nawet duplikaty. Według księdza proboszcza, w 1945 roku, gdy ruszył front, pocisk uderzył w budynek plebanii, w którym utworzyła się dziura. Księgi parafialne zostały przeniesione na przechowanie do nieopodal położonego budynku organistówki. Budynek plebanii przetrwał, ale ogranistówka spłonęła wraz z zawartością, trafiona innym pociskiem.

***
Wnętrze kościoła bardzkiego niewielkie, ale bardzo interesujące i sprzyjające intymnej atmosferze modlitwy. W ołtarzu głównym znajduje się obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem, ołtarz boczny po lewej stronie został zdjęty najprawdopodobniej do konserwacji, gdyż ściana, w miejscu gdzie wisiał jest pusta, natomiast z prawej strony w ołtarzu bocznym znajduje się bardzo ciekawy obraz św. Izydora Oracza.




***
Za kościołem droga mocno skręca na południe. Dojeżdżam nią do cmentarza, chcą upewnić się, czy Stępniowie to typowe dla Barda nazwisko. Mam bowiem wątpliwości, czy rodzina Stefana pochodziła stąd. Kolejni jego bracia i siostry rodzili się w Wojnowicach niedaleko Radomska.

Cmentarz jest nieduży, niewiele więc czasu trzeba, aby przejść między wszystkimi nagrobkami. Tych z nazwiskiem Stępień jest niewiele. Raptem 2.

***
Wspomniany pan Feliks nie kojarzy Stępniów w Bardzie. Nagrobki Stępniów na cmentarzu związane są według niego z rodzinami z Zalesia w parafii Szumsko i z Czyżowa, z tym, że w drugim przypadku nazwisko Stępień dotyczy nauczyciela ze Słupii, który przybył do Czyżowa.

***

Na cmentarzu w Bardzie znajduje się za to kilka starych interesujących nagrobków. Najstarszym wydaje się być ten z 1861 roku:


"Tu spoczywają zwłoki ś. p. Jana Cwiertniewicza, zmarłego 19 stycznia 1861 r. w wieku lat 20. Pogrążona w nieutulonym żalu pozostała matka po stracie drogiego syna. Tę pamiątkę kładzie prosząc o pobożne westchnienie." - głosi inskrypcja.

Pozostałe odróżniające się wiekiem nagrobki to:


nagrobek Marii Karmańskiej z Michnowskich herbu Wczele (1847-1891),


nagrobek Michała Baltena (1852-1913),


nagrobek Michała Cichego (1897-1911) wystawiony przez dziadka Jakuba Pałkę.

***
Opuszczam Bardo. Dowiedziałem się niewiele, ale to i tak dużo, gdyż niczego więcej nie spodziewałem się dowiedzieć. Być może wieś ta była tylko miejscem postoju prapradziadków Kacpra i Józefy Stępniów, którym urodził się syn Stefan, z którego wyruszyli dalej w okolice Radomska, a później na Wołyń.

środa, 11 marca 2015

Jan Uzarek, mój 4xpradziadek

Zajmowanie się genealogią to szaleństwo. Nic bowiem poza cząstką materiału genetycznego nie łączy nas z pokoleniami odległymi w czasie. Nie znaliśmy tych ludzi, ich świata wartości, udogodnień technicznych, z których korzystali, codziennych czynności. Nie łączy nas z nimi żaden związek emocjonalny. Ba! Dowiadujemy się o ich istnieniu przeważnie z dokumentów, gdyż pamięć rodzinna nie sięga tak daleko w przeszłość. O ile dokumenty mówią prawdę. Wezmę dla przykładu moją prababcię Józefę. Jej obecność na tym świecie zakończyła się prawie równo 50 lat przed moim urodzeniem. Od tamtych zamierzchłych już czasów do czasu, gdy przyszedłem na świat minęło kilka epok: dwudziestolecie międzywojenne, II wojna światowa, wprowadzanie do Polski komunizmu, mała stablilizacja gomułkowska, Gierek. O samej Józefie niewiele słyszałem w dzieciństwie, pamięć rodzinna przechowała o niej zaledwie garść informacji. A ja właśnie znalazłem akt zgonu jej pradziadka.

*

Po co w ogóle zajmować się genealogią? Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Sama ciekawość tego, skąd pochodzą moi antenaci, jakie warstwy społeczne reprezentowali, w co wierzyli, jakich dokonywali wyborów jest czysto subiektywnym czynnikiem. Chęć dotarcia do informacji archiwalnych, które dziś istnieją, ale nigdy nie wiadomo, czy będą istnieć jutro, chęć zachowania ich dla przyszłych pokoleń, dołożenie swojej cegiełki do historii rodzinnej na pewno też gra dużą w tym rolę. Myślę, że każdy zajmujący się w jakiś sposób badaniem historii swojej rodziny ma swoje motywacje. Dodałbym do tego jeszcze zagadki, które pojawiają się podczas poszukiwań, pobudzające wyobraźnię. Ciekaw jestem, co wy o tym myślicie, genealodzy?

*

Mam w ręku płytę DVD zatytułowaną "Akta stanu cywilnego parafii rzymskokatolickiej w Odolanowie (1808-1874)". Druga strona okładki tejże płyty zawiera wyjaśnienie: "[...]Oryginały ksiąg metrykalnych, których elektroniczne wersje zostały umieszczone na niniejszej płycie, znajdują się w Archiwum Państwowym w Poznaniu. Dzięki życzliwości dyrektora tej placówki, Pana Henryka Krystka i przy finansowym wsparciu Stowarzyszenia Fundusz Grantowy Dobrego Sąsiedztwa dla Ostrowa Wielkopolskiego możliwe stało się ich zdigitalizowanie i udostępnienie w formie cyfrowej szerokim kręgom badaczy.

Radość i duma Ostrowskiego Towarzystwa Genealogicznego jest tym większa, bowiem to członkowie OTG jesienią 2007 roku odnaleźli część ksiąg metrykalnych parafii rzymskokatolickiej w Odolanowie, wcześniej uznawanych za zaginione, a które dziś znajdują się w zasobie Archiwum Państwowego w Poznaniu (sygnatury 100-162).[...]"

To właśnie w jednym z plików na płycie, zawierającym skany duplikatu księgi zmarłych z roku 1854 ("Duplicat Mortuorum ecclesiae Parochialis Odolanoviensis pro 1854") odnalazłem akt zgonu swego prapraprapradziadka Jana.


*

O istnieniu Jana Uzarka wiedziałem już wcześniej, dzięki odnalezionemu aktowi urodzenia Wojciecha Uzarka, mego praprapradziadka. Wiedziałem, że żonaty był z Rozalią z Kubiców i że mieszkał z nią we wsi Garki koło Odolanowa w południowej Wielkopolsce. Dotarłem także już wcześniej do informacji o innych dzieciach Jana i Rozalii: Michale, Mariannie, Rozalii, Baltazarze, Augustynie, Zuzannie i Tomaszu. Nie wiedziałem nic więcej, ani gdzie i kiedy się urodził, kiedy brał ślub, czym zajmował się w życiu, ani gdzie i kiedy zmarł.

*

Przyjrzyjmy się na przykładzie odnalezionego zapisu, czego więcej można dowiedzieć się o samym Janie.

Tu mała dygresja. Na płycie DVD, którą właśnie przeglądałem znajdują się głównie duplikaty ksiąg stanu cywilnego, prowadzone przez parafię katolicką w Odolanowie. Spotykałem się już z tym, że w duplikatach ksiąg stanu cywilnego zamieszczano często tylko część informacji, które dostępne są w tak zwanych unikatach tych ksiąg. Mam wrażenie, choć unikatów odolanowskich jeszcze nie widziałem, że tak jest również i w badanym przeze mnie przypadku. Często bowiem w duplikatach ksiąg ślubów nie wpisywano rodziców małżonków. Czyni to bardzo trudnym dotarcie do informacji dotyczących wcześniejszych pokoleń przodków.

*

Wróćmy jednak do aktu zgonu Jana Uzarka. Księga zgonów składa się z rubryk, a nie z ciągłego tekstu z informacją o zgonie i w odpowiednio nazwanych rubrykach został też zapisany ten akt.

Pierwsze trzy rubryki to numer: 127 oraz data zgonu, w tym wypadku 19 sierpnia. Obok ważna informacja mówiąca o miejscu zgonu: Garki. W Garkach urodził się  także wnuk Jana - Marcin, mój prapradziadek, tam też żył i zmarł syn Jana - Wojciech, mój praprapradziadek.

Kolejne dwie rubryki: imię i nazwisko zmarłego - Joannes Uzarek i wiek - 60 lat. Z tego wynika, że Jan urodził się około 1794 roku. Wiek Jana został pewnie podany w przybliżeniu przez osobę zgłaszającą, jak uczy genealogiczne doświadczenie.

Kolejna rubryka dotyczy zajęcia zmarłego, profesji: agricola. Czyli mój antenat był rolnikiem, jak zdecydowana większość odkrytych dotychczas przodków.

Dwie następne rubryki przeznaczone są na wpisanie nazwisk rodziców. W przypadku Jana pozostały one puste. Osoba zgłaszająca zgon nie wiedziała najprawdopodobniej, jak mieli na imię. Aby więc dotrzeć do informacji o rodzicach Jana, należałoby odnaleźć jego akt ślubu, o ile zachował się.

Kolejna informacja w polu przeznaczonym na wpisanie przyczyny zgonu: inflammatio, czyli stan zapalny. Bóg jeden raczy wiedzieć, co to może dokładnie oznaczać.

Dalej: ex uxore, czyli zmarły Jan w chwili śmierci był żonaty.

I ostatnia rubryka, dzięki której nabrałem pewności, że dotyczy Jana Uzarka, mego prapraprapradziadka, a nie jakiegoś innego Jana. Pozostawił bowiem żonę Rozalię (zgadza się!), co zapisano, jako "dereliquit uxorem Rosalia". I teraz niespodzianka. Wymieniono dzieci z pierwszego małżeństwa (z kim?), o których nie wiedziałem: Katarzyna 44 lata, Józef 40, Barbara 29 i Jan 27.

Dalej "idą" dzieci z drugiego małżeństwa, znane mi wcześniej: Marianna 26, Wojciech 25, Rozalia 23, Baltazar 21, Marcin 18, Zuzanna 8, Tomasz 7.

Nie zgadza się tu wiek tylko dwóch ostatnich: Zuzanny, która według aktu urodzenia w roku 1854 miała 11 lat, nie 8 i Tomasza, który powinien mieć wpisane 10 lat, a nie 7.

Brakuje w tym zestawieniu Augustyna, który mógł wcześniej umrzeć, choć nie dotarłem jeszcze do jego aktu zgonu.

Naajwiększą zagadką jest Michał, ale nie jego brak w zestawieniu, gdyż o jego istnieniu wiem z odnalezionego aktu zgonu. Z innej przyczyny. Michał zmarł bowiem w roku 1836 w wieku 13 lat, czyli musiał urodzić się w roku 1823. Jako rodziców w akcie zgonu wpisano Jana Uzarka i Rozalię Kubicę. Gdyby dożył zgonu swego ojca w roku 1854, miałby wówczas 31 lat, czyli byłby starszy od Barbary i Jana, dzieci Jana Uzarka z pierwszego małżeństwa. Ale przecież w akcie zgonu wpisano, że matką Michała była Rozalia Kubica, druga żona Jana. Więc?

Czy spisując zgon Michała w roku 1836 ksiądz się pomylił i wpisał jako matkę Rozalię, zamiast pierwszej żony? A może pierwsza żona Jana również nazywała się Rozalia Kubica?


poniedziałek, 23 lutego 2015

Gdy przyszła wojna...

"Wojska niemieckie weszły do Warszawy wraz z jesiennym chłodem i mrokiem. Z dwu plag ta druga, atmosferyczna, była bardziej bodaj dotkliwa od pierwszej. Pozbawione okien mieszkania, dziury w murach i sufitach, chwiejne podłogi, wypalone czy puste piwnice, nieczynna sieć gazowa, wodociągowa i elektryczna spowodowały troski, powiększające zasęp bezradnej godziny. Były to jedyne dni, kiedy Warszawą owładnął smutek. Bliskość umarłych, leżących tuż tuż w nie uprzątniętych wciąż mogiłkach ulicznych, powiększała przygnębienie."

Powyższe wspomnienie Ferdynanda Goetla w książce "Czasy wojny" nieznośnie dla mnie podczas lektury korespondowało z wiadomościami, które dzień w dzień sączyły się poprzez media z ukraińskiego frontu. Krótka retrospekcja - Nie tak dawno przecież podziwialiśmy Ukraińców za wydarzenia na Majdanie, oglądaliśmy zdjęcia z opuszczonej przez Janukowycza rezydencji, pełnej bizantyńskiego i bezgustownego przepychu. Wkrótce nastąpiła jednak aneksja Krymu, rozruchy w Doniecku i Ługańsku, tak zwane konwoje humanitarne z Rosji, zestrzelenie holenderskiego samolotu, zdobycie Nowoazowska, mińskie rokowania, ostrzelanie Mariupola, Debalcewe. To wszystko pokazało nam kruchość podstaw, od których zależał spokój naszego, europejskiego świata. Jak nic wojna i to tak niedaleko. Puszka Pandory otwarta została szerzej i na Bliskim Wschodzie. Poza odwiecznym konfliktem izraelsko-palestyńskim i próbami pozyskania broni nuklearnej przez Iran, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić i na co zobojętnieć, doszła ekspansja Państwa Islamskiego, rozlokowanego już na sporych obszarach Iraku, Syrii, Jemenu, Libii, a końca ekspansji terytorialnej nie widać. Dodatkowo w dobie dostępnego wszędzie internetu epatuje bestialskimi i barbarzyńskimi mordami, prowokując do zadawania pytań o możliwość współistnienia ze światem islamu. Zastanawiam się nieraz - dotrze, czy nie dotrze do nas zaraza wojenna. A jeśli dotrze, to kiedy i jak bardzo zmieni nasze życie, jako analogię mając w świadomości II wojnę światową, która potrafiła obrócić w perzynę świat naszych pradziadków, dziadków czy też rodziców.

Ferdynand Goetel, o którego niedawno przeczytanej książce chciałbym parę słów napisać, syn potomka niemieckich osadników, wychowany w niezbyt zamożnej rodzinie - ojciec był kolejarzem i kelnerem (zresztą wcześnie osierocił syna), matka zaś krawcową; urodzony w Suchej Beskidzkiej, wychowany w Krakowie i we Lwowie; w chwili wybuchu II wojny światowej miał za sobą kawał burzliwego i niezwykle bogatego życiorysu. W czasie I wojny światowej został zesłany przez władze rosyjskie do dalekiego Taszkientu skąd uciekł z powrotem do Polski po wybuchu rewolucji, gdzie z kolei z dużą siłą wybuchł jego talent literacki. Obejmował prestiżowe funkcje: prezesa polskiego oddziału Pen Clubu oraz Związku Zawodowego Literatów Polskich, a na rok przed wojną wydał kontrowersyjną książkę "Pod znakiem faszyzmu", będącą apoteozą włoskiego faszyzmu. Sympatyzował poza tym z piłsudczykami. W 1939 roku miał już 51 lat i zapewne nie przypuszczał, że będzie wkrótce zaczynał życie na nowo, o czym poza zniszczeniami pozostawionymi przez ślepą machinę wojenną, zadecyduje drobny, wydawałoby się, epizod wojenny.

Goetel, podobnie, jak Józef Mackiewicz, był jednym z pierwszych Polaków, którzy w 1943 roku widzieli masowe groby polskich oficerów w Katyniu. Sporo o tym właśnie fakcie - wyjeździe do Katynia, poprzedzonego odkryciem masowych grobów przez Niemców, wahanimi polskich organizacji, stosunku społeczeństwa polskiego do rozgłaszanych przez okupanta informacji,  wreszcie samych przygotowaniach do wyjazdu, a także dalszych losach pisarza, uwieńczonych ucieczką z kraju, można przeczytać we wspomnianej przeze mnie książce. Nie mam serca jednak do pisania rozbudowanej recenzji, choć książka bardzo mi się podobała. Chciałbym natomiast zwrócić uwagę czytelnika na te fragmenty książki, które pobudziły mnie szczególnie do refleksji.

Przyzwyczailiśmy się, że literatura traktująca o wojnie, pisana jest według pewnego ogólnego schematu. Wybuch wojny, kampania wrześniowa, wkroczenie Sowietów, upadek państwa, rząd Sikorskiego, tworzenie struktur państwa podziemnego, śmierć Sikorskiego, akcja Burza i powstanie warszawskie, proces szesnastu i inne wydarzenia historyczne, stanowiące kamienie milowe w historii II wojny światowej, a na tle tych ważnych dla kraju wydarzeń toczy się właściwa akcja. Tu też z pozoru tak jest, a jednak mam wrażenie, że autor uwypuklił przede wszystkim taki obraz wydarzeń, który jest bliski szaremu człowiekowi, oddalonemu od głównej areny wydarzeń, za to blisko szarej codzienności, nieobecnej na kartach wielu książek o tematyce II wojny światowej. Wiele więc w książce epizodów nieznanych szerszemu gronu czytelników. Choćby ten opis Zaduszek 1939 roku, świadczący o trwałości zbudowanej przed wojną tkanki solidarności społecznej, dającej nadzieję po dwóch miesiącach zniszczenia na odbudowę normalnego życia:

"W Dzień Zaduszny Warszawa pierwszy raz drgnęła i zamanifestowała, że ją ożywia jednak wspólne uczucie. Na grobach rozrzuconych po mieście zabłysły światła. Całe orszaki ludzi opuściły domy, aby sprawować tradycyjny obchód, który w tak szczególnych okolicznościach nabrał potężnego wyrazu. Świeczki i lampki ustawione na grobach ujawniły nagle nie tylko większe cmentarze na skwerach, lecz i mogiłki zapomniane w zaułkach, podwórzach, wśród ruin. W mroku nie oświetlonych ulic mury nikły. Całe miasto wyglądało wówczas jak jeden cmentarz."

Ciekawe są również w książce fragmenty dotyczące budowania namiastki życia literackiego w stolicy za okupacji niemieckiej, opisy prężnej prywatnej działalności gospodarczej, działającej mimo zakazów, kar (z karą śmierci włącznie), kreującej dobrobyt skazanego na upadłość miasta poprzez nowy podział administracyjny i odcięcie od tradycyjnych źródeł zaopatrzenia  w solidarności z polską wsią, która również metodą podziemną niezgorzej potrafiła funkcjonować gospodarczo niż przed wojną.

Opisy współdziałania polskiego społeczeństwa w zmaganiach z okupantem niemieckim uzupełnione są fragmentami świadczącymi o samotności ludności żydowskiej zapędzonej do getta, a później walczącej samodzielnie o godną śmierć podczas jego likwidacji przez Niemców. Autor w sposób niezwykle sugestywny opisuje granicę pomiędzy żywiołem polskim, a żydowskimi mieszkańcami stolicy, ginącymi w beznadziejnej walce z okupantem, przy częściowej obojętności (opis wesołego miasteczka pod murami getta, przywołany podobnie jak w znanym wierszu Miłosza), a przede wszystkim niewiedzy społeczeństwa polskiego, o tym co dzieje się za murami odgrodzonego od reszty miasta getta.

Nie mogło zabraknąć w książce zdań na temat powstania warszawskiego. Autor wyraźnie przeciwny politycznej decyzji o jego wybuchu, nie liczącej się z realną możliwością wsparcia go przez mocarstwa sprzymierzone, zdawał sobie sprawę, że tak silna była nienawiść do Niemców po 5 latach okupacji niemieckiej, iż beczka prochu musiała w końcu wybuchnąć.

Występują tu również epizodycznie znane postaci przedwojennego świata literackiego. Adolf Nowaczyński już u schyłku życia, wypijający potężne ilości "przedśmiertnych" kaw, autor cenionych przeze mnie pozycji z historii Wielkopolski "Warta nad Wartą" i "Poznaj Poznań", przed wojną antysemita, po doświadczeniach okupacji niemieckiej wyraźnie sympatyzujący z ludnością żydowską. Zmarł w przededniu powstania:

"W parę tygodni później umarł w szpitalu Rocha, a więc w samym środku Warszawy. I znów przesunęło się przed nami widmo dawnych lat, gdy na nabożeństwie w kaplicy św. Karola Boromeusza zaśpiewali na chórze śpiewacy operowi, trumnę zaś wynieśli na ramionach Solski, Olchowicz, Wroczyński, Ossendowski, a za nią szedł "teatr", "prasa", "sfery" gospodarcze i polityczne oraz trzy generacje przyjaciół zmarłego. Nie wiedzieliśmy wówczas jeszcze, że to ostatnie pożegnanie oddane warszawskiemu torreadorowi pióra, było zarazem i ostatnim pożegnaniem, jakie nam składała dawna Warszawa".

Jest i Ferdynand Antoni Ossendowski, autor wielu bestsellerów, niezwykle płodny pisarz. Dla mnie ważna ze względu na mieszkających w Pińsku przodków, choć nieco przereklamowana, była jego książka o Polesiu, osiągająca swego czasu niebotyczne ceny w antykwariatach, zanim została wznowiona niedawno. Ossendowskiego spotkał Goetel już po upadku powstania w Milanówku. Musiała to być jedna z ostatnich przywoływanych w literaturze rozmów Ossendowskiego, gdyż ten wkrótce zmarł, a NKWD rozkopywało grób pisarza już po zdobyciu Warszawy, chcąc mieć pewność, że autor książki o Leninie rzeczywiście nie żyje.

"Na jednej z ławeczek w Milanówku przysiadł się do mnie Ossendowski. Rozmowa przeszła rychło na sprawy powstania.

- Wie pan, co myślę? - spytał mnie autor książki o bogach, ludziach i zwierzętach. - Był klucz do rozwiązania tej sprawy. Ale ten mieli w ręku Rosjanie.
-Że niby nie przeszli Wisły? - replikuję sceptycznie.
- Tak! Pan w to nie uwierzy. Ja rozumiem. Pan był w Katyniu. Ale właśnie w tych wrześniowych dniach, gdyśmy już byli tak zrozpaczeni wewnętrznie, tak opuszczeni przez wszystkich i zawiedzeni, w tych, mówię, dniach, gdyby oni przeszli Wisłę i wyciągnęli do nas dłoń, może byśmy przebaczyli jeszcze i tamto i potrafili zawiązać z nimi coś, co rokowało jakąś przyszłość przyjazną, jakieś współżycie. Była taka chwila. Nie sądzi pan?"

Zaskakująca opinia kogoś, kto na wylot znał państwo sowieckie.

Listę ciekawych wątków zamknę wspominając opis Krakowa, do którego autor przybył po zniszczeniu stolicy. Bardzo oryginalne spostrzeżenia na temat różnic pomiędzy Krakowem i Warszawą,  i co z tego wynika - mentalności mieszkańców obu miast.

Różnego rodzaju ciekawostek i smaczków jest pełna ta książka. Mógłbym je jeszcze długo wymieniać. Ale najlepiej po prostu zachęcić do jej przeczytania.

Ferdynand Goetel, "Czasy wojny", Oficyna Wydawnicza Graf, Gdańsk, 1990.


czwartek, 5 lutego 2015

Książka w ukryciu (a propos Bielska Podlaskiego)

Cofnę się raz jeszcze do wycieczki Śladami Augustyna Mirysa, która odbyła się w październiku zeszłego roku, gdyż wyjazd ten okazał się nadzwyczaj płodny, jeśli chodzi o nową wiedzę. Książka Stanisława Szymańskiego, która posłużyła mi do przygotowań, oferowała dużo, jeśli chodzi o tego oryginalnego artystę, ale jest dziełem niekompletnym, a w dodatku wydanym dość dawno. Wielu dodatkowych informacji o artyście dostarczył mi za to internet. Szymański na przykład ni słowem nie wspomniał o pracach Mirysa nad obrazami ołtarzowymi do kościoła pw. Narodzenia Najświętszej Marii Panny i św. Mikołaja w Bielsku Podlaskim. W internecie można było natomiast przeczytać, że obraz w ołtarzu głównym, przedstawiający nawiedzenie Matki Bożej wyszedł spod ręki szkockiego malarza. Ale znalazłem również informacje mówiące o innych obrazach ołtarzowych, namalowanych przez tego artystę do bielskiego kościoła. Niestety nic więcej nie dowiedziałem się, gdy zadzwoniłem do parafii. Zamęt pogłębił dodatkowo, otrzymany niedługo przed wycieczką, biogram Mirysa z Polskiego Słownika Biograficznego, w którym można było przeczytać, iż namalował on aż 4 obrazy ołtarzowe do bielskiej świątyni.

Podczas wycieczki, przyglądając się wraz z jej uczestnikami obrazom ołtarzowym w bielskim kościele, usłyszeliśmy od siostry, która otworzyła nam drzwi, że parę lat temu została wydana książka - album, w której znajdują się informacje na temat każdego obrazu znajdującego się w świątyni. Siostra niestety nie pamiętała tytułu ani autora, ale wiedziałem już, że o książkę powinienem pytać w biurze parafialnym.

Niestety ustalenie tytułu książki oraz miejsca, gdzie można ją zakupić nie okazało się łatwe. Nie opiszę tu też wszystkich perypetii związanych z jej poszukiwaniami. Dość powiedzieć, że początkowe zapytania w parafii nie doprowadziły mnie do celu. Dopiero, gdy ponad wszelką wątpliwość ustaliłem w internecie o jaki tytuł mogło chodzić, gdy zadzwoniłem do Wydawnictwa Sióstr Loretanek, które książkę wydało i dowiedziałem się, że wszystkie egzemplarze zakupiła parafia w Bielsku Podlaskim, książkę zlokalizowałem i nabyłem.

Dzieło Ks. Eugeniusza Beszty-Borowskiego, bo o nim mowa, jest książką niezwykłą. Autor pracował nad nią przez dużą część swego życia i nie udało mu się jej ukończyć. Dzięki pracy redakcyjnej ks.Marcina Składankowskiego została wydana w takim kształcie, jaki zdążył jej nadać autor. Mimo nieukończenia wydaje się być wyjątkowo dobrze opracowaną.

Ksiądz Eugeniusz Beszta-Borowski związany był z Bielskiem Podlaskim od dziecka. Tu się urodził, tu proboszczem był jego stryj - błogosławiony ksiądz Antoni Beszta-Borowski, rozstrzelany przez Niemców w czasie II wojny światowej. Te dwa podstawowe fakty złożyły się na to, że czuje się serce autora włożone w powstanie książki. A biorąc dodatkowo pod uwagę to, że przez wiele lat pracował w Drohiczynie w Kurii Diecezjalnej oraz Wyższym Seminarium Duchownym, miał też bezpośredni dostęp do wielu unikalnych dokumentów dotyczących historii parafii.

Możemy je oglądać czytając o historii czterech kolejnych świątyń parafialnych, z których najstarsza, choć nie zachował się dokument fundacyjny, pochodziła z drugiej połowy XIV wieku. Oprócz samej świątyni dokładnie opisane zostały inne instytucje parafialne, jak szkoła i szpital. Sporo miejsca autor poświęcił zmieniającym się: przynależności administracyjnej oraz przynależności kościelnej najstarszej parafii bielskiej, a także zmieniającemu się terytorium parafii oraz ludności je zamieszkującej na przestrzeni wieków.

Dokładnie, na podstawie dostępnych dokumentów archiwalnych przedstawieni zostali kolejni proboszczowie parafii bielskiej, począwszy od kapłana Hieronima obdarowanego w roku 1446 przywilejem osadzenia na ziemi kościelnej dwóch włościan. Notka biograficzna każdego księdza poza datami zawiera opis działalności osadzonej w konkretnym tle historycznym, przez co na przykładzie małej parafii możemy obserwować barwnie opisany wycinek z długiej i burzliwej historii ziemi podlaskiej. Poza proboszczami, wymienieni są z imienia i nazwiska wiceprepozyci prepozytury bielskiej oraz wikariusze i mansjonarze.

Wielu informacji genealogicznych dostarcza również część poświęcona bractwom parafialnym. Zachowały się bowiem dokumenty archiwalne dotyczące przynależności do Bractwa Matki Boskiej Różańcowej, Trzeciego Zakonu Świętego Franciszka, czy Żeńskiej Sodalicji Mariańskiej działających przy parafii bielskiej, a nazwiska zostały podane w książce.

Poza tekstem bogaty jest również materiał zdjęciowy, który poza dokumentami archiwalnymi pokazuje wyposażenie świątyni, czy też migawki z różnych wydarzeń historycznych.

Nie dowiedziałem się niestety, które obrazy w świątyni na pewno wyszły spod pędzla Mirysa, ale autor zacytował Józefa Jaroszewicza, historyka żyjącego na przełomie XVIII i XIX wieku, który podał 3 z 4 obrazów namalowanych przez szkockiego artystę. Ksiądz Eugeniusz Beszta-Borowski wskazał ten czwarty, który według niego mógł wyjść z pracowni mistrza.

Nie ma też w książce dokumentu w sprawie figury św. Jana Nepomucena ze Szczytów Dzięciołowa, ale przecież na tle historii parafii bielskiej, to niewiele znaczący epizod.

Trochę szkoda, że książka nie jest szeroko rozpowszechniona wśród miłośników historii regionu. Przydałby się w tej sprawie większy rozgłos, do którego, mam nadzieję, niniejsza notka w jakiejś części się przyczyni.

ks. Eugeniusz Beszta-Borowski, "Dzieje parafii katolickiej Narodzenia Najświętszej Maryi Panny i św. Mikołaja w Bielsku Podlaskim", Drohiczyn 2012.



wtorek, 13 stycznia 2015

Święty Jan Nepomucen ze Szczytów Dzięciołowa

Przed cerkwią prawosławną pod wezwaniem Ścięcia Głowy Jana Chrzciciela w Szczytach Dzięciołowie, położonych nieopodal drogi Bielsk Podlaski - Hajnówka, stoi niezwykła figura - jedno z najstarszych przedstawień świętego Jana Nepomucena na Podlasiu. Rzeźba pochodzi z 1758 roku i została wykonana przez Jana Chryzostoma Redlera, artysty pracującego w Białymstoku dla Jana Klemensa Branickiego. Jego dziełem są między innymi dwie rzeźby Herkulesa walczącego z hydrą i ze smokiem ustawione na dziedzińcu Pałacu Branickich w Białymstoku, dwa przedstawienia sfinksów w parku pałacowym oraz rzeźby atlantów i szlifierza zdobiące klatkę schodową pałacu. Pierwotnym miejscem przeznaczenia rzeźby św. Jana Nepomucena miał być również Białystok, a konkretnie most na rzece Białej. Podobno figura świętego nie przypadła do gustu hetmanowi Branickiemu i kazał ją postawić przy cerkwi unickiej w Szczytach Dzięciołowie, należących wówczas do rodziny Węgierskich. W XIX wieku, gdy Rosjanie skasowali unię pomiędzy kościołami rzymskokatolickim i prawosławnym na terenie Imperium Rosyjskiego, a konkretnie na ziemiach byłej Rzeczypospolitej włączonych do imperium, cerkiew unicka w Szczytach Dzięciołowie stała się cerkwią prawosławną. Wówczas to o figurę świętego Jana Nepomucena upomniała się parafia katolicka w Bielsku Podlaskim. Do Szczytów miała przyjechać grupa parafian, aby przejąć figurę, jednak mieszkańcy Szczytów nie chcieli jej oddać. Pomiędzy dwiema grupami wywiązać się miały przepychanki, w wyniku których postać świętego straciła rękę i aureolę.

Przygotowując wycieczkę krajoznawczą śladami Augustyna Mirysa w ramach białostockiego Klubu Przewodników Turystycznych przy PTTK, odwiedziłem Szczyty Dzięciołowo. Był piękny, pełen słońca dzień początku czerwca. Jadąc samochodem minąłem dwujęzyczną tablicę z nazwą wsi, następnie cmentarz po lewej stronie i za chwilę ujrzałem błękitną drewnianą cerkiewkę na wzgórzu w ootoczeniu falujących traw. Tuż za nią, bez jednej ręki i bez aureoli nad głową stał święty Jan.


Wycieczka śladami Mirysa, którą przygotowywałem, odbyła się w październiku. Po wizycie w cerkwi poszliśmy małą grupą w stronę figury świętego Jana. Wkrótce też zjawił się przy nas proboszcz parafii prawosławnej i zburzył przytoczony wyżej przekaz dotyczący figury. Według jego słów walka pomiędzy parafianami z Bielska Podlaskiego i szczytowianami o rzeźbę była bujdą. Figura ta bowiem nie stała przed cerkwią. Jest na to dowód w postaci fotografii z czasów I wojny światowej, do której dotarł Aleksander Sosna - poza funkcjami politycznymi, znany miłośnik i kolekcjoner starych zdjęć i pocztówek z Podlasia. Fotografia ta przedstawiać miała cerkiew w Szczytach w ujęciu od tej samej strony, z której stoi dziś figura świętego Jana Nepomucena, jednak bez tej figury. Według słów proboszcza, rękę figura utraciła na skutek uderzenia piłką, gdy grupa chłopców umilała sobie czas, grając w nią nieopodal.

Nie wiedziałem wówczas, że proboszcz parafii w Szczytach, rzeźbę świętego Jana Nepomucena darzy nieskrywaną niechęcią i że dwa lata wcześniej miała miejsce batalia o pozostawienie rzeźby świętego w Szczytach. Z drugiej strony, jeśli fotografia taka, przedstawiająca cerkiew w Szczytach bez figury świętego istnieje, to należałoby być może zrewidować istniejące przekazy historyczne. W każdym bądź razie, święty Jan  Nepomucen ze Szczytów skutecznie przyciągnął moją uwagę.

Okazało się, że zdjęcie o którym mówił ksiądz proboszcz rzeczywiście zostało znalezione. Na mojego e-maila z zapytaniem odpowiedział Aleksander Sosna, wskazując lokalizację zdjęcia w sieci. Zostało ono opublikowane również w książce Grzegorza Sosny i Doroteusza Fionika "Szczyty. Dzieje wsi i parafii", Białoruskie Towarzystwo Historyczne, 2006, na stronie 59. Sprawa świętego Jana Nepomucena ze Szczytów rozbudziła jeszcze mocniej moją ciekawość.

Wkrótce, zupełnie przypadkiem, przeglądając Katalog wystawy opracowanej przez Archiwum Państwowe w Białymstoku w 2010 roku, poświęconej Janowi Glince, pasjonatowi historii Białegostoku z lat międzywojennych XX wieku, ujrzałem inną fotografię ze Szczytów, przedstawiającą figurę świętego Jana Nepomucena przy ogrodzeniu cerkwi.



Biorąc pod uwagę fakt, że Jan Glinka zamieszkał w Białymstoku w roku 1931, zdjęcie najprawdopodobniej nie zostało wykonane przed tą datą. Wniosek nasuwał się sam. Figury nie było przy ogrodzeniu cerkwi w roku 1915, stała tam zaś w latach 30-ych XX wieku. W piętnastoleciu dzielącym oba okresy musiała się pojawić. Na dodatek święty posiada na zdjęciu obie ręce, nie mógł więc stracić jednej z nich w trakcie przepychanek pomiędzy bielszczanami, a szczytowianami.

W listopadzie miałem z kolei okazję gościć w Muzeum Małej Ojczyzny w Studziwodach, prowadzonym przez wspomnianego wyżej współautora książki o Szczytach - Doroteusza Fionika. Skorzystałem z okazji i zapytałem o zdjęcie z 1915 roku, bójkę pomiędzy bielszczanami i szczytowianami i samą figurę. Usłyszałem, iż jej obecność w Szczytach w XIX wieku nie ulega wątpliwości. Zachowało się bowiem pismo parafii katolickiej w Bielsku Podlaskim z czasu już po kasacie unii, adresowane do parafii prawosławnej w Szczytach z prośbą o przekazanie rzeźby. W takim razie, gdzie wcześniej stał święty Jan Nepomucen? Czy przy cmentarzu, albo przy dworze w Szczytach? A może przy nieodległym strumieniu, dopływie Orlanki? Przecież wyobrażenia figuralne tego właśnie świętego często stawiano przy ciekach wodnych.

Ciekaw jestem, czy ktoś z Was, czytelników bloga, mógłby dodać coś więcej do powyżej opisanej historii.

środa, 31 grudnia 2014

Skąd przybyli Tudorowie do Chmielowa?

Jak pisałem niespełna 4 lata temu, przodkowie mojej Mamy - Tudorowie mieszkali w drugiej połowie XIX wieku i w pierwszym dwudziestoleciu XX wieku w małej wiosce pod Tarnobrzegiem - Chmielowie. Informacje te potwierdzone są zapisami w księgach metrycznych parafii w Miechocinie. Biorąc pod uwagę rzadkie występowanie nazwiska Tudor w Polsce oraz jego zdecydowanie większą popularność na dzisiejszej Ukrainie i w Rumunii, zadawałem sobie pytanie od kiedy chłopska rodzina Tudorów mieszkała w Chmielowie i czy nazwisko to wyodrębniło się lokalnie od imienia Teodor, czy może Tudorowie przybyli skądś w okolice Tarnobrzegu.

Niedawno skontaktował się ze mną pan Janusz i podczas dyskusji dotyczącej terenów Cygan, Chmielowa, Rozwadowa podał taką hipotezę dotyczącą pochodzenia Tudorów:

"Jeżeli mnie intuicja nie myli to pochodzenie rodziny Tudorów można by było łączyć z Litwą i pierwszą Unią w Horodle - czasy króla Władysława Jagiełły 1413.
Jak podaje kronikarz Długosz herb szlachecki od rodów Herbowych Rzeczypospolitej przyjęli wtedy Butrymowie z Litwy osiadli w okolicach Rozwadowa, Charzewic - Przyszowa /tu był zamek Władysława Jagiełły/ rozebrany w około 1750 roku przez Jerzego Ignacego Lubomirskiego a materiał wykorzystany na budowę klasztoru w Rozwadowie.
Chmielów dla mnie łączy się z Tarnowskimi, a to oni między innymi dali swoje herby bojarom litewskim. Może przywędrowali z wojskiem króla Władysława lub jego brata księcia Witolda. Jak by Pan spróbował poszukać wśród nazwisk starożytnej Litwy to by potwierdziło moje przypuszczenia.
Rdzenna ludność okolic raczej miała nazwiska zakończone końcówkami słowiańskimi. Sama nazwa Chmielów jest związana z uprawą chmielu."
Przyznam, że ciekawe zabrzmiała, choć dla mnie tkwiącego z badaniami genealogicznymi dotyczącymi terenów Chmielowa w drugiej połowie XIX wieku, dość fantastycznie.

Niemal w tym samym czasie napisał do mnie pan Krzysztof, któremu w tym miejscu chciałbym złożyć raz jeszcze podziękowania za przesłane dokumenty dotyczące rodziny Tudorów, do których trudno byłoby mi trafić samodzielnie. Tym razem zwrócił moją uwagę na Inwentarz Starostwa Sandomierskiego z 1750 roku. Starostwo Sandomierskie w połowie XVIII wieku obejmowało i Chmielów i Cygany, w których mieszkali przecież "moi Tudorowie".

Poszukałem informacji o wspomnianym Inwentarzu w internecie i okazało się, że jest dostępny na stronach Dolnośląskiej Biblioteki Cyfrowej! Jak informuje wstęp do Inwentarza: "Inwentarz Starostwa Sandomierskiego jako to Nayprzód Zamku Sandomierskiego, Folwarków, Karczm, Browarów, Maydanu, Huty y Różnych Budynków Osiadłości Poddaństwa z Dziećmi, Sprzężayem y z ich robocizną, Czynszami, Daninami y Powinnościami w lenicach wyrażonemi, tudzież wszelkich Intrat w tymże Starostwie wynikających do Possessyi WJmci Panu Stanisławowi Moszyńskiemu Podstolemu Wwstwa y Panowi Grodzkiemu Sandomierskiemu przez Teraźniejszą Kommisyją Wyprowadzony y Spisany in Tundo dieb August et Ibr 1750mo Anno."

Obejmuje on następujące posiadłości: Zamek Sandomierski, spichlerz i browar, folwark mokoszyński, wsie Mokoszyn, Sobów, Grębów, Jamnica, Sokolniki, Gorczyce, folwark i wieś Stodoły, folwark i wieś Samborzec, wsie Żuków, Zyć, folwark i wieś Chmielów, wieś Jadachy z Cyganami, wsie Mokrzyszów, Stale, Komorów, Maydan, Brzostowa Góra, Korzenice alias Huta Szklana, Krządka i Kładka.

Dodatkowo Inwentarz zawiera Suplement spisany w roku 1753 prostujący i uzupełniający wcześniejsze informacje.

W Inwentarzu napotykałem nazwiska osób, które kontaktowały się ze mną w sprawie informacji o przodkach pochodzących z parafii Miechocin. Znalazłem więc nazwiska Tomczyk, Kozdęba (zapisywane jako Kozdoba), Gil, Mroczek i Róg.

Natknąłem się również na wiele nazwisk, które poznałem podczas indeksowania ksiąg metrycznych dla miejscowości Stale z lat 1890-1895 dla projektu Geneteka. Paziowie, Korczakowie, Drykowie i inni zamieszkiwali tę wioskę już 150 lat wcześniej.
Co najważniejsze dla moich badań genealogicznych, natknąłem się również na nazwiska mych przodków. We wsiach Sobów, Grębów, Stodoły i Chmielów  w roku 1753 mieszkało wiele rodzin Motyków. Pewnie też i krewnych mojej prapraprababci Marianny Tudor z Motyków, żony Ignacego Tudora oraz jej ojca Piotra Motyki.

Podobnie z rodzinami Biało. Jest ich mniej niż Motyków, ale zaludniają w słusznej proporcji wieś Chmielów. Krewni  i przodkowie mojej praprababci Agnieszki Tudor z Białów, żony Wojciecha Tudora, jak również jej ojca Wojciecha Biało.

Nie natknąłem się niestety na nazwiska Samojeden i Siekirski, związane z mymi przodkami z tych terenów, a co najważniejsze nie ma w Inwentarzu jakichkolwiek wzmianek o Tudorach!

Mając na uwadze popularność nazwiska Tudor w Rumunii, zwróciłem uwagę na pojawiające się (rzadko, ale jednak) nazwisko Wołosz, ale czy ma ono związek z Tudorami, trudno powiedzieć.

Dane z Inwentarza wskazują więc, że Tudorowie musieli przybyć do Chmielowa w okresie między 1753, a 1850 rokiem. Nie wcześniej. A kiedy dokładnie i skąd, to już sprawa dalszych badań.