wtorek, 22 lipca 2014

Białystok. Przewodnik po mieście i okolicy. Rok 1933

W prezencie imieninowym dostałem w tym roku dość rzadko spotykaną na aukcjach książeczkę: „Białystok. Przewodnik po mieście i okolicy” pod redakcją Michała Goławskiego, wydaną w roku 1933. Pozycja to niewielka, ale ileż znanych w niej nazwisk. Tekst polski kończy się na stronie 116, następnie możemy zapoznać się z tłumaczeniem w języku esperanto wycieczki po Białymstoku, autorstwa znanego białostockiego esperantysty Jakuba Szapiro, zamordowanego przez Niemców w lesie Pietrasze w roku 1941. Książeczka zawiera reklamy białostockich i okołobiałostockich przedsiębiorstw (Supraślska Sukienna Manufaktura S.H. Cytrona np.), plan miasta Białegostoku, szkic orientacyjny okolic Białegostoku, spis białostockich ulic oraz zdjęcia ważniejszych obiektów. Wydana została przez Oddział Białostocki Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. W jego zarządzie wspomniany już autor przewodnika, białostocki nauczyciel mieszkający na Bojarach – Michał Goławski, Konstanty Kosiński – wydawca pierwszej białostockiej gazety w języku polskim, wychodzącej w latach 1912-1915 Gazety Białostockiej, Jadwiga Motoszkowa. Projekt okładki i układ graficzny jest autorstwa znanego i uznanego już przed wojną artysty Czesława Sadowskiego (wystawa jego prac parę lat wstecz miała miejsce w białostockim ratuszu). Przewodnik podzielony został na część poświęconą Białemustokowi, która kończy się opisem najciekawszych obiektów na trasie od dworca kolejowego do Parku 3 maja po której następują opisy zachowanych pamiątek przeszłości w Choroszczy, Knyszynie, Królowym Moście, Supraślu, Tykocinie, Wasilkowie i Zabłudowie.

W przewodniku wiele jest nieścisłości historycznych w odniesieniu do dzisiejszego stanu wiedzy, jest też trochę nieścisłości wynikających z niedokładnego sprawdzenia opisywanych miejscowości (umiejscowienie kaplic pw. wezwaniem św. Rocha i św. Magdaleny na cmentarzu tejże nazwy, podczas gdy są to dwie różne kaplice położone na dwóch różnych cmentarzach w Zabłudowie, dość znacznie od siebie oddalonych.

Ciekawym jest natomiast, jak bardzo zmienił się Białystok i okolice i jak wiele miejsc istniejących przed wojną już nie ma. Pierwszą niespodzianką jest położenie kościoła św. Rocha w Białymstoku na cmentarzu. Nowy w dzielnicy Antoniuk został założony wkrótce po rozpoczęciu budowy kościoła w roku 1926. Nagrobki z dawnego cmentarza na wzgórzu św. Rocha zostały na niego przeniesione, jednak w roku 1933 stary cmentarz musiał wciąż istnieć. Najwięcej zmian dotyczy miejsc związanych z najliczniejszą w Białymstoku przed wojną społecznością żydowską:

„3. „ghetto” biłostockie dzielnicy żydowskiej. Idziemy wgłąb ulicy Sosnowej (od cerkwi św. Mikołaja – przypis mój) i skręcamy w ul. Mińską (druga w lewo) i ul. Mińską wprost dochodzimy do ul. Surażskiej.
Ta część miasta wyróżnia się jedynym chyba, lecz smutnym jednocześnie, przykładem dawnego budownictwa, urągającego wszelkim elementarnym zasadom.
Uniemożliwia to nie tylko utrzymanie porządku i stanu sanitarnego, lecz stoi na przeszkodzie w zaprowadzeniu niezbędnych w śródmieściu urządzeń. Pod tym względem otrzymał Białystok po zaborczych rządach rosyjskich bezładną i bezplanową gospodarkę w rozbudowie miasta.
Do takich szczególnych i oryginalnych fragmentów „ghetta białostockiego” należą wąskie i dugie podwórka łączące ze sobą uliczki.
Idąc nawprost ulicą Surażską w stronę rynku, obserwujemy po obu stronach ulicy długie i kręte podwórka, któremi pomiędzy walącemi się chlewkami i ruderami przechodzić można nieraz przez kilka posesyj. Wszystko to stoi otworem, bez bram nawet, i tworzy smutny widok nędzy ludności zamieszkującej „ghetto”.

Mieszkańcy opisanej dzielnicy znaleźli swój koniec w latach 1941-1943, którego początek miał miejsce w prawdziwym ghettcie utworzonym przez okupanta w nieco innej części centrum miasta. Siatka ulic, którymi poruszaliśmy się wraz z autorem wygląda dziś zupełnie inaczej, podobnie, jak jej zabudowa.

Nie ma również opisanej w przewodniku Wielkiej Synagogi, domu dr. Zamenhofa, płyta „Nieznanego Żołnierza” znajduje się zaś na cmentarzu wojskowym (przed wojną leżącym na krańcach ówczesnego miasta), a nie w rynku.
Brak dziś również cmentarza wojennego niemieckiego, Miejskiego Centralnego Ośrodka Szkolnego, Szkoły Powszechnej na powietrzu wraz ze stacją hodowli jedwabników położonych w lesie Zwierzynieckim. Nie ma także pomnika ku czci żołnierzy 1 p.p. legionów położonego przy ówczesnej szosie Żółtkowskiej niedaleko Rzeźni Miejskiej.

Zastanawia mnie także, czy szczątki grobu powstańca listopadowego i zaliwszczyka Adama Piszczatowskiego rzeczywiście istniały w roku 1933:

„Szczątki grobu bohatera tych walk, por. Piszczatowskiego, który za udział w powstaniu i stworzenie partji około 200 powstańców został rozstrzelany w Białymstoku, są jedyną pamiątką r. 1831.”

Podobnie ciekawie czyta się o podbiałostockich miejscowościach, wychwytując nie istniejące atrakcje, jak na przykład modrzewiowa synagoga w Zabłudowie, czy wspomniane już nieścisłości, żeby dodać do nich opis ruin zamku knyszyńskiego w miejscu dawnego folwarku.

Z wielkim zainteresowaniem wychwytywałem różnice w podejściu do krajoznawstwa ówczesnego i dzisiejszego: brak dbałości o szczegóły, estyma, jaką cieszyły się legendy, niedocenianie walorów turystycznych Podlasia. Na pewno jest to warty poznania tekst.


Michał Goławski, „Białystok. Przewodnik po mieście i okolicy”, Wydawnictwo Oddziału Białostockiego Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego, Białystok 1933.

piątek, 18 lipca 2014

List

Droga pani M.,

Parę lat temu, gdy nawiązaliśmy kontakt e-mailowy, dzięki zainteresowaniu przeszłością, losami przodków, a przede wszystkim dzięki łączącemu przeszłość naszych rodzin Pińskowi leżącemu na Polesiu, nie sądziłem, że tak wiele ciekawych historii usłyszę od Pani. Nie raz zastanawiałem się, czy ścieżki Nowotnych, Bogdańców, Rabcewiczów, Kołb-Sieleckich i Łosickich przecięły się kiedykolwiek z drogami Szczerbaczewiczów, Rozalików, Lipnikowów, Poluchowiczów, Sapichów i Szuszmanów i w jaki sposób. Niestety nie mamy na to żadnych dowodów, możemy snuć tylko przypuszczenia. Podobnie jak ja prawdy o przeszłości szuka Pani między innnymi w literaturze pamiętnikarskiej związej z Pińskiem lub szerzej z Polesiem. I właśnie dzięki Pani sięgnąłem po bardzo ciekawą pozycję Stefana Kiniewicza.

Autor opisał w niej historię rodziny Kieniewicz zarządzającej majątkiem w Dereszewiczach leżących nad Prypecią mniej więcej w połowie drogi między Pińskiem, a Mozyrzem. Dawny majątek jezuitów,  a następnie Massalskich należał do rodziny Kieniewiczów mniej więcej od pierwszego dwudziestolecia XIX wieku, aż do schyłku I wojny światowej i rosyjskiej rewolucji. Autora jednakże interesują lata tuż przed powstaniem styczniowym i czas narodowej nadziei, zakonczonej klęską uczynił główną osią czasową powieści. Nie znalazłem w książce informacji, które mógłbym bezpośrednio wiązać ze swymi przodkami. Myślę, że podobnie było w przypadku Pani, jednakże wiele tu o stosunku ziemian, głównie katolików, do chłopów, głównie wyznania prawosławnego. Część naszych przodków żyjących w XIX wieku na Polesiu było tego właśnie wyznania. Czy byli chłopami? W przypadku Szczerbaczewiczów, związanych z Pińskiem, mogę powiedzieć, nie wiem. W przypadku Rozalików najprawdopodobniej pochodzących z podpińskich Wyszewiczów mogę z dużą dozą prawdpopodobieństwa powiedzieć tak. Czytając książkę, nie raz zastanawiałem się, jak lokowały się sympatie mych prawosławnych przodków? Czy przeciwko polskim panom, za carem?

Podstawą źródłową opowieści Stefana Kieniewicza były przede wszystkim listy pisane przez siostrę jego dziadka, Jadwigę Kieniewicz do Heleny Skirmunt w latach 1850-1874, do 1867 roku pisane z Dereszewicz. Brakujące listy z lat 1861-1862 uzupełniane są życiorysem Heleny Skirmunt, jej listami do Jadwigi oraz matki Hortensji Skirmunt, a także kalendarzykami Heleny z lat 1855-1863. To bardzo ciekawe czytać kontynuację, a raczej wcześniejsze losy rodziny Konstancji Skirmunt (Helena - przyjaciółka Jadwigi była matką Konstancji), której monografię pióra Dariusza Szpoppera cytowałem na blogu.

Co wartościowe w książce, to krytyczne spojrzenie na własną rodzinę i wtedy, gdy autor opowiada o wydumanym pochodzeniu Kieniewiczów: "Tymczasem Ojciec mój opowiadał pół żartem, że się wywodzimy z Irlandii (O'Kenewitz!), co mi się zawsze wydawało bzdurą.", jak i bardziej poważnie o zatargu rodzinnym o Dereszewicze i procesach między braćmi w carskkich sądach, w czasach, gdy na Litwie szalał Murawiew, a naród dotykała bezwględna rusyfikacja w reakcji na powstanie styczniowe.

Kończąc moją krótką opowieść w formie listu, chciałbym na końcu zacytować fragment listu Jadwigi Kieniewicz do Heleny Skirmunt pisany już po upadku powstania styczniowego.

"[...]Można powiedzieć, że włościanie nasi jako pierwsi przed 3 laty wyszumieli, tak odtąd najprzyzwoiciej postępują. Nawet nieraz podziwiam  ten pewien takt, na który sprytem  wrodzonym trafili. Doskonale czują swoją niezależność, doskonale jej używają, nie przekraczają nigdy granic przyzwoitego uszanowania i grzeczności. O szanowaniu cudzej własności nie ma co mówić, takie to ich zasady (a bardziej jeszcze zachęcenie jawne urzędników i popów do niszczenia lasów, do grabienia łąk i siana jako swoich). Ale zawsze w miarę innych, to jeszcze i tu względnie, przynajmniej ukradkiem, gdy gdzie indziej już otwarcie, jawnie przywłaszczają,"

Fragment dość dobrze oddający klimat opowieści, końca pewnego świata i początku nowego.

Stefan Kieniewicz "Dereszewicze 1863", Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 1986.

niedziela, 15 czerwca 2014

Krzyże przydrożne spod Choroszczy - cd.

Tydzień temu wybraliśmy się wraz z Kasią na wycieczkę rowerową od dawna planowaną. Traf chciał, że po dość zimnych dniach majowych, w początku czerwca zrobiło się wyjątkowo ciepło. Wyjechaliśmy więc pełni dobrego humoru, w nadziei złapania jak największej ilości promieni słonecznych. Plan wycieczki? Bez planu. Jak nas droga poprowadzi. Zdałem się w tym wypadku w całości na inwencję Kasi, pilnując jedynie, aby obrany kierunek nie poprowadził nas w stronę białostockiej aglomeracji bądź jakiejś drogi ekspresowej. Mijając znane nam wioski, przyglądaliśmy się stadu koni, ładnie położonemu na wzgórzu siedlisku, zajadaliśmy w lesie czerwieniejące pośród poszycia poziomki. Niektóre drogi, które wybraliśmy, zmieniały się w błotnistą nieprzejezdność bądź zarastające ścieżki. Kilkakrotnie więc zawracaliśmy. W Barszczewie, do którego trafiliśmy klucząc jak powyżej, zauważyłem ciekawy krzyż przydrożny z końca XIX wieku, którego przed dwoma laty nie widziałem.


Zdobnictwo krzyża i czas wykonania przypominały krzyże widziane wcześniej w okolicy - w Sienkiewiczach, Krupnikach i właśnie w Barszczewie. Z Barszczewa ruszyliśmy drogą w kierunku Choroszczy. Przekonałem się, że z drogi tej rozciąga się równie piękny widok na miasteczko, co z drogi od strony Sienkiewicz.


W Choroszczy zedecydowaliśmy się na postój przy sklepie. Siedliśmy w plastikowych krzesłach przy równie plastikowym stoliku, wyciągnęlimy prowiant przygotowany na wycieczkę - różnego rodzaju placki, ciastka i napoje i rozkoszowaliśmy się pierwszym w tym roku prawdziwie letnim końcem tygodnia. Wyciągnąłem aparat fotograficzny...


Z Choroszczy zdecydowaliśmy się jechać na Pańki. Minęliśmy Ruszczany, wjechaliśmy do Rogówka i nagle rozpoczął się prawdziwy festiwal krzyży przydrożnych z końca XIX wieku. To już nie były pojedyncze krzyże, jak w Sienkiewiczach, Krupnikach, czy Barszczewie.


Powyższy krzyż stał tuż przy sklepie, spod którego zostaliśmy "zawróceni" przez napotkanego mężczyznę w kierunku ruin dawnego majątkowego chlewa.


Nic szczególnego, choć dla widocznej na zdjęciu daty, warto było go zobaczyć. Do Paniek było już niedaleko, a ja co chwilę zatrzymywałem się, aby zrobić kolejne zdjęcie napotykanym obiektom małej architektury.

Sporo ich stało w Rogowie.





W Pańkach napotkałem dwa.


Przy czym jeden podobny był w swej symbolice do opisywanego już na blogu krzyża w Barszczewie ze względu na narzędzia męki pańskiej.



Pańki były ostatnim odwiedzanym miejscem podczas naszej wycieczki zanim dojechaliśmy do szosy kruszewskiej i ruszyliśmy w kierunku domu.

Już po powrocie znalazłem w internecie informacje mówiące o tym, że krzyże w Rogówku pochodzą z kuźni Michała Werpachowskiego, której ruiny można jeszcze podobno odnaleźć pod lasem, te w Rogowie zaś wykonane zostały w latach 1890-1893 w kuźni miejscowego kowala Aleksandra Grzybko. Mnie ciekawi, jaka okoliczność sprawiła, że większość, jeśli nie wszystkie krzyże z okolicy, opisywane na blogu pochodzą z ostatniego dziesięciolecia XIX wieku. Czy wiązało się z ich powstaniem jakieś szczególne wydarzenie i jaka sposobność finansowa pozwwoliła na ich wykonanie? Podobno ciekawy spis krzyży z choroskiej parafii został opublikowany w książce "Parafia rzymskokatolicka w Choroszczy. 550 lat-księga jubileuszowa" pod redakcją ks. Tadeusza Kasabuły i ks. Adama Szota. Jeśli ktoś z czytelników chciałby ją sprzedać, chętnie kupię.

***

Przypomniałem sobie, że po sąsiedzku do opisywanych miejscowości, w miejscowości Porosły, która z wioski przekształciła się, podobnie jak Krupniki, w sypialnię Białegostoku stoi równie ciekawy krzyż przydrożny, prawosławny o metryce o 20 lat późniejszej od opisywanych na blogu krzyży spod Choroszczy. Został postawiony w roku 1913. Stylistyka jego zdobień wyraźnie odbiega od krzyży prezentowanych na powyższych zdjęciach.



wtorek, 10 czerwca 2014

Dom przy Windeckstrasse

Jedno z zachodnich przedmieść Monachium. Osiedle domów jednorodzinnych położone przy ruchliwej Würmtalstrasse. Windeckstrasse jest nieco schowana, stąd bardziej tu zacisznie. Pod numerem 21 znajduje się dom, gdzie przez ostatni, długi okres swego życia, wynajmował mieszkanie jeden z największych polskich prozaików - Józef Mackiewicz.


Dom przy Windeckstrasse 21 na pierwszym planie po lewej stronie.

Biały piętrowy dom schowany jest w zieleni otaczających go drzew i krzewów. Znajduje się kilkaset metrów od początku dość długiej osiedlowej ulicy Windeck, po lewej stronie, na rogu Rolandseckstrasse.


Widok od Rolandseckstrasse na ginący w zieleni dom po lewej stronie zdjęcia

Dookoła podobne mu domy, mniej lub bardziej luksusowe samochody. Słychać ćwierkanie ptaków, szczególnie aktywnych na początku czerwca. Przy skrzyżowaniu Kornwegerstrasse z Würmtalstrasse trafika z gazetami. Po przeciwnej stronie ulicy za białym murem zieleń rozległego parku. Czy to miejsce wyglądało podobnie 30, 40 lat temu? Niewykluczone, choć przez 30 lat mogło przejść trudną do opisania metamorfozę, jak to w miastach bywa.

Józef Mackiewicz mieszkał w Monachium przez 30 ostatnich lat swego życia (1955-1985), jednak trudno znaleźć jakiekolwiek odniesienia do tego miejsca w jego twórczości prozatorskiej. Tak jakby powojenna odbudowa zachodniego państwa niemieckiego, czasy Adenauera, Erharda, pamiątki historycznej świetności stolicy Bawarii nie były interesujące. Brakuje opisów różnych monachijskich typów ludzkich, tak charakterystycznych i często spotykanych na kartach powieści Mackiewicza. Nie spotkamy w jego twórczości opisów bawarskiej przyrody, choć tak zachwycają wielu czytelników.

W Monachium jednakże powstała zdecydowana większość spuścizny literackiej, od najdoskonalszych "Nie trzeba głośno mówić" przez "Drogę donikąd", "Kontrę", "Sprawę pułkownika Miasojedowa" i wiele innych, świadcząca o tak odległym i czasowo i przestrzennie dla mieszkającego tu pisarza, kraju nad Wilią. Zastanawiam się, jak mocno trzeba żyć sprawami polskimi, wileńskiej ojczyzny, aby móc tak wiernie, obrazowo, doskonale opisywać historie świata, który bezpowrotnie odszedł. Z drugiej strony, jak mocno trzeba być wyobcowanym od swego otoczenia, aby nie poświęcić mu uwagi na kartach twórczości.

O ciekawej rozmowie z Józefem Mackiewiczem napisał w zeszłym roku zmarły niedawno pisarz Marek Nowakowski:

"Ostatniego pożegnalnego wieczoru Andrzej zadzwonił do Józefa Mackiewicza w Monachium. – Dałem mu twojego „Księcia nocy" – powiedział. – Zobaczymy, czy przeczytał.

Porozmawiał chwilę i dał mi słuchawkę. Posłyszałem zaciągliwy, śpiewny głos, tak charakterystyczny dla tamtej północno-wschodniej krainy jezior Naroczy, Świtezi, rojstów, mszarów, oczeretów, puszczy Nalibodzkiej, Rudnickiej, rozrzuconych wśród pagórków wsi, chutorów, świronków, odryn. Naprawdę jakbym się znalazł na tej kresowej ziemi, której przecież wcale nie znałem. Byłem stremowany. Dla mnie Józef Mackiewicz był jednym z największych odkryć w literaturze polskiej. „Kontra" to pierwsza jego powieść, którą przeczytałem. Poraziła. Później zdobywałem wszystko, co wyszło spod jego pióra, poczynając od przedwojennych reportaży „Bunt rojstów". Ostatnią moją lekturą była „Lewa wolna". Ten rytm wojny przeżywany z kawaleryjskiej perspektywy, z siodła. Rozmach, wyraziste typy bohaterów, przyroda. Byłem jeszcze młody i chłonny. Zachłysnąłem się Mackiewiczem i niektóre fragmenty jego prozy czytałem po wielokroć. Dodawał mi ostróg do własnego pisania. Tak jak ułan, który spina konia ostrogami do galopu. Więc dukałem coś nieporadnie. Wielki pisarz zaś przyjaźnie, ciepło i tak zwyczajnie jak gospodarz gdzieś pod Surkontami czy Pikiliszkami na ziemiach Wielkiego Xsięstwa Litewskiego rozmawiał z nieśmiałym, oszołomionym przybyszem. Przeczytał „Księcia nocy". Pochwalił. A na koniec zaprosił serdecznie do siebie. „Napijemy się wódeczki, mam wystałą nalewkę na litewskich ziołach, mocna, przyjedź pan!".

Marek Nowakowski, "Telefon do Józefa Mackiewicza", Gazeta Polska Codziennie, październik 2013

Dla mnie Józef Mackiewicz nieustannie od 14 lat, gdy zaczytałem się w "Nie trzeba głośno mówić", a potem kompletowałem kolejne pozycje jego twórczości, pozostaje jednym z największych odkryć literatury polskiej. Wyobrażam go sobie, starszego pana w okularach, o włosach pokrytych siwizną, jak siedzi w fotelu w domu przy Windeck 21 i przez telefon śpiewnym akcentem zaprasza na wódeczkę kolegę pisarza.

wtorek, 3 czerwca 2014

Budy czy apartamentowce?

Mam ostatnio okazję stosunkowo często przejeżdżać rowerem przez dzielnicę położoną między ulicami Wyszyńskiego, Bohaterów Monte Cassino i Kopernika w Białymstoku. Są to w większości tereny dawnej wsi Słoboda, które w XIX wieku zostały dołączone do rozbudowującego się miasta. Tonące w zieleni, brukowane bądź w większości piaszczyste uliczki. Starzejące się drewniane domy, niektóre pokryte szpetnym sidingiem, sypiące się budynki murowane. Znajdziemy tu tak charakterystyczne dla miasta, budowane w okresie międzywojnia, modernistyczne wille drewniane. Część dawnego Białegostoku tak szybko odchodzącego w niebyt. 

Parę lat temu pisałem o ulicy Młynowej. Fotografie zamieszczone wtedy pokazują tę część ulicy, która prowadzi od ulicy Wyszyńskiego ku centrum w formie, jaka już nie istnieje. Nowa kostka brukowa spowodowała, że ulica wyładniała, ale straciła również swój wiejski charakter, do czego przyczyniła się również likwidacja części zabudowy. Sąsiednia ulica Kijowska również w niczym nie przypomina już swego dawnego ogrodowego charakteru. Odcinka ulicy Grunwaldzkiej, o którym tu pisałem, także już nie ma. Został zastąpiony szeroką arterią nazwaną imieniem zasłużonego dla Białegostoku architekta Oskara Sosnowskiego. 

Zarówno dalszą część ulicy Grunwaldzkiej, jak i Młynowej odnajdujemy za to w wiejskiej formie pomiędzy wspomnianymi ulicami Bohaterów Monte Cassino i Kopernika. Sąsiadujące uliczki Toruńska, Warecka, Witebska, Kielecka, Ciechanowska wciąż przypominają, jak wyglądały kiedyś białostockie Chanajki, Piaski, czy Bojary, o których można przeczytać przesycony goryczą tekst na blogu wschody słońca. Czy i tę dzielnicę, pozostałość dawnej Słobody, czeka podobny los? Niewykluczone. Niestety dzielnice te niszczeją, nierzadko pozbawione są mediów, dotychczasowi mieszkańcy umierają, a spora część białostoczan nie życzy sobie istnienia "wiochy" w mieście. Częsty scenariusz to podpalenia opuszczonych domostw, a następnie budowa apartamentowców, nierzadko ładniejszych niż komunistyczne blokowiska, lecz bezpowrotnie zmieniających historyczny charakter Białegostoku. Niestety, bez finansowego wsparcia decydentów, ich woli, a także przyzwolenia większości mieszkańców, dzielnice takie będą odchodzić w niebyt. Warto więc utrwalić choćby na kilku zdjęciach zielony fragment ulicy Mlynowej


czy bardzo ciekawy dom drewniany na rogu ulicy Łomżyńskiej i Grunwaldzkiej.




środa, 7 maja 2014

W krainie wietrznych wyżyn, jezior i świerkowych lasów

Ostatni weekend maja spędziłem wraz z przyjaciółmi i znajomymi nad pięknym, granicznym jeziorem Gaładuś. Poznałem je poprzedniego roku, będąc w Burbiszkach, leżących u północnego brzegu jeziora. Tym razem na wypoczynek wybraliśmy wieś Żegary, oplatającą swymi zabudowaniami południowy kraniec jeziora. Stąd już po sąsiedzku do Sejn. Żegary sprawiają wrażenie miejscowości letniskowej. Wydaje się, że więcej tu posesji należących do sobotnio-niedzielnych mieszkańców, niż typowo rolniczych gospodarstw. Przynajmniej przy drodze okalającej jezioro. Dwa charakterystyczne litewskie krzyże przydrożne: jeden we wschodniej części z napisem św. Metai (św. Metal jak niektórzy odczytywali), drugi tuż przy kościele, postawiony przez wywodzącego się z Żegar krawca Vincasa Petruskevicusa w roku 1900 - w języku litewskim, ale z polskimi literami jeszcze. Kościół w Żegarach, zbudowany w miejscu XVIII-wiecznego, drewnianego, niestety spalonego kościółka, bez wyrazu. Za to kryje podobno pod posadzką stare krypty z prochami właścicieli pobliskiej Krasnogrudy - Eysymontów oraz Hołn Mejera - Paszkiewiczów.

W kościele na jednej, jedynej mszy świętej w niedzielę. Donośne śpiewy z wyrazistymi męskimi głosami i równie głośno brzmiącymi żeńskimi. Po  litewsku. Podobało się.

***
Od czasów studenckich nie łowiłem ryb. Wielką przyjemność sprawiło patrzeć, jak hurtem (na kukurydzę z puszki) biorą płocie, krasnopióry i ukleje. Zakładaliśmy też mięsiste dżdżownice na okonie. W kwadrans wyciągnąłem dwa. Smażona świeża, chrupiąca ryba z patelni - pierwsza klasa. Do tego ziemniaki pieczone na ognisku oraz boczek grillowany z pieczarkami, cebulą i papryką. Palce lizać.


Z Żegar niedaleko do Krasnogrudy kojarzonej z Czesławem Miłoszem. Zadbane otoczenie starego drewnianego dworu Kunatów, wiekowe drzewa. Zabrałem numer suwalskiego pisma poświęconego sprawom okołomiłoszowym. Sąsiędztwo kolejnego jeziora - Hołny. Przyjazne miejsce, dobre do czytania ambitnych książek.  Podobnie, jak położone po drugiej stronie jeziora Hołny Mejera, choć tam akurat więcej przyjaznego nieuporządkowania.


Włóczyłem się po okolicy, korzystając z opisów w przewodniku Grzegorza Rąkowskiego. Tworzony 20 lat temu, niby tak niedawno. Wiele fragmentów jednak bezpowrotnie zdeaktualizowanych. Nieco zawodu przeżyłem w sąsiadujących z Żegarami Sztabinkach. Nad jeziorem o tej samej nazwie miał znajdować się stary, zarośnięty cmentarz, stanowiący prawdopodobnie jeden z nielicznych śladów po staroobrzędowcach. Cmentarzyk okazał się być całkiem zadbanym miejscem z przewagą zupełnie nowych nagrobków.

***

Rachelany, wieś przy drodze do Hołn Wolmera. Nie znalazłem ani jednego drewnianego, tak charakterystycznego dla tych terenów drewnianego świronka. Gospodarstwa zadbane,  murowane, nieco rozproszone, pasące się bydło. Kolorowe ogródki z mnogiem kwiecia. Wieś z niezłymi perspektywami można by rzec.

***

W Hołnach Wolmera piętrowy, murowany budynek dawnego folwarku z 1904 roku o swoistej estetyce, ze ścianami wzniesionymi z polnych kamieni. W latach 90-ych podobno strażnica Straży Granicznej. Dziś opuszczony, niszczejący, zarastający powoli roślinnością, podobnie, jak jego otoczenie.

***

Nie widziałem takiego zjawiska wcześniej. Tym razem, w początku maja rozpościerały się wszędzie, gdzie odkryty teren, żółte kobierce mniszka lekarskiego. Piękne, soczyste, przyciągające wzrok. Oglądałem je w Żegarach, w Dusznicy, gdy przekraczałem mostek na Dusi, przy drodze do Krasnogrudy, mijając leśny świronek nad jeziorem Dusiejcis Większym, w Rachelanach i w Hołnach Mejera. Mniszek lekarski ruled!




W ostatnim dniu wybrałem się do przygranicznych Berżnik na koniec świata. Pofałdowane wietrzne wzgórza, przytłaczające niebo chmury i rozproszone zabudowania najpierw Ogrodnik, później Hołn Wolmera. Wreszcie zielona tablica z napisem Berżniki. Cmentarz u początku wsi, niegdyś miasteczka, najstarszego na Suwalszczyźnie o wielu patriotycznych pomnikach - akcentach, zarówno polskich, jak i litewskich. Trójkątna łąka w centrum miejscowości, dawniej stanowiąca rynek, pamiątka świetności. Teren drewnianego (trochę przypominającego kościoł w Jaminach) XVIII-wiecznego kościoła, położonego na wzgórzu, skąd widać wody jeziora Kielig, zagospodarowany wzorowo.


Przed powrotem zaszedłem do sklepu z mydłem-powidłem (jak ja lubię takie sklepy) w starej drewnianej chałupie przy rynku.  "- Ale bułki, proszę pana, wczorajsze." Wziąłem więc ciastka na wagę. Mączniste, maczane spodem w polewie czekoladowej, z dżemem truskawkowym i paskami lukru. Wyśmienite. Podniosłem się ze skraju rynku-łąki. Piękny czas!

środa, 30 kwietnia 2014

Raczyce, nie Parzyel

Poszukiwania genealogiczne w Polsce wkroczyły w nową epokę. Faza poszukiwań w archiwach, przeglądania ksiąg metrycznych, oglądania mikrofilmów na ekranach czytników nieuchronnie jest zastępowana przez nową metodę docierania do informacji o pradziadach i prababkach.

Miałem okazję odwiedzić w tym roku podupadające targi Cebit w Hanowerze. Puste hale targowe, nie wypełnione miejsca parkingowe, stoiska firmowe nastawione bardziej na spotkania niż pokazywanie nowych rozwiązań. Zupełnie inaczej, niż 15 lat temu w dobie teleinformatycznego boomu technologicznego na niespotykaną skalę w czasach, gdy internet nie zastępował jeszcze w takim stopniu bezpośredniej komunikacji między producentami. Była jednak jedna rzecz, która przykuła w tym roku moją uwagę. Na jednym  ze stoisk w szklanej kapsule leżała sporych rozmiarów stara książka. Od góry pomiędzy rozłożone stronice wsuwał się skaner swym ostrym brzegiem i w sposób niezwykle dokładny kopiował i rejestrował zawartość książki. Sukcesywne przewracanie stron odbywało się również w sposób automatyczny za pomocą elektronicznego uchwytu.

Powyższa krótka dygresja obrazuje nowy trend, który zmienia podejście do poszukiwań genealogicznych. Chodzi mianowicie o digitalizację zasobów archiwalnych. Mówiło się o niej od dawna, gdzieniegdzie w internecie pojawiały się skany pierwszych ksiąg metrykalnych. Jednak obecnie przekroczona została pewnego rodzaju masa krytyczna, wraz z coraz większym zasobem zdigitalizowanych polskich metrykaliów. Parafie, których księgi metrykalne szczególnie mnie interesują odnajduję i ja w zasobach internetowych, żeby wspomnieć tylko o Skórkowicach, Kiekrzu, czy Odolanowie. A zdigitalizowanych danych z dnia na dzień przybywa!

Digitalizacja metrykaliów, miała istotny wpływ na ostatnie odkrycie genealogiczne dotyczące rodziny Balbiny i Marcina Uzarków, o którym chcę napisać. Jednakże nie byłoby ono możliwe dzięki temu blogowi, którego jednym z celów założycielskich było przyciągnięcie osób o podobnych zainteresowaniach genealogicznych, a jednocześnie o wspólnych korzeniach rodzinnych. Czyż nie wspaniałe jest pośrednictwo internetu? Zapisuję informację o swoich odkryciach genealogicznych na blogu, a za kilka miesięcy bądź lat, osoba, której nie znam, nie wiem nawet o jej istnieniu, wpisuje w wyszukiwarkę Google to jedno kluczowe słowo, trafia na nie na moim blogu, po czym okazuje się, że jesteśmy rodziną, możemy wymienić się nawzajem informacjami, wspólnie poszukiwać istotnych dla nas informacji, mimo, że dzieli nas odległość iluśset kilometrów. Takich spotkań od początku moich zapisków w tym miejscu zdarzyło się całkiem sporo, ale to co dzieje się od początku tego roku, przekracza wszelkie moje wyobrażenia. Mógłbym porównać ten proces do przekraczania pewnego punktu masy krytycznej, podobnie jak przy digitalizacji, po przejściu którego nic już nie jest takie samo jak przedtem.

Ostatnio szczególnie zajmowało mnie poszukiwanie aktu ślubu mych prapradziadków Marcina Uzarka i Balbiny z Kaczmarków. Napisałem w tym celu do Bottrop, skąd otrzymałem kartę meldunkową Franza Scholtysska, kolejnego męża Balbiny. Na karcie meldunkowej obok nazwiska Balbiny widniały jej dzieci zrodzone z małżeństwa z Marcinem, o których istnieniu wcześniej nie wiedziałem. Niektóre dzieci przy miejscu urodzenia miały wpisaną trudną do zidentyfikowania nazwę Parzyel.

Biorąc pod uwagę, że małżonkowie Franz i Balbina dość często w okresie 1913-1918 zmieniali miejsce zamieszkania w Horst, obecnie podlegające Gelsenkirchen, napisałem do urzędu w tym drugim mieście. Z Gelsenkirchen otrzymałem kopię aktu ślubu Franza i Balbiny, a także kolejną kartę meldunkową, tym razem Balbiny, na której wymienione były również jej dzieci z małżeństwa z Marcinem. Miejsce ich urodzenia odczytać się dało jako (również nic nie mówiące) Rarzyel.

Od pewnego czasu (dzięki temu blogowi) utrzymuję kontakt z Krystyną, która podobnie, jak ja przeszukuje metrykalia odolanowskie. Mamy najprawdopodobniej wspólne korzenie rodzinne gdzieś na przełomie XVIII i XIX wieku i nadzieję, że księgi metryczne potwierdzą ten fakt. W tym miejscu chciałbym podziękować Krystynie za ogromną dotychczasową pomoc, jaką uzyskałem w badaniach genealogicznych.

Ostatnio na przykład otrzymałem e-maila, w którym znajdował się link do jednego z akt odolanowskich z 1909 roku. Jeśli go otworzycie i powiększycie a następnie przebrniecie przez niemczyznę, w której został sporządzony, okaże się, że jest to akt urodzenia ostatniego z dzieci Marcina i Balbiny, Jana, urodzonego już po śmierci swego ojca. Jan wymieniany był w kartach meldunkowych przysłanych z Bottrop i Gelsenkirchen. A jaką miejscowością okazał się być Parzyel vel Rarzyel? Spójrzcie na linijkę rozpoczynającą się wyrazem "wohnaft zu". Raczyce koło Odolanowa. Czyż ktoś mógł się tego domyśleć, patrząc na niemieckie zapisy?

Dlaczego akurat Raczyce? Dzieci Marcina i Balbiny rodziły się już w Siedlikowie, Garkach, gniazdach rodzinnych małżonków. Ale Raczyce? Kolejna zagadka.