wtorek, 26 sierpnia 2014

Rovinj (wł. Rovigno)

... to kolejne istryjskie miasteczko, które warto odwiedzić. Już jego historia, łącząca je przez podobieństwo trochę z Dubrownikiem leżącym u przeciwnego  krańca Chorwacji jest na tyle frapująca, że nie sposób nie zwrócić na nie uwagi. Dość powiedzieć, że przez całe stulecia stare miasto znajdowało się na wyspie, oddzielonej od stałego lądu i kupieckiego przedmieścia cieśniną, zasypaną dopiero w 1763 roku. Pierwsze ślaady osady pochodzą z VII wieku p.n.e. Rzymianie z nieodległej Puli (około 40 km) zdobyli ją w 129 roku p.n.e. i nazwali Ruginium. Później kolejno należało do cesarstwa wschodniorzymskiego, państwa Franków, przeżywało najazdy Saracenów, piratów i epidemie zarazy. Następnie przez wieki całe należało do Wenecji i ślady tej przynależności są doskonale dziś widoczne, o czym dalej.

***

Samochód zostawiliśmy jeszcze przed wjazdem do ścisłego centrum. Podobnie jak w Puli, ruch samochodowy zniechęcał do dalszej jazdy. Pierwsze wkroczenie na teren starego miasta i znajome widoki. Uliczki wąskie tak, że mieszkańcy kamienic  położonych po ich przeciwnych stronach  mogliby sobie przez okna podawać ręce na przywitanie. Architektura sprzed kilkuset lat... Drewniane okiennice, reliefy nad drzwiami wejściowymi, bielizna wisząca na sznurkach rozciągniętych w poprzek uliczek. Przede wszystkim jednak całe mrowie różnojęzycznych turystów i sklepów z pamiątkami, lodami, pocztówkami, a także przytulnych kafejek, restauracji, tawern. Tak się składa, że przypadkiem parkując samochód spotkaliśmy przyjaciół, którzy do Rovinj przyjechali parę godzin przed nami. Zanurkowaliśmy w uliczki starego miasta, wspólnie zachwycając się tą niepowtarzalną atmosferą śródziemnomorskiej osady.




Razem z nami dzieci, które aby dopełnić czaru miejsca dostały lody, z kuglicami podobnie wielkimi, jak w Puli. Przystanęliśmy na chwilę w miejscu niedużego targu miejskiego pełnego owoców. Podczas rozmowy ktoś z nas wymówił słówko rakija i choć to język polski od razu wychwyciło je czułe ucho stojącej nieopodal Chorwatki, która poprowadziła nas wzdłuż jednej z wąskich uliczek. Mijaliśmy bramy sklepików, drzwi wejściowe do mieszkań chłodnych kamienic, podziwiając niekiedy ciekawe płaskorzeźby na ich ścianach, jak ta pieta na zdjęciu poniżej.


Wreszcie nasza przewodniczka zniknęła za drzwiami, przed którymi piętrzył się stos różnorakich serów lokalnie wytwarzanych. W pokoju mieszkania  do którego weszliśmy na środku stał stół, a na nim leżały swojskie wedliny otoczone butelkami z różnokolorową zawartością od prawie przezroczystej, lekko zielonego koloru zawierającą figówkę, nieco kwaśną moim zdaniem, przez żółtą gruszkówkę, o doskonale wyczuwalnym słodkim aromacie dojrzałych owoców po doskonałą malinówkę rubinowego koloru. Po wypróbowaniu tych wszystkich specjałów i dokonaniu stosownych zakupów ruszyliśmy na dalszą część spaceru.

Rovinj otoczone jest morzem i czuliśmy to często. Wystarczyło zajrzeć w jedną z poprzecznych uliczek.



Doszliśmy do wzgórza katedralnego skąd rozpościerały się wspaniałe morskie widoki, których przykłady zamieszczam na zdjęciach. Za plecami zaś mieliśmy wieżę katedry św. Eufemii, wybudowanej w 1736 roku za czasów przynależności Rovinj do Wenecji. Na 57-metrową wieżę kościoła, najwyższą na półwyspie Istria nie wspięliśmy się, delektując się pejzażem morskim. Wszedłem na chwilę do wnętrza świątyni, aby zobaczyć oryginalny kamienny sarkofag mieszczący według legendy szczątki św. Eufemii. Późniejsza święta zginęła śmiercią męczeńską w 304 roku, a szczątki przywiezione zostały tutaj w 800 roku z Konstantynopola. Ale niczego raczej nie możemy być w tej materii pewni. Jedna z legend mówi, że zostaly w cudowny sposób wyrzucone na brzeg morski przy osadzie. Inna dotyczy przepowiadania pogody. Figurka męczennicy wieńczy bowiem szczyt wieży katedralnej. Podobno odwrócona w kierunku Adriatyku zapewnia dobrą pogodę. Nie ma się co dziwić temu, że dobra pogoda na Istrii jest raczej gwarantowa. Trudno odwrócić wzrok od widoków morskich. Choć czasami święta musi odpocząć odwrócona od morza, dzięki czemu zamiast odpoczywać na plażach Kamenjaka mieliśmy szansę w mniej pogodny dzień przyjechać do Rovinj.





Ze wgórza katedralnego zeszliśmy w dół równie malowniczą, wąską uliczką, jak wcześniej i za chwilę znaleźliśmy się na wypełnionym ludźmi placu portowym Maršala Tita. Tu spotkaliśmy pierwszy symbol prawdzwie wenecki na trasie spaceru  -  w portalu jednego z budynków płaskorzeźbę lwa świętego Marka.


Przy placu portowym stoi również urocza późnorenesansowa wieża zegarowa z tym samym symbolem panowania weneckiego w postaci reliefu.


Mnogość tawern, restauracji, barów różnego rodzaju tłumaczy tak dużą liczbę turystów w tym miejscu. Trochę już zmęczeni tłumem ludzi i samym spacerem, ale pełni różnorakich miłych wrażeń ruszyliśmy w stronę samochodu.


I mieliśmy szczęście, bo po drodze trafiliśmy na położone nieco na uboczu głównych szlaków siedmiokątne romańskie baptysterium, najstarszy budynek Rovinj, pochodzący z XIII wieku.


Zuzanna Brusić, Salomea Pamuła
"Chorwacja. W kraju lawendy i wina."
Wydawnictwo Bezdroża
Kraków 2004

wtorek, 19 sierpnia 2014

Pula

Zdarzało się podczas dwutygodniowego pobytu Chorwacji, że pogoda niekoniecznie zachęcała do wylegiwania się na plażach Kamenjaka. Temperatura spadła w okolice 20-25 stopni Celsjusza, a niebo pokryło się chmurami. Takiego właśnie dnia wybraliśmy się do dwóch niezbyt odległych miast.

Pula (wł. Pola) to dość duży ośrodek miejski, liczący ponad 80 tysięcy mieszkańców, największy na półwyspie Istria i o dość bogatej historii. W II wieku po Chrystusie starą osadę iliryjską zdobyli Rzymianie. W kolejnym stuleciu u stóp jednego ze wzgórz, na których położona jest dzisiejsza Pula, powstała osada i obóz wojenny Colonie Julia Pollentia Herculanea. Później, aż do V wieku Pula zwana wówczas Pietas Julia była dobrze prosperującą, jedną z największych (30 tysięcy mieszkańców) rzymskich prowincji w północnej części Adriatyku. Po upadku cesarstwa rzymskiego znajdowała się w rękach Gotów, Bizancjum, nieodległej Rawennny i państwa Franków. Od 1331 roku, aż do 1797 stało się posiadłością Wenecji. Później, z krótką przerwą związaną ze zwycięstwami na kontynencie europejskim armii Napoleona Bonaparte, znalazła się w monarchii austro-węgierskiej. W drugiej połowie XIX wieku stała się ważnym punktem obronnym o czym świadczy do dziś zachowany fort Verudela. Po pierwszej wojnie światowej podobnie, jak cały półwysep Istria, Pula znalazła się w państwie włoskim, co skończyło się po II wojnie światowej dwuletnim zarządem angielsko-amerykańskim. Dopiero w 1947 roku została włączona do Jugosławii.

Interesowały mnie zwłaszcza pozostałości po czasach rzymskich, których w Puli przetrwało niemało. Już na peryferiach miasta, natknęliśmy się na zwiększony ruch samochodów. Gorsza pogoda wygnała do miasta wielu podobnych nam turystów. Udało się jednak znaleźć miejsca parkingowe przy samym amfiteatrze. Jest to najokazalszy zabytek Puli, wzniesiony w I w n.e. przez cesarza Wespazjana. Ten założyciel dynastii Flawiuszów panujący przez 10 lat od roku 69 charakteryzował się niezłym poczuciem humoru. Do swego syna Domicjana, który pod jego nieobecność swobodnie rządził cesarstwem napisał w liście: "Dziękuję ci, synu, że pozwalasz mi rządzić i jeszcze nie pozbawiłeś władzy." On też był pomysłodawcą rzymskiego Koloseum i nie tylko Koloseum, skoro z jego inicjatywy został wzniesiony podobny amfiteatr w Puli. Muszę powiedzieć, że mury budowli przed którą zatrzymaliśmy się wyglądają naprawdę majestatycznie. Trudno jednak oglądając je w dzisiejszej scenerii, w otoczeniu bardziej współczesnych budynków, wyobrazić sobie krwawe walki gladiatorów, wyścigi konnych zaprzęgów, czy mordowanie chrześcijan przy aplauzie tłumów. Natknęliśmy się tu na sporo turystów, grup zorganizowanych prowadzonych przez przewodników, a także tych, którzy przyjechali na 61. pulsko-filmski festiwal, o którym trudno nie usłyszeć, widząc w całym mieście plakaty reklamujące repertuar kinowy, czy też słuchając lokalnego Radio Pula (całkiem niezłego moim zdaniem). Poza festiwalem filmowym arena amfiteatru nie raz była też świadkiem koncertów prawdziwych sław muzycznych nie wyłączając Stinga czy Placido Domingo.



Po obejrzeniu amfiteatru, sesjach zdjęciowych (każdy chciał mieć zdjęcie na tle murów sprzed 2000 lat) ruszyliśmy dalej. Aby zachęcić nasze młode towarzystwo do dalszego spaceru w odnajdywaniu pamiątek rzymskich poszliśmy na lody. Jedna kuglica (gałka) kosztowała 7 kun. Lody w Chorwacji może nie są lepsze niż gdzie indziej, za to ich rozmiary są imponujące. Jedna gałka dokładana jest kilkakrotnie i zwyczaj ten widzieliśmy nie tylko w Puli. Dzieci w każdym razie były usatysfakcjonowane i raźno ruszyliśmy dalej.

W niedużej odległości od murów amfiteatru znajduje się podwójna brama Porta Gemina zbudowana w połowie II wieku. Wiodły przez nią droga do teatru rzymskiego i trakt strategiczny. W przedłużeniu ulicy, przy której stoi brama, widać resztki rzymskich i weneckich murów obronnych wieńczonych starożytnymi statuami.



Od Porta Gemina jest dosłownie parę kroków do bramy Herkulesa (Porta Herculae) z I wieku n.e. Brama zwieńczona jest słabo widocznym wizerunkiem mężczyzny z kędzierzawą głową, brodą i maczugą, który przedstawia Herkulesa, notabene patrona Puli.



Największe wrażenie zrobił na mnie jednak, stojący pośrodku otwartego, zatłoczonego placu Portarata w otoczeniu kamienic o nieco weneckim rysie, Łuk Triumfalny Sergiusza wystawiony w roku 27 p.n.e. przez Salwię Postumę z rodu rzymskich Sergiuszy na cześć zmarłych członków rodziny: męża Lucjusza Sergiusza, trybuna 29-go legionu, teścia oraz wuja męża. Może mój zachwyt spowodowało też sąsiedztwo kamienicy w kolorze żółtym,w której w latach 1904-1905 mieszkał James Joyce, pracujący w Puli jako nauczyciel języka angielskiego. Zaczytywałem się niegdyś, w okresie młodzieńczym, w literaturze irlandzkiej; w dziełach Becketta i Joyce'a, którego "Portret artysty z czasów młodości" z trudnością skończyłem. Nie dlatego, że zła to literatura jest dość trudna, wymagająca skupienia. Na jednym placu spotkały się trzy światy: rzymska kolebka wspólczesnej cywilizacji, jeden z prekursorów wspólczesnej literatury światowej i dzisiejsza Chorwacja pełna turystów z różnych stron świata.



Lody lodami, ale myślę, że trudno byłoby zachwycać się pulskimi pamiątkami przeszłości, w towarzystwie niezbyt zainteresowanych nimi najmłodszych, gdyby celem naszej wędrówki nie był targ przy ulicy Flanatička. Wybraliśmy się tam, aby nabyć kilka kilogramów owoców i warzyw, mając nadzieję (płonną) na świeże figi, na pyszne miody chorwackie o różnych niespotykanych smakach (spełnioną - miód kasztanowy o lekko gorzkim, ale wiele przyjemności obiecującym smaku), a także aby odwiedzić dużych rozmiarów halę rybną. Na targ ten jeszcze wróciliśmy innym razem zaopatrując się w blitvę, czyli burak liściowy, bardzo popularny w Chorwacji, przyrządzając ją z krewetkami. W hali rybnej przeżyliśmy próbę (udaną w 2/3) zjedzenia przez dzieci żywych ostryg serwowanych wprost z muszli. Tam też zaopatrzyliśmy się w świeżą doradę, która usmażona w zaciszu domowym, była prawdziwym rarytasem.



A kolejna notka będzie o równie ciekawym, ale jakże innym istryjskim miasteczku.

czwartek, 14 sierpnia 2014

Plaże Kamenjaka

Głównym celem naszego przyjazdu na Półwysep Istria był jego południowy kraniec. Ten długi na prawie 3,5 km i szeroki na 1600 m półwysep zwany Dolnym Kamenjakiem miał zapewniać bowiem całą gamę różnorakich plaż od spokojnych, położonych w zatoczkach miejsc, idealnych do spokojnego snurkowania, czy gry w piłkę, po skaliste, z urwistymi brzegami, kilkunastometrowymi głębinami przy brzegu i falami rozbijającymi się o tarasy skalne.

Niemal codziennnie przed południem kierowaliśmy się w stronę miejscowości o wdzięcznej włoskiej nazwie Premantura, typowej turystycznej nadmorskiej wioski, którą staraliśmy się omijać szerokim łukiem. Premantura, a właściwie jej obrzeża są bowiem bramą do plaż Kamenjaka. Już przed południem do dwóch bramek wjazdowych do rezerwatu stał dość długi wąż samochodów. Dominowały rejestracje chorwackie, słoweńskie, niemieckie, włoskie, austriackie, polskie, zdarzały się słowackie, szwedzkie, belgijskie, a nawet ukraińskie. Jednorazowy wjazd samochodem kosztował 35 kun, piesi i rowerzyści wstępowali na teren rezerwatu za darmo. Napisałem rezerwatu, gdyż dla ochrony tutejszej flory i fauny został on utworzony w 1996 roku. Po Kamenjaku można poruszać się tylko kamienistymi drogami, bez prawa wędrówek poza nimi. Do godziny 21.00 należy teren rezerwatu opuścić. Mimo całej gamy plaż i ruchu turystycznego Kamenjak nie jest miejscem skomercjalizowanym. Tylko przy kilku plażach znajdują się skromnie wyposażone bary, przy niektórych zorganizowano dodatkowo inne miejsca rozrywki, jak na przykład plac zabaw dla dzieci, czy stacja windsurfingowa.

Jeśli chodzi o florę, Kamenjak pokryty jest różnego rodzaju krzewami, w wielu miejscach spotykamy również lasy piniowe. Pinie o charakterystycznych długich i jasnozielonych igłach, niezbyt wysokie, tworzą charakterystyczny klimat półwyspu. Pod wieczór, czasami też przed południem rozbrzmiewają głośnym skrzeczeniem. W pierwszej chwili sądziłem, że hałas ten wydaje jakiś gatunek ptaków. Był jednak zbyt monotonny. To dźwięki cykad grających w koronach drzew piniowych swój egzotyczny koncert.

Jeśli chodzi o plaże, wschodni kraniec półwyspu charakteryzuje się licznymi zatokami, spokojnymi, gdyż w oddali, po drugiej stronie dużej zatoki widać inny brzeg półwyspu Istria z rozlokowanym na nim Medulinem. Druga - zachodnia i poludniowa część Kamenjaka to plaże na odkrytym morzu, skaliste, czasami w dni wietrzne z dużymi falami. Nie odwiedziliśmy wszystkich, opiszę tu jednak większość z nich.

Dražice to pierwsza plaża po stronie wschodniej ulokowana zaraz za wjazdem od Premantury. Spokojny, gładki skalisty brzeg i łagodne zejście do wody. Widok na otwarte wody zatoki, pojedynczą wysepkę i miasteczko Medulin po jej drugiej stronie. Z lewej strony w oddali widoczne zatłoczone plaże Premantury. Niewielka to plaża w porównaniu do tych położonych w zatoczkach, przez to sprawiająca wrażenie zatłoczonej, choć będąc tam jeden, jedyny raz wcale na tłumy nie natknęliśmy się. Pozbawiona miejsc ustronnych, dość nieciekawa w porównaniu do innych plaż Kamenjaka, choć obiektywnie oceniając nie pozbawiona uroku pięknych widoków. Nie zrobiła na nas jednak wrażenia.



Školjić, kolejną plażę po wschodniej stronie półwyspu Dolny Kamenjak odwiedziliśmy również tylko raz. To właściwie dwie plaże odddzielone wąskim cyplem uformowanym u swego krańca w quasi wysepkę. Znajduje się tutaj centrum windsurfingu oraz bar. Natknęliśmy się na mrowie ludzi na plaży i czym prędzej stamtąd czmychnęliśmy.


Mali Portić pięknie położony w wąskiej zatoczce, otoczony od tylnej strony wzgórzami, częściowo z niskim skalistym brzegiem stanowi prawdziwą atrakcję szczególnie dla małych dzieci ze względu na łagodne zejście do dość płytkiej wody. U końca zatoki mała wyspa, przed którą często cumują łodzie. Z tyłu plaży bar.



Škara to plaża pięknie położona wzdłuż dość szerokiej zatoki, doskonale widoczna  z drogi przecinającej Kamenjak w sposób zapierający dech w piersiach - turkusowa woda, maszty łodzi stojących na wodach zatoki, wyspa na horyzoncie. Otoczona jest ze wszystkich stron lasem piniowym, który w gorące dni daje z pewnością sporo zbawiennego cienia. Odkryliśmy ją dość późno i odwiedziliśmy w nie najgorętszy dzień, przez co straciła wtedy wiele ze swego uroku. Jedna z najładniejszych plaż Kamenjaka, niedoceniona przez nas.




Kolejną plażą, sąsiadującą ze Škarą jest Debeljak, bliźniaczy do niej z jedną różnicą. Skaliste brzegi Debeljaka nie są osłonięte lasem. Łagodne, choć kamieniste zejście do wody. Oceniana najlepiej przez napotykanych Polaków z dziećmi. W gorące dni zapewniająca natychmiastową opaleniznę. Tu jeździliśmy najczęściej, snurkując wśród przybrzeżnych skał i obserwując kraby, krewetki, ławice różnorakich ryb a także strzykwy. Dzieci łapały kraby i krewetki, pływaliśmy też w stronę nieodległej wyspy, klucząc wśród zacumowanych łódek. Przy jednym z brzegów zatoki czynny bar. 



Njive to plaża położona po zachodniej stronie półwyspu, na otwartym morzu. Stanowiąca przedsmak tego, co można zobaczyć na sąsiednich plażach: tarasy skalne (tu, na Njive skały niezbyt wysokie), fale, morskie widoki. Wybraliśmy się na nią pod koniec pobytu, w jeden z tych gorących dni, który sprawił, że plaża wyglądała, jak piaski Władysławowa w środku sezonu. Nie było gdzie szpilki wetknąć. Zabawiliśmy tu krótko i nie skusił nas nawet czynny bar.


Plovanije mimo, że położona na otwartym morzu, otoczona jest wodami niewielkiej zatoczki. Dookoła  nieco wyższe skały niż na Njive z wyżłobionymi wąskimi tarasami. W dni wietrzne Adriatyk potrafi urządzić tu wspaniały koncert fal. Niestety nie było nam dane poznać wszystkich uroków tej plaży, gdyż odwiedziliśmy ją raz i to na krótko.




Kršine to była pierwsza plaża na odkrytym morzu odwiedzona przez nas. Wysokie skały, trudno dostępny taras w dole, skąd nieliczni śmiałkowie wskakiwali do wody. Samotna wyspa i latarnia morska widoczna po prawej stronie. Zrobiła na nas bardzo pozytywne wrażenie.






Kolombarice to sąsiadująca z Kršine plaża oferująca łągodniejsze zejście na sam brzeg po  wyżłobionych przez fale tarasach skalnych. Przy silnym wietrze dość trudne zejście do wody (ślisko). Snurkowanie w tym miejscu dostarcza moc atrakcji. Już przy samym brzegu widać głębokie na kilkanaście metrów jary. Wiele tu ławic ryb większych niż te obserwowane na Debeljkau. Na głębokości kliku metrów przyczepione do skał czarne jeżowce. Na Kolombaricach znajduje się również wysoka na kilkanaście metrów skała, skąd amatorzy skoków z dużych wysokości mogli cieszyć się tym, co lubią. Przy plaży bar, a także w otoczeniu egzotycznej roślinności niewielki plac zabaw dla dzieci. Kolombarice jednak w dni gorące ściągają całe rzesze plażowiczów, co mimo wielu oczywistych zalet stanowi ich wadę.




Radovica to plaża bliźniaczo podobna do Kršine. Z innej strony oglądamy tę samą wysepkę i latarnię morską. Odwiedzona jako druga (po Kršine), nie zrobiłą takiego wrażenia, jakie mogłaby.




Na koniec moja faworytka - Toreta. Położona niedaleko Radovicy. Posiada wysokie skały, zejście po tarasach skalnych, piękne widoki i to zaciszne miejsce przy niewielkim wcięciu w skałach, gdzie spokojnie lub z całym impetem uderza o nie woda morska. Iddealne miejsce do spokojnego opalania się (niezależnie od pogody niewiele ludzi), zanurzenia w orzeźwiającej wodzie, czy skoków do wody ze skał.







czwartek, 7 sierpnia 2014

Medulin

Medulin, wymieniony pod koniec poprzedniego tekstu, to miejscowość mijana przez nas codziennie, gdy jechaliśmy w kierunku Premantury i plaż Kamenjaka. Tablice Ližnjanu i Medulina sąsiadują ze sobą i gdyby nie ten fakt, nieuważny kierowca mógłby nie zauważyć, że wjechał do innej wioski.

Według profesjonalistów zajmujących się pamiątkami przeszłości, Medulin leży w miejscu antycznego miasta Mutila, zniszczonego przez Rzymian w II wieku przed Chrystusem. Z XII wieku pochodzą najstarsze znane wzmianki dotyczące Medulina. Swój większy rozwój przeżywał od XVII wieku, wieku panowania Wenecjan, gdy jedną z głównych profesji, którą trudnili się mieszkańcy było rybołóstwo. Dziś jest to miejscowość turystyczna w o wiele większym stopniu niż sąsiedni Ližnjan i pewnie nie byłaby warta wzmianki, gdyby nie dwa miejsca.

Jadąc od strony Ližnjanu, z dalszej odległości widać już wysokie na 33 m wieże kościoła św. Agnieszki, wybudowanego w 1894 roku. Kościół stoi na wzgórzu i jest bardzo charakterystycznym punktem Medulina, reprodukowanym na wielu pocztówkach. Wieże widoczne są nawet z Premantury, położonej po drugiej stronie zatoki. W samym kościele znajduje się dość ciekawa mozaika w ołtarzu głównym z ukrzyżowanym Chrystusem w centralnym punkcie i towarzyszącymi mu osobami. Scena pełna dynamiki tuż przed śmiercią Jezusa doskonale oddana współczesnym językiem artystycznym. Uczestnicząc w niedzielnym nabożeństwie zauważyliśmy iż uproszczony tekst ewangelii wyświetlany jest w trzech językach: chorwackim, niemieckim i polskim, co było dla nas dość miłym zaskoczeniem.





Kościół znajduje się na wzgórzu, które gwałtownie opada w kierunku zachodnim. Wspaniale jedzie się jednokierunkową, wąską na szerokość samochodu i dwóch pieszych uliczką w dół, prawie na złamanie karku, mijając po drodze dawne kamienne budynki, okna zasłonięte szczelnie roletami, goniąc refleksy słoneczne wyłaniające się na chwilę zza zakrętu i podziwiając niewiarygodnie piękną na tle kamieni śródziemnomorską roślinność. Podobnie malowniczo, choć pod górę i ciężko wjeżdża się na wzgórze kościelne, jadąc z powrotem. To jedno z tych miejsc, gdzie można poczuć ducha dawnej chorwackiej wsi rybackiej.











Medulin to też miejsce naszych zakupów. Supermarket sieci Plodine, gdzie zaopatrujemy się w prowiant tuż przed wyjazdem z Chorwacji, słysząc co rusz na język polski oraz mały targ rybny, gdzie  można zaopatrzyć się w świeże makrele, langusty i kałamarnice na wieczorną ucztę dla podniebienia.