piątek, 8 maja 2015

"Stypa" Joanny Siedleckiej

Rzadko mi się to zdarza, naprawdę, ale po trzech latach nie pamiętam ani jednego szczegółu z tego spotkania. A było bardzo interesujące, gdyż po powrocie długo o nim opowiadałem. Joannę Siedlecką kojarzyłem wcześniej z książkami o Zbigniewie Herbercie i pisarzach niepokornych, niszczonych przez system komunistyczny w prlu. A tu w białostockim ratuszu okazało się, że ma korzenie stąd, książek zapowiadających się arcyciekawie napisała dużo więcej i ... szkoda byłoby jej twórczości nie poznać lepiej.

"Stypa", do której trafiłem w pierwszej kolejności to zbiór reportaży wydany w roku 1981. Pisane były w latach 1977-1978 i wszystkie dotyczą spraw Podlasia. Wydawałoby się, tak to niedawno, ale ja czytając opisane historie miałem wrażenie, że dotyczą jakiegoś dawnego świata, już nie istniejącego. Poziom reportaży jest dość równy, czyta się je doskonale i z zainteresowaniem, tylko pojedyncze z nich odbiegają od wysokiego pułapu czytelniczego. Podobne wrażenie zanurzenia się w wiejski świat Podlasia i w wiejski świat Białegostoku, który po wojnie mimo posiadania statusu dużego ośrodka miejskiego posiadał mało cech miejskości, odnajdywałem niegdyś czytając prozę Sokrata Janowicza: "Wielkie miasto Białystok" i "Ścianę". Sokrat doskonale ujmował klimat Białegostoku lat 60-ych i 70-ych, miasta pełnego dzielnic drewnianych domów, zapełnianego po wojnie przybyszami ze wsi, miasta rozwijającego się, budującego własny przemysł, pełnego kontrastów. I w tym wszystkim umiejscawiał przybysza z wioski położonej gdzieś na ścianie wschodniej, próbującego zerwać ze swymi białoruskimi korzeniami, jeszcze nie mieszczucha, ale i już nie wieśniaka. Podobnie jest u Siedleckiej, choć tu akcenty przesuwają się bardziej w stronę zachodniego Podlasia.

Już pierwszy reportaż "Szpitalnicy" szokuje. Nie wiedziałem dotychczas, że za prlu osoby zaleczone w szpitalu psychiatrycznym w Choroszczy kierowane były do okolicznych gospodarstw. Gospodarze chętnie te osoby przyjmowali pod swój dach. Mieli tanią siłę roboczą, państwo płaciło, szpital dzięki temu zdobywał nieco więcej przestrzeni w swych ciasnych murach. Doskonale opisane historie Józefa, Nadzi, czy Feliksa. Świetnie podkreślony wymiar etyczny całego przedsięwzięcia na sam koniec.

"Za bułkami" z kolei to perypetie rodziny, której głowa wyjechała za chlebem do Stanów Zjednoczonych. Kto mieszkał tu, czy też przyjechał na Podlasie wcześniej, przed wielką emigracją młodych Polaków do Unii Europejskiej, ten wie, że praca na zachodzie była źródłem utrzymania wielu podlaskich rodzin. Pracowały tam całe wsie, regiony. Mówiło się, że Mońki to kawałek Chicago, a z kolei okręg siemiatycki to Belgia. W dzisiejszych czasach i wyjechać łatwiej i emigracja bardziej masowa. Niegdyś było to zjawisko unikatowe.

Podobał mi się reportaż "Dziewczyna "spod strzechy" potrzebna od zaraz" o młodych dziewczynach z Podlasia, zatrudnianych do pomocy przez światłe jaśniepaństwo z Warszawy. Zupełnie inny świat, sprzed czasów internetu, gdy mentalnościowa granica pomiędzy Warszawą, a Podlasiem była znaczna. Podobnie prehistorycznymi wydają się czasy opisane w reportażach "Feministki ze wsi Jeżewo Stare", czy "Rajko".

Ja jednak na ciut dłuższą chwilę chcialbym zatrzymać się na reportażach "białostockich": "Naprzeciw wiatru nie dmuchniesz" o nieistniejącym już dziś targowisku przy ulicy Bema, "Szczęśliwi, bo nie doczekali"oraz "Stypa". Szczególnie dwa ostatnie są mi bliskie, dotyczą bowiem wyburzania całych kwartałów drewnianych dzielnic Białegostoku pod nowe osiedla mieszkaniowe w latach 70-ych. Drewniane domy, bylejakie, często budowane z byle czego, ale z drugiej strony położone wzdłuż brukowanych uliczek, pełne zieleni i zapachów ogrodów, tak blisko centrum położone. Siedlecka opisuje tragedie ludzi, którzy muszą przenosić się do wież, jak nazywano wieżowce, przeżywając często prawdziwe życiowe dramaty. Ostatnio rozmawiałem z mym kolegą Krzyśkiem" "- Te tragedie i płacze były tylko chwilowe. Za chwilę okazało się, że w bloku jest ciepła woda, na miejscu, jest ciepło, wygodnie. Tak było z moją babką." Chyba jednak nie w każdym przypadku tak było. Blokowa alienacja, brak sąsiadów, z którymi przez lata stary człowiek był zżyty, brak codziennych zajęć w ogródku, czy przy drewnianym domku powodowały zgryzotę i szybsze odejście z tego świata szczęśliwych dotychczas ludzi. Jak mówi stare powiedzenie - starych drzew się nie przesadza.

Zachwycam się tu czasami na blogu drewnianą ulicą Młynową, Grunwaldzką, Bojarami. Podoba mi się wciąż istniejące osiedle drewnianych domów w okolicach ulicy Kopernika. Bojar, Młynowej, Grunwaldzkiej nawet w kształcie, w jakim ja je widziałem już dziś nie ma, ale czytając Siedlecką, wiem, że i to co widziałem i gdzieniegdzie widzę jeszcze, już dalej jednak od centrum Białegostoku, to tylko relikty dawnego miasta i jego wiejskich dzielnic. To zupełne resztki, które choć to bardzo trudne, wwarto byłoby choć w części zachować. Uświadamia to doskonale książka Siedleckiej, będąca stypą po dawnym, choć tak niedawnym Białymstoku.

Joanna Siedlecka, "Stypa", Iskry, Warszawa, 1981.

niedziela, 26 kwietnia 2015

Marycha

Tegoroczny sezon wyjazdowy w ramach podróży dalszych i bliższych rozpoczęliśmy wraz z Kasią, świętując ważne dla nas wydarzenie, w Puszczy Augustowskiej. Nigdy nie eksplorowaliśmy wcześniej tych okolic, choć leżą tak niedaleko Białegostoku, stąd też i nasz wybór. Wyruszyliśmy z Białegostoku do Augustowa, aby stamtąd pojechać dalej w kierunku na Sejny. W Gibach - miejscu, gdzie niegdyś upamiętniono zaginionych w obławie augustowskiej, skręciliśmy w prawo. Naszym celem była Zelwa, mała wieś puszczańska położona nad jeziorem o tej samej nazwie i rzeczką Marychą. Miejsce to, jak wiele mu podobnych na Podlasiu leży na styku różnych kultur, które kształtowały oblicze północno-wschodniego skrawka dzisiejszej Polski na przestrzeni wieków. W tym wypadku nazwa wsi z dużym prawdopodobieństwem ma pochodzenie jaćwieskie. Po raz pierwszy wymieniona została w źródłach historycznych w 1645 roku jako wieś pańszczyźniana, w której zlokalizowana była karczma. Dziś leży w bliskim sąsiedztwie nieodległej Litwy. Niedaleko stąd również do granicy polsko-białoruskiej.

Gdy rozpakowaliśmy nasze bagaże w wynajętym gniazdku na końcu wioski i wyszliśmy na rekonesans, wiał silny wiatr, wyostrzając barwy napotykanych domów, drzew i kwiatów. Do życia budziła się przyroda, znak nadchodzącej z pewnym opóźnieniem wiosny. Zelwa musiała niegdyś, za czasów prlu, tętnić życiem podczas sezonu turystycznego, dziś zaś oferuje zaledwie kilka miejsc w kwaterach agroturystycznych lub domach do wynajęcia nad jeziorem. Nie ma zbyt rozbudowanej infrastruktury turystycznej, ciepły posiłek można zjeść w kwaterze agroturystycznej lub w najbliższej restaruacji, która znajduje się aż w Gibach. (Regres w stosunku do roku 1645!) Otwarty jest jeden sklep, położony urokliwie pod lasem na końcu wsi, z bardzo miłą obsługą, co możemy stwierdzić z pełnym przekonaniem, gdyż tam właśnie udaliśmy się na pierwszą kawę i herbatę. Dla nas brak infrastruktury stanowił raczej zaletę, poszukiwaliśmy bowiem miejsca gdzie można było zapomnieć o codziennym cywilizacyjnym pędzie.

Wędrując w kierunku sklepu minęliśmy budynek nieczynnej już i wystawionej na sprzedaż Izby Regionalnej. Wróble ćwierkały, że to interwencje sąsiedzkie spowodowały, iż miejsce niegdyś tętniące w sezonie życiem zostało zamknięte. Szkoda.



Wkrótce doszliśmy do skrzyżowania, przy którym stał budynek nieczynnego sklepu gieesowskiego oraz drewniany krzyż zwieńczony ręcznie kutym krzyżykiem żelaznym na szczycie.


Minęliśmy również na jednej z posesji kawałek większego kamienia z napisem, przypominającym czasy wczasów pracowniczych, gdy wyjazd na wakaacje nad jeziorem był o wiele większą atrakcją, niż dziś, gdy zdobycie paszportu nie sprawia żadnego problemu. Czy taka jest rzeczywiście historia tego kamienia i zdobił on kiedyś teren jednego z ośrodków wczasowych? Napis nie do końca był czytelny, ale zaczynał się tak:

"Kocham Cię Zelwo, ... jest twoje dziecię. Piękność twa przewyższa wszystkie inne kraje. I ja ciebie cenię nade wszystko w świecie..."


Zelwa Zelwą, ale tuż obok znajdują się dwa dość ciekawe rezerwaty przyrody i właśnie do jednego z nich skierowaliśmy nasze kroki. Po drodze minęliśmy położony wśród drzew budynek ochotniczej straży pożarnej. Nie mogłem nie sfotografować tej osobliwości.


Rezerwat Łempis (nazwa pochodzi od litewskiego słowa żółw), do którego udaliśmy się w pierwszej kolejności leży w kierunku północno-wschodnim od Zelwy w niedalekiej odległości od drogi do Berżnik. Założony został w roku 1983 na powierzchni 126 ha w celu ochrony rzadkiej roślinności torfowiskowej. Natknęliśmy się na tereny bagienne, urokliwe, pełne zieleni. Smutne było to, że nawet w takich miejscach, oddalonych od dużych siedzib ludzkich, położonych w głuszy leśnej i przeznaczonych raczej dla koneserów turystyki można było natknąć się na śmieci w postaci pojedynczych plastikowych butelek, czy puszek po piwie.



Na terenie rezerwatu otoczone pasem torfowiska położone są trzy jeziora: Łempis, Łemtupis i Stulpień. Dotarliśmy do tego ostatniego, najbliższego Zelwie. Otoczone ze wszystkich stron lasem, ze śladami bobrzej pracy na przybrzeżnych drzewach, ciche, spokojne, w pochmurny dzień przykryte stalowoszarego koloru niebem sprawiało nieco tajemnicze wrażenie.


Kolejnego dnia wybraliśmy się na dłuższą wyprawę - wzdłuż rzeki Marychy. Płynie ona w kierunku wschodnim od Zelwy, aby tuż przed granicą polsko-litewską skręcić na południe, stając się rzeką graniczną. Na odcinku tym staje się kręta, po obu jej stronach wznoszą się nad brzegami strome wzgórza, zdarza się również, że przegrodzona zostaje przyciągniętymi przez bobry pniami drzew. Na odcinku Zelwa - Budwieć w 1983 roku utworzono rezerwat przyrody "Kukle" i to on stał się celem naszej wędrówki. Położony na obszarze 313,5 ha chroni krajobraz przełomowej doliny rzeki Marychy, otoczonej borami mieszanymi porastającymi zbocza wzgórza oraz torfowiskowymi dolinkami.




Rezerwat Kukle na terenach bagiennych stanowi ostoję głuszców. Chroni również wiele rzadkich gatunków roślin. W lesie udało nam się natknąć na dość rzadką sasankę otwartą. Mignął nam przed oczami również młody koziołek a w zakolu rzeki ujrzeliśmy siedzącego na gnieździe łabędzia. Marycha musi stać się celem naszej kolejnej wyprawy kajakowej! Odcinek rzeki, który widzieliśmy był odludny, dziki i niezwykle urokliwy.



Doszliśmy w końcu do miejsca, gdzie stojąc na wzgórzu widzieliśmy Marychę skręcającą mocno na południe. Znak to, iż zbliżyliśmy się do granicy. Idąc dalej na wschód mijaliśmy szeroki pas torfowisk po południowej stronie. Wreszcie zdecydowaliśmy się na ich przecięcie, aby znów znaleźć się nad brzegami rzeki puszczańskiej. Weszliśmy na leśną ścieżynkę. Było delikatnie grząsko i w butach w niektórych miejscach trochę chlupotało. Co jakiś czas natykaliśmy się na odchody większych ssaków kopytnych. Za chwilę po lewej stronie ujrzeliśmy małe bagienne jeziorko dystorficzne, tzw. suchar. Porastające okolicę drzewa i krzewiasta roślinność sprawiałyy, że jego okolice spowite były półmrokiem. Warto było znaleźć się w leśnej ciszy, wśród natury i dość rzadkiego widoku.


Bagienna dolinka rozciągająca się na wschód od wspomnianego zakrętu Marychy, według przewodnika ma około 1 km szerokości. Nie szliśmy nią długo. Za chwilę znaleźliśmy się znów nad rzeką, a w odddali widzieliśmy już słupki graniczne.


Poszliśmy piaszczystą drogą na południe, aby za chwilę skręcić w prawo, w stronę mostku na rzece, tuż przy wsi Budwieć. Według mapy Suwalszczyzny, którą dysponowaliśmy, było to jedyne przejście przez Marychę w najbliższej okolicy. Mostek za chwilę zresztą ujrzeliśmy. Widok, który ukazał się przed naszymi oczami nie zachęcał do przejścia po nim. Belki, na których opierały się spróchniałe deski mostku, wyglądały na przegniłe. Przed wejściem nań ostrzegały ustawione prowizoryczne znaki ostrzegawcze. Alternatywą był powrót do Zelwy tą samą drogą, którą przyszliśmy. Iść ryzykując skaleczenie i kąpiel w zimnej wodzie, czy nie iść? Kasia zdecydowała się pierwsza. Przeszła suchą nogą. Zdecydowałem się i ja, choć z plecakiem i nieco większą masą. Deski drżały przy każdym kroku. Uff! Byliśmy na drugim brzegu.


Budwieć, nosząca nazwę pochodzenia prawdopodobnie jaćwieskiego, jest niewielką wsią o porozrzucanych po leśnej okolicy jak kamienie domostwach. Trochę tu drewnianych chat, spichlerzyków, ale i nowych domów. Niektóre gospodarstwa wyglądały na opuszczone. Ale wszystkie malowniczo położone wśród pól i lasów. W nagrodę za odwagę dostaliśmy piękne widoki i wygodną drogę powrotną szeroką szutrówką do Zelwy.


Grzegorz Rąkowski "Przewodnik Polska egzotyczna I", Pruszków 1999.

czwartek, 9 kwietnia 2015

Stare zdjęcia

Dostałem niedawno kilkadziesiąt starych zdjęć. Wszystkie dotyczą rodziny zaginionego, a właściwie precyzyjniej byłoby napisać - ukrywającego się po II wojnie światowej pradziadka Stefana Stępnia. Prawdziwa to gratka dla mnie, gdyż posiadałem dotychczas tylko jedno zdjęcie Stefana i jedno zdjęcie praprababci Józefy. Brak jakichkolwiek innych zdjęć tej rodziny w mych zasobach. Dlatego dziękuję raz jeszcze T., że zdecydowała się na trud odnalezienia ich, zeskanowania i przesłania. Większość z nich przedstawia osoby, które można zidentyfikować, gdyż mimo, że już odeszły z tego świata, wciąż żyją w pamięci rodzinnej. Ale jest parę zdjęć, które nie podpisane, pozostają wciąż anonimowe. Dlatego decyduję się na zamieszczenie ich tutaj, mając nadzieję, że jest jeszcze ktoś, kto posiada podobne zdjęcia i ma wiedzę o osobach na nich widocznych, a także trafi tu kiedyś za pomocą jakiejś wyszukiwarki internetowej. Złudna nadzieja, mam tego świadomość, choć nie raz dzięki internetowi mogłem w sposób znaczący ruszyć ze swymi poszukiwaniami genealogicznymi do przodu.



1
Zdjęcie nieznanego mężczyzny w mundurze wojskowym. Od kolegi W. dowiedziałem się, że przedstawia kapitana (przed wojną kapitan nosił trzy gwiazdki) wojsk lądowych, na co wskazuje brak proporczyków na kołnierzu. Prawdopodobny czas wykonania zdjęcia: między 1927, a 1936 rokiem. W 1935 roku zaczął obowiązywać bowiem nowy wzór czapki oficerskiej, w 1936 roku nowy wzór kurtki mundurowej.


2
Nieznany mężczyzna i nieznana data wykonania zdjęcia. Wydaje mi się, że stoi również na zdjęciu ślubnym Genowefy Stępień i Mikołaja Lemańskiego niżej, jako druga osoba od lewej.



3
Nieznany mężczyzna. Nie potrafię nic więcej na temat tego zdjęcia powiedzieć.


4
To bardzo ciekawe zdjęcie. Być może najstarsze z tu przedstawianych. Niestety nie znam się zupełnie na modzie - co kiedy i gdzie noszono, a być może to jest klucz do odgadnięcia, gdzie i kiedy to zdjęcie zostało wykonane. Czy przedstawia moich przodków? Niewykluczone. Ale na pewno nie prapradziadków: Kacpra i Józefę Stępniów. Zdjęcie Józefy widać niżej dla porównania. Być może nieznanych mi z imienia prapradziadków -rodziców Kacpra bądź rodziców Józefy.


5
To zdjęcie ślubne Genowefy Stępień - młodszej siostry pradziadka Stefana i Mikołaja Lemańskiego, który w 1948 roku poszukiwał Stefana za pośrednictwem PCK. Zupełnie nie wiem, gdzie mogło zostać wykonane. Raczej nie w Bardzie, gdzie w 1900 roku urodził się pradziadek Stefan. Później około 1910 roku rodzice jego - Kacper i Józefa mieszkali już w Wojnowicach koło Gidli, więc może tam? W 1923 roku Kacper  z kolei mieszkał już w Konstantynówce koło Sarn na Wołyniu, gdzie zmarł i został najpewniej pochowany na nieistniejącym już cmentarzu w Sarnach. Kiedy Stępniowie przenieśli się na Wołyń, tego nie wiem. Więc może jednak zdjęcie wykonano na Wołyniu? Zwraca uwagę niesamowite ubóstwo otoczenia. Nie rozpoznaję na zdjęciu Józefy Stępień z Pociejewskich, matki Genowefy (patrz zdjęcie niżej). Jako drugi od lewej stoi mężczyzna przypominający tego z zdjęcia nr 2 powyżej. Trzeci od prawej z kolei stoi Józef Stępień - brat Stefana i Genowefy.


6
A to już zdjęcie praprababci Józefy Stępień z Pociejewskich.


7
Na tym zdjęciu rozpoznaję pradziadka Stefana Stępnia. Tak przypuszczam, na podstawie podobieństwa z jedyną fotografią, jaką dysponowałem dotychczas.Ciekaw jestem waszego zdania na ten temat. Na zdjęciu wyżej chyba nie miał jeszcze 20 lat.

wtorek, 24 marca 2015

Zachorzów i Sławno

Z Barda pojechałem do Zachorzowa, małej wioski położonej w gminie Sławno, w powiecie opoczyńskim. Obszar powiatu opoczyńskiego należącego do województwa łódzkiego graniczy z województwem kieleckim. Miałem więc do przejechania nieco ponad 100 km.

Według "Słownika Geograficznego Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich" wieś istniała już w XVI wieku i nosiła nazwę Zacharzew. Zacharzewskie role folwarczne dawały wówczas dziesięcinę wartości kilku groszy plebanowi w Sławnie.

Mój przodek wyjechał na zawsze z tej miejscowości w połowie XIX wieku, więc poza odległymi związkami genealogicznymi nie wiąże mnie dziś nic z Zachorzowem. Chciałem tam jednak pojechać i poszukać śladów przeszłości.

Mój praprapradziadek Bonifacy Krzysztofik urodzony pod koniec XVIII lub na początku XIX wieku, wraz z małżonką (nie jestem niestety pewien jej imienia), która nosiła nazwisko panieńskie Martyka, mieszkał w Zachorzowie w pierwszej połowie XIX wieku. Bonifacy zmarł 11 lipca 1847 roku, jego małżonka przed 1851 rokiem. Ich syn, a mój prapradziadek Stanisław Krzysztofik urodzony 14 listopada 1841 roku w Zachorzowie, wyjechał do leżącej już za Sulejowem parafii Skórkowice, gdzie 20 października 1862 roku poślubił Katarzynę Dzidkowską. Prapradziadkowie zamieszkali w Zygmuntowie nieopodal Szarbska. I tam toczyły się ich dalsze losy.

Do Zachorzowa wjechałem wcześnie rano, w piękny słoneczny dzień, od strony Prymusowej Woli. Asfaltowa droga i płasko dookoła. Jakiż kontrast w porównaniu z górzystymi okolicami Barda. Już na samym początku spotkała mnie miła niespodzianka. Zauważyłem kapliczkę, podobną do tych z okolic Skórkowic, ze znamienną dla mych genealogicznych koneksji inskrypcją:

"Fundatorowie Jan i Maryianna małżonkowie Krzysztofiki proszą przechodnich o westchnienie i błogosławieństwo do boga. Kwietnia 14 dnia 1877 roku."


Podobnych kapliczek napotkałem jeszcze kilka, o czym w dalszej części tekstu, choć żadna z nich nie nosiła inskrypcji tak ciekawej i nie legitymowała się tak dawną metryką, jak ta na zdjęciu powyżej.

Wkrótce dojechałem do centralnego punktu wioski, w którym krzyżowały się trzy drogi: w prawo ślepa wiodąca do kościoła widocznego nieopodal, w lewo do kolonii Zachorzów. Droga  zaś na wprost biegnąca, szybko wychodziła poza opłotki Zachorzowa, przebiegała przez pola i wpadała do widocznego na horyzoncie lasku.

Na skrzyżowaniu dróg stała kapliczka zwieńczona figurką Matki Boskiej wzniesiona w roku 1919, jak głosił napis na cokole: "Matko nie opuszczaj nas. Ta figura w zniesiona na chwałę bożą, wczasie niepodległej Polski 1919 roku. Włoscjan wsi Zachożowa."



Bardzo malowniczo przedstawiał się drewniany kościółek po prawej z towarzyszącą mu dzwonnicą. Został wybudowany w roku 1785 jako kaplica dworska pw. św. Izydora z fundacji Michała Domaniewskiego, starosty szczurawskiego i jego żony Doroty Dunin Brzezińskiej. Parafia została erygowana w Zachorzowie dopiero w 1958 roku, a w 1986 dawna kaplica dworska została rozbudowana i dziś służy jako kościół parafialny pw. św. Michała Archanioła.



Obok kościoła znajduje się pomnik błogosławionego Henryka Krzysztofika zamęczonego w Dachau. Wnętrza świątyni nie udało mi się jednak zobaczyć.



Wrócilem do centralnego punktu wsi i ruszyłem drogą prosto tam, gdzie na horyzoncie wcześniej widziałem lasek. Wkrótce dotarłem do cmentarza, który położony był po lewej stronie drogi. Po prawej zaś na wzgórzu wśród sosen stała kapliczka wskazująca na to, że w miejscu tym chowano kiedyś ofiary XIX-wiecznych epidemii cholery. "Na cześć i chwałę Panu Bogu. 1953 r. Figura wzniesiona przez mieszkańców wsi Zachorzów, tu spoczywają zwłoki zmarłych na epidemje cholery 1865 i 1894 r. Przechodniu proszą Cię o Zdrowaś Marja".



Cmentarz zachorzowski musiał powstać w latach 50-ych XX wieku. Żaden z nagrobków nie ma bowiem metryki starszej. Jest niewielki. Sporo nagrobków osób o nazwisku Krzysztofik. O wiele rzadziej da się zauważyć nazwisko Martyka. Na jednym z krzyży nagrobnych zamiast inskrypcji zauważyłem zdjęcia kobiety, co raczej nie zdarza się często.



Z cmentarza wróciłem z powrotem do Zachorzowa i przyjrzałem się innym kapliczkom wiejskim. Oto niektóre z nich:



Kapliczka ze świętym Janem Nepomucenem z końca XIX wieku.



Kapliczka stojąca zaraz przy wjeździe z Zachorzowa do Zachorzowa-Kolonii. "Najsłodsze serce Maryi, zlituj się nad nami. Fundatorowie włosc. Kol. Zachorzow, 1937 r."



Najnowsza z oglądanych przeze mnie kapliczek.



Kapliczka stojąca u południowo-zachodniego krańca wsi z 1920 roku.


***

W czasach, gdy w Zachorzowie mieszkali moi przodkowie, miejscowością parafialną, gdzie chrzczono dzieci, zawierano śluby i odprawiano nabożeństwa żałobne było Sławno. Dziś oddzielone jest od Zachorzowa ruchliwą drogą krajową nr 12 łączącą nieodległy Sulejów z Opocznem. Kiedyś zapewne do Sławna szło się bądź jechało bez przeszkód przez okoliczne pola i lasy.

Przy drodze do Sławna w lesie po prawej stronie zauważyłem pomnik poświęcony pamięci 42 powstańców styczniowych z oddziału kapitana Waltera, poległych w walce z Moskalami 9 kwietnia 1864 roku.


Wkrótce las się skończył i wjechałem do Sławna. Zattrzymałem się przy cmentarzu po lewej stronie drogi. Jest o wiele starszy i większy od zachorzowskiego, z zachowanymi ciekawymi starymi nagrobkami.


Nagrobek rodu Poklewskich-Koziełł, do których należał majątek Mniszków. Inskrypcje nagrobne wskazują, że pochowani są tu Paweł Poklewski-Koziełł (1839-1902) i Zygmunt Poklewski-Koziełł zmarły w wieku 10 miesięcy w 1879 roku.


Nagrobek Franciszka Malinowskiego (1816-1887).


Nagrobek Michała Cielca (1824-1900).


Nagrobek rodziców pochodzącego z Zachorzowa, wspomnianego wyżej, błogosławionego Henryka Krzysztofika.


Nagrobek Andrzeja Psarskiego (1818-1870), właściciela wsi Grabowa.


Nagrobek Stanisława Mąkólskiego (1820-1891) wystawiony przez wdzięcznych wychowańców.


Nagrobek Emilii Formińskiej (1848-1865).


Nagrobek Urszuli z Buczniów Żarskiej (1825-1895).


Dom duszy Franciszki Grabińskiej (1827-1859).

W centrum Sławna, dość niewielkiej, choć charakteryzującej się gminnym wyglądem miejscowości, stoi kościół św. Gereona z 1852, a więc z czasów nieco późniejszych, niż te, które ze względów genealogicznych mnie interesują.


Za kościołem widać zdziczały park dworski z końca XIX wieku. Zwracają uwagę również figura św. Floriana przed budynkiem Ochotniczej Straży Pożarnej, pomnik Józefa Piłsudskiego i kapliczka z 1931 roku.

Po dość krótkim rekonesansie wyjechałem ze Sławna w kierunku na Tomaszów Mazowiecki, pozostawiając tu w sieci ten krótki ślad bytności w krainie przodków.

poniedziałek, 16 marca 2015

Bardo

Minąłem Raków, Rembów i w Sadkowie zjechałem z drogi numer 74 w boczną asfaltówkę w kierunku Barda. Szary pasek wił się wśród wzgórz, jeszcze nie zazielenionych, wszak to dopiero połowa marca. Wreszcie zaczęły się zabudowania, a przede mną na wzgórzu widać było biało-czerwoną sylwetkę kościoła. Dojechałem do miejscowości, gdzie 6 grudnia 1900 roku urodził się mój pradziadek Stefan Stępień.

***

Pierwsze udokumentowane informacje o Bardzie sięgają końca XIV wieku, gdy należało ono do rodziny Kurozwęckich. Od 1470 roku stał we wsi drewniany kościół ufundowany przez Mikołaja z Kurozwęk, wokół kościoła znajdował się zaś cmentarz. Po śmierci ostatneigo właściciela z Kurozwęckich właścicielką wsi została Jadwiga Gnoińska, która wyszła za mąż za działacza reformacyjnego Jana Sienieńskiego. Nieopodal Barda znajduje się Raków, w średniowieczu silny ośrodek ariański. Arianie, po sąsiedzku zapisali się w historii Barda, paląc kościół, a teren wokół wraz z cmentarzem równając z ziemią, jak dowiedziałem się od księdza proboszcza.

***

Dzisiejszy kościół stoi w zupełnie innym miejscu, a miejsce dawnego, spalonego kilka wieków temu jest w sposób mglisty pamiętane przez mieszkańców wioski. Według księdza proboszcza, miejsce dawnego kościoła znajdowało się przy drodze z Barda do Łagowa. Jeden ze starszych mieszkańców wsi, 80-letni pan Feliks powiedział mi, że od ojca słyszał, iż miejsce spalonego kościoła jest tam, gdzie dziś stoi opuszczone gospodarstwo państwa Religów. Miejsce to zupełnie z daleka nie przypomina gospodarstwa, zarosło bowiem prawie doszczętnie drzewami.


***

Takich pustostanów przybywa we wsi, niegdyś sporej. Składały się na nią 3 osady: Bardo Dolne - wieś i folwark, Bardo Górne - wieś i Bardo - plebanię, wchodzącą w skład gminy Rembów. Jak mówi pan Feliks, we wsi było 180 domów, dziś zostały dwie krowy, dwóch starszych gospodarzy, a większość młodych wyjechało.

***

Obecny kościół parafialny, barokowo-klasycystyczny został wybudowany w 1789 roku z inicjatywy Barbary Misiewskiej, stolnikowej bracławskiej, wówczas właścicielki wsi. Biało malowany kościół z czerwonym dachem stoi w centrum, na wzgórzu, w miejscu widocznym z wielu stron. Przy kościele zaś dzwonnica, mieszcząca dzwon pochodzący z XV wieku.



***
Mam problem z genealogią pradziadka Stefana. Księgi metrykalne bardzkie spłonęły pod koniec drugiej wojny światowej, nie ostały się nawet duplikaty. Według księdza proboszcza, w 1945 roku, gdy ruszył front, pocisk uderzył w budynek plebanii, w którym utworzyła się dziura. Księgi parafialne zostały przeniesione na przechowanie do nieopodal położonego budynku organistówki. Budynek plebanii przetrwał, ale ogranistówka spłonęła wraz z zawartością, trafiona innym pociskiem.

***
Wnętrze kościoła bardzkiego niewielkie, ale bardzo interesujące i sprzyjające intymnej atmosferze modlitwy. W ołtarzu głównym znajduje się obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem, ołtarz boczny po lewej stronie został zdjęty najprawdopodobniej do konserwacji, gdyż ściana, w miejscu gdzie wisiał jest pusta, natomiast z prawej strony w ołtarzu bocznym znajduje się bardzo ciekawy obraz św. Izydora Oracza.




***
Za kościołem droga mocno skręca na południe. Dojeżdżam nią do cmentarza, chcą upewnić się, czy Stępniowie to typowe dla Barda nazwisko. Mam bowiem wątpliwości, czy rodzina Stefana pochodziła stąd. Kolejni jego bracia i siostry rodzili się w Wojnowicach niedaleko Radomska.

Cmentarz jest nieduży, niewiele więc czasu trzeba, aby przejść między wszystkimi nagrobkami. Tych z nazwiskiem Stępień jest niewiele. Raptem 2.

***
Wspomniany pan Feliks nie kojarzy Stępniów w Bardzie. Nagrobki Stępniów na cmentarzu związane są według niego z rodzinami z Zalesia w parafii Szumsko i z Czyżowa, z tym, że w drugim przypadku nazwisko Stępień dotyczy nauczyciela ze Słupii, który przybył do Czyżowa.

***

Na cmentarzu w Bardzie znajduje się za to kilka starych interesujących nagrobków. Najstarszym wydaje się być ten z 1861 roku:


"Tu spoczywają zwłoki ś. p. Jana Cwiertniewicza, zmarłego 19 stycznia 1861 r. w wieku lat 20. Pogrążona w nieutulonym żalu pozostała matka po stracie drogiego syna. Tę pamiątkę kładzie prosząc o pobożne westchnienie." - głosi inskrypcja.

Pozostałe odróżniające się wiekiem nagrobki to:


nagrobek Marii Karmańskiej z Michnowskich herbu Wczele (1847-1891),


nagrobek Michała Baltena (1852-1913),


nagrobek Michała Cichego (1897-1911) wystawiony przez dziadka Jakuba Pałkę.

***
Opuszczam Bardo. Dowiedziałem się niewiele, ale to i tak dużo, gdyż niczego więcej nie spodziewałem się dowiedzieć. Być może wieś ta była tylko miejscem postoju prapradziadków Kacpra i Józefy Stępniów, którym urodził się syn Stefan, z którego wyruszyli dalej w okolice Radomska, a później na Wołyń.