niedziela, 23 sierpnia 2015

Bieszczady

Nie chciałbym wymądrzać się na temat Bieszczadów. Byłem tam tylko przez tydzień. Na zobaczenie wielu ważnych miejsc nie starczyło czasu. Nie sposób było dotrzeć do wielu tych mniej ważnych, nasiąknąć klimatem, poznać ciekawych ludzi gór. Ale nawet po tak krótkim czasie mam swoje spostrzeżenia, ulubione miejsca, wspomnienia i wiem już czym są Bieszczady w rzeczywistości, a nie tylko w wyobrażeniu. Być może moje uwagi kogoś rozśmieszą, wydadzą się zbyt płytkie tym, którzy znają Bieszczady od podszewki, ale mam nadzieję, że mogą być ciekawe dla osób, które w Bieszczadach jeszcze nie były lub dla tych, które opisywane miejsca widzą trochę inaczej.

Jeszcze przed wyjazdem nie raz słyszałem opinie, że Bieszczady już nie są tak dzikie, jak kiedyś lub, że szlaki w tych górach są przeludnione. Trudno jest mi się wypowiadać w pierwszej kwestii, gdyż nie znam innych Bieszczadów, niż tegorocznych, ale gdybym miał porównać je z Tatrami sprzed lat 20-u, Peninami bądź nadbałtyckimi kurortami, jest to wciąż miejsce mogące uchodzić za dzikie. Na szlakach górskich wcale nie spotykaliśmy tłumów (poza wejściem na Tarnicę, ale i tu nie musieliśmy stać w kolejce, jak słyszy się o wejściach na niektóre szczyty na przykład w Tatrach). Faktem jest, że szlaki prowadzące na ten najwyższy szczyt Bieszczad są mocno "zryte" przez buty turystów. Bieszczadzki Park Narodowy zabezpieczył je informując na towarzyszących ogrodzeniom tablicach o planach odtworzenia zniszczonej roślinności bieszczadzkiej. Chciałbym również dodać, że w Bieszczady pojechaliśmy w trakcie rekordowych tegorocznych upałów, które mogły odstraszyć od chodzenia po górach potencjalnych turystów, co sprawiło w rezultacie, że nie przyjechało ich tyle co zwykle. Ale to tylko dywagacje, których nie jestem w stanie sprawdzić w tym momencie.

"Sosnowy Dwór" w Krzywym koło Cisnej, gdzie mieściła się nasza baza noclegowa miał w każdym bądź razie komplet turystów. Jest to miejsce czyste, bardzo wygodne, gdzie można się dobrze wyspać, posiedzieć w fotelu bądź na tarasie z kawą i książką, zjeść kiełbaski z ogniska, czy pograć w piłkę na nieopodal położonym boisku. W cenę pobytu wliczone są również śniadania. Mogę stwierdzić, że je się tam smakowicie (wędliny wysokiej jakości, jajecznica - palce lizać, serki wyrabiane na miejscu przez spiritus movens miejscowych kulinariów, panią Izę, rosół na kaczce, którego pewnego dnia dostaliśmy do obiadu - delicious).

Podkreślam sprawy kulinarne, gdyż niestety dobrze, smacznie i zdrowo zjeść w Bieszczadach nie było nam łatwo. Gdy trafialiśmy do miejsc, gdzie nam smakowało, porcje były niewielkie, zaś tam gdzie karmiono obficie, zazwyczaj były to potrawy średniego lotu. Było więc raczej przeciętnie.

To co oferują Bieszczady i jest niepowtarzalne to widoki górskie. Odsłonięte połoniny sprawiają, że przed naszymi oczami rozciągają się dalekie górskie krajobrazy. Wchodzimy na szczyt i możemy nie schodząc niżej iść przed siebie i zachwycać się różnymi odcieniami żółci, zielenie, a w końcu szarości. Są też bardziej strome podejścia dla osób lubiących wysiłek. W ciągu krótkiego tygodniowego czasu udało nam się na przykład wejść na Jawornik, gdzie wejście od Wetliny jest dość strome, Smerek od od strony Kalnicy (piękne widoki), Tarnicę od Ustrzyk Górnych i Wielką Rawkę oraz Krzemieniec. Podczas ostatniej z wypraw mieliśmy do czynienia z szerokim spektrum pogodowym, jakie można napotkać w górach. Na Wielką Rawkę z wywieszonymi językami wdrapywaliśmy się w upale. Później zaliczyliśmy trójstyk granic na Krzemieńcu i wracając już  z Wielkiej Rawki w stronę schroniska Bacówka musieliśmy pokonywać ścianę deszczu w otoczeniu błyskawic i grzmotów. Siedzieć wkrótce przy kawie i żurku w schronisku było właśnie tym, co można sobie wymarzyć.




Widok z Jawornika (1047 m n.p.m.)


Tarnica (1346 m n.p.m.)


Widok z Wielkiej Rawki (1304 m n.p.m.)

***
W upały ciężko jest chodzić po górach, więc organizowaliśmy sobie przerywniki. Podczas pobytu na basenie w Bystrem koło Baligrodu, wybrałem się na krótką przechadzkę w stronę szosy. Tuż przy niej natknąłem się na ciekawy obelisk.



"tam granica świata.
Za Baligrodem wjeżdża się jak w czarne gardło.
Droga i rzeka to jedno jest i toż samo,
a od rzeki z jednej i drugiej strony
wznoszą się czarne ściany jodeł i smereków"
Aleksander Fredro "Trzy po trzy"

Został postawiony na pamiątkę pobytu Aleksandra Fredry w miejscowości Rabe koło Baligrodu. Rabe od Bystrego dzieli tylko 3 km. A jej dziedzicem ponad 200 lat temu był Jacek Fredro (1770-1828), ojciec poety.

Gdy wróciliśmy wieczorem do Sosnowego Dworu, sprawdziliśmy w dostępnych źródłach i okazało się, że okolice Rabego i Bystrego są na tyle ciekawe, że warto poświęcić im jeden z dni wolnych od wspinaczki.

Zaczęliśmy od Bystrego, gdzie tuż przy szosie Cisna-Baligród położony jest niszczejący stary cmentarz. Do pierwszej wojny światowej stała na nim drewniana cerkiew, ale zniszczona w czasie działań wojennych, nigdy nie została odbudowana - mieszkańcy korzystali z cerkwi w nieodległym Baligrodzie. Na cmentarzu znajduje się tylko jedna płyta z czytelną inskrypcją - właściciela dóbr Łubne Józefa Jorasza (1817-1896) oraz jego dzieci. Pozostałe nieliczne nagrobki ich nie posiadają.







Z cmentarza pojechaliśmy jeszcze kawałek samochodem w górę szosy do letniskowej części dzisiejszego Bystrego. Stamtąd w lewo pod górę pnie się droga do Rabego i to przy niej trafiłem na obelisk poświęcony Aleksandrowi Fredrze. Z lewej strony tejże drogi nadleśnictwo utworzyło ścieżkę dla pieszych, prowadzącą wzdłuż lasu i towarzyszącą płynącemu malowniczo obok Rabskiemu Potokowi. Idealne miejsce, aby przysiąść na kamieniu i ochłodzić stopy w zimnej wodzie strumienia. Podobno w wodach Rabskiego Potoku pływają niezwykle rzadkie strzeble potokowe i głowacze białopłetwe. 

Oddalając się stopniowo od potoku idziemy w stronę kamieniołomu w Huczwicach. W pionowych ścianach kamieniołomu widać podobno kryształki czerwonego realgaru i żółtego aurypigmentu. Kryształki te podobno można znaleźć i w okolicach potoku. Po powrocie do domu i porównaniu ze zdjęciami w internecie okazało się, że przywieźliśmy dwa czerwonego koloru kryształki arsenu. Kolor ziemi stopniowo zmienia się przybierając gdzieniegdzie odcień jasnej czerwieni. Nic dziwnego. W okolicach znajduje się sporo rud darniowych, a Jacek Fredro, ojciec Aleksandra wytapiał z nich w Rabem żelazo na przełomie XVIII i XIX wieku. Dochodzimy do ściany kamieniołomu i naszym oczom ukazuje się olbrzymia skała, na której szczycie widać trzymające się kurczowo ziemi pnie drzew.



Rabe dziś nie istnieje jako wieś. Znajduje się tu tylko leśniczówka. Podzieliła los wielu innych miejscowości bieszczadzkich po II wojnie światowej. W latach 1977-1983 miejsce po dawnej wsi zwano Karolowem (od Karola Świerczewskiego), później wrócono do starej nazwy. Od 1974 przez pewien czas miało status uzdrowiska. Dziś Uzdrowisko Rymanów Zdrój utrzymuje tu jedną studnię zwaną Źródłem Rabskim z wodą źródlaną bogatą w związki mineralne, mającą właściwości lecznicze. Zlokalizowana jest kawałek za kamieniołomem przy drodze z Bystrego. Całkiem smaczna, o nieintensywnym zapachu.



Z Rabem związane jest jeszcze jedno ciekawe miejsce. Należy pójść jeszcze dalej piaszczystą drogą od Bystrego, mijając po lewej rezerwat Gołoborze. Wkrótce za zakrętem znajdziemy ścieżkę w lewo prowadzącą do kapliczki leśnej Synarewo wybudowanej najprawdopodobniej w początkach XIX wieku. Spod kapliczki wypływa źródełko uważane za cudowne o właściwościach leczniczych. Gdy tam doszedłem ledwo się sączyło.




Było pusto, cicho, gorąco, pod oknem leżały stare zeszyty wypełnione wpisami pielgrzymów i turystów oraz aktualna księga intencji.

Dotarłem do miejsc pobudzających wyobraźnię. Dotychczas Aleksander Fredro kojarzył mi się ze "Ślubami panieńskimi", "Zemstą" czy bajką wierszowaną "Paweł i Gaweł". Dzięki pobycie w Bystrem dowiedziałem się, że istotna część jego życia związana była z Bieszczadami, co znalazło odzwierciedlenie w twórczości. Samo Rabe zaś i okolice, niezależnie od Fredry, oferują wiele różnego rodzaju atrakcji.

środa, 19 sierpnia 2015

Rybniki, krzyż i dygresje okołowycieczkowe

Bywa, że na wycieczkę jedziemy nie przygotowani. Zapominamy sprawdzić w domu szczegóły dojazdu, lokalizacji ważnych obiektów bądź innych istotnych rzeczy. Wtedy pytamy już na miejscu okolicznych mieszkańców. Z reguły potrafią naprowadzić nas na właściwą ścieżkę, ale zdarza się też, że nie. Czasami wręcz podpowiadają fałszywe tropy.

Błądzimy wtedy, poirytowani często i źli na siebie samych. Ale bywa, że takie nieprzygotowanie skutkuje wieloma nieoczekiwanymi odkryciami. Tak też było i tym razem, gdy z wraz z rodziną oraz Jurkiem i Krzyśkiem pojechałem tego lata do Rybnik.

Po wysłuchaniu reportażu Agnieszki Czarkowskiej zatytułowanego "Testament" postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę śladami straconego z wyroku komunistycznego sądu w roku 1946, żołnierza niepodległościowego podziemia Aleksandra Rybnika. W Białymstoku na ścianie budynku dawnego kina "Ton", gdzie był sądzony, znajduje się tablica pamiątkowa, zaś przy kościele w Starosielcach, skąd pochodził, symboliczny krzyż, gdyż szczątki Aleksandra Rybnika do dziś nie zostały odnalezione.






Nas najbardziej interesował krzyż poświęcony Aleksandrowi Rybnikowi, postawiony w latach 80-ych przy lesie nieopodal wsi Rybniki przez syna - Jerzego Rybnika. Niestety nie przyjrzeliśmy się dokładnie zdjęciu na stronie Radia Białystok, dzięki któremu w łatwy sposób można określić jego lokalizację.

Dojeżdżając do wsi, pięknie położonej na rozległej polanie w Puszczy Knyszyńskiej, skręciliśmy z szosy augustowskiej w prawo, w stronę zwartej wioskowej zabudowy, mając nadzieję, że napotkani mieszkańcy wskażą nam drogę do krzyża.

W reportażu Jerzy Rybnik opowiada, że stoi on przy drodze niedaleko gajówki. (Gdybyśmy spojrzeli na towarzyszące reportażowi zdjęcie, wiedzielibyśmy, o jaką drogę chodzi.) Pytając ludzi, wspominaliśmy również o rzece Krzemiance przepływającej nieopodal krzyża, wzmiankowanej w reportażu. A to już wystarczało, aby kierować nas do lasu obok dawnej, spalonej już gajówki, na wschód od wsi. Krzemianka bierze swój początek po lewej stronie szosy do Augustowa, ale wkrótce ją przecina i płynie wzdłuż wschodnich granic wsi Rybniki na prawo od augustowskiej szosy. Nikt też nie kojarzył krzyża, do którego nas kierowano z osobą Aleksandra Rybnika, ale każda z napotkanych osób potwierdzała, że postawiony został dla upamiętnienia walk partyzanckich AK. Niektórzy co prawda wspominali, że przy szosie do Augustowa, niedaleko drogi do Kopiska, stoi inny krzyż związany z walkami partyzanckimi AK, ale miejsce to wydawało nam się zbyt dalekie od  wsi Rybniki.

Wjechaliśmy więc do lasu pod górę piaszczystą drogą, a następnie zatrzymaliśmy się przy polanie leśnej. W lewo od drogi poszliśmy ścieżką do miejsca pamięci narodowej. Dotarliśmy do krzyża i towarzyszącego mu pomnika. Napis na nim głosił: "Żołnierzom IV-go Insp. AK poległym za wolną Polskę w dniu 8 VII 1945 r., kpr. NN ps. Mściwy, szer Dresler Władysław ps. Wężyk. Cześć ich pamięci."



Jak się okazało, dotarliśmy do miejsca, w którym odbyła się jedna z największych bitew na Białostocczyźnie po zakończeniu II wojny światowej, znana jako Bitwa pod Ogółami. Jednak nie tego krzyża szukaliśmy. Wróciliśmy do wsi, nadal pytając okolicznych mieszkańców oraz penetrując wszystkie możliwe zakątki wokół wsi. Niedaleko leśniczówki natknęliśmy się na krzyż przydrożny postawiony przez Wincentego Rybnika jeszcze przed II wojną światową: "Od nagłej niespodziewanej śmierci zachowaj nas Panie. Ta pamiątka od Wincentego Rybnika dla całej jego rodziny, jako żołnierza amerykańskiego. Ten pomnik postawiony w 1931 roku."



Nieopodal zaś przy drodze prowadzącej do kolonii Rybniki, ujrzeliśmy stary drewniany krzyż zwieńczony u szczytu kutym ażurowym krzyżem żelaznym, jakie rozpowszechniły się na Podlasiu w wieku XVIII, a stawiane były jeszcze przy drogach w początku ubiegłego stulecia.



Spalona gajówka, koło której stał pomnik bitwy pod Ogółami, leśniczówka przy drodze do kolonii, inna położona bliżej rezerwatu Krzemianka. Namnożyło się tych miejsc, przy żadnym nie odnaleźliśmy krzyża postawionego ojcu przez syna. Nie przyszło nam do głowy, aby odszukać krzyż nieopodal drogi do Kopiska. Ja zaś podczas tej jazdy tu i tam, przypomniałem sobie osobę księdza Pawła Grzybowskiego, łączącego, podobnie jak Aleksander Rybnik, podbiałostockie Starosielce, gdzie odbudowywał życie parafii po pierwszej wojnie światowej z Rybnikami, gdzie zginął tragicznie w stodole przy gajówce.  Zastanawiałem się, o którą gajówkę może chodzić:

"15 sierpnia 1932 r. w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny spełniał posługę duszpasterską w swojej parafii w Starosielcach. Myślał już o jutrzejszym wyjeździe na obóz do swoich harcerzy w Rybnikach. Miał być tam tylko jeden dzień. Jego przyjazd uradował wszystkich harcerzy. Nie chcieli go wcześniej puścić do domu. Pozostał więc z nimi na apelu i ognisku wieczornym. Spóźnił się tym samym na ostatni pociąg jadący do Białegostoku i Starosielc. Musiał nocować, by następnego ranka odjechać do swojej parafii.

Postanowił przespać się na sianie w stodole należącej do tamtejszej gajówki. Było już późno i ciemno, kiedy wchodził po drabinie. Drabina, opierająca się o "klepisko", pod ciężarem wspinającego się ks. Pawła, osunęła się w dół. Ksiądz z wysokości paru metrów spadł na stojącą obok żelazną sieczkarnię. Upadek okazał się tragiczny. Ks. Grzybowski stracił przytomność i po kilku godzinach zmarł. Miał niespełna 58 lat."

Po drugiej stronie szosy augustowskiej, naprzeciw wjazdu do wsi, odczytaliśmy inskrypcje z dwóch innych ciekawych krzyży:

"Od powietrza, głodu, ognia i wojny zachowaj nas Panie. Pamiątka młodzieży ogólnej wsi Rybniki. 1 września 1928 r."



"Wincenty Pietreniuk. Żył 25 lat. Poległ na froncie francuskim w 1917 r. Proszę o zdrowaś Marya. Ta pamiątka od ukochanej matki Karoliny Pietreniuk."



Tam zakończyliśmy wycieczkę nie odnajdując poszukiwanego krzyża.

***

Po powrocie do domu, Jurek pierwszy przyjrzał się zdjęciu na stronie radia Białystok. Za chwilę, dzięki Google Maps, miał już pewność, gdzie stoi poszukiwany przez nas krzyż.

Pojechaliśmy tam pewnego popołudnia. Odnaleźliśmy go z łatwością.





Postawiony nocą w stanie wojennym, przypominał krzyż przydrożny, jakich wiele stoi przy szosach. Być może dlatego też przetrwał. Drogą obok krzyża weszliśmy do lasu. Tuż obok znajduje się odkryta w roku 1991 przez leśnika Romana Pruskiego prehistoryczna kopalnia krzemienia. Dość trudno do niej trafić ze ścieżki przyrodniczej rozpoczynającej się przy parkingu w rezerwacie Krzemianka, o czym nie raz miałem okazję się kiedyś przekonać. Według reportażu, w okolicach krzemiankowego wzgórza miał znajdować się bunkier partyzancki, ale na jego pozostałości tym razem nie natrafiliśmy.

Wojciech Kowalczuk, "Krzyż kowalski na Podlasiu", Muzeum Podlaskie w Białymstoku, 2013

Ks. Kazimierz Kułakowski, "Ks. Paweł Stanisław Grzybowski (1874 - 1932)", Białostocczyzna, nr 23/1991.

sobota, 25 lipca 2015

Jagiellońska, Pod Krzywą, Gdańska czyli Osiedle Nowe w Białymstoku

- Wiesz może, przy którym domu Sowieci zamordowali Józefa Blicharskiego?
- To musiało być tutaj, w tym domku gdzie mieszkały siostry Zubelewicz. Dalej w stronę ulicy Mickiewicza innych domów już nie było, a druga strona ulicy też nie była zabudowana. Zobacz tu jest piwniczka, to musiało być tutaj.



Później, już po powrocie do domu sprawdzam w internecie. Rzeczywiście to przy Jagiellońskiej 2 bawili Blicharscy feralnego dnia.

"Była środa, 25 czerwca. Józef wraz z Marią odwiedzili znajomych Jastrzębowskich, przy Jagiellońskiej 2. Było już ciemno, gdy pani Maria wyszła zapalić papierosa. Stanęła przed gankiem, wyjęła benzynową zapalniczkę i po chwili zapłonął niebiesko-żółty płomyk, który okazał się pożogą. Na widok ognika z Mickiewicza w Jagiellońską wpadł sowiecki patrol. Z krzyków zorientowano się, że uznali Marię Blicharską za szpiega dającego sygnały niemieckim lotnikom bombardującym miasto. Czujność Sowietów potęgowana była pobliskim położeniem lotniska na Krywlanach. Zrobiło się zamieszanie. Blicharski, który wybiegł z domu zaalarmowany krzykami, zaczął tłumaczyć oszalałym z nienawiści Sowietom, że są nauczycielami, żona chciała tylko zapalić papierosa i natychmiast wszyscy pójdą do swoich domów. 


Sowieci nie przestając krzyczeć, szarpać i popychać zatrzymanych, jednocześnie widząc, że cała sytuacja zaczyna się gmatwać, postanowili działać bezwzględnie. Uznali, że to właśnie tłumaczący ze spokojem, statecznie wyglądający Blicharski musi być niemieckim agentem. Bez namysłu odepchnęli Marię i otoczyli jej męża. Przeprowadzili go na sąsiednią posesję, na Mickiewicza 83. Nie minęło nawet kilkadziesiąt sekund, gdy dochodzące stamtąd krzyki przerwał strzał. Zaległa cisza. Na podwórzu, przy ogrodzeniu leżał martwy Józef Blicharski. 30 czerwca 1941 r. został pochowany na cmentarzu farnym."


Przywołałem osobę Józefa Blicharskiego, która fascynuje mnie od momentu, gdy obejrzałem film Beaty Hyży-Czołpińskiej poświęcony artyście. Pochodził ze Lwowa, a wykształcenie w kierunku sztuk pięknych odebrał w Krakowie. Do Białegostoku przyjechał w roku 1920, jako 34-letni mężczyzna. Był nauczycielem rysunku w Seminarium Nauczycielskim oraz Gimnazjum im. Józefa Piłsudskiego. Obdarzony charyzmą współtworzył czynnie, poprzez swoje dzieła, krajobraz estetyczny przedwojennego Białegostoku. Współpracował między innymi ze Stanisławem Gralą przy zakładaniu białostockich Plant. Jego autorstwa jest ołtarz Matki Boskiej Ostrobramskiej we wnęce ogrodzenia pałacu Branickich. Być może to dzieło zainspirowało jego żonę podczas projektowania nagrobka dla zmarłego męża. Nie zachowały się niestety polichromie Józefa Blicharskiego w salach Seminarium Nauczycielskiego, a także obraz św. Rocha przytulającego młodzieńca, który został przez malarza namalowany dla białostockiego kościoła św. Rocha. Według relacji profesora Józefa Maroszka, którą usłyszałem podczas spotkania w białostockim ratuszu parę lat temu, obraz zniszczał leżąc przez lata w pomieszczeniu-składziku wśród ornatów, baldachimów i chorągwi kościelnych.

Nie byłoby jednak okazji do przywołania osoby Józefa Blicharskiego, gdyby nie udało się namówić mego przyjaciela Jurka na wspomnieniowy spacer po jego osiedlu dzieciństwa.

Układ przestrzenny osiedla Nowe został opracowany w roku 1932 przez białostocki magistrat. Jego obszar wynosił około 5 ha, a budowę rozpoczęto od zabudowywania terenów pomiędzy ulicami Jagiellońską i Drewnianą. Zgodnie z pierwotnymi planami, budowa osiedla wzorowana miała być na koncepcji miasta-ogrodu, stworzonej przez brytyjskiego urbanistę Ebenezera Howarda.

Czasy, o których opowiadał podczas spaceru Jurek, to lata 50-te i 60-te XX wieku, gdy osiedle było w dużej części ukształtowane. Zaczęliśmy spacer od ulicy Jagiellońskiej.

- Tam mieszkał fryzjer Bukszas, a tu dalej w tę stronę ksiądz Borzym. O zobacz! A w tym budynku mieściła się pierwsza w Białymstoku stacja meteorologiczna.


Dochodzimy do skrzyżowania z ulicą Mickiewicza. Słucham opowieści o szewcu Musze, który robił bardzo dobre buty narciarki, o sklepie prowadzonym przez rodzinę Frymorgenów.

- To żydowska rodzina? - pytam.
- Wydaje mi się, że raczej potomkowie niemieckich osadników. ... A tu przy wylocie Jagiellońskiej stało drzewo z gniazdem bocianim. Mówiliśmy na nie bocianica. Trudno odtworzyć, gdzie mogło dokłądnie stać, wszystko tu się zmieniło.

Skręcamy w ulicę Pod Krzywą. Mijamy przedwojenne domy nauczyciela Kamińskiego i policjanta Pluty. Dochodzimy do domu lat dziecięcych Jurka.

- Dziadkowie ze strony ojca przyjechali do Białegostoku z Łodzi w dwudziestoleciu międzywojennym. Początkowo mieszkali w różnych miejscach. Między innymi na Podleśnej. Babcia dzięki sprzedaży jakiejś reszty majątku w kieleckim zdobyła środki na budowę własnego domu. Widziałem gdzieś w papierach, że projektował go Rudolf Macura.

Dom został wybudowany w roku 1934. Za okupacji niemieckiej dziadków wysiedlono. Mieściła się w nim kantyna żołnierska. 

- Zaraz po wycofaniu się Niemców z Białegostoku, dziadkowie wrócili do swego domu.

Po wojnie był siedzibą pierwszej białostockiej rozgłośni radiowej, później również nadleśnictwa. Dokwaterowywano też, jak to we wczesnym socjalizmie, lokatorów. Obecnie schowany za krzewami i wiekową akacją stanowi jeden z najciekawszych na osiedlu przykładów przedwojennej architektury modernizmu. Zwłaszcza, że zachowała się część oryginalnej stolarki okiennej.



Tuż obok, Pod Krzywą 9 stoi kolejny ciekawy architektonicznie dom z metryką przedwojenną. Podczas okupacji niemieckiej, po wysiedleniu mieszkańców mieścił się w nim hotel dla żołnierzy.


Idąc ulicą Pod Krzywą słucham opowieści o rodzinach Pedryców, Mońków, o cukierniku Wasiluku, który mieszkał po drugiej stronie ulicy, czapniku Backielu, kamieniarzu Parejko, Kajewskim, który kolegował się z ojcem Jurka. W tle brzmi opowieść o aferze milicyjnej z kradzieżą mięsa wieprzowego, co stanowiło prawdziwą sensację na osiedlu. Dochodząc do skrzyżowania z ulicą Gdańską mijamy drewaniany młyn elektryczny pod numerem 11, zbudowany już po wojnie przez Kazimierza Gwoździeja.

- Jakoś chyba nie kojarzę, abyśmy korzystali z tego młyna.

Młyn został znacjonalizowany, a po przemianach ustrojowych rodzina właściciela nie odzyskała przejętej przez państwo nieruchomości. Obecnie nie jest użytkowany, a miasto ma nadzieję na sprzedaż budynku.


Dochodząc do skrzyżowania z ulicą Gdańską oglądamy ledwo widoczny zza zieleni krzewów jednorodzinny dom mieszkalny zrealizowany w latach 30-ych w stylu funkcjonalnego modernizmu.


A oto i budynek szkoły, dominujący nad zabudową osiedla, przykład rodzimej architektury lat 20-ych XX wieku.

- Do szkoły miałem tak blisko, że nawet w mróz szedłem w samej marynarce.


Dochodzimy do ulicy Lwowskiej. Jurek opowiada o wozaku Pućko, który przywoził węgiel z tzw. węglówki zlokalizowanej na Dojlidach. Jako że jestem świeżo po lekturze okrywczego artykułu Marty Wróbel o Antonim Wieczorku w reaktywowanym niedawno Roczniku Białostockim, chciałbym dowiedzieć się czegoś o lokalizacji pierwszej fabryki tego biaałostockiego przemysłowca przełomu wieków XIX i XX. O ile wiedza Jurka na to pozwoli.

Kierujemy się ulicą Lwowską w kierunku skrzyżowania z ulicą Ciołkowskiego.

"Jako przemysłowiec w guberni grodzieńskiej Cesarstwa Rosyjskiego zadebiutował w lataach siedemdziesiątych XIX w. Wraz z płockim ziemianinem, inżynierem Adolfem Święcickim, postanowił podźwignąć nieczynną fabrykę w Krzywej, w majątku dojlidzkim barona Aleksandra Krusensterna. Krzywa (bądź Krzywe) była zlokalizowana na południe od Białegostoku, na terenie współczesnych ogródków działkowych przy dzisiejszej ulicy Konstantego Ciołkowskiego. Kolonia Кривое (potem Кривая) jst widoczna na mapach topograficznych okolic miasta Białegostoku  z 1825 r. oraz guberni grodzieńskiej z 1866 r. Bardziej szczegółowy plan pokazuje zabudowania fabryczne, rozmieszczone wzdłuż drogi łączącej szosę do Bielska (obecnie ul. Adama Mickiewicza) z Dojlidami. Jeszcze w latach trzydziestych XX w. budynki te określane jako folwark Krzywe, były siedzibą fabryki."

Pokazuję Jurkowi powyższy opis z artykułu Marty Wróbel.

- Po drugiej stronie Ciołkowskiego, gdy skręcimy z Mickiewicza w prawo znajdowały się trzy lub cztery stawy Janusza (tak nazywał się właściciel). Kaczki babci potrafiły z Pod Krzywej przejść same nad stawy i wrócić. Jeśli zaś skręcić z Mickiewicza w Ciołkowskiego w lewo, to w miejscu dzisiejszych ogródków działkowych znajdował się najpierw staw Urbana, a obok niego staw Zastawki. Chodziłem nawet nad ten ostatni kąpać się. Przy szosie raczej było za mokro, aby jakieś zabudowania fabryczne mogły stać.

Wychodzimy z ulicy Lwowskiej, przecinamy Ciołkowskiego i wchodzimy w ulicę szutrową o nazwie Strusia.

- Tu za chwilę za zakrętem na wysokości posesji 34A teren lekko się podnosił i za mojego dzieciństwa stał tu stary drewniany budynek. Więc jeśli miała tu być kiedyś fabryka, mógł być jej pozostałością. A tereny fabryczne mogły się rozciągać w stronę obszernych terenów parafii dojlidzkiej.

Wracamy i dochodzimy do przystanku autobusowego. Za chwilę pojedziemy tropić zupełnie  inną historię.

P.S. Osobom, które znają opisane osiedle, mieszkały, mieszkają bądź bywały na nim i zechcą w komentarzu poprawić, wzbogacić przedstawiony opis lub coś do niego dodać, autor z góry dziękuje.

Andrzej Lechowski, "Józef Blicharski. Malarz zastrzelony bez sądu", Kurier Poranny, 2 października 2011,

Andrzej Lechowski, "Białystok. Przewodnik historyczny", Białystok 2009,

Sebastian Wicher, "Białostocka architektura modernizmu", Białystok, 2013,

Marta Wróbel, "Antoni Hipolit Wieczorek (1844-1906). Rys biograficzny białostockiego fabrykanta i dzieje jego zakładu (do 1906 r.), Rocznik Białostocki, Tom XIX.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Archiwum Archidiecezjalne w Poznaniu - odkrycia

Odwiedziłem w ostatnim czasie Archiwum Archidiecezjalne w Poznaniu. Położone na Ostrowie Tumskim, tuż przy starożytnej Bazylice Archidiecezjalnej, w miejscu zacisznym, z dala od gwaru wielkomiejskiego jest idealnym miejscem do kilkugodzinnych poszukiwań starych zapisów na mikrofilmach zawierających księgi metrykalne. Wadą poszukiwań w archiwach kościelnych jest to, że z reguły nie można zamówić kopii odnalezionych zapisów. Z drugiej strony oferują one najbogatszy zbiór starych metrykaliów. Interesujące dane niestety trzeba sobie spisać.

Postanowiłem spróbować wyjaśnić część zagadek genealogicznych, których nagromadziło się trochę przez ostatnie lata. Między innymi nie mogłem natrafić dotychczas na akt zgonu prapradziadka Wawrzyńca Paczkowskiego. Wszelkie przesłanki wskazywały, że zmarł w rodzinnych Krzyżownikach między rokiem 1892, kiedy urodził się jego ostatni syn, a 1914, kiedy wzmiankę o jego odejściu przytacza akt ślubu syna Józefa Paczkowskiego. Wydawało mi się, że przejrzałem wszystkie księgi metryczne parafii kierskiej za lata 1892-1918 i aktu zgonu Wawrzyńca nie odnalazłem. Dziś nie jestem pewien, czy czasami podczas poszukiwań w Centrum Historii Rodziny w Warszawie oraz w Archiwum Państwowym nie pominąłem pewnych roczników, których na mikrofilmach nie było. W Archiwum Archidiecezjalnym wypożyczyłem bowiem mikrofilm zawierający kierskie księgi zgonów z interesującego mnie okresu i akt zgonu Wawrzyńca odnalazłem!

Dość lakoniczny jest to zapis. W odpowiednich rubrykach wpisano po łacinie:

data zgonu - 28 marca 1897 roku,
miejsce zgonu - Krzyżowniki,
Laurentius Paczkowski,
51 lat - wiek nie zgadza się. Wawrzyniec urodził się bowiem w roku 1851. W chwili śmierci miał więc tylko 46 lat. Z drugiej strony księgi kierskie nie notują innego małżeństwa Wawrzyńca i Katarzyny w drugiej połowie XIX wieku, mieszkającego w Kiekrzu. Poza tym ksiądz zapisywał wiek zmarłego według informacji uzyskanych od świadków, którzy często podawali niedokładne bądź błędne dane;
stan cywilny - maritus (żonaty),
legitimi thori - to znaczy urodzony z prawego łoża,
przyczyna śmierci - phthisis, czyli suchoty,
uxor Katarzyna (dane żony).

Tak wczesna data zgonu prapradziadka może wyjaśniać, dlaczego pamięć o nim nie przetrwała w mej rodzinie. Józef, jego syn, a mój pradziadek, w chwili śmierci ojca miał tylko 9 lat.

W kierskich księgach zgonów znalazłem jeszcze dwa inne ciekawe zapisy. Jeden z nich dotyczy ostatniego z synów Wawrzyńca i Katarzyny, Jana, urodzonego 17 czerwca 1892 roku. Okazało się, że Jan zmarł tego samego dnia, po 10 minutach od urodzenia. Jakby tego było mało, miał brata bliźniaka lub siostrę bliźniaczkę. Akt zgonu Jana nie podaje płci rodzeństwa, jako, że drugie dziecko urodziło się już martwe.

Drugi ciekawy zapis dotyczy mego prapradziadka Józefa. Okazało się, że Józef miał brata bliźniaka o imieniu Adam. Adam niestety urodził się w pół martwy. Ksiądz zdążył jeszcze ochrzcić go przed śmiercią. Nie miałem okazji poznać pradziadka, a zastanawia mnie, czy dowiedział się kiedykolwiek o tym, że miał brata bliźniaka lub czy jego podświadomość zarejestrowała ten fakt i jaki mogło mieć to wpływ na jego życie.

Nie ma co... W księgach metrycznych można natknąć się na prawdziwe tajemnice rodzinne!

To nie wszystko co udało mi się ustalić tego dnia w archiwum . Zajrzałem również do akt urodzeń parafii ostrzeszowskiej z lat 60-ych XIX wieku. W zeszłym roku bowiem, gdy z miejskiego archiwum w Gelsenkirchen otrzymałem akt ślubu praprababci Balbiny Kaczmarek z Franciszkiem Szołtyskiem, poznałem datę i miejsce urodzenia Balbiny. Gdy jednak później próbowałem w Archiwum Państwowym w Poznaniu uzyskać jej metrykę urodzenia z ostrzeszowskich ksiąg stanu cywilnego, otrzymałem odpowiedź, że poszukiwanej metryki w księgach nie ma.

W archiwum archidiecezjalnym, gdy założyłem mikrofilm na rolki czytnika i zacząłem przeglądać klatka po klatce,  poszukiwana metryka widniała pod właściwą datą: 24 listopada 1867 roku. Balbina urodziła się o 11 w wieczór, ochrzczona została 1 grudnia, a rodzicami chrzestnymi byli Andrzej Guzenda oraz Cecylia Effert. Co ciekawe z boku widniał również dopisek o ślubie: exo 4/6 912.

Zaciekawił mnie. Co ta data może oznaczać? Porównując z innymi metrykami, po sąsiedzku, gdzie podobne dopiski istniały, wydaje się, że chodzi o 4 czerwca 1912 roku jako dzień zawarcia małżeństwa. Nie mógł to być jednak ślub Balbiny z mym prapradziadkiem Marcinem Uzarkiem, gdyż ten zmarł w 1909 roku. Małżeństwo zaś z Franciszkiem Szołtyskiem Balbina zawarła w roku 1913. Zagadka ślubu Balbiny z Marcinem pozostała do rozwikłania. Jednak z archiwum wychodziłem zadowolony i podekscytowany, jak zawsze, gdy uda odsłonić się kolejne gałązki drzewa genealogicznego.

piątek, 17 lipca 2015

Hobrechtsfelde

Planując wypad do Priort i Buchow-Karpzow postanowiłem odwiedzić również Hobrechtsfelde. Według otrzymanej w zeszłym roku karty meldunkowej mojej praprababci Balbiny z Kaczmarków, mieszkała ona wraz z drugim mężem - Franciszkiem Szołtyskiem właśnie w tej miejscowości, w latach 1918-1935. Później przeprowadziła się do Odolanowa, czyli miasta nieopodal swego gniazda rodzinnego. Spodziewałem się małej, schludnej ulicówki, jak to w Niemczech bywa, z kilkunastoma domami, restauracją bądź barem i ewentualnie Lidlem. Takie wyobrażenie miejsca pojawiło się w mej głowie.

Nic z tych rzeczy!

Przed wyjazdem z Gorzowa dokładnie sprawdziłem, jak dojechać, ale doświadczony jazdą przez centrum Berlina (na niektórych ulicach w centrum remonty!) uruchomiłem jednak GPS-a. Wkrótce wyjechałem z Priort i mknąłem obwodnicą Berlina (Berliner Ring) w kierunku północnowschodnim. Co prawda oprogramowanie mojej nawigacji nie było aktualne. Zdarzało się, że miły głos nakazywał zjechać tam, gdzie widziałem tylko szczere pole. Innym razem wiedziony intuicją zjeżdżałem w drogę, gdzie automapa pokazywała  brak jakiejkolwiek infrastruktury. W końcu dojechałem do celu podróży i nie mogłem wyjść z zauroczenia. Samochód toczył się powoli drogą z kostki brukowej, zacienionej rosnącymi po obu stronach drzewami, co w upalne dni początku lipca stanowiło dodatkową zaletę. Gdzieniegdzie zza drzew wyglądały solidne murowane domki, takie w stylu lat 20-ych XX wieku. Widziałem również rowerzystów. Jak później wyczytałem z przydrożnej tablicy, znajdowałem się na terenie Naturparku Barnim. Był to większy obszar, którego część stanowił "Eine Landschaft zum leben. Die Rieselfeldlandschaft Hobrechtsfelde".  Zieleń, cisza, ścieżki rowerowe, przyroda. Żyć, nie umierać!



Było już po trzeciej, a ja głodny niemiłosiernie zaparkowałem samochód niedaleko znaku wskazującego możliwość zjedzenia posiłku. Znajdowałem się na terenie obszernego rancho. Dookoła przechadzały się konie, nieopodal nauczycielka opowiadała coś dzieciom, a ja dotarłem do miejsca zwanego Imbissem, czyli baru, gdzie miałem nadzieję uraczyć się połówką kurczaka z rożna z frytkami, ewentualnie backwurstem lub currywurstem. Niestety Imbiss był zamknięty. Ja zaś ujrzałem bardzo ciekawy budynek, który (jak się później dowiedziałem) pełnił kiedyś funkcję miejscowego spichlerza.


Wyjeżdżając z Hobrechtsfelde trafiłem jeszcze na tablicę przedstawiającą osobę Jamesa Hobrechta, od którego miejscowość wzięła swą nazwę. Był to bardzo ciekawy człowiek, podobnie zresztą, jak historia miejsca, które właśnie opuszczałem.

***

James Friedrich Ludolph Hobrecht pochodził z ziemiańskiej rodziny, której przodkowie w drugiej połowie XVIII wieku przenieśli się z Anglii do Prus. Urodził się ostatniego dnia roku 1825 w mieście Memel, które dziś znane jest pod nazwą Kłajpeda. W roku 1834 rodzice przenieśli się z Memel do Królewca i tam młody James był świadkiem epidemii cholery, co miało wpływ na ukształtowanie jego późniejszych zainteresowań zawodowych. Nie został lekarzem, wybrał zupełnie inną profesję, choć jego droga edukacji była dość kręta. Zdążył się w międzyczasie zaangażować w rewolucję 1848 roku, znaną pod nazwą Wiosna Ludów.  W roku 1858 ukończył w Berlinie studia, zdobywając tytuł inżyniera w specjalności dróg wodnych, lądowych i kolejowych. Zdobycie zawodu przez Hobrechta zbiegło się w czasie z końcem pewnego etapu w rozwoju Berlina. Miasto na skutek industrializacji stało się ciasne, przeludnione, z niewystarczającymi udogodnieniami higienicznymi.

W roku 1859, a więc w rok po skończeniu studiów, Hobrecht został mianowany głową komisji, której celem miało być stworzenie planu dróg w Berlinie, co miało być odpowiedzią na przeludnienie miasta spowodowane wzrastającym uprzemysłowieniem. Plan, który stworzyła komisja pod kierownictwem Hobrechta (zwany dziś Planem Hobrechta) został ukończony w roku 1862. Mimo, że zakładał tylko rozplanowanie dróg w mieście, wyznaczał również miejsca przeznaczone na industrializację, stacje kolejowe i dzielnice mieszkaniowe w ośrodku miejskim, który miało zamieszkiwać 4 mln ludzi. Dziś uważa się, że plan Hobrechta miał pozytywny wpływ na rozwój Berlina w drugiej połowie XIX wieku.

Kolejną ważnym projektem, w którym brał udział, był projekt sieci wodociągowej i kanalizacyjnej w Szczecinie, którego budowa rozpoczęła się w roku 1870. Sukces przedsięwzięcia sprawił, iż Hobrecht został zaangażowany do podobnego  projektu, jednak o wiele większej skali w samym Berlinie.

Na ulicach tego miasta w połowie XIX wieku, podobnie, jak w wielu innych miastach europejskich panował brud. Na ulicach zalegały odchody zwierzęce, a nawet (zdarzało się!) szczątki ludzkie. Podczas deszczu wszystkie te nieczystości spływały do Szprewy. To powodowało rozwój licznych epidemii. W bogatszych dzielnicach średnia długość życia wynosiła 50 lat, w biedniejszych 32 lata. Sytuację poprawiło w niewielkim stopniu wybudowanie systemu dostarczania bieżącej wody do mieszkań i budowa latryn w podwórkach. Rozwijał się również ruch na rzecz poprawy higieny, kierowany przez mikrobiologa i lekarza Rudolfa Virchowa. Wszystko to sprawiało, że rajcy miejscy dojrzeli do przełomowej decyzji o budowie systemu kanalizacji miejskiej.  Rozpoczęła się w roku 1873 i trwała do roku 1893.

Koncepcja Hobrechta zakładała podział miasta na 12 promieniście rozłożonych obszarów odwadniania. Ścieki odprowadzane były przez murowane kanały ściekowe do przepompowni, skąd rurami pod ciśnieniem transportowane były do farm ściekowych zlokalizowanych poza miastem. Tam składowane były na dużych obszarach, otoczonych przez tamy i przesączane do gruntu przez piasek, gdzie bakterie rozkładały zanieczyszczenia organiczne. Oczyszczona woda wzbogacana azotem, potasem, fosforanami i innymi minerałami była kierowana do nawożenia pól. Łączna powierzchnia obszarów, na których odbywała się produkcja roślinna i zwierzęca z wykorzystaniem oczyszczonej wody wynosiła 25000 ha, z czego 1/3 przeznaczona była na wyżej opisane odsączanie ścieków.

Dzięki powyższemu systemowi kanalizacji Berlin z końcem XIX wieku stał się najczystszym dużym ośrodkiem miejskim w Europie. Farmy kanalizacyjne wokół Berlina działały aż do lat 80-ych XX wieku, kiedy zostały zastąpione przez systemy nowsze technologiczne.

James Hobrecht zmarł 8 września 1902 i jest pochowany na cmentarzu w Berlinie-Mitte.

Jak się pewnie czytelnicy domyślają, Hobrechtsfelde to miejscowość, która powstała na terenie jednej z wyżej opisanych farm ściekowych. Sama nazwa została jej nadana w roku 1908. Osiedle jednak powstało jeszcze w roku 1906 i było ucieleśnieniem nowatorskiej wówczas idei miasta-ogrodu, czyli lepszego miejsca do życia od dotychczasowych ośrodków miejskich. W pierwszej fazie budowy osiedla powstało 9 domów, w których mogły mieszkać 4 rodziny. Każdy dom wyposażony był w wędzarnię oraz ogród. Powstał też budynek administracyjny, dom kultury i szkoła, a osiedle było połączone z Berlinem linią kolejową. Zatrudnienie dawało mieszkańcom istnienie przedsiębiorstw produkujących żywność roślinną i zwierzęcą oraz przetwórczych. Kres rozwoju Hobrechtsfelde jako "miasta-ogrodu" przyniosły lata 80-te, gdy Berlin otrzymał nowy technologicznie system kanaalizacji, a konkretnie rok 1985, kiedy powstała oczyszczalnia ścieków w nieodległym Schönerlinde.

***

Ciekaw jestem w jakich okolicznościach Balbina i Franciszek pojawili się w Hobrechtsfelde. W roku 1918  kończy się pierwsza wojna światowa. Wspomniana karta meldunkowa Balbiny odnaleziona w Bottrop podaje, że małżonkowie mieszkają krótko w Poznaniu, ale wkrótce wyjeżdżają z Polski i meldują się w Hobrechtsfelde w Niemczech. Dlaczego? Czy miejsce to ofiarowało lepsze perspektywy niż Poznań? Czy nie odczuwali entuzjazmu z powodu odzyskania niepodległości przez Polskę?

W Hobrechtsfelde zmieniali kilkakrotnie adres, ale trwali tam aż do roku 1935. Czy pracowali w jednym z przedsiębiorstw przetwórczych? A może zatrudnili się do pomocy w jednym z  niemieckich domów?

Dlaczego po tylu latach, w podeszłym wieku Balbina wyjechała z Niemiec z powrotem do Polski? Czy rozwój ruchu nazistowskiego w Niemczech to sprawił? Choć wszystko to ciekawe, nie otrzymam pewnie łatwej odpowiedzi.

niedziela, 12 lipca 2015

Priort i Buchow-Karpzow

Osoby zaglądające częściej na strony "od czasu do czasu" wiedzą, że próbuję łączyć poszukiwania genealogiczne z odwiedzaniem miejsc ważnych w życiu mych przodków. Zaglądam do miejscowości, w których mieszkało wiele pokoleń mych pradziadów, ale także tam, gdzie mieszkali przez lat kilka lub tylko przez chwilę. Tym razem podczas wakacyjnych wojaży zawitałem w okolice Berlina, a konkretnie do dwóch miejscowości położonych na zachód od stolicy Niemiec. Odwiedziłem Priort i Buchow-Karpzow, miejsca związane z zakończeniem ziemskiej wędrówki mego prapradziadka Marcina Uzarka (1859 Garki - 1909 Buchow-Karpzow). Priort wymienione zostało w metryce ślubu córki Marcina, a mojej prababci Józefy Uzarek z pradziadkiem Józefem Paczkowskim z roku 1914. Zapisano w niej, że Józefa jest córką zmarłego robotnika dniówkowego Marcina Uzarka, ostatnio zamieszkałego w Priort w Brandenburgii. Buchow-Karpzow, położone 3 km na zachód od Priort z kolei to rzeczywiste miejsce zgonu Marcina. Do metryki zgonu prapradziadka udało mi się dotrzeć 2,5 roku temu. Zastanawiałem się od tego czasu, czy uda mi się natrafić na jakieś inne ślady związane z jego pobytem w Brandenburgii, a być może odnaleźć także nagrobek na miejscowym cmentarzu.

Dojechać do Priort samochodem można było dwojako: przemierzając Berlin na wprost ze wschodu na zachód lub wjeżdżając przed Berlinem na tzw. Berliner Ring. W drugiej opcji dystans do przebycia dłuższy był o kilkadziesiąt kilometrów, ale czasowo wyglądał podobnie, jak w pierwszej. Wybrałem jednak jazdę przez centrum. Jakże inaczej jeździ się po drogach niemieckich. W miastach ograniczenia do 50 km/h, a w punktach newralgicznych nawet do 30. I zdecydowana większość kierowców do takich ograniczeń stosuje się (wysokie mandaty!). Na głównych arteriach komunikacyjnych ograniczenie do 70 km/h. I tu podobnie, mimo, że ilość pasów zachęcałaby do szybszej jazdy, niewielu decyduje się na to. Przyznam, że mimo przyzwyczajeń wyniesionych z polskich dróg, podoba mi się tego rodzaju dbałość o bezpieczeństwo na drogach. Przejechałem przez centrum Berlina w przewidywanym czasie i wyjechałem na drogę wylotową. Wkrótce dotarłem do zjazdu i po kilkunastu minutach byłem w Priort.

Miejscowość to niewielka z czystymi i estetycznie utrzymanymi domostwami. Główna droga biegnąca przez Priort przecięta jest linią kolejową, przy której znajduje się przystanek. Tam też skierowałem swe kroki. Najprawdopodobniej kiedyś była tu stacja kolejowa, o czym może świadczyć opuszczony budynek powoli zamieniający się w ruinę. Co najważniejsze przy przystanku znajduje się tablica informacyjna z planem wsi. Aby dojść do starszej części Priort z kościołem i cmentarzem należy przejść przez tory i skierować się w prawo, w zadrzewioną aleję pokrytą kostką brukową, noszącą nazwę Priorter Dorfstrasse.

 


Priort jest dość starą wsią. Najstarsze historyczne wzmianki o niej pochodzą z 1375 roku. Wtedy większość ziem w okolicy należała do braci Fritza i Piotra von Pryerde vel Prigarde. W rękach ich potomków ziemie te znajdowały się aż do drugiej połowy XVII wieku. W 1742 osiadła tu hugenocka rodzina Montenonów i posiadała dobra Priort aż do 1935 roku. Po drugiej wojnie światowej wieś Priort znajdowała się w Niemieckiej Republice Demokratycznej. Kościół z muru pruskiego, do którego wkrótce doszedłem, został zbudowany w roku 1745 przez przedstawiciela hugenockiego rodu Montenonów: Jean Jacquesa Digeona de Montenon.


Świątynia w Priort, należąca obecnie do gminy ewangelickiej w Wustermark, jest pięknie położona w zacisznym miejscu wśród drzew. Otoczona jest przez niewielki cmentarz. Znalazłem na nim kilka polsko brzmiących nazwisk, jak na przykład Karczewski. Większość nagrobków jest jednak stosunkowo młoda, rzadko który został ustawiony przed drugą wojną światową. Wyjątkiem jest kilka nagrobków rodziny Montenon przy jednej ze ścian kościoła. Nieopodal nich znajduje się pomnik mieszkańców wsi poległych w wojskach Hitlera podczas drugiej wojny światowej.




Po wyjściu z cmentarza skierowałem się na zachód do odległej o 3 km wioski Buchow-Karpzow o podobnie dawnej metryce, jak sąsiednie Priort. Pierwsze wzmianki o niej pochodzą bowiem z 1352 roku. Niegdyś Buchow i Karpzow były dwiema oddzielnymi wsiami należącymi do rodzin Arnim i Holst. Od 1717 roku należały one do Kaspara Friedricha von Bredow i w posiadaniu rodziny von Bredow majątek znajdował się aż do 1945 roku. Tuż po wjeździe do wsi zatrzymałem się przy niedużym kościółku. Chorągiewka nad wieżą kościoła podaje datę 1824, gdy kościół pochodzący z 1678 roku otrzymał nową wieżę i dach. Z lewej strony świątyni znajduje się malutki cmentarz, a na nim nagrobki dwóch rodzin: von Bredow i skoligaconej z nią Peschke. Raczej nie chowano tu innych, mniej majętnych mieszkańców wioski.

Za kościołem droga prowadzi w stronę malowniczego kanału Haweli. Powstał on w ciągu roku od maja 1952 roku do czerwca 1953 roku, jako obejściowa droga wodna omijająca Berlin Zachodni, w ramach projektu tworzenia obwodnicy transportowej Berlina. Tuż za kanałem znajduje się zaś stary budynek młyna.




Wkrótce dojechałem do drogi Falkenrehde-Wustermark, skręcając właśnie do tej drugiej miejscowości, gdzie znajduje się kościół parafialny gminy ewangelickiej obejmującej między innymi Priort i Buchow-Karpzow. Przy kościele znajduje się zaś niewielki, lecz nieco większy niż w Priort cmentarz. Wcześniej, na długo przed przyjazdem próbowałem ustalić telefonicznie, gdzie mogło znajdować się miejsce pochówku prapradziadka Marcina. Cmentarz przy kościele ewangelickim w Wustermark służył podobno pochówkom nie tylko ewangelików. Pani pastor nie potrafiła jednak wskazać miejsca, gdzie pochówek mógł mieć miejsce. Podobnie, jak w Priort, napotkałem tu nazwiska polsko brzmiące, jak na przykład Jakubowski. Także w Wustermark, nagrobki sprzed 1945 roku były rzadkością. Tak więc podczas niedawnej wyprawy odpowiedzi na pytanie, gdzie mógł znajdować się grób Marcina Uzarka nie uzyskałem.

sobota, 13 czerwca 2015

Monachium: od Marienplatz do Sendlinger Tor

Po raz kolejny miałem okazję na krótko zobaczyć Monachium. W zeszłym roku kilka wolnych godzin wykorzystałem na odwiedzenie okolic, gdzie mieszkał jeden z największych polskich prozaików XX wieku - Józef Mackiewicz. W tym roku wybór padł na centralny i najstarszy punkt na planie miasta - Marienplatz. Postanowiliśmy też wraz z kolegą Wojtkiem zobaczyć ciekawsze miejsca na trasie z Marienplatz do Sendlinger Tor - jednej z trzech zachowanych średniowiecznych bram miejskich.

Zaczęliśmy od Peterskirche (kościół św. Piotra), który według przewodnika po Monachium wydawnictwa Pascal jest "łatwo rozpoznawalny po szarym korpusie kontrastującym z ceglanym prezbiterium i wieży z hełmem przypominającym buddyjską stupę. Jest najstarszą świątynią w centrum - powstał w XII w., a w 1294 r. przebudowano go w klimacie gotyku. Wnętrze urządzono w stylu barokowym."



Kościół zachwyca wielością pamiątek historycznych: epitafiów nagrobnych wbudowanych w zewnętrzne ściany, ilością ołtarzy bocznych, barokowym przepychem wnętrza. Gdy czytałem przewodnik Pascala, zaintrygowała mnie jeszcze jedna rzecz: "Ołtarz główny współtworzył polski malarz, Jan Polak".

Przyglądałem się jednak temuż barokowemu ołtarzowi, żadnych malowideł, obrazów wokół jednak nie zauważyłem. Pomyślałem, że szczególne musiało być to współtworzenie ołtarza przez polskiego malarza.

Po powrocie wieczorem do hotelu sprawdziłem dokładnie, kim był wspomniany artysta i jak to z tym ołtarzem w Peterskirche było.  Okazuje się, że Jan Polak występujący w źródłach również jako Johannes Polonus, pochodził prawdopodobnie z Krakowa, gdzie urodził się około 1435 roku. Do Bawarii trafił najpewniej w roku 1474 z orszakiem ślubnym Jadwigi Jagiellonki (1457-1502), córki króla Kazimierza Jagiellończyka, która poślubiła Jerzego Bogatego, księcia Bawarii-Landshut od roku 1479. Pozostawił po sobie bogatą spuściznę malarską w Bawarii, gdzie zmarł w roku 1519.

W wielu miejscach w internecie, na stronach polsko-, jak i anglojęzycznych można przeczytać, że wnętrze monachijskiego kościoła św. Piora jest zdominowane przez gotycki ołtarz główny, dzieło Erasmusa Gassera, do którego sześć malowideł wykonał Jan Polak. Jednak takiego ołtarza w kościele nie ma! Na niektórych stronach pojawiają się wzmianki, że wnętrze kościoła zostało poddane rekonstrukcji w stylu barokowym w wieku XVII, ale bez informacji, jaki był los gotyckiego ołtarza. Tak naprawdę jednak w kościele oglądamy ołtarz pochodzący z XVII wieku, zaś ten z malowidłami Polaka znajduje się obecnie w Bayerisches Nationalmuseum w Monachium.

Zachwycając się górującym nad otoczeniem budynkiem Neues Rathaus z końca XIX wieku, podziwiając niezliczone detale architektoniczne, przyglądając się nieruchomym wtedy kurantom doszliśmy do kolejnego interesującego kościoła. Jak można było przeczytać w przewodniku Pascala:

"Kilka kroków na północny zachód od Marienplatz wznosi się Frauenkirche (kościół NMP) z charakterystycznymi ceglanymi wieżami, wyglądającymi zupełnie jak minarety. To jeden z symboli miasta, Pierwowzór obiektu stanowiła XIII-wieczna kaplica, na miejscu której pod koniec XV stulecia powstała gotycka świątynia. Obecny wygląd to zbliżona do oryginału powojenna rekonstrukcja. Wnętrze, o wymiarach bliskich boisku piłkarskiemu, może pomieścić 20 tys. osób."

W kościele można też zobaczyć dzieła Jana Polaka, o czym przewodnik Pascala informuje w następujący sposób:

"Godne uwagi są też piękne witraże wokół prezbiiterium oraz obraz maryjny nad ołtarzem wykonany przez krakowskiego artystę Jana Polaka (2010)."



We Frauenkirche przeżywam podobną konsternację, jak w Peterskirche. Ołtarzy jest w nim kilkanaście, ale kieruję się pod ołtarz główny, rozumując, że w innym przypadku przewodnik Pascala podałby stosowną informację. Jednak ołtarz główny nie jest przyozdobiony akurat żadnymi malowidłami. Całe szczęście w kruchcie znajduje się sklep z pamiątkami. Czytam w przewodniku po świątyni, że obrazów Jana Polaka w kościele jest pięć: cztery przedstawiające pasję Chrystusa znajdują się w ołtarzu bocznym kaplicy śś. Michała, Floriana i Sebastiana oraz jeden przedstawiający Maryję biorącą pod swą opiekę rodzaj ludzki w jednej z sąsiednich kaplic bocznych.


Wnętrze Frauenkirche jest bardziej surowe w porównaniu z Peterskirche. Trudno się dziwić, kościół został poważnie zniszczony podczas bombardowania Monachium. Zadziwia jednak mimo to mnogością zachowanych zabytków, a zwłaszcza symbolicznym grobowcem księcia Ludwika Bawarskiego.

Z kościoła wychodzimy kierując się Sendlinger Strasse w stronę Sendlinger Tor. Po drodze mijamy ciekawy przykład harmonijnego współistnienia starej i nowej architektury.


Przed nami jedno z najciekawszych miejsc, widzianych przeze mnie tego dnia. Mały kościołek Asamkirche czyli kościół Asamów przy Sendlinger Strasse wbudowany jest w ciąg sąsiednich kamienic. Jest znakomitym przykładem baroku - stylu, w którym malowidła, rzeźby, zdobienia, srebro i złoto wprost kapią ze ścian, a mimo to nagromadzenie tych elementów nie sprawia wrażenia kiczu. Zdarzyło mi się oglądać doskonałe dzieła architektury baroku. Jako pierwsze przychodzi mi na myśl położona nieopodal poznańskiego rynku fara. Kościół Asamów sprawia podobne wrażenie, choć jest dużo mniejszy. Byłem zachwycony sakralną atmosferą jego wnętrza, a jednocześnie jego estetyką. Wybudowany została w latach 1733 -1746 przez braci: rzeźbiarza i sztukatora Egida Quirina Asama i architekta oraz malarza jednocześnie Cosmasa Damiana Asama. Kościół wznieśli bracia za własne pieniądze na własnym placu. Musieli być wziętymi artystami, skoro udało im się zebrać majątek pozwalający na realizację tak kosztownego przedsięwzięcia.


Tuż obok z lewej strony przylega do kościoła XVI-wieczna kamienica, w której mieszkał Egid Quirin, z sypialni której mógł przyglądać się wnętrzu prezbiterium.


Kościół nosi wezwanie świętego Jana Nepomucena, a figura świętego zdobi wejście do świątyni.


Jakżesz inne, "bogate" przedstawienie świętego, w porównaniu do figur spotykanych na Podlasiu.

Z kościółka Asamów było już niedaleko do granicy średniowiecznego miasta mnichów. Tam też zakończyliśmy naszą trasę.