czwartek, 24 listopada 2016

Wioska na skraju lasu

Do lasu wszedłem tuż za Oliszkami. Miałem nadzieję na udane grzybobranie, oglądając wcześniej w internecie, przez kilka dni co i rusz, zdjęcia z udanych wypraw do lasu moich znajomych. Rzadko też ostatnio zbierałem grzyby, a apetyt wygłodniałego grzybiarza w takich wypadkach osiąga niebotyczne rozmiary. Runo leśne było wilgotne od porannej mżawki, w powietrzu unosił się obłędny aromat żywicy, mokrego drewna i grzybów. Całkiem szybko natknąłem się brązowe, szklące się od wody kapelusze podgrzybków.



Wszystkie były młode i zdrowe. Rosły w dużych skupiskach, jednak trzeba było się trochę nachodzić, aby zebrać ich pokaźną ilość. Ale najważniejsze, grzyby były!

Po pewnym czasie nie było już jednak do czego zbierać tych podgrzybków, czas było ruszać w drogę powrotną. Z reguły nie tracę orientacji w lesie, a nawet jeśli nie wiem dokładnie gdzie jestem, łatwo odnajduję właściwą ścieżkę. Znajdowałem się w trójkącie Oliszki -Niewodnica Kościelna - Czaplino. Wiedziałem więc, że nawet jeśli nie wyjdę na drogę do Oliszek, trafię w ostateczności do Niewodnicy Kościelnej. Wychodziłem więc pomału z lasu w kierunku piaszczystej drogi, w końcu gdy na nią trafiłem obrałem, wydawało się, właściwy kierunek. Po pewnym czasie las zaczął rzednąć, za nim widać było pola, a jeszcze dalej domostwa. Oliszki to raczej nie są - pomyślałem - za blisko. Więc pewnie wyjdę gdzieś w Niewodnicy. Ale nigdzie też nie widziałem charakterystycznej białej wieży kościoła niewodnickiego z czerwonym dachem. Wreszcie doszedłem do pierwszych domów. Za chwilę droga się skończyła, dotarłem do skrzyżowania, przy którym widać było białą tablicę z nazwą miejscowości. Stanąłem jak wryty. 

Ogrodniki... Tego się nie spodziewałem. Nie sądziłem, że miejscowość o takiej nazwie znajduje się tu gdzieś w pobliżu.

Nie była duża, ale leżała w malowniczym miejscu, przytulona do lasu. Była doskonałym przykładem przechodzenia dawnej wsi w "miejscowość-sypialnię" większej aglomeracji, w tym wypadku Białegostoku. O niedawnej przeszłości świadczył choćby przystanek autobusowy, którym zajęła się już przyroda. Być może autobus był jakiś czas temu dobrym pomysłem na skomunikowanie tejże wioski z nieodległym Białymstokiem. Ale w międzyczasie samochód osobowy przestał być dobrem luksusowym, niektórzy powymierali, a jeszcze inni wyjechali szukać szczęścia gdzie indziej. O przeszłości, która już przeminęła świadczyła również zapadnięta chałupa. W oknach jeszcze wisiały firanki, ale komin dziwnie sterczał wysoko w górę, pozbawiony towarzystwa dachu.


Jednak nieopodal, bliżej lasu stały już nowe domy, można rzec rezydencje, znak nowej rzeczywistości, gdy wsie okalające Białystok przestały pełnić swą rolniczą funkcję, stając się peryferiami aglomeracji miejskiej.

Okazuje się jednak, że historia wsi Ogrodniki sięga czasów zamierzchłych. Gdy w 1654 wojewoda trocki (A trzeba pamiętać, że na terenie województwa podlaskiego istniała swoista enklawa - teren należący od odległego województwa trockiego - spadek po czasach, gdy Grzegorz Chodkiewicz nie złożył przysięgi na wierność królowi polskiemu Zygmuntowi Augustowi podczas unii polsko-litewskiej w 1569 roku.) Mikołaj Stefan Pac sprowadz do nieodległej Choroszczy dominikanów i powierz im prowadzenie parafii, Ogrodniki już od dawna istniały i wraz z wioskami Barszczewo, Jeroniki, Krupniki, Łyski, Sienkiewicze i Ruszczany zostały przekazane właśnie choroskim dominikanom, jako uposażenie klasztoru.

Wymieniane były jako ich własność w opisie parafii choroskiej z lat 80-ych XVIII wieku, będącym częścią wielkiego założenia, zainicjowanego przez biskupa płockiego Michała Poniatowskiego, którego celem było stworzenie dokładnego opisu kartograficznego kraju.

Dziś można w Ogrodnikach oglądać dwie pamiątki dawnej przeszłości. Jedną z nich jest krzyż z 1931 roku, ufundowany przez Stanisława Wasilewskiego.

  
Postawiony w intencji ochrony mieszkańców od wszelkich nieszczęść, jak świadczy tabliczka z inskrypcją: "Od smutków, chorób, ognia, piorunów i wojny strzeż nas Panie Jezu".




Znajduje się w Ogrodnikach również bardzo ciekawy krzyż z przełomu XIX i XX wieku z narzędziami męki pańskiej, przypominający tematyką opisywany już tu na blogu podobny zabytek sztuki ludowej z nieodległego Barszczewa.


Ten barszczewski wydaje się bardziej zdobiony, jednak scena ukrzyżowania nie jest na nim w tak wyrazisty sposób ukazana, jak na krzyżu ogrodnickim.

 
Warto dodać, że związki między Barszczewem, a Ogrodnikami znalazły swoje odzwierciedlenie w nazewnictwie. Wieś do 2009 roku wieś nosiła nazwę Ogrodniki Barszczewskie, kiedy to na wniosek mieszkańców została skrócona do dawnego historycznego określenia.
 
Tadeusz Kasabuła, Adam Szot, "Parafia rzymskokatolicka w Choroszczy. 550 lat: księga jubileuszowa", Wydawnictwo Buk, 2009, 
 
Wiesława Wernerowa, "Opisy parafii dekanatu knyszyńskiego z roku 1784", Studia Podlaskie, t. 1, 1990. 

poniedziałek, 7 listopada 2016

Zaległości pińskie: Maszczuk i bieżeństwo

Michał Maszczuk. Pojawił się we wspomnieniach rodzinnych, gdy wiele lat temu otrzymałem kopię aktu chrztu babci Feli z USC w Gorzowie Wlkp. Dokument wystawiony był w Pińsku w biurze parafii Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. W rubryce "Imię i nazwisko kmotrów" wpisany był właśnie Michał Maszczuk, w towarzystwie Pauliny Szczerbaczewicz.

Wg relacji rodzinnych Michał był mężem Maszy. Masza z kolei była kuzynką mojej prababci Agaty. Gdy Michał trafił do więzienia za poglądy komunistyczne, Masza przeprowadziła rozwód i jeszcze przed wybuchem II wojny światowej wyszła powtórnie za mąż. W czasie pierwszej okupacji sowieckiej (1939-1941), zesłana została wraz z mężem na Syberię, skąd zresztą podobno powróciła. Zsyłkę na Syberię miał "załatwić" swej byłej małżonce i jej mężowi właśnie Michał. Rodzoną siostrą Maszy była niejaka Kita. Ojciec pracował w pińskim sądzie, a ich panieńskie nazwisko to Makarewicz.

Maszczukowie musieli żyć blisko z mymi pradziadkami. Ojcem chrzestnym Janiny, rodzonej siostry babci Feli, była Maria Maszczuk, czyli najpewniej wspominana wyżej Masza.

Traf chciał, że wiosną tego roku na stronach Centralnej Biblioteki PTTK znalazłem numer drugi czasopisma "Ziemia Pińska" z roku 1928, a w nim wzmiankę o aresztowaniu Michała Maszczuka.


W internecie na stronach czasopisma "Вечерний Брест" można znaleźć artykuł poświęcony rodzinie Maszczuków z Pińska. Jeśli opisywana rodzina Maszczuków jest tą, z której pochodził Michał, to wynika z niego, iż po wojnie piastował w Pińsku wysokie stanowiska partyjne.

Znalazłem jeszcze jeden ślad w internecie, dotyczący działalności komunistycznej Michała Maszczuka w Pińsku przed uwięzieniem.

Dziś już jestem jedyną osobą zachowującą pamięć o Maszy i Kicie oraz o burzliwych losach Michała Maszczuka. Nie żyją ciocie: Helena, Janka, Irena, od których czerpałem pojedyncze strzępki informacji, a i schorowana babcia Fela nie jest w stanie nic więcej odtworzyć ze swej pamięci. Dzięki temu blogowi i śladom zostawianym w sieci, a także życzliwym osobom, które zechciały podzielić się swoją wiedzą, niejednokrotnie odkrywałem już ciekawe i zapomniane wątki historii rodzinnej. Liczę więc, że i w przypadku Michała, Maszy i Kity może być podobnie.

*************************************

Czytam właśnie książkę Anety Prymaki-Oniszk dotyczącą bieżeństwa 1915 roku. Moim zdaniem strona internetowa, którą stworzyła parę lat temu autorka, a teraz jej książka okażą się tymi kamieniami milowymi, które spowodują zaistnienie w szerokiej świadomości społecznej tematu bieżeństwa. To się okaże dopiero za lat kilka, kilkanaście...

Dziś natomiast delektuję się słowem pisanym. Co mi się podoba i niezmiernie porusza, to pokazanie codzienności bieżeńców na podstawie licznych, zebranych przez autorkę relacji: momentu opuszczania rodzinnych wsi, wędrówki w upale, kurzu i pyle o jednej koszuli, uzmysłowienie czytelnikom codziennego zmagania się z chorobami, głodem i śmiercią. Straszne są te widoki, które rodzi wyobraźnia podczas czytania książki. Niby wiedziałem, że epizod bieżeństwa dotknął rodzinę mej praprababci Pauliny Szczerbaczewicz. Ale teraz mogę sobie dopiero wyobrazić, jak ta ucieczka ze wschodnich przedmieść Pińska mogła wyglądać. Widzę też teraz wyraźnie, jak łatwo można było zgubić dzieci w tłumie bieżeńców i rozumiem, dlaczego zaginął Ławrentij, rodzony brat mej prababci Agaty. Tak bym chciał dowiedzieć się kiedyś, gdzie, w jaki zakątek Rosji trafiła Paulina z rodziną. Być może archiwa rosyjskie kryją jeszcze jej tajemnicę. Dzięki Anecie wiem już, że spis adresów wszystkich zarejestrowanych bieżeńców w guberni tomskiej wydał Komitet Wielkiej Księżnej Tatiany w 1916 roku, że Związek Ziemstw i Miast w 1915 roku wydał "Spis poszukujących się bieżeńców", że powstają rosyjskie strony o bieżeńcach, jak ta dotycząca Niżnego Nowogrodu. Więc może i mi się kiedyś poszczęści? Może i ja odnajdę historię swej praprababci Pauliny Szczerbaczewicz (Щербачевич) na uchodźstwie w Rosji? Na początek zachęcam, jeśli ktoś wie, gdzie, do jakich miejscowości wyjeżdżali bieżeńcy z Pińska w 1915 roku, proszę o wszelkie informacje.

Aneta Prymaka Oniszk, "Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy", Wydawnictwo Czarne, Warszawa, 2016.

poniedziałek, 17 października 2016

Zjazd rodziny Nalepów


Późne popołudnie. Początek września. Dzwonek telefonu.
- Słucham?
- Dobry wieczór. Nazywam się Wanda Nalepa Amarantidou i chciałabym Pana zaprosić na V Zjazd Rodziny Nalepów.

Tak mniej więcej wyglądał początek rozmowy, po której czułem oszołomienie (nie mieliśmy okazji wcześniej poznać się), które następnie przerodziło się w ogromną ekscytację.

Po tygodniu dotarło zaproszenie z wyrysowanym drzewem genealogicznym rodziny Nalepów, a także mapka dojazdu na zjazd rodzinny.

A potem nadeszła ta wyczekiwana sobota, kiedy wraz z żoną wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w stronę Warszawy. Pogoda była paskudna. Mokro, szaro, jednym słowem mżawka. Wanda musiała jednak wejść w porozumienie z Zeusem. Nic dziwnego - za lata pracy naukowej nad filologią klasyczną ma wobec niej pewne zobowiązania. Gdy minęliśmy Warszawę, niebo rozświetlało już światło słoneczne. I tak było do końca następnego dnia.

Dojazd do celu za pomocą GPS-a nie był możliwy. W Trzepnicy nieco pogubiliśmy się. I właśnie wtedy, gdy zasięgaliśmy języka u miejscowych, spotkaliśmy rodzinę z Szarbska, która również dojeżdżała na spotkanie.

W końcu jednak trafiliśmy do domu pod lasem. Nie byliśmy pierwsi, sporo ludzi gawędziło już na podwórku przed domem. Sporo też dojechało po nas. Poza siostrzenicami mej babci - Barbarą i Grażyną oraz mężem Grażyny - Władysławem nie znałem nikogo. Centralnym miejscem uroczystości, czymś na kształt ogrodowego ołtarzyka było drzewo genealogiczne rodziny Nalepów, nad nim monidło przedstawiające rodziców Wandy oraz kopia cudownego obrazu Matki Boskiej Pocieszenia z Pociesznej Górki zawieszone obok.

Wtopiliśmy się powoli w gwar rozmów. Spróbowaliśmy trzepnickich przekąsek.

A później był wyjazd do Dobreniczek, miejsca gdzie osiedlili się na przełomie XIX i XX wieku Wincenty Nalepa pochodzący z Przyworów na Dolnym Śląsku i Gabriela z Krzysztofików. Wanda odczytała historię rodziny, którą dotychczas udało się jej odtworzyć. Była kawa i pyszne ciasto, a potem wyruszyliśmy na cmentarz parafialny w Ręcznie, aby uczcić pamięć Wincentego i Gabrieli oraz ich potomków i krewnych, którzy znaleźli swoje miejsce na ziemi piotrkowskiej, na lewym brzegu Pilicy.


Z cmentarza wróciliśmy znów do Trzepnicy, zasiedliśmy za stołami. Były rozmowy, był ciepły bigos, kiełbaski z grilla przygotowane przez Wasilisa, męża Wandy. I co najważniejsze pełna luzu i życzliwości atmosfera. Niesamowite było to, że z całej Polski zjechało kilkadziesiąt osób aby się spotkać nie z okazji ślubu, pogrzebu, czy chrzcin, a dlatego, że była osoba, która miała energię, aby zjazd rodzinny poświęcony pamięci przodków zorganizować. Wystarczyło tylko chcieć z propozycji skorzystać.

Gdy się już ściemniło były i tańce. A wcześniej sporo rozmów o zwykłym życiu, rodzinie, Grecji. W obieg została puszczona Kronika zjazdów, do której z chęcią wpisaliśmy się. Przyszedł jednak moment pożegnania. Zmęczeni opuszczaliśmy czarujące miejsce, aby udać się na odpoczynek do piotrkowskiego hotelu.

P.S. Poza wyżej opisanymi atrakcjami towarzyskimi uzupełniłem również swoją wiedzę genealogiczną. Przede wszystkim o rodzinę Nalepów, ale również dotyczącą Gabrieli, siostry mej prababci Antoniny z Krzysztofików, której historii nie znałem. Nieocenione okazały się kontakty rodziny Nalepów z potomkami innej z sióstr Antoniny - Kunegundy, o której losach dotychczas nic nie wiedziałem. Dzięki poznanej na zjeździe Ryśce miałem  usłyszałem o losie Hieronima Krzysztofika. O ile o pozostałym rodzeństwie Antoniny już co nieco wiem (o Pawle, Elżbiecie i Scholastyce wiele informacji uzyskałem od Rafała K.), o tyle wciąż zupełnie nieznane są losy Leona Krzysztofika.

piątek, 30 września 2016

Tajemnice Bacieczek

Stary cmentarz ewangelicki przy Produkcyjnej. Od lat o nim słyszałem, ale nigdy jakoś nie składało się, aby tam zajechać i zobaczyć. W końcu żyłka odkrywcy ciekawych miejsc w Białymstoku odezwała się przekonująco i w piękne wrześniowe popołudnie pojechałem w kierunku północno-zachodnich peryferii Białegostoku.
Zdziwienie:  to tu? Cmentarz położony jest bowiem na zupełnym wygwizdowie, już za Auchan, ale jeszcze przed budynkiem firmy GORT. I nie tak łatwo do niego trafić, jako że w pewnym oddaleniu od ulicy, przysłonięty był hałdami kamieni. Ale solidne metalowe ogrodzenie, już współcześnie postawione, nie mogło mylić. Nad bramą wejściową tablica z napisem: "Cmentarz ewangelicki założony w XIX wieku". Przytulony do lasu, uprzątnięty mieści w sobie zaledwie kilka nagrobków i kilkanaście miejsc wskazujących na dawne pochówki. W prawym tylnym rogu kamień z tablicą informującą o pochowaniu szczątków wydobytych z terenu dawnego cmentarza przy ulicy Młynowej. Najokazalszym nagrobkiem był ten w centrum cmentarza, należący do Wilhelma Zammella. Dziś bez inskrypcji, z ułamaną figurą Chrustusa na szczycie, jedynie dzięki zachowanemu fragmentowi przypomina kunszt dawnej sztuki sepulkralnej. Poza tym jeszcze dwa nagrobki z czytelnymi inskrypcjami: Juliana Golnika, zmarłego w 1906 roku i Emilie Wojteckiej z d. Krüger, zmarłej w wieku 49 lat w roku 1898. I cisza, gwar miasta tu bowiem nie sięga.


Opis cmentarza znalazłem w przewodniku historycznym "Ewangelicy w Białymstoku" autorstwa Tomasza Wigłasza i Krzysztofa Marii Różańskiego. Zaczyna się tak:

"Kolonia Bacieczki.
Dzieje osady wiążą się ze sprowadzeniem w XIX w. przez właściciela fabryki włókienniczej w Choroszczy dwudziestu dwóch rodzin niemieckich tkaczy. Każda otrzymała ziemię, a w drewnianych domach, z których część zachowała się do dziś, powstały małe zakłady tkackie. Na niewielkim wzniesieniu na skraju osady założony został cmentarz..."

Wspomniana fabryka włókiennicza w Choroszczy to fabryka rodziny Moesów, która trafiła na Podlasie z Zegrza, gdy po Powstaniu Listopadowym rząd rosyjski w ramach represji wprowadził cła wwozowe na towary pochodzące z terenu Królestwa Polskiego. O tym, że Moesowie zbudowali dla swych robotników osiedle mieszkaniowe wiedziałem, ale że osiedlili tkaczy w, bądź co bądź nieco oddalonej od Choroszczy, Kolonii Bacieczki nie wiedziałem. Pojawiło się pytanie: gdzie konkretnie osiedlono tkaczy i czy ich domy jeszcze się zachowały? Napisałem w tej sprawie do parafii ewangelickiej w Białymstoku na adres e-mailowy podany w przewodniku.

Według księdza Tomasza Wigłasza, domy tkaczy usytuowane były wzdłuż ulicy Produkcyjnej, od Auchan w kierunku centrum. Jeden z nich, pierwszy lub drugi po prawej na pewno był zbudowany jeszcze w XIX wieku, a i większość innych to przerobione domy tkaczy. Informację o zasiedleniu ulicy Produkcyjnej (w XIX wieku teren Kolonii Bacieczki) przez niemieckich tkaczy potwierdza również opracowanie Marty Sokół na temat krzyży przydrożnych i kapliczek w Białymstoku.

Pozostało sprawdzić to wszystko w terenie. Nastał jeden z kolejnych, ciepłych wrześniowych dni. Na Produkcyjną wybrałem się wraz z synem, który nie stroni ostatnio od wycieczek terenowych pozwalających odszukiwać pokemony w zupełnie obcych i niespodziewanych miejscach. Wytypowaliśmy 10 drewnianych domów (po 5 z każdej strony ulicy), które mogły być domami tkaczy (numery adresowe, licząc od Auchan - 81, 78, 58, 49, 48, 32, 31, 21, 24, 19). Mogły równie dobrze być jednak zbudowane na początku XX wieku lub w dwudziestoleciu międzywojennym - stawianie domów z drewna było wciąż wówczas powszechne. Upamiętniam je tutaj, kto wie czy któryś z nich przetrwa kolejne 20 lat.











Domy tkaczy to nie jedyna zagadka związana z Bacieczkami. Ale zanim przejdę z Kolonii Bacieczki do właściwych Bacieczek, słowo wyjaśnienia. Przeciętny białostoczanin kojarzy nazwę Bacieczki z osiedlem o tej nazwie, które zostało założone na gruntach dawnej wsi Ogrodniki Wysokostockie (historia podobna, jak ze Starosielcami i gruntami wsi Klepacze). Jednak dawną wieś Bacieczki należałoby wiązać z terenami położonymi na zachód od dzisiejszego osiedla Bacieczki. Osiedle TBS, ulica Bacieczki to właściwa lokalizacja dawnej wsi.

Bacieczki, należące do dóbr monasterskich w Supraślu, posiadały własną cerkiew, ufundowaną prawdopodobnie przez Grzegorza Chodkiewicza w wieku XVI. I z cerkwią tą wiąże się druga zagadka bacieczkowska. W roku 1773 świątynia w Bacieczkach miała zostać rozebrana, a z pozyskanego materiału zbudowana miała być cerkiew w nadnarwiańskich Zawykach. Jednak w opisie dekanatu knyszyńskiego sporządzonego przez proboszczów poszczególnych parafii w roku 1784, proboszcz rzymskokatolickiej parafii białostockiej wciąż wymienia istniejącą cerkiew w Bacieczkach. Czyżby po roku 1773, kiedy rzekomo miała zostać rozebrana, zbudowano kolejną?

Dziś historycy nie potrafią wskazać ze stuprocentową pewnością nawet miejsca, gdzie stała cerkiew, wiążąc jej posadowienie ze wzgórzem przy skrzyżowaniu ulic Jana Pawła II i szosy do Ełku.

Wszelkie informacje od osób, które wiedzą więcej niż ja o dawnych domach tkaczy przy ulicy Produkcyjnej lub o historii wsi Bacieczki są tu mile widziane.


Marta Sokół "Krzyże i kapliczki przydrożne w krajobrazie miejskim Białegostoku - wczoraj i dziś", Zeszyty Dziedzictwa Kulturowego, t.1, Białystok 2007.

Grzegorz Sosna, Antonina Troc-Sosna "Zapomniane dziedzictwo. Nieistniejące już cerkwie w dorzeczu Biebrzy i Narwi.", Białystok 2002.

Tomasz Popławski "Przestrzeń współczesnego miasta Białegostoku na tle historycznych podziałów", Białostocczyzna nr 2/1996.

Anna Dąbrowska "Moesowie. Trzy pokolenia fabrykantów z Choroszczy", Białostocczyzna, nr 1/2000.

Tomasz Wigłasz, Krzysztof Maria Różanski "Ewangelicy w Białymstoku. Przewodnik historyczny", Cieszyn, 2013.

Wiesława Wernerowa "Opis parafii dekanatu knyszyńskiego z roku 1784", Studia Podlaskie, t.1, 1990.



środa, 7 września 2016

"Fotografowie białostoccy 1861-1915"

24 czerwca, wraz z początkiem wakacji wybrałem się do Centrum Zamenhofa w Białymstoku na promocję książki "Fotografowie białostoccy 1861-1915". Powody były trzy. Po pierwsze przyciągnęła mnie osoba autora. Wiesław Wróbel wyrobił już sobie markę wśród białostockich historyków. Niezależnie, czy odkrywa przed nami historię dzielnicy Bojary, czy przybliża dzieje białostockich zabytków na łamach Albumu Białostockiego w Kurierze Porannym, wywracając przy okazji do góry nogami wiedzę z Przewodnika historycznego, jego teksty są ciekawe i poprzedzone dogłębną kwerendą archiwalną oraz, gdy jest możliwość lub konieczność, badaniami terenowymi. Drugim powodem było miejsce. Centrum Zamenhofa w ostatnich latach wyrobiło sobie markę centrum kultury wysokiej z prawdziwego zdarzenia. Poza ciekawymi wystawami, jest w nim bowiem miejsce na fascynujące wydawnictwa (vide albumy poświęcone dzielnicy Bojary), elektryzujące koncerty na klimatycznym tarasie (Basia Stępniak-Wilk, Dorota Miśkiewicz i wielu innych artystów) a także opasłe już archiwum historii mówionej - Mediatekę, nieoceniony skarb dla przyszłych pokoleń.

Po trzecie wreszcie, arcyciekawy wydał mi się sam temat. Fotografowie białostoccy przełomu wieków to kolejne cegiełki do historii Białegostoku. O tyle ważne, że fotografia wówczas wymagała pewnej wiedzy technicznej, a ograniczona ilość dostępnego materiału fotograficznego determinowała dbałość o stronę artystyczną zdjęcia. Kontakt z dawną fotografią umożliwia bezpośrednie spojrzenie na dawne czasy - ulice miasta, postaci, ówczesną modę. Pamiętałem jeszcze, jak ciekawą byłą wystawa fotografii Józefa Sołowiejczyka w białostockim Muzeum Historycznym 2 lata temu. Moja wiedza o fotografach białostockich ograniczała się właściwie do jego osoby, no i może najdłużej działającego w Białymstoku zakładu fotograficznego Szymborskich. We wspomnianym "Przewodniku historycznym po Białymstoku" Andrzeja Lechowskiego wzmiankowano co prawda również innych fotografów: Bartmanna, braci Pumpian, czy wiązane wówczas z braćmi Pumpian atelier "Bernardi", ale co to za wiedza szczątkowa, gdy nie można powiązać nazwisk ze zdjęciami? W kuluarach wspomnianej wystawy fotografii Sołowiejczyka szeptano również o braciach Budryk, ale i w tym przypadku w mojej pamięci pozostało jedynie nazwisko. Biorąc wszystko powyższe pod uwagę, apetyt mój był ogromny, gdy jechałem na promocję książki.

Nie zawiodłem się. Letnia pogoda, klimatyczny taras pełen ludzi, osoba autora oraz kolekcjonera fotografii Mieczysława Marczaka, bez którego książka w takim kształcie nie mogłaby powstać - wszystko to ożyło się na pełną smaczków kompozycję piątkowego popołudnia. Mój zachwyt trwał i później, gdy czytałem dokładnie i powoli książkę, przeglądając przy okazji pokaźny zbiór zamieszczonych w niej zdjęć. Poza fotografiami Sołowiejczyka mogłem po raz pierwszy ujrzeć zdjęcia braci Budryków, Wolfganga Andreasa Bartmanna, braci Pumpianów, czy Szymborskich. O wielu artystach fotografii, których zdjęcia trafiły do książki wcześniej nie słyszałem, by wymienić tylko Jana Wilhelma Diehla, Carla Ludwiga Cossmana, Augusta Jaegera, Mowszę Kapłańskiego, czy jedyną kobietę w tym zestawieniu Wandę Bromirską. Książka pełna jest ciekawych zagadek, czekających na rozwiązanie w przyszłości. Wielu biogramów nie udało się jak dotąd powiązać z jakimkolwiek zdjęciem, by wspomnieć Karola Hermana Hampela, czy najstarszego w zestawieniu fotografa pochodzącego z Białegostoku - Szlomę Kryńskiego. Znalazło się także miejsce dla fotografów, o których skromne wzmianki zostały odnalezione w archiwach. Książka bowiem to przede wszystkim zbiór biogramów osób, często nieobecnych dotychczas na kartach historii miasta. Prawdziwą perełką i jednocześnie zagadką czekającą na rozwiązanie jest najstarsza znana fotografia białostocka, o ciekawej historii i nieznanym autorze. A czyż zagadki czekające na rozwiązanie nie są tym elementem, który nas najbardziej pociąga w historii? Cennym elementem jest wstęp do książki omawiający w skrócie historię fotografii, a także stosowane techniki, i ich wpływ na upowszechnienie sztuki robienia zdjęć.

Troszkę szkoda, że autor skupił się li tylko na zawodowych fotografach działających w naszym mieście do 1915 roku. Zabrakło mi bowiem choć krótkiej wzmianki o inżynierze o nazwisku Wille, administratorze fabryki Beckera, zatrudnionym w niej w roku 1895, który według Andrzeja Lechowskiego zajmował się także fotografią, pozostawiając po sobie cenne widoki Białegostoku z przełomu XIX/XX wieku. Możliwe, że się mylę, ale z omawianego okresu zbyt wielu fotografów amatorów nie jest powszechnie znanych. Fotografie Willego nie są znane szerokiej publiczności. Być może jedyną szansą aby na nie spojrzeć jest wizyta w prywatnej klinice ginekologicznej doktora Tomaszewskiego przy ulicy Parkowej. Może znajdzie się osoba, która namówi właaściciela na publikację tych zdjęć choć w skromnej książeczce-albumie lub na ich wystawę? Powyższa uwaga jest tylko moją prywatną dygresją, w żaden sposób nie ujmującą wartości omawianej książki, którą szczerze polecam miłośnikom historii Białegostoku.

Wiesław Wróbel, "Fotografowie białostoccy 1861-1915", Centrum im. Ludwika Zamenhofa w Białymstoku, 2016