środa, 17 września 2014

Sierpniowa wycieczka

II wojna światowa, a konkretnie ustalenia w Teheranie i Jałcie, przyniosły Polsce walczącej po stronie zwycięskich aliantów kres marzeń o niepodległości. Jednak nie zakończyły walk o jej odzyskanie, beznadziejnych, opartych o błędne rachuby, często koniecznych dla przetrwania wobec sszalejącego terroru sowieckiego wobec żołnierzy podziemia niepodległościowego. Na Podlasiu najbitniejszą jednostką działającą już po zakończeniu wojny była licząca około 300 ludzi V Brygada Wileńska majora Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki". Składała się z tych żołnierzy Armii Krajowej, którzy w lipcu 1944 roku uniknęli rozbrojenia pod Wilnem przez Sowietów, z miejscowych ochotników, głównie z powiatu Bielsk Podlaski, a także z dezerterów z Ludowego Wojska Polskiego. Brygada działała podzielona na 4 mniejsze jednostki.

"Przed południem 15 sierpnia trzy szwadrony 5 Brygady Wileńskiej i miejscowy oddział Władysława Łukasiuka „Młota”, chcąc uczcić święto „Cudu nad Wisłą”, wkroczyły w zwartej kolumnie do Jabłonny Lackiej, w której właśnie odbywał się odpust. Mieszkańcy zgotowali partyzantom serdeczne przyjęcie, na każdym kroku spotykali się oni z objawami życzliwości, kobiety wręczały kwiaty."

"Podczas obiadu do por. „Zygmunta” zgłosiła się delegacja gospodarzy z siatki terenowej AK-AKO z okolic Ostrożan gm. Drohiczyn. Ludzie ci prosili go o pomoc, gdyż na południowych terenach powiatu bielskiego działania pacyfikacyjne podjęła sowiecka ekspedycja karna dowodzona przez majora NKWD Wasilija Gribko. Składała się ona z 4 kompanii strzeleckiej 267 pułku strzeleckiego Wojsk Wewnętrznych NKWD, plutonu 1 pułku piechoty 1 DP LWP i grupy pracowników UBP w Bielsku Podlaskim. Sowieci mieli ze sobą agenta (dezertera z LWP, który przez krótki okres służył w partyzantce, a po rozpoznaniu miejscowych struktur konspiracyjnych wrócił w szeregi sił komunistycznych i służył sowietom zdobytą wiedzą) oraz aresztowanego członka konspiracji, złamanego podczas tortur w śledztwie. Korzystając z ich informacji dokonywali dorażnych represji na wskazanych ludziach z siatki terenowej. Dla „uprawomocnienia” tych działań mieli ze sobą sędziego i prokuratora. Niezależnie od grupy operacyjnej majora Gribko, w rejonie Mielnika operowała w poszukiwaniu „bandy Łupaszki” jednostka złożona z enkawudzistów ze szkoły oficerskiej 62 Dywizji Strzeleckiej NKWD. Ponadto w lecie 1945 r. na teren powiatu bielskiego stale wyjeżdżały grupy operacyjne 267 pułku strzeleckiego WW NKWD, 9 pułku KBW i 1 pułku piechoty 1 DP. Przeczesywały one teren kontrolując dziesiątki wsi, dokonując aresztowań, werbując agenturę,
biorąc zakładników i podejmując doraźne działania represyjne. Por. „Zygmunt”, nie znając naturalnie tych wszystkich szczegółów, obiecał delegacji, że „zrobi porządek” z oddziałem majora Gribko."

Nocą szwadron wraz z oddziałem "Młota" przeprawił się przez Bug i udał się w kierunku północno-zachodnim. Pojawienie się około 100 ludzi po prawej stronie rzeki zostało zasygnalizowane przez agenturę dowództwu NKWD w Bielsku Podlaskim, które wysłało przeciwko siłom polskim posiłki.

W nocy z 17 na 18 sierpnia 1945 roku wojska polskie stanęły we wsi Miodusy-Pokrzywne.


Około godziny 14 do wsi zbliżyły się oddziały sowieckie. Zarządzono alarm. Za chwilę zerwała się ulewa. Pierwsze strzały rozległy się od strony oddziału "Młota". Rozpoczęła się gwałtowna wymiana ognia. Siły operacyjne NKWD schroniły się w pierwszej wielkiej stodole na skraju wsi, 25 żołnierzy  sowieckich zajęło stanowiska w przydrożnym rowie.

***

Do Miodusów Pokrzywnego wybrałem się w pewną ciepłą sobotę sierpniową z Jurkiem i Karolem, kontynuując pomysł wycieczek patriotycznych, które rozpoczęliśmy 2 lata temu. Podjechaliśmy do miejsca, gdzie i dziś stoi stodoła, nowa już.


***

Powróćmy jednak do bitwy, która odbyła się 18 sierpnia 1945 roku. W kierunku stodoły rzucili się żołnierze szwadronu por. Zygmunta Błażejewicza "Zygmunta" nie mając pojęcia o naszpikowaniu jej żołnierzami sowieckimi, strzelającymi do Polaków i wspieranymi przez żołnierzy ukrytych w rowie. Sytuacja została opanowana, gdy w stronę stodoły została rzucona rakieta. Płonąca stodoła przestała być groźna, lecz strzały z rowu spowodowały śmierć 5 żołnierzy polskich, zanim 2 erkaemy Diegtariewa zostały unieruchomione. Siły operacyjne NKWD w sile 61 ludzi przestały istnieć.

***

W miejscu bitwy stoi dziś upamiętniająca to wydarzenie kapliczka tuż przy wzniesionym jeszcze przed 1989 rokiem pomnikiem z napisem, który nie mógł zawierać jeszcze wtedy pełnej informacji o walce, jak się tu rozegrała.



Jednym z pięciu wspomnianych poległych w Miodusach Pokrzywnem był niespełna około 20-letni wujek Jurka - Mikołaj Torniewicz "Wacek", pochodzący z Grodna. W sumie po stronie polskiej było 8 zabitych. Zostali pochowani w nieodległych Perlejewie i Śledzianowie.

Po złożeniu kwiatów przy kapliczce udaliśmy się właśnie do Perlejewa na cmentarz, który znajduje się tuż przy kościele. Dziwny jest nagrobek, w którym złożono szczątki poległych w bitwie pod Miodusami. Towarzyszą mu dwie tablice pionowe - jedna poświęcona poległemu podchorążemu Zdzisławowi Araszowi, zmarłemu 17 września 194.. - inskrypcja jest nieczytelna niestety i nie dotyczy nikogo poległego we wspomnianej potyczce.



Druga pionowa tablica pochodzi z czasów, gdy o bitwach tego rodzaju nie można było pisać, stąd kuriozalny napis.


Dopiero ta najnowsza tablica, wmontowana w nagrobek w roku 1995, przynosi informacje o pochowanych: Zygmuncie Kuczyńskim "Kruku", Mikołaju Toryczniewie Torniewiczu "Wacku", Witoldzie Kozłowskim "Pikusiu" i Ryszardzie Łubszycu "Charłapanie".


Kościół pw. Przemienienia Pańskiego wybudowany obok cmentarza nie jest pierwotną budowlą sakralną w Perlejewie. Jego budowa rozpoczęła się w latach 1860-1863, a dokończona została dopiero 20 lat później, w roku 1883. Świątynia została zbudowana w modnym ówcześnie neogotyckim stylu, uważanym za styl polski. W środku znajdują się sprzęty pochodzące ze starszego kościoła, a także XVIII-wieczne barokowe rzeźby przeniesione z kościoła Benedyktynek w Drohiczynie.



Samo Perlejewo, pierwotnie zwane Pierlejewem zostało nadane przez Wielkiego Księcia Litewskiego Witolda, w okresie władania tymi ziemiami przez Wielkie Księstwo Litewskie w latach 1405-1434, Janowi z Białoskór herbu Abdank. Przez setki lat było siedzibą wymarłego już rodu Perlejewskich. W XVII wieku stanowiło własność Niewiarowskich i Godlewskich, a od 1705 roku do końca XIX wieku Ciecierskich.

Jako, że zwiedzanie kościoła w Perlejewie, do którego trafiliśmy akurat tuż po ceremonii ślubnej, przywołało czasy odleglejsze niż bitwy związane z czasami współczesnymi, a dysponowaliśmy jeszcze czasem, postanowiliśmy w drodze do Białegostoku zatrzymać się jeszcze w Pobikrach położonych nad Kukawką. Swego czasu widziałem w internecie piękne zdjęcia dawnej drewnianej oficyny dworskiej Ciecierskich w tej miejscowości, autorstwa Jerzego Rajeckiego i nabrałem apetytu na zapoznanie się z tym ciekawym miejscem.

Pobikry zostały założone pod nazwą Pobikrowy w pierwszej połowie XV wieku. Kazimierz Jagiellończyk nadał je Pietraszowi Nieświckiemu. Do końca XVII wieku stanowiły własność Pobikrowskich, potem kilkakrotnie zmieniały właścicieli.

Po wjeździe do wsi naszą uwagę przykuł leżący nieco na uboczu neogotycki, z wysoką wieżą kościół pw. św. Stanisława Biskupa wybudowany w latach 1857-1860. Mieliśmy szczęście oglądać budynek w świetle zachodzącego słońca, które uwydatniało rudy kolor cegieł, z których został zbudowany.



Za kościołem znajduje się tablica poświęcona fundatorowi obecnej świątyni Stefanowi Ciecierskiemu (do Ciecierskich należały wówczas Pobikry, podobnie, jak pobliskie Perlejewo) oraz położona w roku 1881 tablica poświęcona rodzinie Szadurskich, ufundowana przez dzieci.



Pobikry to też ciekawy stary cmentarz, sąsiadujący o miedzę z kościołem. Nie sposób pominąć grobowca rodzinnego Jezierskich, Ciecierskich i Horwattów, który wznosi się tuż naprzeciw bramy wejściowej.


Ale widzieliśmy na nim i inne ciekawe stare nagrobki, jak na przykład ten poniższy.


Gdy opuszczaliśmy cmentarz, powoli zaczynało zmierzchać, a koniecznie chcieliśmy zobaczyć dawny drewniany dwór Ciecierskich z I połowy XIX wieku, który pełnił funkcję oficyny po wybudowaniu nowego murowanego, dziś już nie istniejącego. Mieliśmy szczęście, gdyż przechadzając się i wykonując zdjęcia, mieliśmy okazję spotkać właścicielkę budynku, spadkobierczynię z rodu Ciecierskich, która odzyskała go po wielu latach i perypetiach. Rozmowa była bardzo miła i serdeczna, a w jej trakcie mieliśmy możliwość oglądać makietę nie istniejącego dworu.





W drodze powrotnej mieliśmy przygodę z samochodem, ale to temat na osobną opowieść.

W trakcie skrótowego relacjonowania bitwy pod Miodusami korzystałem z opracowania Kazimierza Krajewskiego i Tomasza Łabuszowskiego "5 Wileńska Brygada AK, 18 sierpnia 1945, Bitwa w Miodusach Pokrzywnych", Perlejewo 2005 udostępnionego mi przez Jurka.

poniedziałek, 8 września 2014

Czyżby jednak ewangeliccy przodkowie?

Kiedyś już stawiałem hipotezę o ewangelickich przodkach badając akt chrztu Józefy Uzarek, prababci ze strony ojca. Podejrzewałem, że Marcin Uzarek, ojciec Józefy był ewangelikiem, skoro w akcie chrztu córki nie widniało jego imię. Hipoteza umarła śmiercią naturalną prawie 2 lata później, gdy w księgach stanu cywilnego parafii rzymskokatolickiej pw. św. Marcina w Odolanowie odnalazłem akt chrztu Marcina Uzarka. Natrafiłem wtedy również na akt ślubu rodziców prapradziadka - Wojciecha Uzarka i Katarzyny Trochy.

Wynikało z niego, że obrzęd zaślubin odbył się 15 października 1855 roku. Zarówno Wojciech, jak i Katarzyna pochodzili z rodzin chłopskich zamieszkałych we wsi Garki koło Odolanowa. Wojciech miał w chwili ślubu 26 lat, Katarzyna 20.


Poszukiwania prowadzone 2 lata temu były na tyle owocne, że i akt chrztu Wojciecha Uzarka odnalazłem w  księgach za rok 1829. Niestety wypożyczone mikrofilmy nie obejmowały roku 1835, w którym miała urodzić się Katarzyna Trocha.

Ostatnio dzięki Krystynie mam dostęp od "Akt stanu cywilnego parafii rzymskokatolickiej w Odolanowie (1808-1874)" zdigitalizowanych i wydanych na płycie DVD przez Ostrowskie Towarzystwo Genealogiczne. Przejrzałem duplikaty urodzeń za lata 1830 - 1838 i nie natrafiłem na stosowny zapis dotyczący prapraprababci Katarzyny.

Okazało się (również dzięki Krystynie), że Mormoni prowadzą indeksację ksiąg metrykalnych parafii ewangelickiej w Odolanowie i że w interesującym mnie okresie 1835 - 1838 zostały ochrzczone przynajmniej 4 dziewczynki o imieniu Katarzyna i nazwisku Trocha:

https://familysearch.org/search/record/results?count=20&query=%2Bgivenname%3Akatarzyna~%20%2Bsurname%3Atrocha~%20%2Bbirth_place%3Aadelnau

Ks. Karol Kotula w swym opracowaniu dotyczącym ludności ewangelickiej (Po raz trzeci dziękuję tu Krystynie za zwrócenie mojej uwagi na tę pozycję) w południowo wschodniej części województwa poznańskiego, wydanym przed II wojną światową napisał:

"Ludność ewangelicka tego kraju tak po stronie wielkopolskiej jak śląskiej jest pochodzenia polskiego. Świadczą o tem nazwiska. Najczęściej spotykanemi nazwiskami są: Kołata, Rostalski, Trocha, Kubica, Nowak, Zawada, Gąsiorek, Bąk, Rospenk, Świątek, Mroziński, Lipa, Szyszka, Góral, Piękny, Kempa, Broda, Brodala, Krupa, Marszałek, Tomczak, Barycza, Dubielczyk, Ból, Kurzawski, Kurzawa, Detka, Bobka, Pisarz, Wygoda, itd."

Uzyskalem więc solidne podstawy pod hipotezę o ewangelickich przodkach, a wyjaśnienie jej być może przyjdzie, jeśli natrafię na akt zgonu Katarzyny.

Ks. Karol Kotula, "Polski lud ewangelicki w południowo-wschodniej części województwa poznańskiego", Warszawa 1929, nakładem Związku Polskiego Towarzystw i Zborów Ewangelickich w Polsce

poniedziałek, 1 września 2014

Bale (wł. Valle)

- Po drodze zatrzymaliśmy się w Bale. - powiedział Artur, gdy spotkaliśmy go na parkingu samochodowym w Rovinj - klimaty podobne do tutejszych, nie ma jednak aż tylu turystów. Poza tym nie wpompowano tam tyle kasy, co tutaj w odnowienie miasta. Co leżało na ziemi 5 lat temu, leży i dzisiaj. Warto było pojechać i zobaczyć.

Artura rekomendacje, jeśli chodzi o miejsca godne polecenia, cenię. Mieliśmy już okazje włóczyć się tu i tam. Nabrałem więc apetytu na miasteczko o nazwie, która nic mi nie mówiła, a w przewodniku po Chorwacji nie było na jego temat nawet wzmianki.

Bale to miasteczko położone przy drodze łączącej Pulę z Rovinj. Z drogi nie widać jednak jego atrakcji, stąd turyści podążający do tego ostatniego miasta omijają je zwykle. Poza tym Bale nie leży nad morzem, więc nie oferuje całej gamy atrakcji z wodą związanych.

Pojechaliśmy tam po południu, tuż przed wyjazdem z Chorwacji i byliśmy oczarowani. Uliczki wąskie jak w Rovinj, ale puste. Domy głownie z kamienia. Bardzo podobała nam się roślinność, na tle kamiennej zabudowy stanowiąca prawdziwą ozdobę tego miejsca. Oczarowały nas pamiątki przeszłości, tawerny skryte wśród zakamarków miasteczka, nieco opustoszałe, jednak tym samym pozwalające dostrzec ich urok w melancholii pustej ulicy. W Bale mogliśmy zobaczyć prawdziwe życie chorwackiej prowincji, bez blichtru i przepychu miejscowości typowo turystycznych. Z jej biedą nie skrywaną za sztucznym połyskiem.

Historia Bale ma swój początek w czasach rzymskich, jak wskazują badania archeologiczne. Fort strzegł szlaku handlowego pomiędzy Pulą, a centrum półwyspu Istria. Po raz pierwszy wzmiankowany w roku 965 jako Castrum Vallis. Nazwa nawiązuje do doliny, w której położona jest miejscowość w otoczeniu wzgórz. W Bale możemy zobaczyć historyczne perełki: Kasztel Bembo, siedzibę rodową właścicieli miasta, która składa się z dwóch czworokątnych baszt, połączonych budynkiem mieszkalnym, XIV-wieczny budynek ratusza, kościół parafialny, XIX wieczną wieżę stojącą obok kościoła w centrum miasteczka, czy też XV-wieczny kościółek św. Ducha z freskami z życia Jezusa.















XV-wieczny kościółek św. Ducha

wtorek, 26 sierpnia 2014

Rovinj (wł. Rovigno)

... to kolejne istryjskie miasteczko, które warto odwiedzić. Już jego historia, łącząca je przez podobieństwo trochę z Dubrownikiem leżącym u przeciwnego  krańca Chorwacji jest na tyle frapująca, że nie sposób nie zwrócić na nie uwagi. Dość powiedzieć, że przez całe stulecia stare miasto znajdowało się na wyspie, oddzielonej od stałego lądu i kupieckiego przedmieścia cieśniną, zasypaną dopiero w 1763 roku. Pierwsze ślaady osady pochodzą z VII wieku p.n.e. Rzymianie z nieodległej Puli (około 40 km) zdobyli ją w 129 roku p.n.e. i nazwali Ruginium. Później kolejno należało do cesarstwa wschodniorzymskiego, państwa Franków, przeżywało najazdy Saracenów, piratów i epidemie zarazy. Następnie przez wieki całe należało do Wenecji i ślady tej przynależności są doskonale dziś widoczne, o czym dalej.

***

Samochód zostawiliśmy jeszcze przed wjazdem do ścisłego centrum. Podobnie jak w Puli, ruch samochodowy zniechęcał do dalszej jazdy. Pierwsze wkroczenie na teren starego miasta i znajome widoki. Uliczki wąskie tak, że mieszkańcy kamienic  położonych po ich przeciwnych stronach  mogliby sobie przez okna podawać ręce na przywitanie. Architektura sprzed kilkuset lat... Drewniane okiennice, reliefy nad drzwiami wejściowymi, bielizna wisząca na sznurkach rozciągniętych w poprzek uliczek. Przede wszystkim jednak całe mrowie różnojęzycznych turystów i sklepów z pamiątkami, lodami, pocztówkami, a także przytulnych kafejek, restauracji, tawern. Tak się składa, że przypadkiem parkując samochód spotkaliśmy przyjaciół, którzy do Rovinj przyjechali parę godzin przed nami. Zanurkowaliśmy w uliczki starego miasta, wspólnie zachwycając się tą niepowtarzalną atmosferą śródziemnomorskiej osady.




Razem z nami dzieci, które aby dopełnić czaru miejsca dostały lody, z kuglicami podobnie wielkimi, jak w Puli. Przystanęliśmy na chwilę w miejscu niedużego targu miejskiego pełnego owoców. Podczas rozmowy ktoś z nas wymówił słówko rakija i choć to język polski od razu wychwyciło je czułe ucho stojącej nieopodal Chorwatki, która poprowadziła nas wzdłuż jednej z wąskich uliczek. Mijaliśmy bramy sklepików, drzwi wejściowe do mieszkań chłodnych kamienic, podziwiając niekiedy ciekawe płaskorzeźby na ich ścianach, jak ta pieta na zdjęciu poniżej.


Wreszcie nasza przewodniczka zniknęła za drzwiami, przed którymi piętrzył się stos różnorakich serów lokalnie wytwarzanych. W pokoju mieszkania  do którego weszliśmy na środku stał stół, a na nim leżały swojskie wedliny otoczone butelkami z różnokolorową zawartością od prawie przezroczystej, lekko zielonego koloru zawierającą figówkę, nieco kwaśną moim zdaniem, przez żółtą gruszkówkę, o doskonale wyczuwalnym słodkim aromacie dojrzałych owoców po doskonałą malinówkę rubinowego koloru. Po wypróbowaniu tych wszystkich specjałów i dokonaniu stosownych zakupów ruszyliśmy na dalszą część spaceru.

Rovinj otoczone jest morzem i czuliśmy to często. Wystarczyło zajrzeć w jedną z poprzecznych uliczek.



Doszliśmy do wzgórza katedralnego skąd rozpościerały się wspaniałe morskie widoki, których przykłady zamieszczam na zdjęciach. Za plecami zaś mieliśmy wieżę katedry św. Eufemii, wybudowanej w 1736 roku za czasów przynależności Rovinj do Wenecji. Na 57-metrową wieżę kościoła, najwyższą na półwyspie Istria nie wspięliśmy się, delektując się pejzażem morskim. Wszedłem na chwilę do wnętrza świątyni, aby zobaczyć oryginalny kamienny sarkofag mieszczący według legendy szczątki św. Eufemii. Późniejsza święta zginęła śmiercią męczeńską w 304 roku, a szczątki przywiezione zostały tutaj w 800 roku z Konstantynopola. Ale niczego raczej nie możemy być w tej materii pewni. Jedna z legend mówi, że zostaly w cudowny sposób wyrzucone na brzeg morski przy osadzie. Inna dotyczy przepowiadania pogody. Figurka męczennicy wieńczy bowiem szczyt wieży katedralnej. Podobno odwrócona w kierunku Adriatyku zapewnia dobrą pogodę. Nie ma się co dziwić temu, że dobra pogoda na Istrii jest raczej gwarantowa. Trudno odwrócić wzrok od widoków morskich. Choć czasami święta musi odpocząć odwrócona od morza, dzięki czemu zamiast odpoczywać na plażach Kamenjaka mieliśmy szansę w mniej pogodny dzień przyjechać do Rovinj.





Ze wgórza katedralnego zeszliśmy w dół równie malowniczą, wąską uliczką, jak wcześniej i za chwilę znaleźliśmy się na wypełnionym ludźmi placu portowym Maršala Tita. Tu spotkaliśmy pierwszy symbol prawdzwie wenecki na trasie spaceru  -  w portalu jednego z budynków płaskorzeźbę lwa świętego Marka.


Przy placu portowym stoi również urocza późnorenesansowa wieża zegarowa z tym samym symbolem panowania weneckiego w postaci reliefu.


Mnogość tawern, restauracji, barów różnego rodzaju tłumaczy tak dużą liczbę turystów w tym miejscu. Trochę już zmęczeni tłumem ludzi i samym spacerem, ale pełni różnorakich miłych wrażeń ruszyliśmy w stronę samochodu.


I mieliśmy szczęście, bo po drodze trafiliśmy na położone nieco na uboczu głównych szlaków siedmiokątne romańskie baptysterium, najstarszy budynek Rovinj, pochodzący z XIII wieku.


Zuzanna Brusić, Salomea Pamuła
"Chorwacja. W kraju lawendy i wina."
Wydawnictwo Bezdroża
Kraków 2004

wtorek, 19 sierpnia 2014

Pula

Zdarzało się podczas dwutygodniowego pobytu Chorwacji, że pogoda niekoniecznie zachęcała do wylegiwania się na plażach Kamenjaka. Temperatura spadła w okolice 20-25 stopni Celsjusza, a niebo pokryło się chmurami. Takiego właśnie dnia wybraliśmy się do dwóch niezbyt odległych miast.

Pula (wł. Pola) to dość duży ośrodek miejski, liczący ponad 80 tysięcy mieszkańców, największy na półwyspie Istria i o dość bogatej historii. W II wieku po Chrystusie starą osadę iliryjską zdobyli Rzymianie. W kolejnym stuleciu u stóp jednego ze wzgórz, na których położona jest dzisiejsza Pula, powstała osada i obóz wojenny Colonie Julia Pollentia Herculanea. Później, aż do V wieku Pula zwana wówczas Pietas Julia była dobrze prosperującą, jedną z największych (30 tysięcy mieszkańców) rzymskich prowincji w północnej części Adriatyku. Po upadku cesarstwa rzymskiego znajdowała się w rękach Gotów, Bizancjum, nieodległej Rawennny i państwa Franków. Od 1331 roku, aż do 1797 stało się posiadłością Wenecji. Później, z krótką przerwą związaną ze zwycięstwami na kontynencie europejskim armii Napoleona Bonaparte, znalazła się w monarchii austro-węgierskiej. W drugiej połowie XIX wieku stała się ważnym punktem obronnym o czym świadczy do dziś zachowany fort Verudela. Po pierwszej wojnie światowej podobnie, jak cały półwysep Istria, Pula znalazła się w państwie włoskim, co skończyło się po II wojnie światowej dwuletnim zarządem angielsko-amerykańskim. Dopiero w 1947 roku została włączona do Jugosławii.

Interesowały mnie zwłaszcza pozostałości po czasach rzymskich, których w Puli przetrwało niemało. Już na peryferiach miasta, natknęliśmy się na zwiększony ruch samochodów. Gorsza pogoda wygnała do miasta wielu podobnych nam turystów. Udało się jednak znaleźć miejsca parkingowe przy samym amfiteatrze. Jest to najokazalszy zabytek Puli, wzniesiony w I w n.e. przez cesarza Wespazjana. Ten założyciel dynastii Flawiuszów panujący przez 10 lat od roku 69 charakteryzował się niezłym poczuciem humoru. Do swego syna Domicjana, który pod jego nieobecność swobodnie rządził cesarstwem napisał w liście: "Dziękuję ci, synu, że pozwalasz mi rządzić i jeszcze nie pozbawiłeś władzy." On też był pomysłodawcą rzymskiego Koloseum i nie tylko Koloseum, skoro z jego inicjatywy został wzniesiony podobny amfiteatr w Puli. Muszę powiedzieć, że mury budowli przed którą zatrzymaliśmy się wyglądają naprawdę majestatycznie. Trudno jednak oglądając je w dzisiejszej scenerii, w otoczeniu bardziej współczesnych budynków, wyobrazić sobie krwawe walki gladiatorów, wyścigi konnych zaprzęgów, czy mordowanie chrześcijan przy aplauzie tłumów. Natknęliśmy się tu na sporo turystów, grup zorganizowanych prowadzonych przez przewodników, a także tych, którzy przyjechali na 61. pulsko-filmski festiwal, o którym trudno nie usłyszeć, widząc w całym mieście plakaty reklamujące repertuar kinowy, czy też słuchając lokalnego Radio Pula (całkiem niezłego moim zdaniem). Poza festiwalem filmowym arena amfiteatru nie raz była też świadkiem koncertów prawdziwych sław muzycznych nie wyłączając Stinga czy Placido Domingo.



Po obejrzeniu amfiteatru, sesjach zdjęciowych (każdy chciał mieć zdjęcie na tle murów sprzed 2000 lat) ruszyliśmy dalej. Aby zachęcić nasze młode towarzystwo do dalszego spaceru w odnajdywaniu pamiątek rzymskich poszliśmy na lody. Jedna kuglica (gałka) kosztowała 7 kun. Lody w Chorwacji może nie są lepsze niż gdzie indziej, za to ich rozmiary są imponujące. Jedna gałka dokładana jest kilkakrotnie i zwyczaj ten widzieliśmy nie tylko w Puli. Dzieci w każdym razie były usatysfakcjonowane i raźno ruszyliśmy dalej.

W niedużej odległości od murów amfiteatru znajduje się podwójna brama Porta Gemina zbudowana w połowie II wieku. Wiodły przez nią droga do teatru rzymskiego i trakt strategiczny. W przedłużeniu ulicy, przy której stoi brama, widać resztki rzymskich i weneckich murów obronnych wieńczonych starożytnymi statuami.



Od Porta Gemina jest dosłownie parę kroków do bramy Herkulesa (Porta Herculae) z I wieku n.e. Brama zwieńczona jest słabo widocznym wizerunkiem mężczyzny z kędzierzawą głową, brodą i maczugą, który przedstawia Herkulesa, notabene patrona Puli.



Największe wrażenie zrobił na mnie jednak, stojący pośrodku otwartego, zatłoczonego placu Portarata w otoczeniu kamienic o nieco weneckim rysie, Łuk Triumfalny Sergiusza wystawiony w roku 27 p.n.e. przez Salwię Postumę z rodu rzymskich Sergiuszy na cześć zmarłych członków rodziny: męża Lucjusza Sergiusza, trybuna 29-go legionu, teścia oraz wuja męża. Może mój zachwyt spowodowało też sąsiedztwo kamienicy w kolorze żółtym,w której w latach 1904-1905 mieszkał James Joyce, pracujący w Puli jako nauczyciel języka angielskiego. Zaczytywałem się niegdyś, w okresie młodzieńczym, w literaturze irlandzkiej; w dziełach Becketta i Joyce'a, którego "Portret artysty z czasów młodości" z trudnością skończyłem. Nie dlatego, że zła to literatura jest dość trudna, wymagająca skupienia. Na jednym placu spotkały się trzy światy: rzymska kolebka wspólczesnej cywilizacji, jeden z prekursorów wspólczesnej literatury światowej i dzisiejsza Chorwacja pełna turystów z różnych stron świata.



Lody lodami, ale myślę, że trudno byłoby zachwycać się pulskimi pamiątkami przeszłości, w towarzystwie niezbyt zainteresowanych nimi najmłodszych, gdyby celem naszej wędrówki nie był targ przy ulicy Flanatička. Wybraliśmy się tam, aby nabyć kilka kilogramów owoców i warzyw, mając nadzieję (płonną) na świeże figi, na pyszne miody chorwackie o różnych niespotykanych smakach (spełnioną - miód kasztanowy o lekko gorzkim, ale wiele przyjemności obiecującym smaku), a także aby odwiedzić dużych rozmiarów halę rybną. Na targ ten jeszcze wróciliśmy innym razem zaopatrując się w blitvę, czyli burak liściowy, bardzo popularny w Chorwacji, przyrządzając ją z krewetkami. W hali rybnej przeżyliśmy próbę (udaną w 2/3) zjedzenia przez dzieci żywych ostryg serwowanych wprost z muszli. Tam też zaopatrzyliśmy się w świeżą doradę, która usmażona w zaciszu domowym, była prawdziwym rarytasem.



A kolejna notka będzie o równie ciekawym, ale jakże innym istryjskim miasteczku.