wtorek, 14 lutego 2012

Zdjęcie nieznajomego mężczyzny wykonane w Piotrkowie Trybunalskim

Mam w swoich zbiorach zdjęcie, otrzymane kiedyś od babci. Problem w tym, że babcia nie wiedziała kto na nim jest. Zrobione najprawdopodobniej już po I wojnie światowej o czym świadczyłaby pieczątka zakładu fotograficznego na odwrocie zdjęcia z polskim napisem: Piotrków, Rokszycka 18. Na odwrocie zdjęcia jest również pisany ręcznie napis, ale zupełnie nieczytelny dla mnie. Najprawdopodobniej przedstawia kogoś z rodziny, z Szarbska z kręgu Krupów, Krzysztofików bądź Janiszewskich, ale pewności nie mam. Może ktoś z bliższej lub dalszej rodziny wejdzie na tę stronę, a ma podobne zdjęcie w swym albumie i pomoże mi w identyfikacji. A może osoba zupełnie nieznajoma, a mająca korzenie w Szarbsku, Dąbrówce, Sulejowie bądź Piotrkowie Trybunalskim będzie wiedzieć, kogo przedstawia zdjęcie?

piątek, 10 lutego 2012

Losy nieustalone. Wawrzyniec (Ławrentij) Szczerbaczewicz (1904-?)

Jedną z ciekawszych zagadek genealogicznych, która od paru lat mnie frapuje, stanowią losy brata rodzonego mej prababci Agaty Stępień ze Szczerbaczewiczów. Przeplatają się w tej historii exodus ludności prawosławnej na wschód w 1915 roku (tzw. bieżeństwo), rewolucja bolszewicka w Rosji, kordon graniczny pomiędzy ZSRR a II RP. Ale może po kolei.

Jest rok 1911, Pińsk. Moja praprababcia Paulina Szczerbaczewicz z Rozalików zostaje wdową, po tym, jak jej mąż Filip przychodzi z pracy, źle się czuje, kładzie na łóżku i umiera. Przez wiele lat z opowieści prababci oraz babci wynikało, że Paulina miała czworo dzieci (poza Agatą jeszcze Antoniego, Jana i Elżbietę, zwaną w rodzinie Lizą). Antoni i Jan po wojnie zostali w Pińsku, Elżbieta mieszkała zaś w Łodzi, ale odeszła zbyt wcześnie, gdy byłem jeszcze małym dzieckiem, abym mógł ją poznać i porozmawiać. W opowieściach babci przewijały się jakieś niejasne zdania o tym, że w Rosji również zostali członkowie rodziny Szczerbaczewiczów. Prawdziwą rewelacją były dla mnie dopiero rozmowy z ciocią Heleną, córką Elżbiety.

Wynika z nich, że Paulina wraz z dziećmi zmuszona była opuścić Pińsk (czy przed ofensywą niemiecką 1915 roku?) i udać się na wschód. Opowieści tej towarzyszy wiele niejasności. Przede wszystkim czy wraz z praprababcią wyjechała też moja prababcia Agata i jej dwaj bracia Jan i Antoni? Trudno powiedzieć. Ludzie z bieżeństwa często wracali nawet w latach 20-ych XX wieku. A Agata, Jan i Antoni na pewno zdążyli być na robotach przymusowych w Niemczech i wrócili do Pińska tuż po zakończeniu I wojny światowej. Wiele dałbym, aby dowiedzieć się o szczegółach tej pracy w Niemczech. Niestety jak przez mgłę pamiętam tylko opowieści prababci z dzieciństwa o jej pobycie na obczyźnie wraz z dwójką młodszych braci. Ale czy chociaż Paulina długo była na wschodzie? Mosze Aszpiz, syn jej żydowskich sąsiadów z Pińska napisał w liście, że Paulina w czasie I wojny światowej ukrywała Żydów w domu przed Niemcami. Przyznam, że do dziś nie wydaje mi się to wiarygodne. W czasie I wojny światowej to Rosjanie często traktowali ludność żydowską, jako potencjalnych szpiegów niemieckich, a niemieckie czystki antysemickie czasów II wojny światowej były czymś niewyobrażalnym. Ala zakładając nawet, że tak było, jak pisał Mosze, to ukrywanie to musiało mieć miejsce już po powrocie praprababci z bieżeństwa. A więc jeszcze w czasie wojny wróciła?

Ciocia Helena wspomniała o również o kolejnych dwóch braciach i siostrze mej prababci: Feliksie, Wawrzyńcu i Annie.

Według tej opowieści Feliks miał zostać w Rosji komisarzem bolszewickim i nie wrócić do Pińska, a nawet zaniechał kontaktów z rodziną.

Historia, która ma stanowić clou tej opowieści dotyczy Wawrzyńca (Ławrentija), brata bliźniaka Elżbiety. Podczas powrotu do Pińska i przeprawy przez rzekę, Wawrzyniec zaginął i nie wrócił wraz z matką i rodzeństwem do Pińska. Poszukiwany był przez całe dwudziestolecie międzywojenne. Odnalazł się dopiero tuż przed wybuchem wojny w Homlu po drugiej stronie granicy sowieckiej. Po zaginięciu trafił do domu dziecka. Gdy nawiązano z nim kontakt był już żonaty. Ciekawe jest to w jaki sposób praprababcia trafiła na ślad syna. Przypomina mi się historia Tadeusza, syna Agaty, który w czasie II wojny światowej zaginął jako dziecko na Wołyniu i nawiązał kontakt z rodziną już jako dorosły mężczyzna. Ale frapujący jest również inny element tej opowieści.

Poza Feliksem i Wawrzyńcem usłyszałem od cioci Heleny także o Annie. Była podobno najstarsza i najpiękniejsza z sióstr. Miała w przeciwieństwie do Agaty i Elżbiety czarne włosy. Otóż, gdy natrafiono na ślad Wawrzyńca, Anna wyjechała do Homla, do ZSRR. Ciocia twierdzi, że na stałe. W Pińsku nikt z potomków Jana i Antoniego, z którymi miałem okazję rozmawiać nie kojarzył Anny i Feliksa. Ławrentija tak, ta historia była znana.

Co sprawiło, że Anna, która nie widziała brata tak długo, zdecydowała się jechać do ZSRR? Czy pojechała tylko zobaczyć brata i nie mogła wrócić? Pytania, na które najpewniej nie poznam odpowiedzi. Nie mam na potwierdzenie tej opowieści żadnych dokumentów. Towarzyszą jej tylko cienie z przeszłości w mojej wyobraźni.

poniedziałek, 6 lutego 2012

Losy nieustalone. Józef Krupa (1887 - ?)

Przypadek mego pradziadka Stefana Stępnia, którego losy niedawno ustaliłem, nie jest jedynym, który tak mnie ekscytował podczas poszukiwań genealogicznych. Podobnie ciekawa historia wiąże się ze stryjem mojej babci, Józefem Krupą. Urodził się 23 lutego 1887 roku w Szarbsku na ziemi piotrkowskiej, z Łukasza i Wiktorii z Janiszewskich. Dzięki dokładnemu zbadaniu akt stanu cywilnego parafii skórkowickiej dysponuję jego metryką chrztu, z której wynika, że rodzicami chrzestnymi Józefa byli Łukasz Laszczyk i Franciszka Cichosz, osoby o dość popularnych nazwiskach w miejscowościach należących w XIX wieku do parafii Skórkowice.

Gdy rozkwitała moja pasja genealogiczna, dużo rozmawiałem z babcią Wandą, bratanicą Józefa, dysponującą fenomenalną pamięcią i będącą zarazem skarbnicą różnorakich historii rodzinnych. Od niej usłyszałem, że Józef zaginął po I wojnie światowej, najprawdopodobniej zginął w III Powstaniu Śląskim. Historię tę miał uwiarygodniać artykuł zamieszczony w Panoramie Śląskiej w latach 70-ych. Poświęcony był powstańcom śląskim i wymienione było w nim nazwisko Józef Krupa wraz ze wzmianką, że pochodził z ziemi piotrkowskiej. Gdy zapytałem babci, czy zachowała ten artykuł, odpowiedziała, że wkrótce po jego przeczytaniu miał miejsce w jej mieszkaniu remont i czasopismo wraz z artykułem zawieruszyło się na amen. Babcia niestety nie potrafiła sobie przypomnieć w którym roku miał miejsce remont. Cóż, muszę przyznać, że historia Józefa i artykułu zapłodniła moją wyobraźnię. Wiele z innych faktów przedstawianych przez babcię potwierdziło się w toku dalszego sprawdzania. Postanowiłem szukać.

Dowiedziałem się, że Biblioteka Śląska w Katowicach dysponuje kompletnymi rocznikami Panoramy Śląskiej z końca lat 60-ych oraz z lat 70-ych. Tak się składa, że w 2005 roku miałem być w Katowicach i dysponowałem nawet kilkoma godzinami wolnego czasu. Niewiele się zastanawiając udałem się na miejscu do biblioteki i poprosiłem o wszystkie roczniki Panoramy Śląskiej. Przejrzałem je, niestety na interesujący mnie artykuł nie natrafiłem. Nie twierdzę, że nie mógł mi umknąć. Im dłużej bowiem wertowałem stare czasopisma, tym bardziej wyrazy zlewały mi się przed oczami.

Dwa lata później na stronie Muzeum Śląskiego znalazłem spis powstańców śląskich zweryfikowanych przez Związek Powstańców Śląskich w latach 1936-1939. Występują w nim aż trzej mężczyźni nazywający się Józef Krupa. Przy żadnym z nich jednak miejscowość nie wskazuje na ziemię piotrkowską. Postanowiłem dowiedzieć się więcej szczegółów i skontaktowałem się z kierownikiem Pracowni Historii Powstań Śląskich, profesorem Edwardem Długajczykiem. Okazało się, że dokładne spisy powstańców uległy zniszczeniu w obawie przed Niemcami w latach 1936-1939, natomiast jedyna osoba o nazwisku Józef Krupa widniejąca wśród poległych powstańców, pochodziła z Bierunia Starego na Śląsku.

Kilka lat minęło i w internecie pojawiły się skany dokumentów dotyczących powstań śląskich, pochodzące z Instytutu Józefa Piłsudskiego, w 1941 roku wywiezione do Stanów Zjednoczonych, od 1943 roku przechowywane w Nowym Jorku. Strona internetowa posiada wyszukiwarkę nazwisk, dzięki której udało mi się obejrzeć wszystkie skany (a jest ich ogrom), zawierające nazwisko Józef Krupa. W kilku przypadkach dokumenty wskazują na osobę pochodzącą z Bierunia Starego. Na pozostałych skanach nie można ustalić miejsca pochodzenia występującego na nich Józefa Krupy.

Nadal nie zwątpiłem w relację babci, aż do ubiegłego roku.

Dotarłem wtedy do skromnego drzewa genealogicznego, wyrysowanego w latach 80-ych XX wieku przez Henrykę Krupę, żonę brata mej babci Stefana Krupy. Ciocia Henia, której nigdy nie dane mi było poznać, słynęła podobno ze skrupulatności i dokładności, jeśli chodzi o spisywane historie rodzinne. W jej drzewie znajduje się nazwisko Józef Krupa, a przy nim adnotacja: "wyjechał do USA, zaginął". Mam więc dwie relacje pochodzące od osób z rodziny. Hipotezę babci sprawdziłem, nie wiem natomiast jak mam sprawdzić hipotezę cioci Heni, nieznane jest mi bowiem źródło informacji, które podała. Może rzeczywiście Józef Krupa wyjechał do USA?

piątek, 3 lutego 2012

Ustaliłem losy mego pradziadka Stefana Stępnia!

Zagadka powojennych losów mego pradziadka Stefana Stępnia wydawała się jedną z najtrudniejszych do rozwikłania, gdy rozpoczynałem moją przygodę z genealogią prawie 10 lat temu. Moja babcia widziała ojca, jak sama mówiła ostatni raz na Wołyniu w 1943 roku. Jeden z jej braci podobno po wojnie widział ojca na którejś z dolnośląskich stacji kolejowych i tam ojciec powiedział mu, że nie chce utrzymywać kontaktu z rodziną.

Szczegółowo opisałem hipotezy dotyczące dalszych losów Stefana Stępnia na tym blogu w czerwcu 2010 roku.

Wtedy już dysponowałem dodatkowymi relacjami osób z rodzin braci i sióstr mego pradziadka, do których dotarłem dzięki pewnemu listowi. Nie wnosiły te relacje dużo nowego. Według nich pradziadek mógł zaginąć na Wołyniu lub też przeżyć wojnę, ale ze swoją rodziną z jakichś względów nie utrzymywać kontaktu. Były to relacje z drugiej ręki. Nikt z rodzeństwa Stefana nie dożył naszych czasów.

Pewien przełom nastąpił, gdy zdecydowałem się napisać do PCK, przez którą to organizację członkowie rodziny poszukiwali pradziadka po II wojnie światowej. Ustaliłem wtedy, że pradziadek na pewno przeżył wojnę i w 1954 roku mieszkał we Wrocławiu.

Dodatkowe poszukiwania pomogły mi ustalić, iż od 1942 roku pradziadek był na robotach przymusowych w Boberrörsdorf (dziś Siedlęcin koło Jeleniej Góry). Sprawdziłem również adres podany przez Polski Czerwony Krzyż (ul. Katowicka 103) we wrocławskich zbiorach meldunkowych (bez rezultatu), a następnie poprosiłem o kopię pisma, na podstawie którego Polski Czerwony Krzyż ustalił miejsce pobytu dziadka w 1954 roku. Okazało się, że z pisma tego nie wynika na pewno adres przy ulicy Katowickiej (było napisane bardzo nieczytelnie), a raczej jest to ulica Rolnicza 103 we Wrocławiu. Jednakże pod tym adresem w zbiorach meldunkowych Wrocławia również nie znalazłem żadnej informacji o Stefanie Stępniu.

Dużym przełomem okazała się chwila, gdy pokazałem koleżance Anecie kopię pisma z PCK. Według niej adres wskazywał na ulicę Lotniczą, a nie Rolniczą. Sprawdziłem i ten adres w zbiorach meldunkowych Wrocławia, bez rezultatu niestety. Wiedziałem jednakże, że pod adresem Lotnicza 103 we Wrocławiu w 1981 roku znajdował się stary barak, w którym Brat Jerzy Marszałkowicz założył pierwsze schronisko dla bezdomnych im. Brata Alberta. Mimo to, czułem, że znalazłem się w ślepej uliczce, jeśli chodzi o poszukiwania informacji o moim pradziadku.

***

Ale... zadzwoniłem do Towarzystwa Pomocy im. Brata Alberta we Wrocławiu, aby zapytać o to, jakie było przeznaczenie baraku przy ulicy Lotniczej 103, gdzie powstało pierwsze schronisko dla bezdomnych. Skierowano mnie do schroniska dla bezdomnych w Bielicach, do samego Brata Jerzego Marszałkowicza. Zadzwoniłem tam, poprosiłem o połączenie i spotkałem się z zupełnie niezwykłą reakcją. Brat Jerzy sprawdził w ewidencji Towarzystwa, czy nie ma w nim osoby o nazwisku Stefan Stępień (nie było), a następnie w sposób cierpliwy i wyczerpujący opowiedział mi historię baraku. Baraków było kilka. W latach powojennych Przedsiębiorstwo Robót Inżynieryjnych kwaterowało w nich robotników, pracujących przy odgruzowywaniu Wrocławia. Później były tam tereny wojskowe, a w czasie, gdy jeden z baraków przejmowało Towarzystwo Pomocy im. Brata Alberta, w części z nich znajdowały się różne magazyny, a w części mieszkali różni "dzicy" lokatorzy. Byłem bardzo zadowolony z tej rozmowy. Pomyślałem sobie, że pradziadek mógł być robotnikiem, który został dokwaterowany do baraku przy ulicy Lotniczej 103 i nie mieć tam stałego meldunku. Rozmowa ta ukierunkowała też moje dalsze poszukiwania.

Oderwijmy się na chwilę od nich. W Gazecie Polskiej w grudniu ukazał się artykuł księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, poświęcony Bratu Jerzemu. Gdy go czytałem, przekonywałem się, że naprawdę rozmawiałem z osobą niezwykłą. Oto fragment artykułu, który mówi o interesującym mnie okresie:

"Jako furtian po raz pierwszy zetknął się z bezdomnymi, którzy przychodzili do niego po prośbie. Przez wiele lat z własnej woli opiekował się nimi, zbierając dla nich żywność, odzież i lekarstwa. Traktowano go jako dziwaka, ale on w tym działaniu odkrywał swoje nowe powołanie. Jego marzeniem było stworzenie zakładu opiekuńczego dla osób potrzebujących pomocy na wzór przytulisk i schronisk prowadzonych w czasie zaborów przez Adama Chmielowskiego, czyli Brata Alberta. W PRL bezdomnych oficjalnie nie było, bo w czasach propagandy i sukcesu te sprawy starannie utajniano. Wszelkie starania o utworzenie schroniska rozbijały się o mur bezdusznej biurokracji. Dopiero w dobie Solidarności w środowisku wrocławskim narodziła się idea utworzenia organizacji pozarządowej opiekującej się bezdomnymi. Utarczki z urzędami trwały kilka miesięcy. W końcu pod koniec listopada 1981 r. zarejestrowane zostało w sądzie Towarzystwo Pomocy im. Adama Chmielowskiego, pierwsze tego typu w Polsce. Otwarło to drogę do przejęcia prymitywnego baraku przy ul. Lotniczej we Wrocławiu i do zaadaptowania go na noclegownię. W trakcie prac przygotowawczych wybuchł stan wojenny. Nie zraziło to jednak Jerzego, który w noc wigilijną, gdy na ulicach stały patrole wojskowe i opancerzone samochody, opuścił za zgodą władz seminarium duchowne, aby zamieszkać w obym baraku z kilkoma bezdomnymi mężczyznami. Początkowo było to na próbę, ale taki stan rzeczy trwa już równo 30 lat. Duchowny przeprowadzał się w ciągu tych lat do kilku kolejnych schronisk, w tym do Bielic na Opolszczyźnie, ale zawsze mieszkał razem z bezdomnymi. Był dla nich jak brat. Oni jednak mówili do niego "tata" nie z powodu różnicy wieku, ale ze względu na jego autentyczną, ojcowską troskę. "

W poszukiwaniu akt osobowych Przedsiębiorstwa Robót Inżynieryjnych zwróciłem się do Towarzystwa Miłośników Wrocławia. Stamtąd zostałem odesłany do Archiwum Państwowego we Wrocławiu. Gdy napisałem do tej szacownej instytucji, dowiedziałem się, że akta osobowe przedsiębiorstwa nazywającego się podobnie do wskazanego przez Brata Jerzego: "Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Renowacji Budynków", znajdują się w Dolnośląskim Urzędzie Wojewódzkim.

Zadzwoniłem oczywiście do Archiwum Zakładowego Dolnośląskiego Urzędu Wojewódzkiego i tam znów spotkałem się z bardzo miłą reakcją. Pani, która za mną rozmawiała powiedziała, że w zasobach archiwum znajdują się akta osobowe Przedsiębiorstwa Robót Inżynieryjnych oraz Miejskiego Przedsiębiorstwa Rozbiórkowo-Porządkowego. Obiecała przeszukać i oddzwonić. Gdy po paru dniach ponownie rozmawialiśmy, dowiedziałem się, że żadnych danych odnośnie mego pradziadka nie odnaleziono. Ale usłyszałem przy okazji, że Przedsiębiorstwo Robót Inżynieryjnych zostało podzielone na inne przedsiębiorstwa i część akt osobowych trafiło do Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Robót Inżynieryjnych we Wrocławiu, a część do firmy Hydrobudowa, skąd zostały przeniesione do Zakładu Usług Archiwalnych "Archiwista" mającego swą siedzibę aż w Teresinie.

Skontaktowałem się z pierwszą ze wskazanych instytucji, gdzie również przeszukano dla mnie akta (bez rezultatu). Z firmą mieszczącą się w Teresinie nie udało mi się niestety skontaktować. Telefony milczały, a na mojego e-maila nikt nie odpowiedział. Znów znalazłem się w kropce.

Postanowiłem jednak sprawdzić dla świętego spokoju jeszcze jeden trop. Sprawdziłem już dokładnie Wrocław, gdzie według PCK natrafiono w 1954 roku na ślad Stefana. W piśmie z PCK jednak, znajdowała się również wzmianka o tym, że w 1948 roku poszukiwał go szwagier Mikołaj Lemański, podając jako miejsce zamieszkania Jelenią Górę. Skontaktowałem się z Urzędem Miejskim w Jeleniej Górze, prosząc o sprawdzenie zasobów meldunkowych tego miasta. Jakież było moje zaskoczenie, gdy otrzymałem odpowiedź mówiącą, że Stefan Stępień mieszkał w Jeleniej Górze przy ulicy Powstańców Śląskich 29, gdzie trafił z ulicy Lotniczej 103 we Wrocławiu. Z Jeleniej Góry zaś trafił do Janowic Śląskich koło Jeleniej Góry. Potwierdziła się więc ulica Lotnicza we Wrocławiu. Pomyślałem sobie wtedy, że jeśli (według relacji rodzinnych) prababcia napisała wtedy do pradziadka pod wskazany adres w piśmie z PCK (ul. Katowicka 103), to nijak nie mogła trafić na ślad swego męża. Jeleniogórska karta ewidencyjno-adresowa nie zawierała żadnych dat, stąd nie dowiedziałem się w jakich latach pradziadek zmieniał miejsca zamieszkania. Najbardziej elektryzujące jednak było następujące zdanie: "Nadmieniam, że źródłem informacji w kwestii bliższych danych może być teczka dowodowa ostatniego wydanego dowodu osobistego, ponieważ teczka dowodowa została wysłana do Szczecina to tam należy zwrócić się o pomoc ...".

Oczywiście natychmiast napisałem do Urzędu Miejskiego w Szczecinie. Dalej sprawy potoczyły się już szybko. Dowiedziałem się, że pradziadek mieszkał w Szczecinie od 1959 roku, aż do 1984. Wtedy też został wymeldowany do Domu Pomocy Społecznej w Śniatowie, gdzie zmarł w 1986 roku. Teczki dowodowej pradziadka nie miałem jednak możliwości otrzymać. Została zmakulaturyzowana w 1996 roku, 10 lat po jego śmierci.

Wystąpiłem o odpis zupełny aktu zgonu do Urzędu Stanu Cywilnego w Kamieniu Pomorskim i dowiedziałem się, że pradziadek zmarł jako wdowiec. Jego drugą żoną była Stanisława Flugel.

Sprawdziłem także oczywiście, czy jakiekolwiek dane, dokumenty bądź zdjęcia zachowały się w Domu Pomocy Społecznej w Śniatowie. Niestety nie było tam nic, poza zapisem, że pradziadek był wdowcem i osobą samotną i że został pochowany na cmentarzu w Kamieniu Pomorskim.

Ostatnim krokiem był telefon do PGK w Kamieniu Pomorskim, gdzie dowiedziałem się, że nagrobek pradziadka, jako nieopłacony od 2007 roku nie istnieje.

Dowiedziałem się więc bardzo dużo. Dolny Śląsk i druga rodzina w pewnym sensie okazały się prawdą. Ale pradziadek mieszkał bardzo długi czas w Szczecinie, gdzie po wojnie mieszkał wraz z żoną jego syn Edward. Ciekaw jestem, czy kiedykolwiek zetknęli się ze sobą na ulicy i mieli okazję na siebie popatrzeć. Pradziadek zmarł w 1986 roku, trzy lata później odeszła prababcia Agata, jego przedwojenna żona.
Pińsk, 1924 lub 1925 rok, na zdjęciu Agata Stępień ze Szczerbaczewiczów (1898-1989) i jej mąż Stefan Stępień (1900-1986). W środku ich najstarszy syn Kazimierz (1924-1997).

czwartek, 12 stycznia 2012

Siedlikowska awantura

Zapisany na listy subskrybcyjne kilku instytucji kulturalnych Białegostoku, co jakiś czas otrzymuję na skrzynkę pocztową e-maile o mniej lub bardziej interesujących wydarzeniach. Z Centrum im. Ludwika Zamenhofa takich ciekawych dla mnie ofert przychodzi stosunkowo najmniej. Wiele z imprez współorganizowanych jest tam bowiem przez środowisko Krytyki Politycznej (Tak, tak, tej samej, w której warszawskim lokalu znaleźli schronienie zadymiarze z Niemiec, w Dniu naszej Niepodległości), której jednym z celów jest stopniowa zmiana świadomości społecznej poprzez kulturę w kierunku lewicowym, czyli zamiana normalności na "nowy wspaniały świat". Choć w Centrum im. Ludwika Zamenhofa (CiLK) zdarzają się i perełki, jak na przykład wystawa fotograficzna upamiętniająca białostockie Bojary, która odbyła się pod koniec 2010 roku.

W drugiej połowie listopada otrzymałem z CiLK e-maila o następującej tytule: "Spotkanie z Laureatem Nagrody Literackiej NIKE 2011 - 23.11.2011, godz. 18.00". Pomyślałem sobie - z jednej strony środowisko Gazety Wyborczej nagradza co roku niektórych pisarzy, z drugiej wytacza procesy sądowe tym ludziom kultury, którzy piszą w opozycji do tegoż środowiska (np. procesy wytoczone Rafałowi A. Ziemkiewiczowi, czy ostatnio Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi, który notabene sam otrzymał swego czasu nagrodę NIKE), mające w zamyśle zamknąć niepokornym usta.

Czytam jednak dalej e-maila:
"
Pióropusz
najnowsza książka Mariana Pilota, to opowieść o trudnym powojennym dzieciństwie. Główny bohater wywodzi się z rodziny wiejskich „biedniaków” i złodziei. Niepiśmienny ojciec za kradzież i zniszczenie tablicy szkolnej zostaje – jako wróg ludu – zamknięty do stalinowskiego więzienia. Żona i syn postanawiają dochodzić sprawiedliwości, co wiąże się z koniecznością prowadzenia obszernej korespondencji. Nieoczekiwanie przymus staje się pasją – pisanie niezliczonych podań i próśb rodzi w bohaterze kult słowa pisanego. Symboliczny dar od niepiśmiennego ojca – kradzione pióro ze złotą stalówką – przesądza o jego dalszych losach.

Marian Pilot

urodził się 6 grudnia 1936 w Siedlikowie."

To ostatnie słowo mnie zelektryzowało. Mój Siedlików! A właściwie nie mój. Moja prababcia ze strony ojca, Józefa Uzarek urodziła się w podostrzeszowskim Siedlikowie w 1888 roku i najprawdopodobniej spędziła w tej wiosce dzieciństwo. A ja nigdy w Siedlikowie nie będąc, mam szansę nasiąknąć jego klimatem, pobudzić wyobraźnię na tyle, aby wejść w świat autora i poczuć się w nim choć trochę jak u siebie.

Spojrzałem jednak na datę imprezy i godzinę. Nie mogłem na niej być. Cóż, może kupię książkę później w księgarni. Musiałem w ciągu dnia powiedzieć o tym spotkaniu koledze, bo jeszcze wieczorem otrzymałem od niego sms-a o treści: "Czy kupić ci książkę i zdobyć autograf". Pewnie, że tak! W tym miejscu jeszcze raz dziękuję, Jurku.


Ciężko jest przebrnąć przez początek książki, gdzie zmagamy się z opisem ostatnich chwil ojca głównego bohatera w szpitalu. Opis konstruowany jest abstrakcyjnym językiem z licznymi dygresjami i zapętleniami. Ale później, gdy narrator powraca do swego dzieciństwa w Siedlikowie, zaczyna być bardzo ciekawie. Tu wspomnę tylko, że dalsze losy bohatera, wspomniane w ostatnim zdaniu e-maila informującego o spotkaniu, to losy szpicla komunistycznej bezpieki, wyżywającego się w pisaniu donosów. Wydźwięk ideowy książki, o którym napomina autor w jednym z wywiadów, kładąc w nim akcenty w sposób dla mnie raczej obcy, obchodzi mnie jednak niewiele. Nie dla polityki przecież kupiłem tę książkę. Kupiłem ją, aby nasiąknąć Siedlikowem, jego tłem społecznym, topografią, słownictwem.

Pod tym względem nie zawiodłem się. Jeśli chodzi o tło społeczne doskonale pokazane zostało rozwarstwienie wsi na biedniaków, czyli popychlów, chuderloków, nędzoków, a sołtysiaków, bambrów, kułaków i średniaków, "żrących chleb ze smalcem, skwarkami i cebulą, żeby nabrać jeszcze większej siły". Jest również wiele innych podziałów zarysowanych. Wyróżnia się na przykład podział na Polaków i nielicznych już Dojczów, wyjeżdżających do Reichu po wojnie. W książce ostali się spośród nich Ciurle - Szkiebry. Ciurle jednak to ci gorsi, których "inne, lepsze Szkiebry strzegli się jak zarazy, i wstydzili się, i wygnietli ich do szczętu prawie w mamrach i obozach, a naród siedlikowski był rad z tego akurat obrotu sprawy."

Wtrącając dygresję, wciąż za realną hipotezę uważam pochodzenie niemieckie i wyznanie ewangelickie mego prapradziadka Marcina Uzarka, którego brak w akcie urodzenia jego córki Józefy w księgach urodzeń rzymskokatolickiej parafii w Ostrzeszowie, a który pojawia się dopiero w metryce drugiego małżeństwa zawartego przez moją prababcię Jozefę w niemieckim Bottrop. W metryce pierwszego małżeństwa Józefa występuje jeszcze pod nazwiskiem swej matki Balbiny Kaczmarek. Tak więc czytając "Pióropusz" na sprawy niemiecko-polskie nadstawiałem wzroku.

Ale dotarli do Siedlikowa i przybysze zza Buga po skończonej wojnie, Krajonkowie, ciubaryki, jak nazywa się ich w książce, niegospodarni, pędzący bimber, odróżniający się od przyzwyczajonego do porządku siedlikowskiego narodu. Osiedli na ziemiach niemieckich Lipscherów, którzy po wojnie wyjechali z Siedlikowa. Tak o tym niegospodarnym narodzie mówi matka bohatera, chcąc synowi obrzydzić Zośkę Krajonkównę, w której się chłopak zadurzył:

"Cała tam gospodarka na co czeka? Jak kania dżdżu ona na śnieg czeka! Żeby śniegi zeszły, zasnuły wszystkie dziury w poszyciu stodoły i zasypały doły w ogrodzie, i miłosiernie zakryły widok na całe dziadostwo na dziecińcu. Bo to jeszcze nic roztrzaśnięta buda! Szopa na wygwizdów otwarta, jakieś kłęby przerdzewiałego drutu w niej się poniewierają i leży kupka popękanych dachówek i potrzaskanych cegieł, przywalonych workami ze zbrylonym cementem. A woza ani kto myśli wepchnąć do środka, jak stanął pośrodku podwórka, tak stoi, jeno dyszel coraz wyżej bije w niebo, obręcze na kołach od rdzy czerwone i sine, kłonicę ktoś wyrwał jedną, pewnie któryś z tych łotrów i kołchoźników, co się tam teraz kręcą stale, dzień i noc, dzień noc! Potrzebna mu kłonica była, żeby mieć czym naród do kołchozu gonić... Dziurę po wyrwanej kłonicy też zasypią śniegi, nie będzie znaku. Ale kto wie, czy nie bardziej jeszcze modlą się do Pana Boga o śnieg i zawieję chlewy i świńskie chlewiki, ba, czy nie modli się o silne mrozy i zawalne śniegi sam świński i kurzy gnój z krowią gnojówką! Bo czy ty nie widzisz, że Lipschery całe w gnoju stanęły! Gnój porozwłóczony jest po całym obejściu. Nie ma miejsca, co by nie było upaćkane gnojem. A gdzie nie leży kozi bobek albo świński knutek, tam pod podeszwą chlupie gnojówka. U ciubaryków gnoju nikt się nie wstydzi. Wszystko ugnojone, prześmierdłe! Nawet w sieniach, w izbach nawet cuchnie gnojówką i gnojem! Bogiem, a prawdą, jak dobrze wytrzeć nos, to od panny ciubaryczki ruchalskiej nawet w kościele zajeżdża gnojowicą i świńską szczynką. Jak siarczystych mrozów jest nam tej zimy potrzeba, żeby ciubaryckie smrody nie rozniosły się po całej naszej wsi? Co za naród przeteczny! Gnojem ugnojone w całym obejściu wszystko, wszędzie gnój, jeno tam, gdzie gnój być powinien, w polu, na pyrczysku, na ugorowisku - tam szczypty gnoju nie ma! Ale ba, gdzie szukać tego gospodarza, co by chciał gnój z chlewa na pole wywieźć! Niby to gospodarz jest, ale jaki to tam gospodarz! - chaziaj, co ma na nazwisko chaziajski, przysłowie jego: chalierapanie. Jemu, panie chalierapanie!, żadne tam pola, żadne role ani uprawy nie w głowie, on musi pilnować swego, on i przez dzień cały z piwnicy nie wyjdzie, on i nocować będzie tam przy kociołkach i rurkach, bo tam są jego uprawy, bimbermajster z niego patentowany i ledwo we wsi nastał, już jest dla wszystkich tu ochlapusów lepiej niż rodzony ojciec."

Powyższy fragment jest przykładem również bogatego języka gwarowego, obecnego w książce. Autor zresztą napisał słownik gwary siedlikowskiej wydany przez jedno z małych wydawnictw (Trzeba będzie do niego dotrzeć!). Książka w żaden sposób nie idealizuje narodu siedlikowskiego, sceny rubaszne, frywolne, wprost zdominowały książkę. A przez to słownictwo jest mocno niecenzuralne. Ale i bogate. Czy dziś ktoś umie tak przeklinać, jak czyni to matka obrzydzając synowi samą Zośkę Krajonkównę:

"-Za jaką karę i pomstę Pan Bóg zesłał na naszą wieś takiego grzycha? Nie ma już w parafii chłopa, co by z nią nie leżał, a z poniektórymi powiedzieć można, że jest po półślubku! Wycierucha, swoją rzycią gumna we wszystkich stodołach do czysta wytarła! Komu to jajec nie huśtała!"
"- Ta kurwiszona! - krzyczała.
- Sukacicha!!!
- Gzicha!
- Ladaco!
- Jebicha!
- Puścirzyć!
Tak wykrzykiwała, a kiedy już brakowało jej na Krajonkę słów, na poczekaniu je wymyślała:
- Psiocha! - krzyczała. (I tłumaczyła: - Psu by dała! Psiocha!)
- Gołarzyć! - wołała.
- Kurwiżona!
- Rzyćniewyparzona!
- Kurwiżona! Jeburzyca!
- Polatucha!
- Piździucha! Rebeka!
- Kurwicyc! Kurwicha!
- Kurwacicha! Ruchawica!
- Śmierdzirzyć! Powsikurwa!
- Dajminóżka! Kurwicórka!"
"Uskróm się! - wołała - Nie łaź tam! - Uskróm się, tego słowa z siedlikowskiej i marydolskiej mowy nie przejęła książkowa polszczyzna, choć żadnym innym wyrażeniem nie umie oddać żaru, mocy ani istoty głębokich treści tego matczynego zawołania."

No i wreszcie topografia wsi, jej rozległość podkreślona choćby miejscem zamieszkania Ciurla - Ciuciudojcza, na odludziu (Wieś właściwa i tak zwane huby porozrzucane po okolicy). Smentarz, kościół i wiatrak, którego już nie ma, a w którym zdarzyła się najważniejsza scena - śmierć Hania Krajonka i ostateczna przemiana ideowa bohatera książki, zachłyśniętego nowym porządkiem, to najważniejsze punkty topografii wioski zarysowane w książce, z dodatkiem szkoły, składu Kucyperki i dom katolickiego, drogi kopyrskiej i mikstackiej. Gdy pojadę kiedykolwiek do Siedlikowa, jego topografię będę porównywał, myślę, z wyobrażeniami nabytymi podczas czytania "Pióropusza" właśnie.

Cóż jeszcze? Na jednej ze stron wymienione są jednym tchem rodziny siedlikowskie. Nie ma tam moich Kaczmarków i Uzarków, ale przez 50 lat od 1888 roku wiele we wsi musiało się przecież zmienić. Niech ten krótki fragment, który za chwilę przytoczę stanowi zakończenie mojej relacji z ciekawej, jakby nie było lektury:

"Wielka, ludna i bogata jest nasza wieś, ile narodu gospodarzy się w samym Siedlikowie i na Pogwizdowie, drugie tyle na siedlikowskich hubach, jednych, drugich, trzecich i na siedlikowskiej podewsi Jaźwiny. W polu, na osobności i pod lasem też niejedni pobudowali się. Znał żem każdego tu jak zły szeląg, złodziej by miał nie znać! Tu Kotowice, tu Grzyby, tu Malągi, Pyty, Radłoskie, Andryjany, Materoki, Guzendy, Dziechciarze, Kempy, Cyby, Witki, Grędy, Ślęki, a tu znowu Niewiejskie, Niełacne, Szymały, Dybskie, Bartosiki, Torby, Fludry, Bednarki, Szczoty, Ruchy, Gruchoty, Jasiki, Płócienniki, Pory, Nowoki jedne, Nowoki drugie i trzecie, Karuleskie, Cemple, Gruchoty, Cierpki, Świerkoskie, Siwki, Szymańskie, Szczepanioki, Skrzypki, Otwijaski, Harabasze, Bąki, Aksamscy, Kinalczyki, Klauzy, Bartosiki, Rusieccy, Hobry, Graje, Pastuchy, Proce, Roguźni, Kośmidry, Świtonie, Poloki, Jęcie, Pietronie, Banasie, Haladyny, Proce, Blewąski, Graje, Błochy, Bąki, Świtonie, Wawrzynioki, Ciemne, Buchnery, Grafy, Sieczki, Dery, Żymełki, Chmiele."

Marian Pilot
"Pióropusz"
Wydawnictwo Literackie, 2011

środa, 7 grudnia 2011

Rękopis chłopskiego prapradziadka

Gdy ponad rok temu opublikowałem notkę zatytułowaną "Druga wycieczka w piotrkowskie", w której zachwycałem się między innymi kapliczką stojącą w centrum Skórkowic, z inskrypcją zdradzającą, dzięki nieporadnemu językowi, chłopskie pochodzenie, niejaki Waldemar Pisiałek tak to skomentował:

"Piszesz panie kochany "ręką chłopską" i zaraz chwytają za serce"
Co Cię chwyta te ręce, napisy?
Przecież w 1908 roku z chłopstywa to nikt nie potrafił pisać.
A tym bardziej fundować kapliczki i to w samym centrum Skórkowic."

Odpowiedziałem wtedy:

"Zdziwiłbyś się Panie kochany, gdybyś zobaczył pieśni religijne pięknie wykaligrafowane ręką mego prapradziadka Łukasza Krupy, jak najbardziej pochodzącego z chłopstwa, urodzonego w roku 1856 w Starej. Czyli z tą niepiśmiennością to nie do końca tak.

O ufundowaniu kapliczki w centrum Skórkowic przez rodzinę Pisiałków mówi napis. Chyba, że on nie do końca prawdę mówi."

Dziś chciałbym przedstawić treść rękopisu zawierającego wspomniane pieśni religijne. Pokażę również zdjęcia obrazujące, jak pięknym charakterem pisma pisał chłop, który młodość spędził w okresie pouwłaszczeniowym w guberni piotrkowskiej.

Łukasz Krupa urodził się 11 października 1856 roku we wsi Stara. 28 stycznia 1879 roku w kościele parafialnym świętego Łukasza wziął ślub z moją praprababcią Wiktorią z Janiszewskich i zamieszkał w nieodległym Szarbsku. Urodziło im się dziesięcioro dzieci. W efekcie ostatniego ciężkiego porodu Wiktoria wraz z nowonarodzonym Stanisławem umiera. Łukasz ożenił się po raz drugi 19 stycznia 1909 roku z Emilią ze Snochowskich. Niewiele wiem o późniejszym jego życiu. Nie dotarłem również do aktu zgonu prapradziadka.

Pamiętam, że gdy po raz pierwszy oglądałem rękopis pisany jego ręką, byłem zaskoczony, że przetrwał wszystkie zawieruchy dziejowe. Zagadką pozostaje to, gdzie Łukasz nauczył się pisać i to w piękny, kaligraficzny sposób. Z opowieści jego wnuczki, a mojej babci dowiedziałem się, że syn Łukasza Ignacy uczył się języka rosyjskiego w szkółce wiejskiej, umiejętność pisania zaś w języku polskim nabył dzięki społecznemu zaangażowaniu mieszkającej w Szarbsku szlacheckiej rodziny Żurawskich. Nagrobek tej rodziny widziałem na cmentarzu w Dąbrówce. Przypuszczam, że za czasów młodości Łukasza z nauką pisania i czytania mogło być jeszcze trudniej niż w czasach, gdy podobne nauki pobierał jego syn Ignacy. Zakładam, że społeczna działalność szarbskiego dworu mogła i w jego przypadku mieć znaczenie.

Rękopis nie jest kompletny. Rozpoczyna się od strony z numerem 9, kończy zaś na stronie nr 40.

Poniżej podaję spisane przeze mnie pieśni religijne, zachowując oryginalną pisownię. Pieśni świadczą o rozwiniętym kulcie maryjnym pod koniec XIX lub na początku XX wieku na wsi piotrkowskiej. Przyznam, ze żadna z nich nie jest mi znana.

Myślę, że internet jest miejscem, w którym wiele obrazów i tekstów stanowiących pamiątkę przeszłości, ma dużą szansę przetrwać ewentualne przyszłe zawieruchy dziejowe. W końcu kto może odgadnąć, na jakich serwerach znajdzie się opublikowany przeze mnie tekst i zdjęcia? Ku pamięci więc przyszłych pokoleń i dla osób zainteresowanych etnografią, kulturą ludową publikuję.

"-9-

Śliczaś piękna i przyjemna Panienko. p.

Bądzże od nas pozdrowiona Jezusowa M.

Daj żeby na serce padła, Twojem służebnikom,

Udziel aby iskiereczke i nam też grzesznikom.

Ślicznaś piękna i przyjemna Panienko. p.

Bądzże od nas pozdrowiona Jezusowa M.

Pójdźmy tedy nie mieszkajmy Pannę przywita

Zdrowaś bądź Panno Maryjo. tak jej zaśpiewajmy

Ślicznaś piękna i przyjemna. p.

Bądźże od nas pozdrowiona Jezusowa M.

Rada to Panna usłyszy, takie pozdrowienie

Ziedna Ona wespół wszystkiem grzechów odpuszcze,

Ślicznaś, piękna i przyjemna Panienko. p.

Bądźże od nas pozdrowiona Jezusowa M.

Wszyscy wespół głoszem jednem, chwalmy tę pa

To jest Panna po porodzie u Boga za Matkę,

Ślicznaś, piękna i przyjemna Panienko. p.

Bądźże od nas pozdrowiona Jezusowa M.

Łaske Twoja wszystkiem pokaż Panienko pie...

Twarzy Twojej nie odwracaj o Matuchno Boska

-10-

Ślicznaś piękna i przyjemna Panienko,

Bądźże od nas pozdrowiona Jezusowa M.

Boć nas inszy już nie przyjmie jesli nas od...

Ale mamy też nadzieje, że nas nie opuścisz

Ślicznaś piękna i przyjemna Panienko

Bądźże od nas pozdrowiona Jezusowa M.

Daj nam Panno pomocy, boć nam jej potrzeba

Ubłagaj Synaczka swego, bo się na nas gniewa

Ślicznaś piękna i przyjemna Panienko

Bądźże od nas pozdrowiona Jezusowa M.

Pokażże mi swoje piersi, których on pożywał

Prosze zanoś ni (?) Panienko, by święty pokój dał

Ślicznaś piękna i przyjemna Panienko

Bądźże od nas pozdrowiona Jezusowa M.

Amen.

Pieśń 4

O pielgrzymie i Pasterzu Dobrym

Chrzescijanie katolicy, proszę posłuchajcie

Co wam opowiadać będe, pilno pozór dajcie,

Byście dobrze zrozumieli,

A pożytek z tego mieli,

-11-

Dla duszy zbawienia

Pewny pielgrzem z Palestyny szedł do Jerózalem

Ujrzał ślicznego młodzieńca, który z wielkiem żalem

Przed ubogim domkiem stał,

Laskę pasterską w ręce miał

Bardzo rzewnie płakał.

Obaczywszy go on pielgrzym zbliżył się do niego

Mając z nim politowanie, tak przerzekł do niego:

Młodzieniaszku z kądeś ty jest?

I czego tak rzewnie płaczesz?

Cóż ci się to stało?

Młodzieniec mu rzekł z pokorą jestem syn jednego

Króla bardzo wielmożnego z kraju dalekiego

A ten mój kochany ojciec,

Miał w owczarni sto owiec,

Jedna z nich zginęła.

Zbłąkała się po pustyni, dlatego mnie posłał

Pan Ojciec mój najmilszy, ażebym jej poszukał.

Niemogąc do niego wrócić,

Choćbym miał i życie stracić,

Póki jej nie znajdę

-12-

Pielgrzym na to rzekł do niego młodzieńce kochany

Czemuż twój najmilszy ojciec tak jest zatroskany

O jedną nędzą owieczkę,

Która się dała w ucieczkę

Gdy jest tak wielmożny.

Młodzieniec mu opowiedział, mój Ojciec kochany

O tę zgubioną owieczkę tak jest zatroskany,

Bo ją bardzo umiłował,

Dla tego, że ją sam stworzył,

Gdyby miała zginąć.

Każdej godziny, sie pyta tych co koło niego

Znajdują się, czy owieczka nie wraca do niego

Oto żadnej troski nie ma,

Czy na puszczy jego syna,

Wilcy nie rozszarpią.

Gdyby tylko tę owieczkę, którą umiłował,

Mógł odzyskać niczegoby dla niej nie żałował

-13-

O niestetyż mnie grzesznemu

Człowiekowi strapionemu

Coż ja tu mam począć.

W tej pustyni są drapieżne zwierzęta i srogie,

Ach! Przyjdzie mi tu zostawić moje życie drogie

Bo choć tę owieczkę znajdę

To niż z nią z tej puszczy wydę.

Wilcy mnie rozszarpią

A jeżeli jej nie znajdę zginę od boleści

Bez tej owieczki dla której umrzeć chcę z miłości,

Ojciec mnie posłał w tę drogę,

Nazad się wrócić nie mogę

Biada mnie smutnemu

Boże mój o Boże mój, gdzież znajdę owieczkę

Która w tę wielką pustynią, dała się w ucieczkę

Oby sama wrócić chciała

Głosu mego posłuchała,

Ach! Czegóż się lęka.

-14-

Gdyż ja jej nie chcę uczynić bynajmniej nic złego

Ale wziąść na swe ramiona i do serca swego,

Przycisnąć z wielką miłością

Do ojca zanieść z radością

O jakby się cieszył

Pielgrzym dalej rzekł do nieg, gdy ojciec chciał posłać

Owej zgubionej owieczki, po tej puszczy szukać,

Czemuż nie posłał jednego,

Z dworzanów swoich innego

A nie Ciebie Syna.

Młodzieniec mu odpowiedział, Ojciec mój dla tego

Posłał najmilszego Syna swego jedynego,

Aby ztąd cały świat poznał,

Jak bardzo onę miłował,

Tę swoję owieczkę,

Bo jak luzie ujrzą, że tak sliczny syn krulewski

Chodzi podolinach, skałach tej pustyni wielkiej,

-15-

Że nieraz swe ręce, nogi

Zrani o ciernie i głogi,

I ostre kamienie.

Wystawiony napowietrze i upały słońca

Na przykre mrozy i śniegi, i wylewy deszcza;

Gdy usłyszą z jakiej mocy,

On zawsze w dnie i w nocy

Woła bez przestanku.

O owieczko moja miła, owieczko kochana

Powiedz gdzieś jest oto ja Syn, Króla twego Pana

Powróć, powróć tylko do mnie

Wezmę cię na swoje ramiona

Zaniosę do Ojca.

Tam ci będzie bardzo dobrze, albowiem z rąk jego

Żyć i odpoczywać będziesz, na łonie u niego

Wróć się wróć owieczko miła

Gdzieżeś mi się obróciła,

-16-

Wróć się wróć do mnie.

Widząc to i słysząc ludzie będą sobie mówić

O jak niewymownie dobry, ten to Król musi być;

Który tak bardzo ukochał

Swą owieczkę, któżby nie chciał

Być owieczką Jego.

Pielgrzym znowu rzekł do niego, czemuż gdy cię posłał

Ojciec twój szukać owieczki zbrojnych swoich nie dał;

By cię od drapierznych zwierząt

Na tej puszczy mogli bronić,

Młodzieńcze nadobny.

Młodziecz mu odpowiedział, ach bo ja ją kocham,

Owieczkę wielką miłością, jak i muj ojciec sam,

I chcę by cały świat o tem

Wiedział dla tego sam jeden,

Puścił się w tę puszczą.

Aby była ztąd poznana moja miłość wielka

-17-

Która się nigdy niczego, bynajmniej nie lęka;

Zimy ani upalenia,

Głodu ani utrapienia

Nawet samej śmierci.

Owieczko moja najmilsza, patrz jak cię miłuje

Oto dla dobra twojego, cały się daruję.

O owieczko moja miła

Gdzieżeś mi się obróciła

Wróćże się wróć proszę.

Znowu Pielgrzym rzekł doniego, gdyby tę owieczkę

Znalazł czybyś ją nie karał, za jej ucieczkę;

I o to, że opuściła

I owczarnią pogardziła

Ojca Pana swego.

Młodzieniec mu odpowiedział, ja z mym Ojcem

Na tę zgubioną owieczkę, zagniewany byłem

Ale niech się wróci tylko

-18-

Wiecznie zapomnienie wszystko

Co przedtem czyniła.

O owieczko moja miła, owieczko zgubiona

Wróć do mnie bo ja cię wezmę na swoje ramiona;

Przycisnę do serca swego,

Zaniose do Ojca mego

Z wielką wesołością.

Pielgrzym znowu tak zapytał, a gdybyś ją znalazł

To owieczkę co tak bardzo troskliwie jej szukasz;

A dzikie zwierzęta by Cię,

Przyprawiły o twe życie,

Cóżbyś za zysk z niej miał.

Młodzieniec mu odpowiedział, Ojciec mój ani ja,

Żadnego zysku z owieczki, zabłąkanej niema

Ale chemy ab żyła

A na puszczy nie zginęła

To tylko z miłości

-19-

A litość to nasza czyni, pokoju niedaje,

Miłość moja mi odwagi i siły dodaje,

Nagrody zysku żadnego

Nie pragniemy tylko tego

By zbawiona była

Owieczko moja miła, owieczko wróć do mnie,

A ja cię z wieką miłością wezmę na swe ramię,

I zaniosę cię do Ojca,

Tam będziesz wiecznie bez końca

Radości używać.

Jeszcze pielgrzym tak zapytał, gdyby cię rozszarpać

Drapieżne zwierzęta chciały, cóżbyś z nią uczynił.

Jakożbyś ją ty obronił,

Tę nędzną owieczkę

A młodzieniec pielgrzymowi dał odpowiedź taką

-20-

Wiem jednę górę w świecie co jest bardzo wysoką

Blisko przy Jerozolimie,

Kalwaria jest jej imie,

Drzewo na niej rosnie.

To drzewo bardzo wysokie, a nazywa się krzyż

I skryłbym tam mą owieczkę gdyby tu chciała przyjść

Sam sobą bym ją zastawił

A głosem bym wielkim mówił

Do zwierząt drapieżnych

O wy drapieżne zwierzęta, o przychodźcie do mnie,

A złość jaką tylko chcecie, wyrabiajcie na mnie

Tylko owieczki szanujcie

Ojca mego się lękajcie,

O to ja was prosze

Dobrowolnie się w moc daje i chętnie chce znosić

Boleści i strapienie, cierpliwie ponosić;

-21-

Chcę nawet ochotnie umrzeć

Aby mogła na wieki żyć

Ta owieczka moja

Ten pielgrzym do Jerózalem co rok pielgrzymował,

A zawsze młodzieńca tego, w tej drodze widywał;

Jak pilno po puszczy biegał

Głosem aże się rozlegał

Wołał swej owieczki

Przechodził różne pustynie, wioski i miasteczka

A pilnie wszędzie szukając, gdzie jego owieczka

O owieczko moja miła

Gdzieżeś mi się obróciła

O powróćże do mnie

Trzeciego roku on Pielgrzym znowu sie z nim widział

I pytał go czy owieczki onej gdzie nie widział

Gdy tak pilno szukasz wszędy

-22-

To byś ją też przecie kędy,

Miał ujrzeć lub znaleźć

Młodzieniec mu odpowiedział; ach owieczko miła

To się z wilkami z kozłami, dzikiemi zbraciła

I częstom się już z nią spotkał,

Ta gdy mnie widzi ucieka,

Między dzikie wilki.

Przeto moje miosierne serce bardzo rani

Gdy odemnie dobrodzieja, nabok zawsze stroni,

Którą ja tak sobie ważę,

Za nią życie moje łoże,

Dla jej zbawienia

Z żalem znowu on młodzieniec pobieżał z prędkością

Szukając onej owieczki w pustyni z pilnością,

Zawsze wołał nieustannie,

O powróćże powróć do mnie

-23-

Owieczko miła

Czartego roku on Pielgrzym, gdy drogą pospieszał

Już wiecej głosu onego, młodzieńca nie słyszał;

I pilno się wywiadywał,

Gdzieby się teraz znajdował,

On śliczny młodzieniec.

Lecz się nigdzie nie dowiedział, aż w Jerozolimie

Uszłyszał, że między ludźmi ta nowina słynie,

Że na górze trupich kości,

Dla owieczki swej z miłości

Ten młodzieniec umarł

Gdy przyszedł na ową górę, tam między wilkami,

Obaczył owce stojące, z dzikiemi kozłami,

A młodzieniaszka onego

Okrótnie poranionego

We wielkiej boleści.

-24-

Pielgrzym ujrzawszy młodzieńca bardzo zranionego,

Pytał go kto jest przyczyną tych boleści jego;

Że tak bardzo jest zraniony

We krwi swojej ubroczony,

I ukrzyżowany

Młodzieniec mu odpowiedział: że owieczka miła

Która się z dzikiemi wilki, i kozły zbraciła;

A słyszała na się wołać,

Nie mogła już tego wystać,

Z niemi się zbraciła;

Aby mnie już pochwyciwszy okrutnie zranili,

Niemiłosiernie ubiwszy, we krwi ubroczyli;

Ja i to cierpliwie znosze

Owieczki z pokorą proszę

By do mnie wróciła.

O owieczko ukochana o owieczko miła

Któraś mnie pasterza swego, tak bardzo zraniła

O powróćże powróć do mnie,

-25-

Wezme cię na swe ramiona,

Zaniosę do Ojca

O tem będzie wielka radość z znalezienia twego

Wszystkich sługów i dworzanów w domu Ojca mego,

Tam będziesz wielkiej radości

Używała we wieczności,

Bez końca żadnego

Chrześcijanie czy wszystkoście dobrze zrozumieli,

Coscie teraz w tej to pieśni odemnie słyszeli

Owca jest każdy żyjący

Król jest sam Bóg wszechmogący

Pasterz Jezus Chrystus.

On to pilno woła szuka owieczki zbłąkanej

Duszy człowieka grzesznego w swiecie zatopionej,

By ją pozyskał dla siebie

I onę osadził w niebie

U Ojca swojego.

-26-

A gdyscie tak zrozumieli, ze mną zaspiewajcie,

A ze serca pokornego do Boga wołajcie,

Jak bardzo nas umiłował

Kiedy dla mnie nie żałował

Syna jedynego.

Ale go wydał tak na smierć, dla ludu grzesznego

Aby którzy się nawrócą i uwierzą w niego:

Żeby wiecznie nie zginęli,

Lecz przez niego osiągnęli

Raj i żywot wieczny. Amen

Pieśń 5.

Najśliczniejsza Lilija,

Częstochowska Marya

Do Ciebie się udajemy

Niech nam łaska Twa sprzyja

Dom krewnych opuszczamy

-27-

Tobie się polecamy,

Ufni w Twej swiętej opiece,

Że szkody nie doznamy

Prowadź że nas szczęśliwie

Gdy do Ciebie skwapliwie,

Wzajem się pewni będąc,

Że nas przyjmiesz troskliwie

A gdy tak wszyscy razem,

Staniem przed Twym obrazem,

Złożymy Ci cześć, pokłony

Z uwielbienia wyrazem

Samaś nam przykład dała,

Podróżeś odbywała,

Miło nam jest o nich wspomnieć,

Boś w nich wiele cierpiała

Najprzód w górne krainy

-28-

Pobiegłaś w odwiedziny,

Tam Elżbietęś uswięciła

I Jana narodziny.

Potem Oktawiusza

Rozkaz iść Cię przymusza,

W przykrą porę do Betlejem

Gdzieś powiła Jezusa

Wkrótce Ci Heród srogi

Wydrzeć chce klejnot drogi,

Uciekasz z nim do Egiptu

Cudze pocierasz progi.

Rok w rok zaś według prawa

Jak chce Boska ustawa

Uczęszczasz do Jerózalem,

Tam Ci święta zabawa

Raz Boskie odpuszczenie,

-29-

Zsyła na Cie zmartwienie

Gdy gubisz Syna miłego

Zkąd masz wielkie strapienie

Lecz gorszej procesyi,

Smutniejszej kompanii

Nie miałaś jak za swym synem

Idąc do Kalwaryi

Któż pojmie coś cierpiała,

Kiedyś pod krzyżem stała,

I gdy Syn Twój w mękach konał

Wspólnieś z Nim umierała.

Przez Twe Panno cierpienia,

W podróżach utrudzenia

Uproś nam łaskę u Boga

Do przykrości znoszenia

Spraw niech puki żyjemy,

-30-

W cnotach postępujemy

Idąc drogami praw Boskich

Aż do nieba zajdziemy. Amen.


Pieśń 6

O N. P. M. Kalwaryjskiej

Gwiazdo sliczna wspaniała Kalwaryjska Maryja

Zajasniałaś na tej górze jak słońca wscho-

dzące zorze. Kalwaryjska Marya.

Wiele ludzi swiadkami, że tu słyniesz

łaskami, - Bo gdyś z Kamieńca

przybyła, wieleś cuduw uczyniła

Kalwaryjska Marya.

Kiedyś w Kamieńcu była wieleś lu-

dzi cieszyła, - Bo gdy na dzień Wnie-

bowzięcia garnęli się z wielką chęcią

-31-

Kalwaryjska Marya

Tam wiele lat mieszkała, wszech po-

ciech udzielała, - Broniłaś od wszel-

kiej szkody, oddalałaś złe przygody

Kalwaryjska Marya

Aż z odpuszczenia Boga na Kamieniec

zła trwoga, - Na wszystek lud uderzyła,

nędza strachu nabawiła.

Kalwaryjska Marya

Kiedy zli Bisurmanie, sproszni

Machometanie, - Miasto cale otoczy-

li, ludziom niewolą grozili,

Kalwaryjska Marya

Wszystkich ludzi oblegli, i do koscioła

wbiegli, - Obrzydliwi Bisurmanie,

zajadli Machometanie,

-32-

Kalwaryjska Marya

O wszechmogący Boże! Dzikość

ludzka może, - Niedba na obraz

Maryi, choć wszędzie pełno sławy Jej,

Kalwaryjska Marya

Był tam także ozdobny drugi obraz

cudowny – Sługi wiernego święte-

go Antoniego cudownego,

Kalwaryjska Marya.

Ten z ołtarza wyrwali, z innemi

porąbali, - Z kompetenetem wszy-

stkie palili, by się okrutnie zemścili

Kalwaryjska Marya

Gdzie były Boskie stoły, tam po-

wbijali koły, - Ciało i Krew w ręce

brali, do żłobów koniom wrzócali.

-33-

Kalwaryjska Marya.

Tak kościół spustoszyli, obrazy popalili,

Wiele innych porąbali, i nogami podeptali,

Kalwaryjska Marya.

Obraz Maryi Panny, był z kościo-

ła wyrwany, - Bezbożne ręce go

wziły, a pod most w błoto wrzuciły

Kalwaryjska Marya,

W tak nieporządnej mecie, w tymże sa-

mym momencie, - Zjawiła się sta-

ruszkowi, pobożnemu pielgrzymowi,

Kalwaryjska Marya.

Muwiąc: sługo kochany, tyś odemnie

wybrany, - Wstań wyjm mnie z pod

mostu w nocy, ja ci dodam swej pomocy

Kalwaryjska Marya

-34-

A zanieś mie na góre, niebios i ziemi córę,

Tam na nową fundacyą, spiesz się aż na Kalwaryą

Kalwaryjska Marya

Nieś do Franciszka Synów, kościoła Che-

rubinów, - Na ostatek to przydała,

w którym kącie mieszkać miała,

Kalwaryjska Maryja

Bieży ze snu ubogi,do przedsięwziętej

drogi, - Nie czeka dnia aż zaświta,

Maryą pod mostem wita

Kalwaryjska Marya.

Bierze do torby swojej, obraz Panny

Maryi, - Spieszy się na Kalwaryą,

z córką Najświętszą Maryą

Kalwaryjska Marya

Przeszedł tureckie warty, mający

-35-

pas otwarty, - Bo Marya za broń

była wszystkie czaty przechodziła.

Kalwaryjska Marya.

Juzci spieszyć nie może, stawa na

noc w Samborze, - Torbeczkę swą go-

spodyni, dając by schowała w skrzyni.

Kalwaryjska Marya.

Wtem gdy wszyscy posnęli, syn nie ma-

jąc poscieli, - Kładzie się na onej

skrzyni, której strzegą Cherubini,

Kalwaryjska Marya

Śmiało na niej zasypia, sen mu oczy

zamyka, - Jako wszyscy powiadają

Cherubini go strącają.

Kalwaryjska Marya.

-36-

Drógi raz toż się stało, kiedy zasy-

piał smiało, - Gdy się trzeci raz

położył, aniół go na ziemie złożył

Kalwaryjska Marya

Straszy ojciec plagami, nie tłucz

się lecz spij z nami, - A matka so-

bi wspomniała, że tłomaczek tam schowała

Kalwaryjska Marya

Budzą starca pytają, do skrzyni

odmykają, - Otworzyli z wielkim

strachem, aż tu jasność równo z dachem,

Kalwaryjska Marya.

Wszystek dom ogarnęła, zdziwienia

nabawiła, - Widzą niebieską królową

nieba ziemi cesarzową,

Kalwaryjska Marya

-37-

W tem się ludzie zbieżeli, ten obraz

kupić chcieli, - Aby tam wszelkiej

pomocy dznali we dnie i w nocy,

Kalwaryjska Marya.

Rzekł starzec być nie może, boś Ty

zjawił sam Boże, - Przez usta Panny

Maryi, pragnie mieszkać w Kalwaryi,

Kalwaryjska Marya.

Wnet kupno porzucili, na drogę

prowadzili, - Nieba i ziemi królową

naszą pocieche gotową

Kalwaryjska Marya.

Wolałaś mieszkać z nami, niż w Ka-

mieńcu z Turkami, - Byśmy z Ciebie

pomoc brali, jako starzy tak i mali.

Kalwaryjska Marya.

-38-

Tu ludzie gromadami, ciśniemy się tłu-

mami, - Matko gdzie Twoja opieka,

wszędzie wspomoże człowieka,

Kalwaryjska Marya.

Idą z Węgier z Podola, na których

ciężka dola, - Matko przyczyń się za

nami, do Ciebie z płaczem wołamy.

Kalwaryjska Marya.

Co przemyśl i Jerosław, Matko Ty

nas błogosław, - Abyśmy Tobie słu-

żyli, dobre lata uprosili,

Kalwaryjska Marya.

Ziemia Lwowska przyznaje, i

Samborska znać daje, - Ze Ty o Matko

jedyna, zawsze błagasz swego Syna.

Kalwaryjska Marya.

-39-

Gdy domy opuszczamy, do Ciebie pośpie-

szamy, - Przed Twój ołtarz przychodzimy

wszyscy ci ze serca nucimy,

Kalwaryjska Marya.

Idą różne kaleki, nie trzeba im

apteki, - Bo Marya zdrowie daje,

choć za to nic nie dostaje,

Kalwaryjska Marya.

Jedni bólem rażeni, drudzy kurczem

dotknieni, - Głusi, ciemni i niemowi

odchodzą do domu zdrowi.

Kalwaryjska Marya.

Od czarta opętani, na tem miej-

scu wezwani, - Zaraz z ludzi ucieka-

ją kiedy do Ciebie wołają

Kalwaryjska Marya.

-40-

I ciężarne matrony, doznają Twej

obrony, - Lekko na swiat płud wy-

dają, za co Ci dzięki skladają

Kalwaryjska Marya.

Którzy prawie konają, gdy ich tu

polecają, - Nieraz do życia przycho-

dzą, dziękczyniem życie słodzą

Kalwaryjska Marya.

Zezna niewiasta ona, która dzieci

kąpała, - Prędko z domu wybieża

jużci umarłe zastała

Kalwaryjska Marya.

Niesie je do kościoła, z płaczem Ma-

ryi woła, - Uzdrów ratuj dziecie

moje, przyjmij go w opiekę swoje"

piątek, 18 listopada 2011

Nadbiebrzańska kraina kapliczek zrębowych, starych krzyży i suszarni tytoniu

Sztabin i okolice, bo o tym rejonie chciałbym napisać, leży na północ od Białegostoku pomiędzy Suchowolą, miejscem naznaczonym przeszłością księdza Jerzego Popiełuszki, a Augustowem, położonym nad trzema jeziorami, letnią stolicą wypoczynku wielu mieszkańców naszego kraju, jak i turystów zagranicznych.

Sam Sztabin kojarzy się głównie z postacią Karola Brzostowskiego, wielkiego reformatora, społecznika i przemysłowca, żyjącego w XIX wieku. Na tereny te wpływa także przepływająca tędy Biebrza. Odznaczają się one specyficznym mikroklimatem, roślinnością oraz miejscowościami o charakterystycznej architekturze. O ile Sztabin, leżący na trasie Białystok-Suwałki z racji przejazdów i wcześniejszych wycieczek jako tako znałem, o tyle nieodkryte pozostawały dla mnie tereny położone na zachód od niego nad Biebrzą. A warto było je poznać.

Sztabin, to dawniej miasteczko założone przez Chreptowiczów na przełomie XVII i XVIII wieku. Swoją świetność przeżywał w XIX wieku, gdy w folwarku w nieodległym Cisowie osiadł wspomniany Karol Brzostowski, syn Michała Hieronima i Ewy z Chreptowiczów, wnuk Joachima Litawora Chreptowicza, kanclerza Wielkiego Księstwa Litewskiego. W 1823 roku Brzostowski znosi w swym majątku pańszczyznę i wprowadza obowiązek nauki elementarnej - rozwiązania rewolucyjne na ówczesnych ziemiach polskich. Dzięki wsparciu finansowemu Ludwika Paca buduje następnie hutę szkła, gorzelnię, browar, cegielnię, tartak, młyn wodny, wiatrak i garbarnię, a gdy rozpoczęła się budowa Kanału Augustowskiego w 1824 roku i wzrosło zapotrzebowanie na odlewy i wyroby żelazne, Brzostowski uruchomił pierwszy na ziemiach polskich wielki piec. To w dobrach Brzostowskiego zainstalowano bardzo wcześnie telegraf elektromagnetyczny, wprowadzono kasę oszczędnościowo-pożyczkową oraz kasy fabryczne gromadzące środki na emerytury i renty.

Dzisiaj w Sztabinie zwraca uwagę przede wszystkim górujący nad wsią neogotycki kościół z początku XX wieku, pod wezwaniem świętego Jakuba Apostoła, wybudowany przez Fundację Sztabińską, utworzoną przez Karola Brzostowskiego pod koniec jego życia. A przy kościele znajduje się najstarsza pamiątka czasów świetności miejscowości, żeliwne popiersie Joachima Litawora Chreptowicza, odlane przez jego świetnego wnuka.


Warto odwiedzić cmentarz w Sztabinie. Z daleka wygląda na współczesny, kryje jednak na swym terenie sporo nagrobków z XIX wieku z różnego rodzaju krzyżami żeliwnymi odlewanymi w Sztabinie. Zamieszczam tu dwa tylko zdjęcia nagrobków z cmentarza, zamierzając skupić się na innych obiektach, które zachwyciły mnie swą oryginalnością.


"Ś.P. Jan żył lat 77, zm. 1915 r. w czasie wielkiej wojny w lesie za wsią Poniziem tam spoczywał. Dnia 21 maja 1931 r. zwłoki ekshumowane i tu pochowane. Katarzyna żyła lat 65 zm. w 1916. TOCZYŁOWSCY."


Prześliczny przykład ludowego wzornictwa artystycznego powyżej.

Przy drodze do Jamin, po prawej stronie, zwrócił moją uwagę samotnie stojący krzyż przydrożny o równie ciekawym co powyżej wzorze.. Inskrypcja wyryta w części postumentowej także jest dość oryginalna: "Jezu chroń od niezgody rodzinnej i zachowaj od nieszczęścia całą familję Karpów". Na nazwisko Karp bardzo często natrafia się na cmentarzu sztabińskim.


Dalsza droga w kierunku wsi Jaminy i natrafiamy na bardzo ciekawy obiekt - kapliczkę zrębową. Takich kapliczek napotka się tutaj wiele, często będą zdobione żeliwnym krzyżem u szczytu, w środku zaś mieścić święty obraz bądź figurkę Jezusa frasobliwego. Wiele z nich jest odnowionych, nosi też napis z informacją o dacie powstania. Nie byłem dotychczas w miejscu o takim nagromadzeniu podobnych obiektów małej architektury.


Powyższa kapliczka zrębowa pochodzi z 1837 roku.

Tuż przed Jaminami natrafiamy na kolejną kapliczkę zrębową z 1835 roku. Wystarczy obrócić głowę w drugą stronę, aby zobaczyć jak pięknie położona jest ta wieś.

Jaminy leżą na skraju bagien biebrzańskich. Pod koniec XVII wieku na terenie puszczy Jaminy powstała rudnia Stanisława Reszki, która w 1703 roku została zagarnięta przez Kazimierza Sienickiego, który wybudował w Jaminach młyn i dwór. Kazimierz Sienicki dostał się do niewoli rosyjskiej w 1707 roku i zmarł w niej cztery lata później. Akcję osiedleńczą w Jaminach i okolicy prowadziła wdowa po Jerzym Stanisławie Sapiesze, Teresa z Sołtanów w połowie XVIII wieku. To ona wybudowała pierwszy drewniany kościół pod wezwaniem świętego Mateusza, który spłonął w 1789 roku.



Obecny kościół również jest drewniany, został zbudowany w podobnym czasie, w 1780 roku w Augustowie i przeniesiony do Jamin w 1845 roku. Robi niesamowite wrażenie zwłaszcza wewnątrz, swoim ludowym, wiejskim klimatem. Podobne wrażenie odniosłem odwiedzając kiedyś drewniany kościół w Narwi.

Dzięki wizycie w kościele, dowiedziałem się, że depczę po piętach Zbyszkowi Mierzejewskiemu. Biorę oczywiście udział w jego godnym pochwały projekcie.


Na cmentarzu przykościelnym zobaczyć można również zrębowe kapliczki, pochodzące z połowy XIX wieku. Na zdjęciu poniżej jedna z nich.


Dwie kolejne z drugiej połowy XIX wieku znajdują się w ogrodzeniu kościoła i cmentarza.

Ale to jeszcze nie koniec. Po drodze do sąsiedniej wsi Mogilnice napotkamy trzy kolejne tego typu obiekty, o podobnej metryce czasowej.




W samych Mogilnicach napotkać można obiekty równie oryginalne, już dziś nie użytkowane suszarnie tytoniu. Niegdyś podobno okolica słynęła z jego uprawy.


Pora na kolejną wieś, bardzo oryginalnie położoną - Jagłowo. "Kilometr 65,5 naszego spływu, zbliża nas do osławionego Jagłowa. [...] To jest osada chłopska naprawdę wodna, chyba jedyna w Polsce. I duża to wieś, bo licząca 145 mieszkańców. I taka naturalna, niczego tu nie ma na pokaz. Krowy w stadzie pasie pastuch, za stodołami przy rzece chodzą konie, świnie, kury, kaczki, na wodzie gęsi gospodarskie mieszają się razem z łabędziami, na brzegach leżą wyciągnięte czółna, kobiety przychodzą prać bieliznę nad rzekę. A o dziejach tej wsi to opowiada się cuda."

Jej metryka jest w każdym bądź razie dużo starsza niż sąsiednich wsi powstałych w czasie akcji osiedleńczej prowadzonej przez Teresę Sapiehę z Sołtanów, gdyż istniała jako wieś królewska już w 1596 roku, czyli około 150 lat wcześniej. Ja nie widziałem tych wszystkich cudów, o których mowa w cytacie z przewodnika Mikołaja Samojlika, ale widok stodół nad Biebrzą robił wrażenie.


A stary krzyż żeliwny misternie zdobiony na drewnianym, mocno nadwerężonym czasem słupie jest obiektem rzadko spotykanym, nawet na bogatym w krzyże przydrożne Podlasiu.


Pora na Jaziewo, które specjalnie mnie interesowało. Lata całe wstecz planowałem, że muszę tę miejscowość w pewien sposób rodzinnie powiązaną, odwiedzić. Okazja nadarzyła się dopiero ostatnim czasem.

I tu można było natknąć się na suszarnie tytoniu.

Prawdziwą atrakcją moim zdaniem jest jednak kolejna kapliczka zrębowa na trasie, z drugiej połowy XIX wieku, położona w oddaleniu od głównej drogi, więc dla mniej dociekliwego turysty mogłaby okazać się miejscem nie odkrytym. Część wsi, w której stoi kapliczka określa się mianem "na mogiłkach". Ciekawiło mnie skąd ta nazwa. Okazuje się, że kapliczka stoi na małym cmentarzyku z czasów I wojny światowej, z 1915 roku. Groby są uporządkowane, niektóre obłożone kamieniami. Jest ich tu 17. 8 z nich to groby prawosławnych Kozaków, 9 pozostałych muzułmańskie. Ciekawe! Nie udało mi się dokładnie ustalić skąd groby muzułmańskie w nadbiebrzańskim Jaziewie? Podobno jest to cmentarzyk, którym opiekuje się prywatna osoba.




Gdyby pojechać dalej żwirówką w kierunku szosy na Augustów, mija się kolejny ciekawy krzyż na drewnianym słupie.


A zaraz za szosą w lesie stoi kolejna kapliczka zrębowa w części określonej "Pod Borową kapliczką", pochodząca z 1925 roku.

Stąd już niedaleko do Gabowych Grądów, jednego z nielicznych miejsc osiedlenia w Polsce staroobrzędowców. Ale to temat na inną opowieść. Cóż można rzec na koniec? Ciekawe miejsca, nawet dla osób oswojonych z Podlasiem!

Tadeusz Glinka, Marian Kamiński, Marek Piasecki, Krzysztof Przygoda, Andrzej Walenciak, "Podlasie. Przewodnik", Warszawa 1997

Tomasz Darmochwał, "Północne Podlasie. Wschodnie Mazowsze", Warszawa 2003

Mikołaj Samojlik, "Szlakiem urokliwości biebrzańskiej. Przewodnik", Białystok 2008