środa, 11 października 2017

Zagadka cerkwi w Bacieczkach

Bacieczki pojawiły się na blogu dwukrotnie, ale za każdym razem chodziło o historię ewangelickiej osady Kolonia Bacieczki.

Jednakże nie mniejszego kalibru zagadki skrywa przeszłość wsi Bacieczki, która podobnie jak jej kolonia stanowi dziś część Białegostoku. Do napisania na ten temat skłoniła mnie korespondencja z panią Zuzanną, która przesłała mi zdjęcia pamiątek rodzinnych z tej wsi. Najciekawszą z nich wydał mi się ręcznik obrzędowy z roku 1888.

Chodzi mianowicie o nie stniejącą już, starą cerkiew w Bacieczkach. Jej fundatorem w XVI wieku miał być Grzegorz Chodkiewicz. Niestety nie wiadomo, kiedy przestała istnieć, trudności sprawia także ustalenie jej lokalizacji, choć w tej sprawie pamięć mieszkańców przechowuje fragmenty dawnych przekazów:

"Irena Surynowicz jest mieszkanką Bacieczek od dawna. Wiele pamięta z historii wsi. – W dawnych czasach – opowiada – była u nas cerkiew. Fundatorem jej był Grzegorz Chodkiewicz. Co się stało z tą cerkwią, nie wiemy. Ślady się zatarły. Wiele się zmieniło. Miejsce, gdzie prawdopodobnie stała cerkiew, nazywamy mogiłkami. To jest miejsce na wzgórku u styku ulic Jana Pawła, kiedyś Warszawskiej, i Knyszyńskiej, teraz Ełckiej, czy jeszcze inaczej. W 1932 roku przeprowadzono u nas komasację gruntów, bo wcześniej była szachownica. I tych gruntów, dawnych mogiłek i prawdopodobnie cerkwi, nikt nie chciał brać. Bo tam wyorywano szczątki ludzkie. Moja mama, urodzona w 1902 roku, mówiła, że przed bieżeństwem stały tam drewniane krzyże. Wszystko to zniknęło, ale w pamięci miejscowych przetrwał zwyczaj oświęcania pól w dniu patrona wsi Bacieczki św. Jana Teologa (21 maja nowego stylu)." Michał Bołtryk "Stanie cerkiew w Bacieczkach", Przegląd Prawosławny, numer 8, 2007.

W książce "Zapomniane dziedzictwo. Nieistniejące cerkwie w dorzeczu Biebrzy i Narwi" o. Grzgorza Sosny i m. Antoniny Troc-Sosny znalazłem następującą informację: "Cerkiew w Zawykach w 1773 r. została rozbudowana, materiał na to uzyskano z rozebranej cerkwi w Bacieczkach."

Ciekawa informacja, świadcząca o tym, że cerkiew w Bacieczkach przestała istnieć jeszcze przed 1773 rokiem. Ale równie ciekawe jest, z jakiego źródła ta informacja pochodzi. W książce cytowane są bowiem informacje pochodzące z wizytacji cerkwi suraskiej w roku 1773, według których cerkiew filialna w Zawykach wymaga reperacji. Ale podobne zalecenia pojawiają się po kolejnych wizytacjach cerkwi suraskiej do roku 1788.

Innym źródłem informacji o cerkwi w Bacieczkach jest "Opis parafii dekanatu knyszyńskiego z roku 1784". Wówczas to z inicjatywy biskupa płockiego Michała Poniatowskiego rozesłano do proboszczów parafii polskich ankiety, które miały posłużyć stworzeniu obrazu kartograficznego ówczesnej Rzeczypospolitej. Jednym z punktów ankiety było opisanie świątyń sąsiadujących z danym kościołem parafialnym. I tak w opisie parafii białostockiej w punkcie tym zapisano:

"Bacieczki, cerkiew na pograniczu, fundacyi Chodkiewiczów, JXX. bazylianów, na zachód letni pół mili wielkie."

Tak więc cerkiew w Bacieczkach musiała istnieć w roku 1784. Informacja została podana przez proboszcza białostockiej parafii farnej, który musiał orientować się, jakie świątynie znajdują się w najbliższej okolicy. Jeśli więc przyjąć, że informacja o rozebraniu cerkwi w Bacieczkach przed rokiem 1773 jest prawdziwa, to musiała zostać pobudowana w jej miejscu kolejna cerkiew, istniejąca w roku 1784.


Cóż więc się z nią stało? Kiedy zniknęła z krajobrazu? To są pytania, na które obecnie nieznana jest chyba odpowiedź. Wszelkie sugestie, informacje, także te nie związane z historią pierwszych cerkwi w Bacieczkach, a choćby z historią wsi Bacieczki, powitam oczywiście z radością.


Wiesława Wernerowa, opracowanie "Opisy parafii dekanatu knyszyńskiego z 1784 r.", Studia Podlaskie, T. 1, Białystok, 1990

niedziela, 1 października 2017

Starosielska wodokaczka

Pisałem już tu o jednej z najstarszych wsi okolic Białegostoku - Starosielcach i o tym, że terytorialnie dzisiejsze białostockie osiedle o tej nazwie niewiele ma z dawną wsią wspólnego.

Historia osiedla, dawnej osady kolejowej, a następnie miasteczka, które w białostockich księgach stanu cywilnego z końca XIX wieku określane było nazwą st. Starosielce w odróżnieniu od wciąż wtedy istniejącej wsi Starosielce jest równie ciekawa.

Interesujące bywa zwłaszcza odnajdowanie reliktów dawnej osady kolejowej, zwłaszcza tych, które mimo włączenia jej po drugiej wojnie światowej w granice Białegostoku znajdują się poza obszarem miasta.


Najlepszym i bodajże jedynym obszernym źródłem wiedzy na ten temat są dziś dwie książki autorstwa ś.p. Krzysztofa Obłockiego.

"Kilka lat po upadku Powstania Styczniowego, władze kolejowe carskiej Rosji, podjęły decyzję o budowie drugiej linii kolei żelaznych, która miała przeciąć Ziemię Białostocką włączoną w tamtym czasie do Guberni Grodzieńskiej. Wspomniana linia miała według planów specjalistów budownictwa kolejowego - przebiegać z Grajewa położonego w pobliżu granicy Rosji i Prus do Brześcia nad Bugiem, a w dalszej perspektywie uzyskać połączenie z portami nad Morzem Czarnym.[...]
Nowa linia kolei żelaznej miała według planów przebiegać z północy na południe, około 8 wiorst (5 km) od Białegostoku, przez ziemie wykupione od włościan ze wsi: Starosielce (Bażenciarnia), Klepacze, Oliszki.
Wiosną 1870 roku rozpoczęto wstępne roboty przygotowawcze..."

 I dalej:

"Po stronie wschodniej powstały ulice: Nowoszosejna (obecnie św. Andrzeja Boboli), Cerkiewna (Szkolna), Breskaja (Lawendowa) i prostopadle do niej Białostockaja (Wrocławska) prowadząca od Szosy do Jeżewa do stacji kolejowej.
Po stronie zachodniej była ulica Depowaja (Warsztatowa), Choroskaja (Meksykańska) i Wodokacznaja (Litewska) prowadząca do stacji pomp wodociągu, który czerpał wodę z przepływającej rzeczki Horodnianka. Ujęcie to nazwano zgodnie z ówczesnym nazewnictwem "Wodokaczką". Stąd też pochodzi pierwsza nazwa ulicy."

I właśnie przy stacji pomp, dawnej wodokaczce chciałbym się zatrzymać. Ul. Litewska dziś zaczyna się od skrzyżowania przy starosielskiej kładce dla pieszych prowadzącej do stacji kolejowej Białystok-Starosielce. W pobliżu znajduje się również popularny w Starosielcach sklep z cukiernią. Ulica biegnie do granicy Białegostoku, aby następnie przejść w ulicę Długą, należącą już do wsi Klepacze, dochodzącą do ulicy Wodociągowej, aby dalej zniknąć wśród pól, jeszcze przed Horodnianką.

Przy dawnej ulicy Wodokacznej za czasów carskich istniała poza tym jedna z trzech starosielskich karczm, należąca do niejakiego Abrama.

"Wodokaczka" pojawia się we wspomnieniach dawnych mieszkańców Starosielc:

Larysa Ziembicka:
"Daleko w lesie powstało ujęcie wody na przepływającej przez ten teren rzeczce Horodniance. Ujęcie było niezbędne dla funkcjonowania kolei i osady. Wodę z ujęcia pompowano do wybudowanego wodociągu, którym doprowadzano ją do wieży ciśnień. Następnie przy pomocy sprowadzonych pomp tłoczono wodę do zbiornika na górze wieży, a stamtąd już przy pomocy ciśnienia atmosferycznego - woda była tłoczona do rur zasilających urządzenia kolejowe i do domów mieszkalnych. Drogę prowadzącą przez las do ujęcia wody, nazwano "Wodokaczną"."

Dziś okolica ulic Litewskiej w Białymstoku, Długiej i Wodociągowej w Klepaczach pozbawiona jest lasu. Widać go dopiero na horyzoncie za rzeczką Horodnianką.

Zbigniew Żochowski:
"Pamiętam Starosielce jako miasto zadbane, czyste, pełne zieleni i kwiatów, mające swój styl i charakter. Właśnie tu zawsze się coś działo ciekawego i nie można się było nudzić. Pamiętam, jak wraz z kolegami z pierwszych klas powszechniaka, w czasie wolnym od nauki, uganialiśmy się po okolicznych lasach, chodziliśmy się kąpać na "wodokaczkę"." 

W książce "Starosielce. Miasto kolejarzy 1872-1996" Krzysztof Obłocki zamieścił zdjęcia ujęcia wody na Horodniance i zrujnowanych budynków przepompowni z lat 90-ych XX wieku z następującym komentarzem:

"Nikomu niepotrzebne dawne, pamiętające jeszcze czasy cara Mikołaja ujęcie wody i przepompownia na rzeczce Horodniana dla wodociągu miejskiego w Starosielcach i dla potrzeb kolei. Popularna "wodokaczka"."

Wybrałem się w okolice dawnego ujęcia w jedno z niedzielnych słonecznych przedpołudni. Gdy dochodziłem do rzeczki, sprzed nóg nagle wyleciał dorodny bażant kwiląc głośno. Rozpoznałem jeden z budynków widoczny na zdjęciu Krzysztofa Obłockiego. Okazuje się, że w miejscu dawnej przepompowni znajduje się prywatna działka z zabudowaniami. Miejsce dawnego ujęcia, mimo że za miastem i w miejscu leżącym na zupełnych peryferiach okazało się nadal popularne - okupowane przez chłopaka i dziewczynę.









Aby zapoznać się z historią starosielskiej "wodokaczki", korzystałem z książek Krzysztofa Obłockiego: "Starosielce. Miasto kolejarzy 1872-1996" i "Starosielskie wspomnienia".

środa, 27 września 2017

Malarstwo przed duże M na białostockich Wyżynach

Zauroczyło mnie współczesne malarstwo religijne.

Tuż przy wylotowej szosie do Supraśla, znajduje się osiedle domów jednorodzinnych należące do dzielnicy Wyżyny. Przy ulicy Czarnej Hańczy wznosi się zaś budynek niewykończonego jeszcze kościoła pw. NMP Nieustającej Pomocy, którego budowa rozpoczęła się w 2000 roku. Położony w centralnej części placu otoczonego z trzech stron ulicami i jednorodzinną zabudową wygląda zupełnie zwyczajnie, jak wiele innych nowo wznoszonych kościołów.


Wrażenie zwyczajności pryska, gdy znajdziemy się w jego wnętrzu, którego atmosfera, ten ulotny fluid całkowicie zostały zdominowane przez znakomitej klasy malarstwo. Po prawej stronie widzimy serię obrazów, doskonale wkomponowanych w ściany kościoła, gdzieniegdzie urywających nagle swój plan wraz z kończącą się ścianą, wtłoczonych w masywne pozłacane ramy. Przedstawiają historię życia Chrystusa według kolejnych tajemnic różańca wymalowaną w barwach jaśniejszych, z wyraźnym akcentem błękitu. Po lewej zaś barwy ciemniejsze, brązowe, czerwone, ogniste zapowiadają mękę Chrystusa w serii scen drogi krzyżowej. Wrażenie niezwykłości dodatkowo potęguje faktura obrazów.


- Niech Pan fotografuje, my się już zdążyliśmy napatrzyć - powiedział do mnie ksiądz proboszcz, gdy stałem w pustym wnętrzu świątyni po skończonym nabożeństwie i nie mogłem wzroku oderwać od malarskiego piękna.


Autorem jest Krzysztof Koniczek, autor między innymi projektu z zupełnie innego świata, a mianowicie pszczoły - maskotki klubu Jagiellonia Białystok. Byłem dwa lata temu na wystawie prac Krzysztofa Koniczka w Galerii Slendzińskich, zatytułowanej "Energia". Zwracały uwagę żywymi barwami, fakturą, jednak ja nie czułem szczególnych emocji podczas oglądania. Nie mówiły do mnie konkretnymi obrazami, a ja sztukę nowoczesną rzadko kiedy "czuję". Zwracały natomiast moją uwagę całkiem niezłe dzieła z pogranicza aktu.

Tu zaś, w kościele poczułem moc dzieła artystycznego doskonale wkomponowanego we wnętrze i dopasowanego do jego funkcji.

niedziela, 27 sierpnia 2017

Lasanek

- Ale na co tam iść? Na co?
- Zobaczyć.
- Tam nie ma co oglądać.

Lasanek mieszczący w swym wnętrzu niemieckie groby był miejscem tabu, do którego nie należało chodzić. Żona opowiadając o wakacjach spędzanych u babci w czasach szkolnych, wspomina, że było kilka takich miejsc w okolicy, gdzie niechętnie puszczano dzieci. Lasanek, miejsce nigdy wcześniej nie odkryte kojarzył jej się z krzyżami i wiszącymi na nich hełmami niemieckich martwych żołnierzy. Pamięta opowieści o trumnie leżącej na środku kaplicy. Miało tam też straszyć.

Kilka lat temu, wybraliśmy się latem w odwiedziny do babci do Zielonego. Rozbiliśmy na podwórku namiot, a wieczorem, przed zachodem słońca wybraliśmy się na spacer polami w kierunku lasanku. Nie dotarliśmy jednak do celu. Po drodze napotkaliśmy szeroki rów z wodą, rąbek słońca nad horyzontem stawał się coraz węższy. Zawróciliśmy.

Podstawowym źródłem wiedzy o osadnictwie na pograniczu ziem królewskich i kamedulskich w okolicy Suwałk jest artykuł Stanisława Cieślukowskiego "Wsie Zielone Królewskie i Zielone Drugie koło Suwałk, ich początki, rozwój i mieszkańcy".

"Osadnicy pruscy (w dzisiejszym tego słowa znaczeniu) pojawili się na Suwalszczyźnie co najmniej w połowie XVII wieku, a w Zielonym w drugiej połowie XVIII wieku. Niemców było niewielu, przeważnie była to ludność polska z Mazowsza, która wcześniej osiadła na północy Prus, w okolicach Olecka i Gołdapi. W XVIII wieku pruskimi Mazurami wyznania ewangelickiego osiedlano nawet całe wsie, szczególnie te leżące na zachód i północ od Suwałk. [...] Po trzecim rozbiorze Polski na terenie Prus Nowowschodnich (Neupreussen) - m.in. w Suwałkach i okolicy, masowo zaczęli osiedlać się urzędnicy i koloniści niemieccy. Oprócz Mazurów pojawili się również i w Zielonym Królewskim. Już w 1815 roku z tejże wsi, w metrykach kościoła rzymskokatolickiego w Suwałkach, zapisano matkę chrzestną wyznania ewangelickiego, Helenę Lulisową. Kolejną falę osadników zza pruskiej granicy można zaobserwować w połowie XIX wieku. To oni (m.in. rodziny Rejrat, Pęczek) oraz przybysze z okolicznych wsi, m.in. z Zielonego Kamedulskiego (potomkowie rodzin Stelmachów, Kopków, a od około 1881 roku również Maziewskich), ale i z samego Zielonego Królewskiego, zaczęli tworzyć drugą linię wsi Zielone Królewskie."

Cmentarz wyznania ewangelickiego został założony na gruntach wsi Zielone Królewskie II, bliżej Wychodnego, około 1935 roku na dwóch morgach gruntu odkupionego od rodziny Penczków. Pierwszym pochowanym był 16-letni N. Kalejta z Niemcowizny. Jeszcze przed wybuchem II wojny światowej rozpoczęto budowę kaplicy cmentarnej. Prace trwały do 1944 roku, ale kaplicy nie ukończono.

W jeden z sierpniowych weekendów wybraliśmy się po raz kolejny do Zielonego i po raz kolejny zamierzaliśmy dotrzeć do Lasanku. Tym razem pojechaliśmy samochodem w stronę Wychodnego, ale jeszcze przed wsią skręciliśmy w polną (w sam raz dla traktorów) drogę prowadzącą do wsi Niemcowizna. Nie mogąc trafić, zapytaliśmy o drogę w pierwszym napotkanym gospodarstwie w Niemcowiźnie. Nastepnie nawróciliśmy w tą samą drogę biegnącą do Zielonego i po kilkuset metrach skręciliśmy w prawo w leśną drogę. Za chwilę zauważyliśmy w gąszczu krzewów i drzew zarys murowanego budynku oraz tabliczkę "teren monitorowany".



Teren leśnego cmentarza odgradzały od drogi bujne chwasty. Sam cmentarz częściowo wyglądał na zadbany, choć kilka nagrobków znajdowaliśmy poza terenem uporządkowanym w gęstych zaroślach lasu. Wnętrze budynku nie ukończonej nigdy kaplicy porastały zaś wewnątrz młode drzewka i krzewy.







Oto nagrobki, które posiadały czytelny opis:


Jakub Jeruć (1861 - 10.03.1834).


rodzina Penczków




Ludwika Rylak z d. Penczek (1908-1957), Jan Rylak (1908-1950)


Ludwika Rylak (1907 - 3.10.1957)


Adam i Ludwika Kalejtowie, Olga Kalejta (27.05.1911-9.12.1927)


Adam Kalejta (zm. 26.02.1931)


Adolf Sawicki (1883 - 1975),
Katarzyna Sawicka.


Grób rodziny Pęczków i Żylińskich. Adam, Rozalia, Adam i Wanda.

Na cmentarzu jest jeszcze kilka nagrobków bezimiennych z zatartym lub już nie istniejącym opisem. Wciąż odwiedzany przez potomków dawnych osadników ewangelickich jest ciekawą pamiątką w dużej mierze nadal nie do końca odkrytej historii Suwalszczyzny.