środa, 18 sierpnia 2010

Współczesny pamiętnik wypraw kresowych - w poszukiwaniu Polaków

"Pierwszy raz zetknęłam się z tą miejscowością przed wielu laty, a pozostało po tym spotkaniu wspomnienie co najmniej komiczne. Jechałam wtedy autobusem z Baru na Podolu do Kamieńca. W pewnym momencie autobus stanął, a ja zobaczyłam... No właśnie, po pierwsze, autobus zatrzymał się przed znakiem "stop". Po drugie, właściwie było to w szczerym polu, dokoła nie było widać żadnego domu, a po trzecie, i najważniejsze, w tym szczerym polu było prawdziwe skrzyżowanie dróg. W środku tego skrzyżowania znajdowała się wysepka, słowem było to coś w rodzaju ronda. Na wysepce rosło jedno rachityczne drzewko. Pod tym drzewkiem kucali, tak, tak, nie siedzieli, a kucali, żywo rozprawiając, trzej mężczyźni, zaś obok nich skubały nikłą i pożółkłą trawę trzy kozy! W końcu wjechaliśmy do tego, zdawałoby się nijakiego miasteczka. Zatrzymaliśmy się na zakurzonym przeddworcowym placu, pełnym ludzi handlujących czym się tylko dało, i wziąwszy kilku pasażerów, pojechaliśmy dalej. Takie było moje pierwsze spotkanie z Dunajowcami, na szczęście nie ostatnie. Następne, wiele lat później, odbyło się po lekturze dotyczącej tej miejscowości, a przede wszystkim po przeczytaniu hasła w znakomitym dziele Romana Aftanazego Dzieje rezydencji na dawnych kresach Rzeczypospolitej."

Tak rozpoczyna się jedna z wielu opowieści w niezwykłej książce, poświęconej wyprawom do, często zapadłych i zapomnianych, miejscowości, zaścianków szlacheckich, wsi i miasteczek dawnych Kresów I i II Rzeczyspolitej. Autorka odwiedziła zarówno dzisiejszą Litwę, Białoruś, Ukrainę, jak i Mołdawię, a nawet samozwańczą Republikę Naddniestrzańską. Wszystkie podróże mieszczą się w ramach czasowych 2001-2005, a ich celem były odwiedziny miejsc, w których po latach komunizmu, sowietyzacji, kolektywizacji, prześladowań zaczęła odradzać się polskość. Często w miejscach, gdzie państwo polskie nie istniało od ponad dwustu lat, od zaborów!

"Jak państwo wiecie, prawie każde moje zapoznanie się z miejscowością zaczynam od plebanii i księdza proboszcza, ale tym razem było inaczej. Przyjechaliśmy w niedzielę. W Iwiu był odpust, więc ksiądz proboszcz, który miał ręce pełne roboty, zaprosił mnie dopiero na mszę świętą i procesję, czyli na południe. Mając czas wolny, pierwsze kroki tym razem skierowałam też do duchownego, ale ... innego wyznania, a mianowicie do tutejszego imama, i z nim w naszej polskiej mowie ucięłam sobie długą, bardzo interesującą pogawędkę."

Pogawędka z imamem, rzeczywiście bardzo interesująca. Zwraca przede wszystkim uwagę na niesamowite, jak na nasze wyobrażenie o krajach postsowieckich, przywiązanie imama do polskości i patriotyzmu. Ważne jest jednak co innego w przywołanym akapicie. Prawie każdą wizytę rozpoczyna autorka od kościoła. Kościół bowiem to kolebka odradzającej się polskości. To heroiczne starania o odzyskanie kościoła, jeszcze za pierestrojki, często rozpoczynały ten ważny proces. Ludzie przynosili ukrywane przez lata wyposażenie dawnych świątyń, uczyli się polskiego ze starych, często odziedziczonych po rodzicach lub dziadkach modlitewników, bardzo często pamiętali jeszcze przedwojenne czasy, za którymi tęsknili. Walka o kościół często była beznadziejna, a jednak się udawało...

"Dawno temu ludzie chodzili do kościoła do Raszkowa, czasem nawet dwa razy dziennie, bo rano na mszę, a po południu na nieszpory. Potem, kiedy kościoła nie było i nie chcieli go oddać, tutejsi ludzie postanowili starać się o pozwolenie, by mogli zbierać się na modlitwę w domach. Pozwolenie przyszło z datą 29 lipca, to jest dzień Świętej Marty, wtedy parafianie ją wybrali na swoją patronkę. U nas odpust jest właśnie na 29 lipca, kościół, któryśmy zbudowali, jest pod jej wezwaniem. W pewnym momencie ludzie wpadli na szalony pomysł, że w domu jest za mało miejsca, że trzeba pobudować kościół. W siedemdziesiątych latach, tych trudnych latach, zaczęli go budować! Musieli pracować w kołchozie, to w dzień pracowali, a w nocy szli na budowę. Nie pozwalali im przywozić kamienia i materiałów budowlanych, to rozrzucali po polach wokół wioski, a babki, emerytki, worek na plecy, dalej w pola zbierać kamień do worka i, wspierając się o laskę lub kij sękaty, kamień donosiły. Nocą na każdej drodze wystawiali warty. Jak jechała milicja, mężczyźni przez płot w kukurydzę pochowali się, a babki na rusztowania i babki budują! Jedzie milicja, już nic nie mogą zrobić, pokładły się na drodze w błoto i wołają: "Jedźcie po nas!" Tak było. Monter wlazł na słup światło im odłączyć, a baba za siekierę i dalejże rąbać, wołając: "Zaraz z tym słupem zlecisz ty!". Wzywano ich na sądy, grozili więzieniem, szpitalem psychiatrycznym, nakładali na nich kary. Pokażę Pani później, gdzie była ta pierwsza budowa. Ocalało miejsce, które jedna z kobiet oddała - najpierw swój dom na modlitwy, a potem kawał ogrodu, żeby mogli wybudować kościółek. Pewnego razu dostała pani Walentyna wezwanie do sądu. Pojechała, a z nią cała wieś. Idą na salę, babka widzi, że to niewesoło wygląda, zaczyna udawać pomyloną, tańczy, śpiewa przed sądem. W tym momencie wchodzi do sali jej córka, która specjalnie z Rybnicy na rozprawę przyjechała. Zobaczywszy matkę w takim stanie, ze strachu zemdlała. Przyjechała karetka, zabrała obie do szpitala. Cała wieś za nimi do tego szpitala idzie! Z nią wszystko normalnie, więc ją wypuścili, i znów cała wieś idzie w sam środek miasta przed pomnik Lenina. Poklękali na kolana i dalejże się modlić: "Lenin, ty nam obiecałeś wolność religijną. Ojcze nasz któryś jest..." dalej: "Lenin, pozwól nam mieć kościół. Zdrowaś Mario..." i potem różaniec. Co dalej robić? Wrócili do sądu, znaleźli sędziego, babka kułakiem po stole i mówi: "Sądź mnie, co chcesz rób. Możesz mnie zastrzelić, możesz mnie do więzienia wsadzić, bo ja więcej nie przyjadę do ciebie". W końcu dali parę rubli kary i kościół wybudowali. W 1977 roku, 25 listopada, wezwali z rejonu cały aktyw. Okłamali ich: "Przyjedźcie, zarejestrujemy wam parafię." Ludzie pojechali. Na budowie zostały tylko stare babcie. W tym czasie, jak ci pojechali, władza zegnała z całego rejonu milicję, traktory, spychy. Dzieci na cały dzień zamknęli w szkole. Tę kobietę, i jeszcze kilka wsadzili do karetki pogotowia, zawieźli bardzo daleko, wywalili na środku drogi, bose (a już był przymrozek), z obu stron postawili milicję i nie pozwalali nikomu zabrać je z drogi. Za ten dzień kamień na kamieniu nie został. Rozwalili wszystko."

"A tam już było skończone, już Najświętszy Sakrament był. Wszystko wywieźli i zrzucili w Katerynówce w stajni końskiej! Ludzie wrócili, ogólny płacz, rozpacz nawet, ale niedługo to trwało. Baby zebrały się, zwołały chłopców - kto miał deskę, kto miał cegłę, kto kawałek termitu - za jedną noc pobudowały na tym miejscu szałas. I już od samego rana zbiegły się i już od samego rana szły godzinki. Przyjechała milicja - rozwalili to. Na drugą noc to samo. I tak była przepychanka ze straszeniem. Wreszcie wezwali ich i mówią: "Znajdźcie sobie jakiś dom, tam się módlcie". A ludzie swoje: "Nam dom mało". A mieszkała tu samotna kobieta, Zinaida Sajewska się nazywała, też miała korzenie polskie. Ona oddała ludziom swój dom, a to już były czasy pierestrojki, bo dziesięć lat upłynęło od rozwalenia tego pierwszego kościoła. I ludzie pod pretekstem remontu troszkę podnieśli go do góry, dobudowali kawałek. W pewnym momencie władze zorientowały się, wołają tę Zinaidę: "Co ty robisz? - pytają. A ona zdobyła się na odwagę, mówi: "Kościół buduję, a wy popróbujcie rozwalić. My już jeździli do Moskwy, drogę znamy" (oni nawet głodówki na Placu Czerwonym urządzali). Babki emerytki miały tyle fantazji! I tak powstał kościół, a jak w nim będziemy, pokażę Pani, bo to widać, kolejne dobudowy, kolejne powiększenia naszej świątyńki."

Dzielne kobiety! Takich heroicznych historii budowy nowych świątyń, odzyskiwania starych, często na lata zamienianych na magazyny nawozów sztucznych, sale gimnastyczne, sklepy, jest w książce wiele. I najczęściej iskra szła od ludzi, przez lata tłamszonych, zastraszanych, niewolników państwa sowieckiego. Mając oddanych sobie bohaterskich kapłanów, podejmujących pracę duszpasterską po latach zsyłek do łagrów, można wiele osiągnąć. Jakże smutno brzmią słowa autorki o niszczeniu zdobyczy ostatnich lat. Smutno, zwłaszcza, że ciosy często przychodziły z nieoczekiwanej strony. Kościół, chcąc pozyskać wiernych wprowadził do liturgii lokalne języki, białoruski, ukraiński, rosyjski. Zdarzało się jednak, i to nierzadko, że jakiś nadgorliwiec likwidował przy okazji msze w języku polskim w parafiach, gdzie przytłaczająca większość wiernych to potomkowie Polaków, modlący się po polsku. Tak, jak w Latyczowie:

"Miesiąc temu dostaliśmy znów nowego proboszcza. Jest z Polski, ale już jest kilkanaście lat na Ukrainie. Otóż przed nim było tak, że ranna msza święta w niedzielę była po ukraińsku, a wieczorna po polsku, ale ewangelię czytało się po ukraińsku i kazanie po ukraińsku. Kiedy ostatnio weszłam w niedzielę do kościoła, usłyszałam, jak ksiądz na kazaniu mówił: "Podeszła do mnie pani i powiada, że w 1989 roku, kiedy nie było jeszcze tego kościoła, to ksiądz nas uczył czytać po polsku, a ja pytam: "A jak wy czytacie po polsku, to wy rozumiecie to, co wy czytacie?" Litania do Serca Jezusowego. My ją umiemy tylko po polsku, zebrało się kilka starych osób, różne nasze babcie przyszły, a on tę litanię po ukraińsku prowadził! One przecież nawet tak nie umieją, choć znają litanię na pamięć. Więc drugi raz nie przyjdą. Wolą odmówić litanię w domu. W Gródku jest pięć mszy świętych po polsku i na wszystkich pełno ludzi!"

Wiele pesymizmu jest w książce. Wymierają wioski, ostoje polskości. Za starszymi ludźmi nieczęsto idą ich dzieci, wychowywane bez polskości ze strachu na ludzi sowieckich, choć i w tym przypadku zdarzają się wyjątki. Są też i słowa pełne nadziei, jak o księdzu Henryku Soroce, działającym w Słobódce Raszkowskiej w Naddniestrzu.

Bardzo dobrze, że są jeszcze tacy ludzie, jak autorka opisywanej książki- Teresa Siedlar-Kołyszko, którym się chce. Którzy nie patrząc na koszty, bezpieczeństwo i komfort podróży odwiedzają "byłe Sojuzy". Tacy jak Marek A. Koprowski, który od lat pisze artykuły dla Najwyższego Czasu!, o kresowych miejscowościach, w których nie wygasł duch polskości, w swoich podróżach zahaczający nawet o Kazachstan i daleką Syberię.

"Byli, są. Czy będą?" Trudno powiedzieć. Polska rogata dusza jest, istnieje. Objawiło się to po tragedii smoleńskiej, w godnym hołdzie, jaki rzesze Polaków oddały poległej parze prezydenckiej oraz pozostałym członkom wyprawy do Katynia, objawia się nadal w dążeniu do poznania, na przekór wszystkiemu, prawdy o katastrofie pod Smoleńskiem, w obronie krzyża pod Pałacem Prezydenckim i domaganiu się godnego pomnika upamiętniającego ofiary, jak i w obywatelskim sprzeciwie przeciwko odsłonięciu pomnika upamiętniającego najeźdźców bolszewickich w Ossowie.

Dla porządku wymienię miejscowości, które odwiedziła autorka i opisała w książce. Być może komuś ta informacja się przyda.

Niwna, Gołubin, Jałyszów, Jawne, Marianówka, Zatyniec, Dorogań (Żytomierszczyzna), Dunajowce, Gródek, Husiatyn, Kalnik (Iwaszkiewiczów), Daszów, Koziatyn, Latyczów, Międzybórz, Czeczelnik, Starokonstantynów, Nowosielica, Antoniny, Lwów, Dolina, Bolechów, Czerniowce, Panka, Rarańcza na Ukrainie, Bieniakonie, Budsław, Grodno (i dom Elizy Orzeszkowej), Iwie, Iwieniec, Dzisna, Lepel, Widze, Miory, Leonpol, Smorgonie na Białorusi, Mejszagoła, Dowgirdów, Krawczuny, Ciechanowiszki, Rudniki Królewskie, Pikieliszki, Poszawsze (Witkiewiczów) na Litwie, Styrcza w Mołdawii, Słobódka Raszkowska i Raszków w Republice Naddniestrzańskiej.

Teresa Siedlar-Kołyszko
"Byli, są. Czy będą...?"
Oficyna Wydawnicza "Impuls"
Kraków 2006

niedziela, 8 sierpnia 2010

Artur Olędzki "Ksiądz Jerzy Popiełuszko. Spotkania po latach. Wywiady."

Okładka w kolorze delikatnej sepii, a na niej fotografia młodego faceta, z czupryną włosów w delikatnym nieładzie, w zwykłym codziennym ubraniu - kurtka i spodnie sztruksowe. Twarz rozświetlona szerokim uśmiechem. Tylko tytuł częściowo dodaje kolorytu okładce. Na pomarańczowo więc lśni napis: Beatyfikacja 2010. Popiełuszko. Pozostałe napisy w kolorze bieli.

Tematyka, którą próbował zainteresować czytelnika fincher było chrześcijaństwo, a właściwie katolicyzm przeżywany przez młodego człowieka z Żoliborza. Zainteresowałem się jego blogiem chyba na początku 2007 roku. Mogło to być wtedy, gdy napisał o swym przyjacielu Sępie, zaangażowanym w ruch Opus Dei. Mogła to być też recenzja filmu "Wielka cisza" albo opowieść o tzw. moherach, czyli starszych ludziach, uczestniczących w tej samej porannej mszy i stosunku autora do nich. Notka bardzo ciepło przedstawiająca pokolenie naszych dziadków i babć, a jednocześnie stanowiąca bardzo osobiste wyznanie wiary. (Przypomina swym ciepłym opisem niektóre teksty Sosenki o Starych Babach.) Te trzy notki pamiętam dość dobrze, były bardzo oryginalne, jak oryginalnym jest pisarstwo finchera. W pewnym momencie, było to na pewno pod koniec 2007 roku, autor zamilkł, jak również skasował zawartość swego bloga. Wspomnianych przeze mnie tekstów chyba już próżno szukać w czeluściach internetu. Później powrócił do pisania, nie było ono już tak częste, ale nadal pozostało ciekawe. Powrócił tekstem stanowiącym opis dnia wyborów w październiku 2007 roku. Politycznych odniesień było w tekście niewiele, właściwie wcale ich nie było, za to treść wypełniała wędrówka autora przez Żoliborz, wydarzenia towarzyszące delektowaniu się poranną kawą w jednym z barów, trochę erotyzmu, najwięcej jednak przemyśleń autora na różne tematy, ogniskujących się na wierze. Pamiętam też teksty przybliżające sylwetkę katolickiego charyzmatyka z Afryki, ojca Bashoboro, który odwiedził Polskę w zeszłym roku oraz cykl opowieści o Bruno, młodym człowieku z Warszawy, chrześcijaninie, starającym się żyć tak, aby ucieleśniać literę Pisma w trakcie codziennych czynności, jakże ciekawie opisywanych.

Wracając jednak do wspomnianego zamilknięcia w roku 2007. Zdarzyło się ono po bardzo dobrym i ciekawym tekście poświęconym księdzu Jerzemu Popiełuszce. Artykuł był szeroko komentowany na portalu salon24.pl. I właśnie od owego tekstu (jeśli dobrze go pamiętam) rozpoczyna się książka:

"Ja chyba, mamo, zmienię te dyżury (ministranckie) - powiedziałem z pewnym żalem w głosie. - On jest taki nieobecny podczas tych Mszy, jakby nas w ogóle przy nim nie było."

"Tak zatem nie byłem pod urokiem tej charyzmy (zawsze jednak wyciszonej), którą roztaczał wokół siebie "kapłan robotników". Zresztą, ileż to razy słyszeliście, czytaliście te narracje o dzieciach niedoceniających wyjątkowości historycznych chwil, w których przychodziło im żyć?"

"Trzeba przyznać, że gdy on, swoim spokojnym, dla mnie wtedy monotonnym, głosem mówił o wolności - przede wszystkim tej duchowej, nie tylko politycznej - gdy wspominał o krzyżu Chrystusa uobecniającym się wówczas w Polsce, to nas, oczywiście, nadto nie zachwycał. Taki Rambo, którego ledwie można było poznać z kopii "zjechanej" w wyniku tysięcznego przegrywania, rozpalał naszą wyobraźnię o wiele bardziej niż ów drobny człowiek, gromadzący na naszych oczach wokół siebie takie rzesze ludzi."

"Powagę historycznej chwili odczułem dopiero wtedy, gdy telewizyjny spiker odczytał informację o uprowadzeniu księdza Jerzego. Matka przestała robić kolację, nóż zastygł jej w ręku, wreszcie rzuciła do mnie i do siostry: "Idziemy do kościoła!". Nie my jedni tak postanowiliśmy, skoro, gdy przyszliśmy, całą świątynię wypełniała już ciżba ludzka zanosząca błaganie do Stwórcy o ratunek. Dzień w dzień przez dekadę - lub dłużej - jednego miesiąca tak się działo, co zaświadczam jako brzdąc w komeżkę wtedy przyodziany, stojący przed złaknionymi cudu ocalenia ludźmi. Niestety, miało być inaczej."

"To, że historia jednak się spełnia wokół nas, pojąłem jeszcze głębiej wtedy, gdy w czasie pogrzebu księdza Jerzego zobaczyłem tę masę ludzi (kilkaset tysięcy) rozlaną zarówno na głównych alejach, jak i uliczkach Żoliborza; wspinającą się niekiedy na dachy domów i przykościelne drzewa. Wtedy dotarło do mnie, że podawałem liturgiczne ampułki komuś ... wielkiemu. Odczucia tego nie zmąciły zdjęcia jego zmasakrowanego, jakby w rzeźni, ciała, nad którym "popracowali" wcześniej smutni panowie z SB."

"Kiedy to odpłynąłem w strumieniu tych, których pochłonęła ostatecznie nasza kapitalistyczna "mała stabilizacja"? Kiedy mi wmówiono, że w "erze globalizacji", "Unii" to już nie jest tak ważne, że przeminęło wraz z "Bogoojczyźnianą" retoryką tamtych czasów? Że ten ból miażdżonego ciała można zapomnieć, zagłuszyć echem chociażby reklam i oklaskami "wielkiej zgody narodowej"? Ale może tak gniłem w tym fotelu wtedy, bo nie słyszałem z tego kościoła, mojego Kościoła, żadnego donośnego, proroczego głosu, który mógłby mnie porwać, rozpalić dla czegokolwiek, dla kogokolwiek?"

"To było już jakiś czas temu. Zaczęło się gorące, upalne lato, brodziło się w duchocie miasta. Wyszedłem akurat z kościoła po Eucharystii i postanowiłem przyklęknąć przy grobie księdza Jerzego, bo ostatnio mijałem go, jak gdyby nie istniał. Trwałem w bezruchu przez kilka minut. Potem musiałem jeszcze odprawić "pokutę" za grzech niepamięci. I w ramach tej pokuty właśnie tę książkę mu "zrobiłem"."

Powyższy wstęp oraz cytaty miały za zadanie przedstawić autora książki oraz jego styl. Książka bowiem składa się z wywiadów z osobami, które znały księdza Jerzego Popiełuszkę - tak jest z większością materiału, a także z reżyserem filmu o księdzu - Rafałem Wieczyńskim oraz z Piotrem Pokojskim, młodym klerykiem, którego nawrócenie rozpoczęło się po wysłuchaniu relacji pewnej rodziny o księdzu Jerzym.

Wywiady są doskonale zaplanowane. Przybliżają postać księdza Jerzego z różnych okresów jego życia. Z zainteresowaniem czytałem relacje księdza Jana Zająca, Wojciecha Bąkowskiego, Anny Szaniawskiej, księdza Stanisława Małkowskiego, Seweryna Jaworskiego czy Katarzyny Łaniewskiej. Z większości wywiadów wyłania się osoba wątłego zdrowia, bez specjalnie wyrafinowanego przygotowania intelektualnego do posługi kapłańskiej, pozbawiona tej charakterystycznej charyzmy, potrafiącej przyciągać tłumy, natomiast oczarowująca ludzi specjalną emanacją swej duchowości oraz głęboką mądrością. Potrafiąca poruszać się zarówno w środowisku intelektualistów, studentów, jak i robotników. Postać nie pozbawiona też i wad.

Najsłabszą, moim zdaniem, częścią książki jest wywiad ze Stefanem Bratkowskim, a konkretnie ta jego część, w której autor wypytuje interlokutora o prawdopodobny stosunek księdza Jerzego do lustracji i IV RP. Stefan Bratkowski jest osobą o wyraźnie sprecyzowanych poglądach, niechętną idei lustracji, dekomunizacji i wszystkiemu co można skojarzyć z dziś już przysłowiową IV RP. Jego odpowiedzi są przewidywalne i mało ciekawe.

Najbardziej zainteresowały mnie wywiady z Janem Olszewskim i Krzysztofem Piesiewiczem, jako że dotyczyły opinii o procesie toruńskim, procesie, który do dnia dzisiejszego wzbudza wiele kontrowersji. Kontrowersji dotyczących między innymi relacji księdza Chrostowskiego. I co ciekawe, zupełnie inaczej relację księdza Chrostowskiego wydają się oceniać pytani. Nie wiem, czy było to technicznie możliwe oraz czy autor dokonywał prób skontaktowania się i przeprowadzenia rozmów z osobami, mającymi swój duży udział w podważaniu ustaleń procesu toruńskiego, wreszcie w poszukiwaniu prawdy dotyczącej porwania i morderstwa na księdzu Popiełuszce. Brakuje mi relacji Krzysztofa Kąkolewskiego, Andrzeja Witkowskiego, Wojciecha Sumlińskiego i Romana Giertycha.

Powyższe słowa stanowią moje subiektywne podejście do sprawy księdza Jerzego, którego nie znałem, w przeciwieństwie do autora. Interesuje mnie specjalnie poznanie prawdy o morderstwie księdza Jerzego, które może rozświetlić wiele spraw związanych z późniejszymi wydarzeniami politycznymi. Moje uwagi jednak w niczym nie powinny umniejszać dzieła Artura Olędzkiego, dla którego z pewnością zupełnie inne aspekty związane z księdzem Jerzym Popiełuszką były ważne.

Warto wspomnieć, że wydaniu książki patronowała między innymi platforma internetowa salon24.pl, dzięki której poznałem kiedyś pisarstwo finchera. Potwierdza się to, że dzięki internetowi mamy dostęp do wielu ciekawych relacji, które mogłyby w inny sposób nigdy nie zaistnieć, a które w znaczący sposób wpływają na postrzeganie przez nas świata, a także wzbogacają kulturę.

Artur Olędzki
"Ksiądz Jerzy Popiełuszko. Spotkania po latach. Wywiady"
Wydawnictwo eSPe, 2010

czwartek, 10 czerwca 2010

Zabytkowy cmentarz św. Rocha w Zabłudowie niszczeje!

Zabłudów dzisiejszy nie należy do miejscowości chętnie odwiedzanych przez turystów. Sprawia to jego położenie wzdłuż ruchliwej trasy Białystok-Lublin, nieciekawa architektura, ot parę drewnianych domów, trochę ohydnych bloczków z epoki PRLu i to wszystko. Zabytkowe kościół i cerkiew przyciągają oko, ale tak się składa, że stoją tuż przy najbardziej ruchliwym skrzyżowaniu, skąd odchodzi droga prowadząca na Hajnówkę. Znajdują się tu jeszcze pozostałości kirkutu, wymienianego prawie zawsze w przewodnikach, w których akurat pisze się o Zabłudowie. Tak naprawdę pozostałości tego cmentarza są mocno zdewastowane, macew nie widać, wszystko zarasta trawa.

A przecież miejscowość ta ma za sobą lata prawdziwej świetności. Pierwsza wzmianka o Zabłudowie pochodzi z 1515 roku, gdy król Zygmunt I Stary nadał osadę wraz z okolicznymi terenami Aleksandrowi Chodkiewiczowi. Chodkiewiczowie, rodzina wywodząca się z bojarów ruskich ma swoje zasługi dla historii Podlasia. To właśnie Aleksander Chodkiewicz sprowadził nad Supraśl bazylianów, którzy wznieśli tam gotycką cerkiew obronną i zapoczątkowali rozwój późniejszego miasteczka. Ten sam Aleksander Chodkiewicz władając dobrami choroskimi osiedlił w nich przybyszów z Rusi i Mazowsza i uzyskał w 1507 roku prawa miejskie dla Choroszczy. Podobnie Zabłudów, prawa miejskie otrzymuje za Chodkiewiczów w 1533 roku. W 1567 roku syn Aleksandra, Grzegorz Chodkiewicz założył w Zabłudowie drukarnię, a jej prowadzenie powierzył uciekinierom z Moskwy - Iwanowi Fiodorowowi i Piotrowi Mścisławcowi. W drukarni tej wydrukowano w języku starocerkiewno-słowiańskim ewangelię i psałterz - pierwsze prawosławne druki pisane cyrylicą na Podlasiu. W końcu XVI wieku miasto stało się własnością Radziwiłłów, którzy uczynili z niego ważny ośrodek reformacji, odbywały się tutaj synody kalwińskie. W Zabłudowie ukrywali się licznie arianie. Późniejsze wieki to rozwój osadnictwa żydowskiego. W Zabłudowie znajdowała się jedna z najświetniejszych pod względem architektonicznym synagog w Polsce. Zbudowana była z drewna modrzewiowego około roku 1635, składała się z kilku połączonych części przykrytych oddzielnymi dachami. Centralnie położony gmach był dekorowany szerokim, ułożonym w choinkę fryzem, a frontowy budynek przykryty tzw. polskim dachem z lukarnami. Belki wspierające były bogato rzeźbione. Została zniszczona w okresie niemieckiego szaleństwa w 1941 roku.

Bardzo rzadko wspomina się o prawdziwej perełce Zabłudowa, jaką jest cmentarz katolicki pw. św. Rocha. Ja trafiłem nań wracając z "oględzin" pozostałości kirkutu. Oba cmentarze leżą bowiem przy tej samej ulicy. Cmentarz jest mocno zdewastowany, zarośnięty trawą i różnorakim innym zielskiem i najprawdopodobniej jeśli ten stan będzie się utrzymywał, przyjdzie czas, że nic z niego nie zostanie. W artykule niniejszym opisuję stan cmentarza z kwietnia 2010 roku. Poniżej zamieszczam zdjęcia wszystkich nagrobków, na których można zidentyfikować dane pochowanej osoby oraz parę wolno stojących, trudnych do identyfikacji.

Jak pisze pani Alicja Regucka początki cmentarza św. Rocha należy łączyć ze szpitalem parafialnym uposażonym przez księdza Klemensa Labickiego w roku 1688. Na początku XVIII wieku szpital zapełnił się, wybuchła epidemia cholery, było bardzo dużo pochówków. I właśnie cmentarz choleryczny przekształcił się w dzisiejszy cmentarz. Początkowo znajdował się poza terenami miasta i nie był otoczony żadnym ogrodzeniem. Ufundował je w 1850 roku Kazimierz Ostaszewski. Cmentarz został zamknięty w 1905 roku, jednak ostatniego pochówku dokonano na prośbę rodziny w roku 1940.

Na cmentarz prowadzi brama wejściowa, wykonana z cegły, otynkowana i pomalowana na biało. Pochodzi z czasów fundacji ogrodzenia cmentarza w 1850 roku.

Na cmentarzu znajduje się kaplica św. Rocha, erygowana pod koniec XVIII wieku przez zabłudowskiego plebana Jakuba Pilkiewicza.

W zewnętrzną ścianę kaplicy wmurowana zostały dwie tablice. Jedna z nich nosi następującą treść: "Boże! Z twych darów Tobie przynoszę ofiarę, przez niepojętą litość daruj grzesznym karę. Kaplicę ś. Rocha, na intencią pogrzebionych tu osób restaurował z gruntu i smętarz murem opasał w 1850 roku Kazimierz Ostaszewski, Major od Huzarów wojsk rosyjskich i Kawaler." Sylwetkę fundatora przybliża Alicja Regucka w przywołanym przeze mnie wyżej artykule "Zabytkowy cmentarz św. Rocha w Zabłudowie, historia i stan obecny": "Bardzo ciekawą a niestety tajemniczą postacią jest fundator kaplicy św. Rocha „Major od huzarów wojsk Rosyjskich i Kawaler” –Kazimierz Ostaszewski. Wiemy, iż urodził się w Zabłudowie w 1786r. a, jedyny portret zachowany do dziś pochodzi z 1820r. Z uzyskanych szczątkowych informacji wynika, że Kazimierz Ostaszewski wywodził się z tradycyjnej mieszczańskiej rodziny. Od wczesnych lat młodości był wychowywany w duchu wartości patriotycznych, co przejawiało się w zaangażowaniu i szybkim awansie do stopnia pułkownika wojska carskiego. W związku ze służbą w wojsku carskim zmuszony został do opuszczenia na wiele lat stron rodzinnych i swoich bliskich. Nie są też dokładnie znane okoliczności i data jego powrotu do rodzinnego miasta. Faktem jest, że nie zastał on już przy życiu swoich rodziców. Wychowanie w domu chrześcijańskim sprawiło prawdopodobnie, że pułkownik Ostaszewski postanowił uczcić pamięć zmarłych członków rodziny. Zdecydował się odrestaurować kaplicę Św. Marii Magdaleny w 1848r. oraz cmentarz okalający tę kaplicę. Najprawdopodobniej tu właśnie pochowano rodziców K. Ostaszewskiego. Dlaczego jednak wyłożył niemałe zapewne pieniądze na budowę kaplicy św. Rocha i muru wokół niej? Tablica fundacyjna wspomina o „ofierze” pułkownika za darowanie „grzesznym” kary „na intencję pogrzebionych tu osób”. Czy to Ostaszewski tak zawinił czy może na cmentarzu spoczywali jacyś bardzo grzeszni jego krewni? Niestety nie zachowały się pomniki z takim nazwiskiem."
"Najbardziej namacalnym i znanym niemal każdemu mieszkańcowi Zabłudowa śladem działalności Ostaszewskiego jest symbol „wiecznego światła”, czyli lampy oliwnej przy ołtarzu głównym w kościele parafialnym. Prawdopodobnie K. Ostaszewski zmarł w Moskwie. Nie wiemy, kiedy. Nie wiemy też dokładnie dlaczego postanowił ufundować tyle kosztownych obiektów w swym rodzinnym mieście."


Druga tablica wmurowana w zewnętrzną ścianę kaplicy poświęcona jest poległym za ojczyznę w latach 1918-1920 mieszkańcom ziemi zabłudowskiej. Wymienione są na niej następujące nazwiska: Stanisław Obukowicz, Ignacy Godlewski, Józef Borysiewicz, Antoni Jabłoński, Jan Harasimczuk, Jan Brański, Jan Szostowicki, Wincenty Motowicki, Michał Ruminowicz, Michał Wasilewski, Mikołaj Michalczuk, wszyscy w przedziale wiekowym 18 - 27.


Najstarszym nagrobkiem na cmentarzu jest pochodzący z 1853 roku pomnik wystawiony przez wspomnianego Kazimierza Ostaszewskiego, opiekunce z lat dziecięcych, Katarzynie Piotrowskiej, która przeżyła aż 113 lat. Napis na pomniku mówi: "Sto trzynaście lat przeżywszy na ziemi, pod tym głazem spoczywam po między grzesznemi, ziomku, zostaw nabożne za duszę westchnienie, niech stwórcę oglądają nasze grzeszne cienie. Pomnik ten ufundował własnym kawaler Kazimierz Ostaszewski, major od Huzarów wojsk Rosyjskich i Kawaler, w roku 1853, przez wzgląd na pobożną i przykładną 113-letnią na tym padole pielgrzymkę ś.p. Panny Katarzyny Piotrowskiej, zeszłej w 1852 roku, Czerwca 13 dnia."



Na cmentarzu św. Rocha grzebano obywateli zasłużonych dla okolicy, przedstawicieli stanu szlacheckiego, właścicieli majątków. Znajdują się też groby i ziemian: rodziny Kołłątajów i Kijakowskich z Małynki, Niedźwiedzkich z majątku Rafałówka, Pittingerów z Michałowa – Niezbutki, Kulbackich z Hieronimowa, Chrzanowskich i Piotrowskich z Topolan, Komar-Gackich z Ostrówek, Włodkowskich z Julianki, Maliszewskich ze Skrybicz, Karpowiczów z Białegostoczku, Rogowskich z majątku Zabłudów. Oto zachowane nagrobki.


Paweł Kijakowski, major i kawaler (? - 27.08.1871).


Albina z Kijakowskich Kołłątaj.


Albina z Trusiewiczów Niedźwiecka.


Henryk Pittinger (1851 - 05.06.1891).


Albert Kulbacki (? - 1877).


Tadeusz Chrzanowski, radca tajny, niestety nie widać daty zgonu, a może jest to nagrobek byłego dyrektora kolei terespolskiej, o którego zgonie w Zabłudowie informuje pismo warszawskie "Prawda" z 1892 roku.


Paulina Chrzanowska (17.06.1803 - 06.06.1862).


Jan Piotrowski.


Nagrobek przedstawiciela rodziny Komar-Gackich.


Stanisław Włodkowski (1825 - 25.10.1900).


Ignacy Włodkowski (04.06.1856 - 26.04.1875).


Józef Włodkowski (1825 - 17.12.1863).


Andrzej Maleszewski (1808 - 25.03.1866), pozostawił wdowę z czworgiem dzieci.


Wacław Karpowicz (1824 - 28.04.1880).


Karolina z Sidorowiczów Karpowiczowa (07.11.1804 - 16.10.1860).


Pelagia z Lejnarotów Rogowska.


Gabryela Podoska (20.11.1868 - 14.11.1887).


Tadeusz Dzikowski (1838 - 14.06.1901).


Józef Zakrzewski (15.03.1817 - 07.08.1892).


Emil Arens (1848 - 19.01.1893).


Zuzanna Zadykowicz.


Doktor Stanisław Ambrożewicz (1836 - 1886).


Aleksander Mączka.


Jan Grzybaczewski (1841 - 07.06.1903).


Konstanty Masłowski (? - 1889).


Ksiądz Konstanty Bernikowicz (1833 - 02.01.1896).


Katarzyna Sidorowicz (1803 - 18.04.1873).


Karol Kozłowski.


Ksiądz Lucjan Monkiewicz (1866 - 20.10.1898).


Maria Wilkowska.

Na jednym nagrobku z piaskowca znalazłem adnotację G. Blawusch, Białystok. Moja kwerenda była wykonywana w pośpiechu, a podobno dwa nagrobki na cmentarzu noszą taką inskrypcję. Dzięki internetowemu forum: Skyscrapercity i użytkownikowi Mariop70 dowiedziałem się, że nagrobek z taką inskrypcją znajduje się również na cmentarzu w Brzostowicy Wielkiej, obecnie na terytorium Białorusi.

Alicja Reguska wysuwa przypuszczenie, że większość elementów żeliwnych nagrobków pochodzi z zakładów metalowych Karola Brzostowskiego ze Sztabina. Na jednym nagrobku odnajduje tabliczkę w języku rosyjskim "Gigenman Grodno". Dość powszechne jest przekonanie, że na Podlasiu XIX -wieczne krzyże żeliwne pochodzą ze Sztabina, rzadziej z Grodna. W numerze 2 Zeszytów Naukowych Studenckiego Koła Naukowego Historyków Uniwersytetu w Białymstoku ukazał się ciekawy artykuł Marty Sokół, pt. "Krzyże i nagrobki żeliwne produkowane w Białymstoku w 2. połowie XIX w. i na początku XX w. na wybranych przykładach wyrobów fabryki Antoniego Wieczorka", kładący nowe światło na pochodzenie nagrobków żeliwnych na Podlasiu. Autorka jako przykłady podaje nagrobki na cmentarzach katolicko-prawosławnym w Choroszczy, prawosławnym w Zabłudowie, katolicko-prawosławnym w Bielsku Podlaskim, katolickim w Juchnowcu Kościelnym, farnym i prawosławnym w Białymstoku. Zamieszcza też zdjęcie bezimiennego nagrobka z cmentarza św. Rocha w Zabłudowie. Moja drobna cegiełka do dokumentowania dzieł fabryki Antoniego Wieczorka to ogrodzenie nagrobka Pawła Kijakowskiego.


A poniżej nagrobki, dla których nie udało mi się w zaciszu domowym ze zdjęć ustalić tożsamości pochowanych osób:



wtorek, 8 czerwca 2010

Poszukuję informacji o losach pradziadka

Kontakt z rodziną pradziadka i w efekcie odnalezienie nagrobka jego matki uświadomiły mi, że bez cudownego zrządzenia losu, przypadku, zbiegu okoliczności nie ustalę jego losów po roku 1943.

Stefan Stępień urodził się w miejscowości Bardo, leżącej nieopodal Rakowa w Górach Świętokrzyskich, 5 grudnia 1900 roku. Po I wojnie światowej odbywał służbę wojskową w Pińsku. Tam poznał moją prababcię Agatę ze Szczerbaczewiczów. Istnieją przekazy rodzinne mówiące o tym, że odbyły się dwa śluby: w kościele katolickim i w cerkwi prawosławnej. Trudno powiedzieć, ile w tym prawdy. Stefan przez 9 miesięcy pracował w policji w Pińsku a później, aż do wybuchu II wojny światowej prowadził herbaciarnię naprzeciwko budynku sądu przy ulicy Karolińskiej. Za okupacji sowieckiej, wiosną 1940 roku podczas wywózek, wyjechał z Pińska wraz z żoną i dziećmi pociągiem do Sarn. W jaki sposób się to odbyło, czy mu ktoś pomógł, czy też ostrzegł, trudno dziś orzec. W każdym razie wraz z żoną i dziećmi zamieszkał w opuszczonym domu przy stacji Tomaszgród i pracował przy spławianiu drewna w lesie. W nieodległych Sarnach oraz okolicach mieszkało jego rodzeństwo oraz mama. Moja babcia widziała po raz ostatni ojca u ciotki, siostry ojca - Genowefy (Eugenii?) w Sarnach, w 1943 roku. Później wszelki ślad po nim zaginął.

Istnieje kilka hipotez na temat losów Stefana po 1943 roku. Większość rodziny twierdzi, że rzeczywiście zaginął na Wołyniu w 1943 roku. Jednakże jeden z synów Stefana (już nieżyjący) twierdził, że widział ojca w latach 50-ych na jednej ze stacji kolejowych na Dolnym Śląsku. Ojciec miał powiedzieć mu, że założył nową rodzinę i nie chce utrzymywać kontaktu z dziećmi i żoną. Nikt tej hipotezy niestety nie może potwierdzić. Jedna z cioć napisała pismo do urzędu w mieście, gdzie miało miejsce spotkanie na stacji, z prośbą o podanie adresu ojca. Podobno adres otrzymała, podobno napisała list do ojca i podobno otrzymała zwrot z adnotacją, że pod podanym adresem ojciec nie mieszka. W opowieściach rodzinnych przewijają się nazwy Legnica i Jelenia Góra. W jednej z wersji wystąpił też Wrocław, gdzie pradziadek miał być widziany przez syna.

Istnieje też wersja, że mąż siostry Stefana, Genowefy (tej samej, u której moja babcia widziała ojca po raz ostatni) - Mikołaj Lemański poszukiwał szwagra przez Polski Czerwony Krzyż. Podobno nawiązał jednorazowy kontakt ze Stefanem, a później zapadła cisza.

Kolejna wersja mówi, że podczas okupacji niemieckiej został wywieziony na roboty do Niemiec i ślad po nim zaginął. Nie odrzucam tej hipotezy. Stefan podobno obawiał się powtórnej okupacji sowieckiej i mógł chcieć wyjechać z Wołynia w dowolny sposób przed nadejściem frontu.

Poszukuję też informacji o lokalizacji grobu ojca Stefana, czyli mojego prapradziadka Kacpra Stępnia. Zmarł na Wołyniu, jeszcze przed wojną i tam został pochowany. Niestety nikt z jego potomków nie wie gdzie.