piątek, 9 stycznia 2026

Antoni Kaczmarek

O tym, że rodzice mojej prababci Józefy Paczkowskiej nazywali się Marcin Uzarek i Balbina Kaczmarek dowiedziałem się na początku 2005 roku od cioci, która z kolei dowiedziała się o tym od innej cioci z Poznania. Już Józefa Paczkowska była w rodzinie osobą na poły mityczną, o której wiadomo było niewiele, nawet jej podobizna fotograficzna nie jest do końca pewna, a nagrobek na poznańskich Jeżycach od dawna nie istnieje. Co tu mówić o Kaczmarkach. Historia tego bloga to między innymi historia archiwalnych odkryć związanych najpierw z Balbiną Kaczmarek, jej dwoma mężami i życiem w Niemczech oraz z jej ojcem Adamem Kaczmarkiem, dwukrotnie żonatym. Jeśli chodzi o tę część rodziny, sprawdzam obecnie dość systematycznie, udostępnione przez Archiwum Państwowe w Poznaniu, akta stanu cywilnego parafii rzymskokatolickiej w Ostrzeszowie, gdyż do tej parafii należała wieś Siedlików, skąd pochodzili Kaczmarkowie. Pojechałem kiedyś do Siedlikowa. Poza starym drewnianym kościółkiem nie ma tam żadnych śladów odległej przeszłości.

O Antonim Kaczmarku wiedziałem dotychczas tylko to, że był żonaty z Joanną z domu Drozd i że był ojcem Adama Kaczmarka urodzonego 20 stycznia 1805 roku w Siedlikowie. Odnalazłem właśnie jego akt zgonu. 

Antoni zmarł 22 grudnia 1832 roku w Siedlikowie w wieku 76 lat. Urodził się więc około 1756 roku. Przyczyną śmierci była biegunka, a w chwili śmierci był żonaty.

sobota, 3 stycznia 2026

Poświętne - smutny przypadek Józefa Pieroga w roku 1887

Już kilka razy pojawiały się w przeszłości artykuły na blogu poświęcone odnalezionym w XIX-wiecznej prasie wzmiankach o zwykłych ludziach, mieszkańcach podlaskich wsi i miasteczek. Najczęściej są to informacje dotyczące różnego rodzaju wypadków, którym ulegali ci ludzie. Jednakże dla osób interesujących się genealogią stanowiące obrazowy przykład warunków w jakich żyli ich przodkowie oraz dokumentujące okoliczności ich odejścia z tego świata. Pragnę pokazać w ten sposób, w jak różnych źródłach możemy odnaleźć istotne dla historii rodzinnej informacje.

W roku 1887 w księgach zgonów parafii rzymskokatolickiej Poświętne niedaleko Łap odnaleźć można poniższy zapis w języku rosyjskim:


Wynika z niego, że 5 września 1887 roku we wsi Poświętne o godzinie 10 rano zmarł 45-letni właściciel drobnego gospodarstwa rolnego Józef Pieróg, pozostawiając żonę Florentynę z Zawadzkich. Był synem Jana Pieroga i Ewy z Ostrzygałów. Z Geneteki wiadomo, że Józef z Florentyną zawarli związek małżeński w roku 1870 w Płonce Kościelnej i że mieli następujące dzieci: Wincenty (ur. 1874), Bolesław (ur. 1876, zm. 1876), Anna (ur. 1878, zm. 1878), Antoni (ur. 1879), Julia (ur. 1882), Leokadia (ur. 1884) i Apolonia (ur. 1886).

Dziś już o tym, dlaczego Józef zmarł w wieku 45 lat, jego potomkowie prawdopodobnie nie pamiętają, ale można znaleźć informację na ten temat w dość poczytnym wówczas piśmie "Gazeta Świąteczna":



"Śmierć od piorunu. We wsi Poświętnem w powiecie Mazowieckim, guberni Łomżyńskiej zdarzył się smutny wypadek, który tak opisuje jeden z przedpłatników gazety:

Dnia 5 września żona włościanina Józefa Pieroga, siedząc podczas burzy w izbie, od której drzwi były do sieni otwarte, spostrzegła nagle ogień wydobywający się przez szpary z dużej skrzyni z odzieniem, która stała przy ścianie pomiędzy drzwiami od sieni, a piecem. Nie namyślając się długo, przytomna kobieta otworzyła skrzynię, zalała ogień i wyrzuciła nawpół popalone rzeczy, a myśląc, że się dom pali, bo dymu było z tego w izbie co niemiara, wybiegła do sieni, aby zawołać domowników na ratunek. Tu jednak, na progu chaty, w odemkniętych drzwiach od dworu, napotkała ciało swego męża, który przed chwilą właśnie, chcąc wyjrzeć, czy woły już wyprzęgnięto z sochy, został w drzwiach samych rażony piorunem. Ten sam widać piorun wpadł przez sień do izby, zapalił po drodze odzienie w okutej skrzyni, a następnie wyleciał piecem, w którym, jak się okazało, szyber czyli zasuwa była na trzy cale niedomknięta, i wyłamał w kominie kilka cegieł. Łatwo wytłómaczyć, dlaczego tak się stało. Oto po otwarciu przez Pieroga drzwi w sieni zrobił się przeciąg, powietrza ode dworu do komina przez tę niedomkniętą zasuwę, a wiadomo, że przy takim przeciągu powietrza piorun najłatwiej wpaść może do izby.
Niechże więc ten przypadek posłuży za przestrogę innym, aby w czasie grzmotów nie otwierali okien, ani drzwi, a przy tem baczyli na to, aby zasuwy w piecach były szczelnie zamknięte. A co najważniejsza, każdy powinien obsadzić swój dom kilkoma drzewami jakiegokolwiek gatunku, byle takiemi, co wyrastają wysoko; bo o ile wiem, nie było nigdzie takiego wypadku, ażeby piorun uderzył w budynek, około którego stały blizko drzewa, sięgające wierzchołkami ponad dach budynku.
Muszę też wspomnieć, jakim sposobem ratowali Pieroga, myśląc, że jeszcze może uda się przywrócić go do życia. Oto rozebrali go, położyli na ziemi, podłożywszy pod niego odzienie, i dalej na całe ciało sypać ziemię, zostawując tylko głowę nieprzysypaną. Takie ratowanie na nic się nie zda; bo człowiek tak przywalony ziemią chociażby i odżył i powoli przychodził do siebie, to nie mógłby pod takim ciężarem oddychać. Co do owego Pieroga, to, co prawda, dla niego nie było już żadnego ratunku, bo piorun tak go ugodził, że przez całe ciemię aż siną pręgę zostawił. Gdy jednak kto nie tak mocno jest rażony piorunem, to można go czasem uratować, ale nie przywalając go ziemią, tylko zakopując go w ziemi w postawie stojącej albo siedzącej, tak, żeby mu ziemia wcale nie ciążyła na piersi, ani na plecy. Józef Korewo"