środa, 25 września 2013

Park Wokluz w Białymstoku

Czy ktoś z Was słyszał o sentymentalnym parku Wokluz w Białymstoku? Myślę, że spora część białostoczan, osób zainteresowanych historią miasta nie słyszała. Nie istnieje on bowiem w popularnych opracowaniach dotyczących historii miasta. Ja sam dowiedziałem się o istnieniu takiego parku dopiero niedawno, dzięki artykułowi profesora Józefa Maroszka, opublikowanemu, bagatela, 21 lat temu. A myślę, że warto o nim wiedzieć, stanowił bowiem w sensie chronologicznym unikat, jeśli chodzi o tego typu parki w Polsce.

W opracowaniu Aliny Sztachelskiej-Kokoczki, powstałym w oparciu o XVIII-wieczne dokumenty, w tym inwentarz dóbr białostockich spisany po śmierci hetmana Jana Klemensa Branickiego w 1771 roku, czytamy:

"Kolejnym obiektem była "Kaskada za św. Rochem idąc od Białegostoku do Choroszczy po lewej ręce kryniczka, na której jest wymurowane kształtem szulerauza z drzwiczkami z tarcic, wewnątrz kamień wydrążony na kształt wanienki dla wzięcia wody, z której wypada taż woda przez kamień na kształt ryny szerokiej zrobiony w rów. Na rowie, ciągnącym się do sadzawki przy kaskadzie będącej, Mostek dla przejeżdżających z Nowo Lipia do Choroszczy. Dalej idąc tym traktem sadzawka kilko prętowa... W altanie sporządzonej do siedzenia podczas spaceru Państwa, w środku studzienka, wokół altany drzewa czeremchowe. Z sadzawki na bok rura dla odchodu wody do rowu."

Prawda, że nic szczególnego, co wskazywałoby na szczególnie ciekawe miejsce? Przytaczam ten opis dlatego, że jest jedynym w dostępnych mi opracowaniach, które mówią cokolwiek o parku Wokluz. Jedynym do momentu odkrycia wspomnianego artykułu.

Ogród Wokluz miał być hołdem złożonym Izabeli Branickiej. Nazwa Vokluz wystąpiła w wierszu Konstancji Tyszkiewicz z Poniatowskich, bratanicy Izabeli w 1767 roku. W tym też roku powstał ten romantyczny ogród, różniący się w znaczący sposób od innych barokowych założeń ogrodowych Jana Klemensa Branickiego (Białystok-pałac, Wysoki Stoczek, Bażantarnia, Choroszcz, Stołowacz, Hołowiesk). Projektantem ogrodu był wileński architekt C. G. Knackfus, który nadzorował również przebudowę Nowolipia, obecnej części ulicy Lipowej. Wspomniana wyżej Kaskada (tak białostoczanie nazywali park) została zbudowana na strumieniu wypływającym ze wzgórza świętego Rocha. Altana zbudowana przy Kaskadzie nosiła nazwę "Domu Gotskiego". Jej projektantem był również C. G. Knackfus. Był to najwcześniejszy tego typu budynek ogrodowy w Polsce o architekturze neogotyckiej, dziś zupełnie zapomniany. Sam ogród znajdował się  w miejscu przecięcia dzisiejszej ulicy Prowiantowej przez płynący obecnie pod ziemią strumień. Później, u schyłku XVIII wieku Wokluz traktowany był jako część składowa Bażantarni.

Warto dodać, że tarczę z "larwą" przy Wielkiej Kaskadzie namalował Antoni Herliczka. Jego dziełem było też prawdopodobnie pomalowanie w 1767 roku murku w ogrodzie czeremchowym, jak również nazywano Wielką Kaskadę.

W XIX wieku przy sadzawce i źródlisku zlokalizowano farbiarnię fabryki włókienniczej, w której podczas pożaru spłonęła żywcem załoga fabryczna. Po II wojnie światowej zlokalizowano przy niej wesołe miasteczko. Dziś po sadzawce brak śladów. Jakiekolwiek pozostałości ogrodu zniknęły w XIX wieku wraz z budową linii kolejowej i towarzyszącej jej zabudowy przemysłowej.

Postanowiłem zapuścić się w te dość rzadko uczęszczane rejony Białegostoku.

Do ulicy Prowiantowej dochodzi się idąc od dworca PKP ulicą Zwycięstwa w stronę hotelu Turkus. Zaczyna się od charakterystycznego budynku niegdyś przez lata całe ozdobionego flagą Unii Polityki Realnej w kolorach biało-błękitno-czarnych. Tu zlokalizowany jest zakład JKT, dawnego działacza tej partii, Tadeusza Klimowicza. Jest to okolica sklepów z akcesoriami samochodowymi, jak i dość starych drewnianych domów.




Ulica Prowiantowa kończy się wraz ze skrzyżowaniem z ulicami Konduktorską i Spokojną. Idąc dalej można dojść do torowiska wraz z towarzyszącym mu punktem skupu złomu.


Torowisko dochodzi do dworca kolejowego. Po drugiej stronie torów wznosi się zaś budynek dworca PKS, ukończonego w połowie lat 80-ych ubiegłego wieku. W okolicach placu dworca autobusowego, gdy nie został jeszcze zabudowany, widoczne były niegdyś ślady rozlewisk, pozostałości po Kaskadzie...



 Alina Sztachelska-Kokoczka, "Białystok za pałacową bramą", Białystok 2009,

Józef Maroszek, "Sentymentalny park Vocluse pod Białymstokiem założony w 1767 r.", Białostocczyzna, nr 26/1992.

niedziela, 15 września 2013

Ślub Balbiny Kaczmarek i Marcina Uzarka - w Ostrzeszowie nie ma

Poszukując aktu ślubu prapradziadków Balbiny Kaczmarek i Marcina Uzarka przejrzałem księgi stanu cywilnego z Ostrzeszowa z lat 1888-1905. Skoro bowiem Balbina pochodziła z parafii ostrzeszowskiej, a zwyczajowo śluby odbywały się w parafii panny młodej, to logicznym wydawało się, że jeśli ślub nastąpił, to miał miejsce w tejże właśnie parafii. Przewijałem mikrofilm z aktami od lat najstarszych i doszedłem bezowocnie do roku 1895. Poza dwoma i jedynymi śladami dotyczącymi Balbiny i Marcina. 2 lutego w domu Andrzeja Kaczmarka w Siedlikowie o godzinie 5 po południu urodził się Walenty Uzarek, syn Marcina Uzarka, robotnika zamieszkałego w Garkach, parafii odolanowskiej i Balbiny z Kaczmarków, małżonków wyznania katolickiego. Co ciekawe w dniu 1 lutego w księdze zgonów odnalazłem pod pozycją nr 41 informację o zgonie chłopca, syna tychże Marcina i Balbiny przy porodzie. Z odnalezionych zapisów wynika, że:

1. Balbina i Marcin wzięli ślub przed rokiem 1896. Wcześniejsze znane mi zapisy świadczące o ślubie prapradziadków pochodziły z okresu po 1913 roku.

2. Moja prababcia Józefa miała rodzonego brata Walentego, a ten z kolei miał brata bliźniaka bez imienia, zmarłego podczas porodu.

3. W akcie zgonu chłopca zapisano, że rodzice - Balbina i Marcin Uzarkowie mieszkali w Garkach.

Skoro tak, być może ta miejscowość jest pewną wskazówką i aktu ślubu Balbiny i Marcina należy szukać w parafii odolanowskiej?

P.S. Dziękuję Beacie B. za odczytanie nieczytelnych dla mnie zapisów w języku niemieckim.


poniedziałek, 2 września 2013

Cmentarzysko w dobrowodzkim lesie

Do Dobrowody jest niecały kilometr od skrzyżowania w Baciutach. Ciepłe, choć nie upalne niedzielne popołudnie - jeden z ostatnich występów tegorocznego lata - pomyślałem dojeżdżając do wioski. Zwabiła mnie tutaj króciutka wzmianka w przewodniku Sławomira Halickiego po Narwiańskim Parku Narodowym:

"Dobrowoda" - wieś u źródeł rzeki o tej samej nazwie. W pobliskim lesie cmentarzysko średniowieczne. W XVI w. wieś nadana Mikołajowi Radziwiłłowi, wojewodzie wileńskiemu, później stanowiła własność m. in. Szczawińskich, Koców, Wilczewskich. Pozostałości parku podworskiego: wiązy, jesiony, kasztanowce."

Opracowanie Teresy Dardzińskiej podaje bardziej szczegółowe dane dotyczące przejścia Dobrowody w ręce Szczawińskich. Po śmierci Mikołaja Radziwiłła, król Zygmunt I Stary wydał w roku 1522 wyrok w sprawie podziału dóbr pozostałych po nim. I tak dobra waniewskie, w skład których wchodziła Dobrowoda, trafiły na całe 20 lat w ręce Jana Radziwiłła, podczaszego litewskiego. Przez kolejnych 13 władała nimi jego córka Elżbieta Radziwiłłówna, żona Hieronima Sieniawskiego, który był ich dożywotnim właścicielem do swej śmierci w roku 1582 roku. Kolejnym właścicielem dóbr waniewskich był książę słucki Jerzy Olelkowicz wraz z żoną Katarzyną z Tęczyńskich. Dopiero w 1601 roku księżna słucka Zofia, żona Janusza Radziwiłła zapisała kasztelanowi łęczyckiemu Pawłowi Szczawińskiemu miedzy innymi Dobrowodę. Nie udało mi się ustalić w jaki sposób w Dobrowodzie gospodarowali Kocowie i najprawdopodobniej związani z Turośnią Kościelną Wilczewscy.

Gdy wjechałem do wioski zauważyłem dwie starsze kobiety idące w moją stronę. Zapytałem o dwór i zalożenie parkowe.

- Proszę pana, był tutaj dwór jeszcze za Niemca, z piękną piwnicą, o tu gdzie teraz jest przystanek, ale został rozebrany, z parku też nic nie zostało.

W okolicach przystanku widać zabudowane domami działki, gdzieniegdzie wysokie drzewa wskazują na prawdopodobne istnienie tutaj kiedyś parku dworskiego. Ale to wszystko. Brak jakichkolwiek pozostałości fundamentów, alejek, itp. Nie omieszkałem zapytać również o cmentarz w lesie.

- Jak pan pojedzie za wioskę, zacznie się rzadki las i przy krzyżu stojącym w lesie po prawej stronie zaczyna się cmentarz. Stoją tam różne kamienie, pozostałości cmentarza...

- O skoro tak, to trzeba to zobaczyć - pomyślałem. - Z reguły takie cmentarze średniowieczne, to tylko cmentarze z nazwy ze szczątkowymi pozostałościami na powierzchni w postaci głazów, czy też ukształtowania terenu.

Przy drodze po prawej stronie rzeczywiście na wzgórzu stał krzyż współczesny, górując nad leżącą w dole drogą. Po wejściu na wzniesienie poszedłem widoczną wśród zarośli ścieżką.

Niewiele niestety udało mi się odnaleźć podczas tej krótkiej wycieczki. Ale zainteresował mnie kamień stojący przy ścieżce leśnej z wyraźnie widocznym wyrytym na nim krzyżem.

O kamień opierał się przełamany na pół kawałek dykty z ledwo widocznym już napisem: "Zabytek. Ten grób jest mały.... gdyż jest ... Turośń...."


Na inne kamienie, będące pozostałościami cmentarza nie natrafiłem podczas niedzielnej wyprawy. Zaciekawiło mnie, że na kamieniu pochodzącym ze średniowiecza mógł zachować się do dzisiaj nieźle widoczny znak krzyża. Ciekawa była też obecność przy kamieniu złamanej dykty.

Moją ciekawość częściowo zaspokoiłem po powrocie gdy przeczytałem w przewodniku Darmochwała, iż

"Osada założona została u źródeł rzeczki Dobrowody, nazwanej tak przez kolonistów mazowieckich w XIII w. Pierwsze wzmianki o osadzie pochodzą z pocz. XVI w. i dotyczą nadania jej Mikołajowi Radziwiłłowi przez Kazimierza Jagiellończyka. Pozostałość po cmentarzu epidemicznym z 2 poł. XIX w. Na tablicy napis: Obiekt zabytkowy. Cmentarz średniowieczny. Tu spoczywają pierwsi mieszkańcy Dobrowody." Na pocz. XX w. znajdowało się na tym wzgórzu kilkadziesiąt stelli kamiennych. Po II wojnie światowej zostały one wykorzystane na cele budowlane. Ocalały trzy głazy nagrobne: dwa przy tablicy i jeden dużych rozmiarów na zachodnim stoku. Miejsce to otoczone jest opieką PTTK."

Ciekawość została tylko częściowo zaspokojona, ale wątpliwości pozostały. W przytoczonych opisach sporo bowiem niekonsekwencji. Skoro bowiem pierwsza wzmianka o wsi pochodzi z XVI wieku, skąd informacja o nadaniu nazwy już w XIII wieku. Czy w XIII wieku miało tu miejsce osadnictwo mazowieckie, czy dopiero w XIV po ustabilizowaniu sytuacji politycznej tych ziem? Skąd informacja o pozostałościach cmentarza epidemicznego z XIX wieku, skoro tablica mówiła o cmentarzu średniowiecznym?

A skoro tak, rodzą się kolejne pytania:

Czy odnaleziony kamień jest pozostałością cmentarzyska średniowiecznego, czy epidemicznego z drugiej połowy XIX stulecia? Czy dykta oparta o kamień to świadectwo dawnej opieki PTTK nad tym terenem, czy też bardziej współczesna próba upamiętnienia tego miejsca?

Sławomir Halicki, "Polska Amazonia. Przewodnik po Narwiańskim Parku Narodowym", Białystok-Choroszcz, 2000.

Teresa Dardzińska,  "Krótki rys historyczny wsi i parafii Waniewo oraz wsi Kowalewszczyzna i jej dawnych właścicieli", http://sokoly.pl

Tomasz Darmochwał, "Pólnocne Podlasie, wschodnie Mazowsze", Warszawa, 2003.

niedziela, 28 lipca 2013

"Wspomnienia ostrzeszowskiego pastora" Artura Rhode

"Wspomnień ostrzeszowskiego pastora" zakupionych podczas krótkiego pobytu w Ostrzeszowie, poszukiwałem u wydawcy, pytałem o nie również osoby związane w jakiś sposób z regionem, bądź zainteresowane osobą autora. Z moich nagabywań wynikało jedno: książka została wydana w małym nakładzie, już rozprzedanym dawno. Może będzie się pojawiać w sprzedaży antykwarycznej. Szukałem, czekałem i nie pojawiała się. Okazało się natomiast, że są miejsca, gdzie przechowywane są ostatnie egzemplarze dla specjalnych klientów :).

Artur Rhode, autor wspomnień, urodził się w 1868 roku w Podzamczu w powiecie ostrzeszowskim. Posługę ewangelickiego pastora pełnił w Ostrzeszowie w latach 1895-1920. Wcześniej przez dwa lata był pastorem w Odolanowie, miejscu również związanym z moimi przodkami Uzarkami. Po 1920 roku zamieszkał w Poznaniu. W 1945 roku opuścił tenże i zamieszkał w Niemczech, gdzie zmarł w roku 1967 w miejscowości Woltorf koło Peine w Dolnej Saksonii. Artur Rhode był zapalonym szachistą. Mieszkając w Poznaniu został trzykrotnym mistrzem poznańskiego Klubu Szachowego. Niemiecki patriotyzm potrafił łączyć z pracą duszpasterską w mieszanym polsko-niemieckim społeczeństwie na pograniczu wpływów obu kultur.

Wydane wspomnienia Artura Rhode obejmują okres 1895 - 1914 i składają się z fragmentów wspomnień dotyczących Ostrzeszowa i okolic, a także posługi duszpasterskiej w rodzinnych stronach. Nie wydane zostały dotychczas wspomnienia obejmujące okres 1914-1920. Książka zawiera zdjęcia Ostrzeszowa sprzed wieku, rodziny autora oraz sonety jego autorstwa, będące przykładem pasji i uczucia, jakie autor żywił do swej rodzinnej ziemi.

Dla mnie najciekawsze fragmenty dotyczyły życia społeczności wiejskiej w ostatnim trzydziestoleciu XIX wieku, kiedy to w Siedlikowie koło Ostrzeszowa przyszła na świat moja prababcia Józefa. Zarówno jej matka Balbina Kaczmarek, jak i ojciec Marcin Uzarek wyjechali do pracy w głąb Niemiec. Interesowało mnie, jakie procesy mogły na to wpłynąć. Artur Rhode pisze co prawda o społeczności ewangelickiej, ale akurat w poniższym akapicie, myślę, podobne doświadczenia dotykały ostrzeszowskich wyznawców katolicyzmu:

"Życie tych wiejskich ludzi było mozolne i biedne. Piaszczysta ziemia przynosiła niewiele dochodu, 5 do 6 cetnarów z morgi, a było to już dużo. Niektóre grunty opłacało się w ogóle uprawiać dopiero po nawiezieniu kainitem i żużlami Thomasa. Gospodarstwa zakładano przeważnie na 40 do 80 morgach gruntu. A do tego jeszcze przychówku dziecięcego nie brakowało. Wprawdzie na przeszkodzie stała wysoka śmiertelność niemowląt, mimo to ludność przyrastała szybko. Gospodarstwa dzielono na połowę i na ćwierć. Mimo pewnej poprawy jakości gruntów te drobne gospodarstwa nie były w stanie wyżywić rodzin. Niemniej tylko w rzadkich przypadkach można było dokupić ziemię, gdyż majątki i lasy miały swoich stałych właścicieli. Niektórym utrzymanie dawały huty szkła, papiernie i kuźnie, niektórzy zatrudnieni byli w lasach, potem także w cegielniach i na kolei. Jednak od zjednoczenia Niemiec w 1871 rozpoczęła się wielka letnia wędrówka, która rok po roku zabierała w drogę do środkowych Niemiec znaczną część młodszych mieszkańców naszych okolic. Nazywano ich tam powszechnie robotnikami "na saksach". Spośród mojej parafii liczącej wtedy około cztery tysiące dusz mogłem czterystu zaliczyć jako jeżdżących "na saksy". Było to ponad dziesięć procent, nie biorąc pod uwagę rodzin rzemieślników i urzędników. Praca "na saksach" stanowiła gorzką konieczność. W wielu przypadkach niszczyła życie rodzinne. Także młodzi małżonkowie często w dalszym ciągu wyjeżdżali do letnich prac. Jedynie w rzadkich przypadkach dochodziło do tego, że obaj równocześnie mogli pojechać w to samo miejsce. Aby dorobić sobie, w celu zakupienia domku lub kawałka gruntu, spotykali się ponownie dopiero w listopadzie. Zdarzało się także, że wyjeżdżający "na saksy" pozostawiali swoje żony w domowych stronach a sami nie dawali później znaku życia. Co prawda do rozwodów w mojej parafii dochodziło nadzwyczaj rzadko. Częściej jednak zdarzały się wypadki porzucenia żon. Nieraz także młodzi ludzie i młode dziewczyny tracili kontakt z rodzicami i ich wpływem wychowawczym, zwyczajami wiejskimi i dyscypliną kościelną. I tak schodzili na złe drogi. Ogólnie jednak nie aż tak często. Kto wędrował w szeroki świat, nie robił tego dla szukania tam przyjemności, lecz po to, aby znojną pracą zarobić na chleb, oszczędzić i po powrocie coś kupić. Nasi robotnicy żyli więc na obczyźnie dość biednie i znojnie, mieli mało wspólnych kontaktów z  tamtejszą ludnością i nie brali udziału w jej rozrywkach. Miejscowa ludność spoglądała na nich pogardliwie z z góry, mówiła na nich "Polacken", a częściowo się na nich oburzała, bo bez tych sezonowych robotników płace w rolnictwie wzrosłyby w znacznie większym stopniu. Jednak prawdę mówiąc Niemcy pilnie potrzebowały tych wędrownych robotników. Po pierwsze zwiększone uprawy pszenicy i buraków znacznie zintensyfikowały produkcję rolniczą, toteż mimo wprowadzenia maszyn potrzebowano więcej robotników niż dotychczas. Po drugie rozwijający się w środkowych Niemczech przemysł w coraz większym stopniu ściągał robotników do pracy. Nie tylko we wsiach, ale i w małych miastach spadała liczba mieszkańców.  Toteż nasi ludzie pracujący jako robotnicy na terenach uprawy buraków cukrowych i pszenicy w Saksonii-Anhalt, Brunszwiku i Hanowerze byli bardzo poważani. Wielu z nich zgłaszało się także do robót ziemnych przy budowie dróg, gazociągów i wodociągów, ale także jako górnicy szczególnie do wydobycia węgla brunatnego w Dolnych Łużycach, ale i także do gręplarni i przędzalni znajdujących się pomiędzy Bremą a Oldenburgiem, w szczególności do Blumental i Delmenhorst."

Ciekawy wyjątek dotyczy parafii katolickiej w Ostrzeszowie, opisujący realia panujące w społeczności katolickiej regionu na przełomie XIX i XX wieku:

"Już za moich czasów katolicki kościół parafialny był o wiele za mały dla parafii, liczącej siedem tysięcy dusz. Także w obu drewnianych kościółkach na przedmieściach tylko rzadko odprawiano nabożeństwa, podobnie jak w położonych poza miastem kaplicach w Rojowie, Siedlikowie i Olszynie. Każdej niedzieli wielkie masy ludzkie tłoczyły się przed kościołem, gdyż już od dawna nie wszyscy mogli znaleźć w nim miejsce. Możliwe byłoby chyba równoczesne odprawianie nabożeństw w kościele klasztornym, który był znacznie przestronniejszy niż drewniane kościółki na przedmieściach. Proboszcz miał przeważnie do pomocy dwóch wikariuszy, jednak uparcie odmawiał organizowania takich dodatkowych nabożeństw. Uderzał mnie fakt, jakim głębokim szacunkiem cieszyli się tutaj duchowni katoliccy i jak ludzie bali się wystąpić przeciw jednemu z nich, nawet gdy jako człowiek nie zasługiwał absolutnie na szacunek."

Warto zwrócić uwagę na stosunek autora, zadeklarowanego patrioty niemieckiego, do społeczności polskiej bądź też ewangelickiej polskojęzycznej. Zwraca uwagę dbałość i umiejętność rozróżniania niuansów kulturowych pomiędzy społecznościami polską i niemiecką, na przykład wtedy, gdy opisywane są różnice w duchowości ludzi poddanych wpływom tych dwóch kultur, i jak różniły się kazania kierowane po polsku i po niemiecku do wiernych. Autor cenił podejście do religijności społeczności polskiej, pełne uczuciowości, przeciwstawiając ją chłodnemu realizmowi społeczności niemieckiej. Odnosił się z dużym szacunkiem do umiejętności organizacyjnych Polaków, stawiając za wzór księdza Piotra Wawrzyniaka, organizatora polskich organizacji kredytowych działających sprawniej od podobnych niemieckich. Krytykował działania germanizacyjne rządu pruskiego, przeprowadzane topornie i nieudolnie, choć generalnie jako Niemiec nie był przeciwny germanizacji. Reasumując jest to książka na pewno ciekawa, dla miłośników regionu, zawierająca wiele cennych spostrzeżeń ogólnej natury historycznej.

Artur Rhode, "Wspomnienia ostrzeszowskiego pastora", Poznański Klub Towarzystwa Ziemi Ostrzeszowskiej, Poznań 2004.

O Arturze Rhode, szachiście z okresu zamieszkiwania w Poznaniu w latach 1920-1945 sporo w książce Andrzeja Kwileckiego, "Szachy w Poznaniu", Wydawnictwo Poznańskie, 1990.