Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łomża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łomża. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 października 2026

Szloma i Ester Nejmarkowie z Łomży

Gdy przygotowywałem się do ostatniej genealogicznej wycieczki, której celem była Łomża, dysponowałem jedynie odpisem aktu ślubu Szlomy Nejmarka i Ester Wołowicz z 1933 roku. Ślub miał miejsce latem, 16 czerwca. Poza datą i danymi nowożeńców podano również nazwiska rodziców: Moszk Nejmark i Rywka ze Śniadowiczów oraz Izrael-Mejer Wołowicz i Leja Rywka. Przygotowywałem się do wycieczki, gdyż do Polski po raz pierwszy w życiu przylatywała córka Szlomy i Ester wraz z kuzynką (córką siostry Ester, Tobii)!


W "Księdze Pamięci Gminy Żydowskiej w Łomży", której polskie wydanie zawdzięczamy Łomżyńskiemu Towarzystwu Naukowemu im. Wagów można znaleźć informację o tym, że Mosze Nejmark był działaczem i inicjatorem Związku Kombatantów Żydowskich w roku 1934 oraz, że pracował w kierownictwie nowego szpitala żydowskiego w Łomży. Pierwszy żydowski szpital w tym mieście powstał w drewnianym budynku w roku 1857. Ten drugi, zwany nowym, powstał w sąsiedztwie starego szpitala w budynku murowanym w roku 1897, nieopodal synagogi. Rywka Nejmark, żona Mosze działała w łomżyńskim towarzystwie Chewra Kadisza. Zajmowała się czyszczeniem zwłok zmarłych kobiet przed ich pochówkiem na cmentarzu żydowskim.

W Księdze adresowej powiatu łomżyńskiego z lat 1919-1939 opracowanej przez wspomniane wyżej towarzystwo nie ma informacji o rodzinach Nejmarków i Wołowiczów. Wiadomo natomiast, że Wołowiczowie mieszkali w Łomży przy ulicy Dwornej 2.

Dzień październikowy, gdy spotkaliśmy się w lobby łomżyńskiego hotelu Gromada nie należał pogodowo do tych wymarzonych. Było jesiennie, nie padał deszcz, niebo było zachmurzone. Zawiewał za to nieprzyjemny zimny wiatr. Jednak wszystkim nam udzielał się entuzjazm. Rozpoczęliśmy od wizyty w łomżyńskim archiwum, po to aby odnaleźć oryginalny akt ślubu Szlomy i Ester, a także w miarę możliwości i ochoty spróbować odnaleźć inne dokumenty.


Szloma Nejmark w 1933 roku był kawalerem, stałym mieszkańcem Łomży, ale miał już 35 lat. Estera Wołowicz była 32-letnią panienką, i tu spotkała mnie pierwsza niespodzianka - była stałą mieszkanką Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej zamieszkałą w Ameryce.

- To Ester przybyła z Ameryki do Łomży, aby wziąć ślub ze Szlomą? W jaki sposób się poznali?  - zapytałem.

- Spotykali się już wcześniej. Gdy Ester emigrowała, matka Szlomy poprosiła ją, żeby wróciła, aby poślubić Szlomę i ta dotrzymała obietnicy.

W dokumencie tym podano również nazwisko panieńskie matki Estery - Dołowicz.

Odaleźliśmy również akt urodzenia Estery, który zarejestrowano w księdze urodzeń w 1901 roku. Akt urodzenia Szlomy Nejmarka zarejestrowano zaś w roku 1911, mimo, że ten urodził się w roku 1898. W dokumencie tym zapisano, że Moszek Nejmark - ojciec Szlomy w roku 1911 miał 54 lata i był właścicielem łaźni w Łomży.

Z archiwum pojechaliśmy do historycznej dzielnicy żydowskiej.

Budynek nowego szpitala żydowskiego został zniszczony przez Niemców w roku 1940, ale odbudowany po wojnie służy dziś jako siedziba III Liceum Ogólnokształcącego. Jest to jeden z nielicznych reliktów architektonicznych pozostałych po społeczności żydowskiej Łomży.


Innym jest budynek dawnej mykwy przy ulicy Zamiejskiej 6. Po 1989 roku pełnił funkcję hotelu. Dziś niszczeje.


Czy to ta łaźnia należała do Moszka Nejmarka? Podejrzewam że nie. Henryk Sierzputowski pisze w swym artykule "Dawne łomżyńskie kościoły, domy modlitwy i cmentarze", że "przy zbiegu ulic Senatorskiej i Szkolnej Żydowska Gmina Wyznaniowa wzniosła na użytek szpitala synagogę. Obok mieściła się łaźnia („mykwa”), z pomieszczeniami do modlitw i uroczystego hebrajskiego ceremoniału obmycia zmarłego. Inne znaczące zabudowania skarpy to żydowskie szkoły wyznaniowe stopnia podstawowego, średniego i wyższego dla rabinów, zwane „Talmud – Tora” oraz budynki gospodarcze. Wszystkie te obiekty, chociaż solidnie murowane z czerwonej cegły, uległy (oprócz budynku szpitala) zniszczeniu podczas II wojny światowej."

Podejrzewam więc, że Moszek Nejmark mógł być właścicielem tejże mykwy przyszpitalnej, a Rywka - jego żona mogła zajmować się w tym budynku obmywaniem ciał zmarłych kobiet i przygotowywaniem ich do pochówku.

Na obiad poszliśmy do baru "Smakosz". Bardzo lubię to miejsce położone nieopodal archiwum. Poza smacznym domowym jedzeniem i bardzo miłą obsługą jest tam jeszcze coś. Czasem, gdy wracam z archiwum, idę do Smakosza, zamawiam obiad, schodzę po schodkach na dół i zanurzam się w pracy przy laptopie. Jestem odizolowany od szumu ulicy, mam miejsce, aby rozłożyć swe rzeczy. Tam też w czasie wycieczki miałem okazję zapoznać się ze zdjęciami rodzinnymi rodziy Nejmarków. I oniemiałem. Szloma i Ester znali się bardzo długo przed ślubem. Szloma Nejmark brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej i tuż przed podróżą na front litewsko-białoruski wysłał do Ester zdjęcie przedstawiające pięciu mężczyzn, z których trójka ubrana jest w uniformy wojskowe. Jednym z nich po prawej stronie jest Szloma. Na odwrocie zdjęcia zapisano: "W dowód pamięci dajemy wspólnie naszą fotografię dla Estusi przed moim wyjazdem na front Litewsko-Białoruski. Dnia 10.04.1920." Zdjęcie wysłane zostało do Ester prawdopodobnie dopiero 10.07.1922 roku z Łomży. Jeśli tak, to gdzie była wtedy Ester?



Kolejne zdjęcie przedstawia już samego Szlomę. Zdjęcie wykonano w łomżyńskim atelier fotograficznym "Bernardi" prowadzonym przez Leona Jasienowskiego, o czym świadczy ślad pieczęci zakładu. Towarzyszy mu następujący napis na odwrocie:

"W dowód pamięci daję swoją podobiznę E.W. podczas przepędzania I-szy urlop w Łomży. Dnia 15.10.1920." I tu również zapisano drugą datę: Łomża, dnia 18.09.1922. Czyżby Estera była wówczas poza Łomżą?



Miałem okazję zobaczyć również podobiznę Estery. Fotografię wykonano również w atelier "Bernardi", a na odwrocie zapisano "Neumarku - Estera. Łomża, 16.08.1921."



Gdy oglądałem te zdjęcia podczas oczekiwania na obiad w Smakoszu, myślałem, że Ester już na początku lat 20-ych wyjechała do Stanów Zjednoczonych, a Szloma czekał na nią przynajmniej 12 lat, aby móc powiedzieć "tak" przed rabinem łomżyńskiej synagogi. Być może Estera była w Ameryce w roku 1922 i później wróciła. W zaciszu domowym, już po wycieczce, znalazłem ją na liście pasażerów statku "George Washington" wyruszającego z Bremy do Ameryki w grudniu 1925 roku.


Naczekali się młodzi tak czy inaczej, gdyż ślub miał miejsce dopiero 7 lat po wyjeździe Estery do Ameryki. A dziś, tyle epok historycznych później, dzięki córce Szlomy i Ester miałem niezwykłą okazję zanurzyć się w tej historii.

poniedziałek, 28 września 2026

Morderstwo flisaka pod Łomżą

W numerze 38 Gazety Świątecznej z 1891 roku ukazał się taki oto artykuł:

"Zbrodnia się nie ukryje.

Niejaki Józef Harzewski trudniący się od lat wielu spławianiem drzewa, płynąc niedawno jako retman rzeką Narwią, zatrzymał się na odpoczynek w pobliżu Łomży. Tu w nocy rabusie jacyś w liczbie dwunastu podpłynęli do tratwy, związali śpiących flisaków i zażądali od retmana pieniędzy. Harzewski oddał wszystko, co miał, myśląc, że w ten sposób życie ocali. Zbóje jednak zamordowali go, pewnie z obawy, żeby ich nie wydał. Pomimo to, trafiono prędko na ślad łotrów i sedmiu już ujęto, a więc i pozostali pewnie się nie ukryją."


Akt zgonu Józefa Chorzowskiego (nie Harzowskiego) został zarejestrowany w aktach stanu cywilnego parafii rzymskokatolickiej w Łomży pod numerem 257. Zapisano, że Józef zmarł w Łomży 17 lipca 1891 roku w wieku 51 lat o godzinie 10 wieczorem. Był austriackim poddanym, zamieszkałym na stałe w Warszawie, synem Mikołaja i Julianny Chorzowskich. Pozostawił po sobie żonę Katarzynę z Kyrców.


Zaciekawiło mnie, skąd konkretnie mógł pochodzić Józef Chorzowski vel Harzewski. Być może ktoś prowadzi badania genealogiczne tej rodziny i nie spodziewa się, że aktu zgonu jednego z jej członków należy szukać w Łomży.

Wszystko wskazuje na to, że Józef Harzowski urodził się w Zabierzowie Bocheńskim w roku 1840 w obecnym województwie małopolskim w rodzinie Mikołaja Harzowskiego i Julii z Markowiczów. W roku 1866 poślubił w Mikluszowicach Katarzynę Hyrc, z którą miał przynajmniej dwóch synów, Józefa Jana urodzonego w roku 1867 i Jana urodzonego w roku 1873.

poniedziałek, 17 listopada 2025

Malarstwo Szymona Czechowicza w województwie podlaskim

Od dawna kusiło mnie aby spróbować wybrać się w podróż śladami dzieł Szymona Czechowicza na Podlasiu, naszego największęgo malarza okresu baroku. Wcześniej interesowałem się malarstwem twórców ściśle związanych z dworem Jana Klemensa Branickiego w Białymstoku: Antonim Herliczką i Augustynem Mirysem. W 2013 roku zorganizowałem dzięki pomocy Regionalnego Oddziału PTTK w Białymstoku wycieczkę śladami Antoniego Herliczki, a rok później wycieczkę śladami Augustyna Mirysa, która wzbudziła spore zainteresowanie. Szymon Czechowicz nie był związany z Białymstokiem, ale ma na swym koncie współpracę z Janem Klemensem Branckim. Pozostawił swoje dzieła w wielu miejscach dzisiejszego województwa podlaskiego.

Artykuł niniejszy przygotowałem korzystając z monografii Józefy Orańskiej "Szymon Czechowicz 1689-1775" wydanej już po II wojnie światowej, jednak oddanej do druku już w roku 1939 i zniszczonej przez okupantów niemieckich. Józefa Orańska miała sporo szczęścia. Notatki, rękopis pracy, fotografie i jeden egzemplarz korekty drukarskiej przetrwały w wieży kościoła Bożego Ciała w Poznaniu, mimo zrujnowania tej świątyni.
Nieocenioną pomocą przy pisaniu artykułu okazał się przede wszystkim katalog wystawy (prawdziwa "cegła") poświęconej dziełom Szymona Czechowicza, która został otwarta mimo pandemii w Muzeum Narodowym w Krakowie jesienią 2020 roku. Taka monumentalna wystawa, gdzie zebrano kolekcję dzieł Czechowicza z wielu kościołów w Polsce i zagranicą oraz z kolekcji prywatnych mogła zdarzyć się tylko raz za człowieczego życia.


Józefie Orańskiej zawdzięczamy poznanie dokładnej daty chrztu Szymona Czechowicza, gdyż to ona odnalazła jego metrykę chrztu w księgach parafii Wszystkich Świętych w Krakowie. Szymon Czechowicz został ochrzczony 22 lipca 1689 roku. Był synem Jana Czechowicza, krakowskiego złotnika i Kunegundy, a jego rodzicami chrzestnymi byli Jan Ceypler i Zofia Glińska.

Jan Czechowicz z kolei był synem Wojciecha Czechowicza, rajcy miasta Radoszyce w ziemi kieleckiej.

Ojciec oddał młodego Szymona na naukę i do gry w kapeli muzycznej na dworze Franciszka Maksymiliana Ossolińskiego. Ossoliński znany był z tego, że finansował edukację niezamożnej młodzieży w kraju i zagranicą. Traf chciał, że Szymon Czechowicz w nowym miejscu zetknął się z nieznanym z nazwiska nadwornym malarzem swego protektora, co pociągnęło za sobą zainteresowanie malarstwem kosztem muzyki, a to z kolei skłoniło Ossolińskiego do sfinansowania nauki malarstwa młodemu Czechowiczowi w Rzymie, do którego ten wyjechał około roku 1711.

Najwcześniejsza wzmianka o pobycie Szymona Czechowicza w Rzymie pochodzi z roku 1714. Jego nazwisko i imię widnieje na protokole z generalnego zebrania Arcybractwa św. Trifona, Respicja i Ninfy członków narodowości polskiej w aktach kościoła polskiego na via Botteghe Oscure, wśród nazwisk uczestników spotkania.
 
Pierwsza wzmianka o Szymonie Czechowiczu malarzu pochodzi zaś z roku 1715, gdy zarząd polskiego kościoła św. Stanisława w Rzymie powierzył mu namalowanie obrazu Jezusa Ukrzyżowanego, a następnie rozliczył się z początkującym artystą za namalowane dzieło do zakrystii tej świątyni. Jest to najstarsza znana i wciąż istniejąca praca Czechowicza.

Nie udało się ustalić, u jakiego malarza kształcił się Szymon Czechowicz w Rzymie. Jak wskazuje Józefa Orańska, na Czechowicza najsilniejszy wpływ wywarł marattyzm reprezentowany przez wielu działających wówczas w Rzymie naśladowców zmarłego w roku 1713 Carla Maratty, reprezentanta późnego baroku.

Prawdopodobnie Szymon Czechowicz studiował u jednego z malarzy należących do Akademii św. Łukasza, gdyż sam został laureatem jej konkursu w roku 1716.

Jest wielce prawdopodobne, że Szymon Czechowicz będąc w Rzymie obsługiwał Polaków przybywających do tego miasta. Możliwe jest również, że wykonywał prace dla rodziny Ossolińskich, jako jej stypendysta.

W roku 1731 Szymon Czechowicz był już z powrotem w Rzeczypospolitej. Stanął wówczas do konkursu malarskiego z Janem Samuelem Mockiem, którego celem było prawdopodobnie uzyskanie tytułu malarza nadwornego króla Augusta II Mocnego, który to tytuł otrzymał Jan Samuel Mock.

W roku 1737 (po śmierci Mocka) Szymon Czechowicz ponownie starał się uzyskać tytuł nadwornego malarza królewskiego (tym razem na dworze Augusta III), jednak i tym razem zatrudnienie na dworze monarchy znalazł kto inny - Jan Adolf Pöppelman.

Po powrocie do kraju z Rzymu namalował szereg prac dla swego protektora Franciszka Maksymiliana Ossolińskiego. Pracował dla rodzin Tarłów, Szaniawskich, wykonał też wiele prac dla wielu kościołów ówczesnej Rzeczypospolitej.

W połowie XVIII wieku prawdopodobnie prowadził wraz z Łukaszem Smuglewiczem szkołę malarstwa w kamienicy Pod Fortuną w rynku Starego Miasta w Warszawie.

Rodziny nigdy nie założył. Pod koniec życia mieszkał u Łukasza Smuglewicza ożenionego ze swą siostrzenicą Reginą Olesińską. W Warszawie też zmarł 21 lipca 1775 roku. Pochowany został w krypcie kościoła Kapucynów w Warszawie.



Jego sztukę przyporządkowuje się do eklektyzmu - stylu, który był zjawiskiem powszechnym we Włoszech od XVI do XVIII wieku. Przedstawicielem eklektyzmu w malarstwie był między innym Carlo Maratta, a Czechowicz był z kolei jednym z wybitniejszych naśladowców Maratty. Dzięki jednak indywidualnemu stylowi dzierży pierwsze miejsce wśród malarzy późnego baroku w Polsce. Jego sztukę religijną charakteryzują idealizm, liryzm, ascetyzm i mistycyzm. Każde jego dzieło osiąga widoczną harmonię  dzięki przemyślanej i swobodnie zbudowanej kompozycji, opanowanemu rysunkowi, subtelnej kolorystyce oraz widocznej łączności uczuciowej postaci. Stany psychiczne dominujące w jego malarstwie oddane są najczęściej w lirycznym łagodnym nastroju religijnym lub w ekstazie. Charakter barokowy dzieł Czechowicza podkreślony jest przez silne poruszenie postaci oraz zamykanie kompozycji w przekątnej lub w dwóch przekątnych.

Szymon Czechowicz przez całe niemal życie tworzył prawie wyłącznie malarstwo religijne, przez co w jego malarstwie trudno zaobserwować wyraźne zmiany stylu i formy. Raczej trzymało się ono pewnych stałych norm i szablonów. Poza malarstwem religijnym Szymon Czechowicz malował również portrety.

Jednym z nich mógł być portret pastelowy Izabeli Branickiej, który obiecał wykonać Szymon Czechowicz przed świętami wielkanocnymi, odpisując na list hetmana Jana Klemensa Branickiego z 8 marca 1849 roku.


XVIII-wieczna Rzeczpospolita nie wykształciła znaczących ośrodków artystycznych, tak jak to było we Włoszech czy Francji, gdzie powstały akademie artystyczne, skupiające i kształcące czołowych malarzy, finansowane przez władzę centralną. Raczkująca warstwa mieszczańska z kolei nie była w stanie stworzyć rynku sztuki, tak jak to było chociażby w Holandii, Flandrii, czy krajach niemieckich. Utrzymanie polskim malarzom zapewniały wówczas zamówienia z dworu królewskiego, jak i z rozsianych po całym kraju licznych dworów magnackich. Szymon Czechowicz, wykształcony w Rzymie, znajdował się w czołówce artystów w naszym kraju. Był jednym z najwybitniejszych, ale i najbardziej płodnych artystów. Swoje prace opatrywał datami rzadko, jego styl niemal nie ulegał przemianom, więc w przypadku braku wzmianek źródłowych nie da się określić daty powstania wielu z jego dzieł.

Między rokiem 1731, a 1737 namalował "Koronację Matki Boskiej" do nowo wznoszonego przez Ossolińskich kościoła parafialnego w Ciechanowcu. Jest to jedno z najdoskonalszych dzieł malarza, dzięki przemyślanej kompozycji, wyważonej kolorystyce i dopracowaniu detali. "Rozmnożenie chleba i ryb" oraz obraz przedstawiający "Świętego Błażeja" znajdujące się w tej samej świątyni zostały namalowane w tym samym prawdopodobnie czasie.




Podobnie jak "Ukrzyżowanie" znajdujące się od 2004 roku w depozycie Muzeum Diecezjalnego w Drohiczynie.


W Drohiczynie w Muzeum Decezjalnym znajduje się także obraz Franciszka Maksymiliana Ossolińskiego, protektora Czechowicza. Obraz ten do 2004 roku znajdował się w posiadaniu parafii w Ciechanowcu. Obraz namalowany został prawdopodobnie przed 1735 rokiem.


Najlepsi malarze w Rzeczypospolitej w XVIII w. byli rozchwytywani. Józef Franciszek Sapieha, podskarbi nadworny litewski próbował próbował pozyskać Szymona Czechowicza do swych boćkowskich inwestycji bezskutecznie. Czechowicz wymawiał się brakiem czasu. Wykonał tylko jeden obraz do fundowanego przez Sapiehę kościoła - Świętego Józefa z Dzieciątkiem w roku 1736.


W latach 1748-1750 artysta wykonał zespół pięciu płócien ołtarzowych do kościoła Misjonarzy w Tykocinie na zlecenie Jana Klemensa Branickiego. Jako pierwszy w styczniu 1749 roku został ukończony obraz pt. Trójca Święta do ołtarza głównego.


Szymon Czechowicz wykonał wiele dzieł w oparciu o ten sam motyw Trójcy Świętej. Obraz z kościoła w Tykocinie uważany jest za najdoskonalszy z nich. Podobne przedstawienie znajduje się w Turośni Kościelnej. Obraz ten niejednorodny stylistycznie, noszący widoczne, gorsze partie wykonane w warsztacie Czechowicza orzez jego uczniów, został wykonany prawdopodobnie w II połowie XVIII wieku.


W maju 1749 roku został ukończony obraz przedstawiający "Męczeństwo św. Katarzyny Aleksandryjskiej" do świątyni tykocińskiej, dedykowany matce Jana Klemensa Branickiego, Katarzynie Scholastyce z Sapiechów Branickiej.


Kolejnym ukończonym dziełem do tykocińskiej świątyni był obraz przedstawiający "Męczeństwo św. Szczepana", dedykowany Stefanowi Mikołajowi Branickiemu, ojcu Jana Klemensa.


"Ukrzyżowanie", hołd dla Marii Magdaleny, kolejny obraz do tykocińskiej świątyni ukończył artysta na początku 1750 roku.


Ostatnim ukończonym obrazem do kościoła w Tykocinie była "Św. Elżbieta Portugalska", poświęcony małżonce Elżbiecie Branickiej z Poniatowskich, znanej bardziej pod hiszpańskim odpowiednikiem imienia Elżbieta, Izabeli.


Około 1760 roku Szymon Czechowicz przebywał w Siemiatyczach, gdzie wykonał dwa duże płótna do ołtarza wielkiego i bocznego miejscowej świątyni księży misjonarzy, jak można dowiedzieć się z "Dyariusza bytności króla Stanisława Augusta w Siemiatyczach w grudniu 1793." Są to "Wniebowzięcie Matki Boskiej" w ołtarzu głównym i "Kazanie św. Wincentego a Paulo" w ołtarzu bocznym. Ostatnio jednak autorstwo obrazu w ołtarzu głównym przypisuje się coraz częściej Bazylemu Marcinkiewiczowi.



Pod koniec życia malował jeszcze obraz św. Franciszka Serafickiego, otrzymującego odpust porcjunkula do kościoła oo. kapucynów w Łomży, jak można dowiedzieć się z Rękopisu Kroniki Klasztorów OO. Kapucynów w Krakowie z roku 1775. Obraz ten (250x150) znajduje się dziś w ołtarzu bocznym kościoła.


Obraz przedstawiający św. Jana Nepomucena znajduje się w jednym z ołtarzy bocznych kościoła w Ostrożanach. Być może trafił tam zaraz po wybudowaniu kościoła w roku 1758 lub też w roku 1783 przy okazji konsekracji świątyni.


Przedstawienie Trójcy Świętej autorstwa Szymona Czechowicza znajduje się również w nastawie ołtarza głównego tego kościoła.


Paweł Giergoń, "Siemiatycze - kościół p.w. Wniebowzięcia NMP"

piątek, 24 maja 2024

Wypadek przy kopaniu studni w Łomży

Kopanie studni w dawnych czasach, gdy nie było wodociągów było szlachetnym zajęciem, ale też szalenie niebezpiecznym. 3 lata temu pisałem o wypadku w Rutkach Kossakach, który wydarzył się w roku 1884. Podobne zdarzenie miało miejsce w Łomży 2 lata później. W numerze 38 Gazety Świątecznej z 1886 roku ukazał się natępujący artykuł:

"Żywcem zagrzebani. W gubernjalnem mieście Łomży zdarzył się w zeszłym miesiącu, dnia 27, straszny wypadek. Kopali tam właśnie w rynku studnię, ale dopiero na głębokości 78 łokci pokazała się woda. Część tej studni do wysokości 12 sążni już ocembrowano, ale wyżej aż do góry wsadzono tylko calowe deski. Widać, były one za cienkie i nie mogły znieść naporu ziemi, bo raptownie rozsunęły się, ziemia się oberwała i zasypała robotnika Nitkowskiego oraz przedsiębiorcę Tobjasza, żyda. Na razie wszyscy głowy potracili i nie myśleli o ratunku. Dopiero gdy o godzinie 8 wieczorem przybył gubernator, kazał się zabierać do odkopywania. Do godziny jednak trzeciej po południu dnia następnego nie dobrali się jeszcze do zasypanych. Co się stało z nimi, nie mamy jeszcze wiadomości."


W artykule ukazały się nazwiska nieszczęśników, przydatne jeśli ktoś zajmuje się genealogią Nitkowskich i Tobiaszów z Łomży. Jednak autor artykułu nie ustrzegł się błędu o czym za chwilę.

W księgach zgonów parafii rzymskokatolickiej pw. św. Michała w Łomży odnotowano w roku 1886 zgon Wojciecha Nitkowskiego pod numerem 234. W metryce napisano, że 27 sierpnia 1886 roku o godzinie 3 po południu umarł w Łomży Wojciech Nitkowski, 24-letni murarz z Łomży, syn Andrzeja Nitkowskiego i Marianny Nitkowskiej z Rozenków. Pozostawił po sobie owdowiałą żonę Józefę Nitkowską z Podgorzaninów.


Błąd o którym wspomniałem dotyczy przedsiębiorcy Tobiasza. Można się o tym przekonać wertując księgi zgonów okręgu bożniczego w Łomży za rok 1886. W roku tym nie zmarła żadna osoba o tym nazwisku. Miałem po cichu nadzieję, że odkryję powiązanie pomiędzy zmarłym, a Jakowem Tobiaszem znanym z uratowania grupy żydowskich sierot z Białegostoku, które podczas wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej w 1941 roku przebywały na koloniach w Drukiennikach. Nic z tych rzeczy.

Metryka zgonu drugiego zmarłego została spisana dopiero 24 września 1886 roku i w przeciwieństwie do pierwszej spisano w niej dokładne okoliczności śmierci. Zapisano w niej, że 27 sierpnia tego roku o godzinie 4 po południu podczas budowy studni na Starym Rynku w Łomży zasypany został ziemią mistrz budowy studni, Tewja Witkiewicz, 46 lat mający, syn Judka i Estery Witkiewicz, pochodzący z Cydzyna w gminie Rogienice, mieszkający czasowo w Łomży. Tewja pozostawił po sobie owdowiałą żonę, Entę Libę Sacharownę z domu Marchewicz.


wtorek, 9 listopada 2021

Adolf Suski z Kupisk koło Łomży

 Czasem człowiek natknie się na artykuł-laurkę w starej prasie i przez brak źródeł porównawczych trudno mu ocenić, czy piszący wyrażał tylko swoją subiektywną opinię, czy też opinię tak zwanego ogółu. "Gazeta Świąteczna" od momentu swego powstania w roku 1881 angażowała się w odrodzenie polskości na wsi drogą pozytywistyczną poprzez likwidację analfabetyzmu, zwiększenie czytelnictwa, wiedzy rolniczej, walkę z pijaństwem, paleniem papierosów, emigracją. Jednym z przykładów takiej walki jest list czytelnika Antoniego Szymanowskiego ze wsi Kupiski koło Łomży, zamieszczony w numerze 21 "Gazety Świątecznej z roku 1885, będący swoistą laurką wystawioną innemu mieszkańcowi tej wsi Adolfowi Suskiemu.

Kupiski to wioska, jaką często mijałem jadąc w kierunku Olsztyna lub powracając znad morza. Niczym szczególnym nie wyróżniała się. No może poza tym, że zwiastowała bliskość Łomży podczas powrotów.



"Nowiny.

O wsi Kupiskach, co leży w Łomżyńskich stronach nad rzeką Narwią, znaleźliśmy takie wiadomości w liście czytelnika naszego Antoniego Szymanowskiego, że miło posłuchać. Nie jest to taka wioska, żeby o niej trudno było coś dobrego napisać. Lud tam żyje dziś trzeźwo i nie w takiej już ciemnocie jak dawniej. Jest w niej cała kopa (bo 60) gospodarzy, a ledwie trzech może znajdzie się, co jeszcze piją wódkę. Można jednak spodziewać się, że i ta trójka do ogółu się przyłączy i wyrzeknie się gorzałki. Dawniej i tam tak samo, jak po niektórych innych wioskach, wolny czas od roboty spędzali ludzie w karczmie przy kieliszku i na pustej gadaninie albo wrzaskach. A dziś w Kupiskach już całkiem inaczej się dzieje.

Zgromadzają się tam i teraz ludzie w święta, a czasem i w dnie powszednie, ale nie do karczmy, tylko do domów dwóch porządnych i gościnnych gospodarzy - Adolfa Suski (czy Suskiego?) i Apolinarego Sawickiego, gdzie im każda godzina mile, a z pożytkiem dla duszy płynie. W niedzielę idą z kościoła wprost do domów, posilają się obiadem, a potem jeden drugiemu przypomina: "Chodźmy, sąsiedzie, do Suski, może on już tam zaczął czytać Gazetę!" Biorą czapki i idą słuchać głośnego czytania. A przy takiem czytaniu to i dobra myśl niejednemu przyjdzie do głowy, i rozumna pogawędka czasem się nawiąże. Tak mijają wieczory niedzielne. W dnie zaś powszednie, kiedy przypadnie obchód jakiej pamiątki religijnej, to idą ludzie ze wsi do tych samych dwóch gospodarzy, Suski i Sawickiego, na śpiewy nabożne i czytanie objaśnień stosownych. W taki sposób naprzykład obchodzili co piątek w wielkim poście stacje czyli pamiątkę drogi krzyżowej Pana Jezusa; teraz zaś pewnie gromadzą się tam znów na nabożeństwo majowe. A w domach gospodarzy, gdzie te zgromadzenia się odbywają, tak czyściuchno, taki ład i porządek, że tylko brać przykład każdemu.

Szczęśliwa wioska, co ma takich gospodarzy. Suska naprzykład - to prawdziwy krzewiciel oświaty i obyczajności między sąsiadami. Czy wesele, czy jaka inna zabawa we wsi, to wszystkim jakoś markotno, póki jego nie ma. A gdy on przyjdzie, zaraz inne życie. Znajdzie też zawsze coś ciekawego do opowiadania: nie powtarza jakichś tam plotek, ale mówi o rzeczach rozumnych i prawdziwych, o których ma dużo różnych wiadomości z książek lub z gazety. Dom jego zawsze jest otwarty dla podróżnego, a każdy biedak dostanie tam jałmużnę. Wychowuje tez dwoje sierot, o które dba tak, jakby o własne dzieci. Chłopczyka posyła do szkółki, a wieczorami sam go uczy; dziewczynką zaś opiekuje się głównie jego żona, która przyucza ją do robót gospodarskich, do szycia, do robótek szydełkowych i do krosien.

Nietylko same Kupiski, ale cała okolica korzysta z dobrych rad i przykładu takiego Suski. On to zaprowadził zwyczaj zgromadzania się po domach, on też zachęcił ludzi do Gazety. Żeby to każda wioska polska miała takiego przodownika!

Ale jest i w Kupiskach coś niedobrego, co koniecznie ludzie zmienić powinni. Oto pewien żydek utrzymuje tam sklepik, w którym między innemi rzeczami sprzedaje tytuń i papierosy. Gdyby przynajmniej zważał na to, komu sprzedawać, a komu nie, i gdyby brał za swój towar tylko pieniądze! Ale on psuje dzieci i młodzież, bo przyjmuje od nich tak zwane "tchórze" czyli zboże i kartofle, dając im wzamian papierosy. Niedorostki i parobki tym sposobem uczą się kraść, przyuczają się do palenia, a kryjąc się z papierosami po gumnach, mogą wieś spalić. Gospodarze więc kupiscy powinni raz zebrać się i postanowić, żeby niedorosłym nie wolno było ćmić tytuniu; handlarzowi zaś zakazać jak najsurowiej, aby nie ważył się sprzedawać tytuniu niedorosłym i przyjmować od nich zboże, kartofle lub inne rzeczy z zapasów gospodarskich. Gdyby zaś nie był posłuszny takiemu zakazowi, niech go wyrugują ze wsi. Może też oni posłuchają tej rady i usuną ze wsi pokusę złego dla swych synów i parobczaków.

Są i takie wioski, którym dawać dobre rady w Gazecie, to to samo, co rzucać groch na ścianę; aleć Kupiski do takich wiosek nie należą, tam ludzie chyba rozumniejsi być muszą."

Niespełna 5 lat po ukazaniu się artykułu Kupiski straciły Adolfa Suskiego. Wśród metryk zgonu parafii łomżyńskiej w roku 1890 znalazłem informację o zgonie Adolfa Suskiego 24 marca 1890 roku w Kupiskach. W chwili śmierci miał 50 lat i pozostawił po sobie żonę Agatę z Szymczyków. Osobie zgłaszającej zgon Adolfa nieznane były imiona i nazwiska jego rodziców. Być może był on tożsamy z Adolfem Suskim urodzonym w 1838 roku w Nieławicach w parafii Wizna, synem Kacpra Suskiego i Rozalii z Borawskich. Odpowiedź na to pytanie mogłaby przynieść dalsza kwerenda. Ciekawe też co stało się z wychowywanymi przez niego sierotami.


środa, 4 sierpnia 2021

Rodzina Klinkowsztejn czyli moja malutka cegiełka do "Księgi pamięci gminy żydowskiej w Stawiskach"

Dziękuję Mirosławowi Reczce za "Księgę pamięci gminy żydowskiej w Stawiskach". Książka, którą właśnie przeczytałem stoi na wysokim poziomie edytorskim. Przekład z języka angielskiego jest bardzo dobry, co nie jest niestety współcześnie żadną normą i co ważne -  dołączony został na końcu indeks nazwisk występujących w tekście. Dzięki temu, gdy będę chciał kiedyś wracać do książki, nie będę musiał wertować kartka po kartce, aby poszukiwane nazwisko znaleźć. Łomżyńskie Towarzystwo Naukowe im. Wagów bardzo profesjonalnie przygotowało to wydawnictwo.


Tradycja spisywania ksiąg pamięci przez Żydów sięga okresu średniowiecza, gdy na obszarach zachodnich i południowych Niemiec oraz Szwajcarii rozpoczęto spisywanie ksiąg upamiętniających ofiary ówczesnych rozruchów i pogromów antyżydowskich. Po drugiej wojnie światowej spisywanie ksiąg pamięci przez osoby ocalałe z Holocaustu stało się powszechne. Księgi te spisywane były głównie w językach hebrajskim i jidysz i do dziś wciąż wiele z nich nie zostało przetłumaczonych na język angielski, nie mówiąc już o przekładach na język polski.

"Księga pamięci gminy żydowskiej w Stawiskach" to kolejna księga pamięci przeczytana w ostatnim czasie przeze mnie. Mam w związku z tym kilka refleksji natury ogólnej, którymi poniżej chciałbym się podzielić.

Księgi pamięci to zebrane w całość wspomnienia wielu osób pochodzących ze społeczności żydowskiej, związanych z konkretnym miejscem. Pisane są w sposób subiektywny i pełen emocji. Niektóre teksty stoją na bardzo wysokim poziomie. W niektórych wyłapać można nieścisłości, zwłaszcza, gdy traktują o historii danej miejscowości. Ksiegi trzeba czytać z uwagą, gdyż teksty pisane przez tak wiele osób nie są stylistycznie jednorodne. Zdecydowana większość to teksty odkrywcze dla nas wychowanych w kregu kultury polskiej.

Opisują świat społeczności żydowskich o których większość z nas wie niewiele lub wcale. Wprowadzają do świata kultury egzotycznej, obcego, pełnego znaczeń, których nie rozumiemy. Osoby ważne dla społeczności żydowskich, które są upamiętnione na kartach ksiąg pamięci są zupełnie nieznane dla nas, wychowanych w polskim kręgu kulturowym. Mają w związku z tym dużą wartość poznawczą. Często można spotkać się z opiniami, że księgi pamięci są pod względem historycznym, delikatnie mówiąc niedokładne, zawierają wiele błędów. Mam wrażenie, że opinie takie, choć częściowo uzasadnione, są podyktowane w dużej mierze tym, że Polacy są często opisywani w niekorzystnym świetle. Nie ma się co temu dziwić. Nie da się zaprzeczyć istnieniu przedwojennego antysemityzmu, szmalcownictwa podczas II wojny światowej, wydawania Żydów Niemcom, zabójstw, wreszcie pogromów na terenach okupowanych do czerwca 1941 roku przez Sowietów dokonywanych tuż po ucieczce dotychczasowych okupantów przed nadchodzącymi rządami niemieckimi. Nie ma potrzeby, aby w obronie szafować argumentami o karze śmierci grożącej za ukrywanie Żydów, o ilości Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata wywodzących się z Polski, czy o stosunku polskiego państwa podziemnego do tzw. szmalcowników. O wiele korzystniej jest próbować zrozumieć, dlaczego taki jest stosunek wielu z tych którzy przeżyli Shoah do Polaków. I wyobrazić sobie siebie jako członka społeczności żydowskiej, który stracił najbliższych, sąsiadów, przyjaciół, domy, miejsca pracy, a wcześniej przez lata żył w środowisku, które w najlepszym wypadku niechętnym okiem spoglądało nań. Jak pisał Józef Mackiewicz "Tylko prawda jest ciekawa". A poznawanie prawdy to czytanie i konfrontowanie różnych źródeł historycznych, często opisujących rzeczywistość jaką karmiono nas w szkołach i domach rodzinnych w sposób zupełnie inny, niejako opozycyjny do tego, który znamy. Często niemiły naszemu uchu.

"Księga pamięci gminy żydowskiej w Stawiskach" poza tym, że odkrywcza ogólnie w sensie poznawczym, jest ważna dla mnie ze względu na wzmianki o konkretnych osobach. W Stawiskach urodził się bowiem Akiba Rubinstein, jeden z największych polskich szachistów w ogóle, a w pewnym okresie swego życia jeden z kilku najsilniejszych szachistów świata. Akiba Rubinstein był najlepszym zawodnikiem polskiej drużyny na olimpiadzie szachowej w Hamburgu w roku 1930, gdy jedyny raz w historii zdobyliśmy złoto. Pamiętam, jak w drugiej połowie lat 80-ych kupowałem w księgarni przy ulicy Słonecznej w Gorzowie książkę Krzysztofa Pytla poświęconą partiom i końcówkom szachowym Akiby Rubinsteina. Studiowanie tej książeczki niewatpliwie przyczyniło się wówczas do podniesienia poziomu mojej gry. W "Księdze pamięci gminy żydowskiej w Stawiskach" znalazły się teksty Pesacha Kaplana, wywodzącego się ze Stawisk znanego wydawcy gazety "Das Neie Leben" w Białymstoku w okresie międzywojennym. To we wspomnieniach Pesacha Kaplana znalazły się wzmianki o Akibie Rubinsteinie. Informacje genealogiczne zaś dotyczące znanego szachisty zamieścił w księdze Akiva Fett. Akiba Rubinstein urodził się w Stawiskach w roku 1882 jako czternaste dziecko Akiby Rubinsteina, który z kolei był synem Jaakowa Jonatana Rubinsteina, rabina Grajewa. Matką Akiby była Reizel z domu Deneberg. Ojciec zmarł osiem miesięcy przed narodzinami dziecka na gruźlicę, stąd Akiba otrzymał imię po nim. Matka po śmierci męża przeniosła się do Białegostoku wraz z dziećmi i tam poślubiła rabiego Hellera, znanego jako Geniusz (Illuy) z Pińska. Przy okazji warto wspomnieć, że pierwszą znaną partię szachową Akiba Rubinsteinn rozegrał w roku 1902 w Białymstoku z niejakim inżynierem Bartoszkiewiczem ze Starosielc. O próbach (dotychczas nieudanych) ustalenia kim był pierwszy znany partner szachowy późniejszego mistrza pisał Tomasz Lissowski w "Szachowej Vistuli".


W księdze znalazła się również wzmianka o Israelu Rozenbergu z Łomży, twórcy instytucji "Ezras Tora" w Nowym Jorku, której celem było zaoferowanie wsparcia w honorowy sposób tysiącom uczonych i ważnych ludzi w Izraelu i w Diasporze. Informacje o rodzinie Rozenberg w Łomży, z której wywodził się Israel Rozenberg pojawiają się w księgach metrykalnych łomżyńskiej gminy żydowskiej w latach 40-ych XIX wieku. Zajmowałem się niedawno badaniem genealogii dwóch linii tej rodziny, prawdopodobnie ze sobą spokrewnionych, o czym świadczy to samo imię przodka -  Szloma. Niestety dostępne zapisy metrykalne nie pozwalają udowodnić tego w 100 %, choć rozrzuceni po świecie potomkowie obu linii Rozenberg wciąż utrzymują ze sobą kontakty, wierząc, że są krewnymi.

***

Chciałbym przy okazji dodać małą cegiełkę do "Księgi pamięci gminy żydowskiej w Stawiskach. Ze Stawiskami w połowie XIX wieku związana była bowiem wywodząca się z Suwałk rodzina Josela i Gołdy Frajdy Klinkowsztejn. Josel Klinkowsztejn urodził się w Suwałkach 24 czerwca 1825 roku jako syn Chaima i Chai Fejgi Aryjowny małżonków Klinkowsztejn. Gołda Frajda Klinkowsztejn była córką Mordki Izraela Goldingera, rabiego w Sopoćkiniach i jego żony Bejli. Gołda Frajda urodziła się na początku lat 30-ych XIX wieku w Wysztyńcu. Jej pierwszy mąż Srol Margaliński zmarł w Filipowie w roku 1846. Ślub między Joselem Klinkowsztejnem, a wdową Gołdą Frajdą Margolińską z Goldingerów miał miejsce w Suwałkach 12 lutego 1848 roku. Wiadomo, że w latach 1848-1849 Josel Klinkowsztejn był śpiewakiem w suwalskiej synagodze. Na początku lat 50-ych XIX wieku nadal służył w suwalskiej głównej bożnicy. W Suwałkach urodziły się małżonkom trzy córki: Liba Rajca (1849), Sora Rocha (1850) i Rywka (1853). Warto zwrócić uwagę na profesję Josela Klinkowsztejna. Okazuje się, że jego potomkowie wykazywali również wielki talent muzyczny, o czym za chwilę.

W połowie lat 50-ych XIX wieku rodzina Klinkowsztejnów przeniosła się do Pińska. Być może Josel otrzymał posadę kantora w tamtejszej synagodze. Nie udało się niestety znaleźć żadnych dokumentów poświadczających obecność rodziny w Pińsku poza wzmianką o miejscu urodzenia kolejnego dziecka Josela i Gołdy Frejdy. W Pińsku w roku 1857 urodził się ich pierwszy syn Morduch, który zmarł w Płocku w roku 1873.

Pod koniec lat 50-ych XIX wieku rodzina Klinkowsztejnów przeniosła się z Pińska do Stawisk. Dlaczego tak się stało? Prawdopodobnie i w tym przypadku Josel Klinkowsztejn otrzymał posadę kantora w tamtejszej synagodze. W Stawiskach rodziły się kolejne dzieci Joselowi i Gołdzie Frejdzie Klinkowsztejnom: Bejla w 1858 roku, Mosiek w 1861 roku, Szmul w 1866 roku i Icek w roku 1867.


Fragment listy mieszkańców Płocka, poświadczający miejsce urodzenia Szmula i Bejli Klinkowsztejnów w Stawiskach


Fragment listy mieszkańców Płocka, poświadczający miejsce urodzenia Mośka i Icka Klinkowsztejnów w Stawiskach

Rodzina Klinkowsztejnów mieszkała w Stawiskach przez okres około 10 lat. Jeśli Josel Klinkowsztejn był kantorem synagogi w tym miasteczku, musiał być znany wśród mieszkańców Stawisk połowy XIX wieku. "Księga pamięci gminy żydowskiej w Stawiskach" była spisywana po II wojnie światowej, więc upamiętniła jedynie niektórych rabinów żyjących w tak odległych czasach z perspektywy autorów tekstów do książki.

W 1868 roku Josel Klinkowsztejn otrzymał posadę śpiewaka w płockiej synagodze, a rok później był już kantorem w Płocku. Wkrótce sprowadził do Płocka żonę i dzieci. Zachowały się dwa dokumenty archiwalne dotyczące Josela Klinkowsztejna z tego okresu. Co ciekawe zapisano w nich, że rodzina Josela została sprowadzona do Płocka z Pińska. Jest to dla mnie niejasne. Czyżby rodzina Klinkowsztejnów ze Stawisk z powrotem zamieszkała w Pińsku przed przeprowadzką do Płocka?

W Płocku w roku 1870 urodził się ostatni syn Josela i Gołdy - Abram.

Josel Klinkowsztejn zmarł w Płocku 9 lutego 1889 roku. Krótko później, 2 maja 1889 roku zmarła w Płocku jego żona Gołda Frejda.

Jeśli chodzi o dzieci Josela i Gołdy Frejdy, najstarsza córka Liba Rajca poślubiła Mojsieja Wolskiego, wdowca z Białegostoku w roku 1871 w Płocku.

Nie wiem nic niestety o Sorze Rosze i Rywce - dwóch kolejnych córkach.

Bejla Klinkowsztejn poślubiła Icka Lejbę Sapoczkowskiego, pochodzącego z Nowego Dworu koło Sokółki w roku 1877 w Białymstoku. Ich potomkowie mieszkają dziś w Stanach Zjednoczonych i w Argentynie.

Mosiek Klinkowsztejn poślubił w 1899 roku w Łodzi Cecylię Sziller pochodzącą z Brzezin.

Szmul Klinkowsztejn podobnie jak ojciec miał talent muzyczny i w metrykach określany był jako muzyk. W roku 1893 poślubił w Płocku Rojzę Kon. Ich córce Gołdzie udało się uciec z warszawskiego getta podczas II wojny światowej i ukrywać skutecznie na wsi do końca wojny. Jej potomkowie mieszkają dziś w Izraelu.

Icek Klikowsztejn po odbyciu służby wojskowej został zwolniony do rezerwy w roku 1892. Mieszkał w Płocku.

Abram Klinkowsztejn również dysponował talentem muzycznym. Udało mu się pierwotnie uniknąć służby wojskowej. W momencie poboru do wojska opuścił bowiem Płock w poszukiwaniu posady, jako początkujący muzyk. W latach 1891-1894 przebywał kolejno w Warszawie, Białymstoku, Grodnie i Wilnie. Nigdzie nie mógł znaleźć stałej posady. Przed powrotem do Płocka wyruszył jeszcze szukać szczęścia do Austrii, ale prawdopodobnie bez powodzenia. Służbę wojskową rozpoczął w roku 1897. Przed rokiem 1899 poślubił Laję Boruchowicz. Po ślubie mieszkał z rodziną w Mławie i prawdopodobnie aż do wybuchu I wojny światowej służył, jako kapelmistrz w 6-tym Dońskim Pułku Kozaków.

Stowarzyszenie Żydowski Instytut Historyczny wydało w Warszawie w roku 2014 książkę pt. "Żydzi w kulturze muzycznej ziem polskich  w XIX i XX wieku. Słownik biograficzny." Znaleźć w niej można biogramy trzech przedstawicieli rodziny Klinkowsztejn (Klinkowstein) z Płocka:

Ignacy Klinkowstein (? - ?) - skrzypek, kameralista. Działał w Płocku. Był aktywnym członkiem Płockiego Towarzystwa Muzycznego od początku jego działalności w 1900 roku.

Józef Klinkowstein (? - 1940? Białystok) - oboista, dyrygent, kompozytor. Kształcił się w Instytucie Muzycznym w Warszawie. Do 1914 roku był kapelmistrzem 6. Dońskiego Pułku Kozaków w Warszawie. W okresie międzywojennym dyrygował zespołami instrumentalnymi w kinach warszawskich.  W 1939 znalazł się w Białymstoku, gdzie został członkiem nowo założonej orkiestry symfonicznej. Prawdopodobnie zginął śmiercią samobójczą.

Stanisław Salomon Klinkowstein (1867 Płock - ?) - skrzypek, wiolonczelista, pedagog. Kształcił się w grze na skrzypcach w latach 1881-1884 w Instytucie Myzycznym w Warszawie. Przez wiele lat działał jako pedagog muzyczny w Płocku. Działał też w założonym w roku 1900 Płockim Towarzystwie Muzycznym. Skomponował muzykę do komedii "Bolszewickie żony" Marii Oberfeld, wystawionej w 1919 w Teatrze Płockim.

W Płocku nie było innej rodziny o nazwisku Klikowsztejn (Klinkowstein) niż rodzina Josela i Gołdy Frejdy. Można to stwierdzić analizując księgi metrykalne gminy żydowskiej w Płocku z XIX wieku oraz listę mieszkańców Płocka z ostatniej ćwierci XIX wieku.

Józef Klinkowstein, którego biogram przytoczyłem powyżej, to z pewnością Abram Klinkowsztejn, który był kapelmistrzem w 6. Dońskim Pułku Kozaków, jak wynika z metryk urodzenia dwóch jego synów.

Ignacy Klinkowstein to prawdopodobnie Icek Klinkowsztejn, a Stanisłam Salomon Klinkowstein to prawdopodobnie Szmul Klinkowsztejn.

Warto o tej zasłużonej dla polskiej kultury muzycznej rodzinie pamiętać w kontekście Stawisk i niedawno wydanej księgi pamięci.

"Księga pamięci gminy żydowskiej w Stawiskach", Łomżyńskie Towarzystwo Naukowe im. Wagów w Łomży, Łomża, 2020

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Niepozorna książeczka

W łomżyńskim muzeum kupiłem cienką książeczkę w twardej, czerwonej okładce z portretem jasnowłosej damy w długiej, ślubnej sukni na ciemnoniebieskim tle. Dwudziestoletni Zygmunt Gloger w roku 1865 wykonał pracę, jaką często wykonuje dziś genealog amator. Odwiedził swą babcię Agnieszkę i dokładnie wypytał o wszystkie szczegóły jej ślubu z Maciejem Wojną, który miał miejsce w kościele w Rutkach w sierpniu 1809 roku, zakończonego weselem w Pęsach.

Polecam tę książeczkę gorąco tropicielom historii Podlasia, miłośnikom talentu Zygmunta Glogera, badaczom podlaskich genealogii i dawnych zwyczajów obrzędowych. Czegóż tu nie mamy... Przede wszystkim bogate informacje o podlaskiej szlachcie początku XIX wieku. Możemy się na przykład dowiedzieć, jakie relacje rodzinne łączyły Zygmunta Glogera z Łukaszem Górnickim, starostą tykocińskim czasów jagiellońskich. Ale pojawiają się na kartach książeczki również Mężeńscy, Opaccy, Dobrzynieccy (babcia Glogera - Agnieszka była z domu Dobrzyniecka), Rembielińscy, Wojnowie, Baczewscy, Białosukniowie, Idźkowscy, Rydzewscy i wiele innych podlaskich rodzin szlacheckich.

Zwyczaje z początku XIX wieku i dziwią i ciekawią. Modne było na przykład to, że panny szlacheckie po urodzeniu chrzczone były tylko z wody, a sama ceremonia chrztu odkładana była do dnia poprzedzającego zamążpójście. Za dziwne uważano by dziś, gdyby rodzice panny młodej nie pojawili się na ceremonii ślubnej w kościele, a wówczas było to powszechne. Wrażenie sprawiają dary ślubne otrzymane przez Agnieszkę od przyszłego męża Macieja, jego starania czynione w samej Warszawie w sprawie kapeli weselnej, czy wyprawy pani młodej z matką do Ełku po wszystkie potrzebne rzeczy na ślub.

Jakże smakowicie musiały wyglądać potrawy na stole weselnym. "Na ucztę złożyło się wszystko podwójne, a więc zupa biała i rumiana, sztuka mięsa biała i rumiana, potrawy z kapłonów i kaczek, pieczyste z sarn i jarząbków, których wielką obfitość posiadał bór pęski. Na końcu podano dwojaką leguminę z jakichś pian i konfitur, bo galaret i kremów nie używano po domach staropolskich. Wino krążyło trojakie: węgierskie, muszkatel i szampański."

Zwraca uwagę, że  rodzice nie zasiadali z młodymi do uczty, a także określenie bór pęski. Każdy kto przejeżdża dziś okolice Mężenina i Zambrowa w drodze do Warszawy widzi przeważnie "gołe" pola. Kres borom pęskim przyniosła druga połowa XIX wieku, gdy dawny majątek utrzymywany w całości rozpadł się na kilkaset zagród i szachownic zagonowych, a lasy wycięto w pień.

W książeczce możemy również znaleźć opisy strojów damskich weselnych, a także to co wyczyniała kapela i państwo młodzi wraz z gośćmi weselnymi po uczcie. Zaczęło się od poloneza, później był mazur, a także tańce, które stawały się modne w początku XIX wieku: walc, wprowadzony na salony w trakcie 12 lat trwającego zaboru pruskiego, kontredans, który wszedł w modę za Księstwa Warszawskiego i najmodniejszy anglez. "O polce nikt wówczas jeszcze nie słyszał, bo taniec ten czeski, tak nazwany nie od polskości, ale od tego, że był tańcem pasterzy czeskich w polu, upowszechnił się  dopiero u nas w latach 1825- 1835." Pan młody zatańczył z żoną tylko na początku, otrzymawszy ją z rąk ojca po pierwszym polonezie. Później tańczyli z nią wszyscy młodzi, ale i kontuszowcy na pożegnanie stanu panieńskiego.

Opis wesela kończy obrzęd oczepin, a także poprawin, jak dziś byśmy to nazwali, we dworze w Wojnach. Książeczkę kończy epilog ukazujący w skrócie dalsze losy dawnego majątku Mężeńskich, a także głównych bohaterów obrzędu weselnego.

Zygmunt Gloger "Wesele babuni", Oficyna Wydawnicza "Stopka", 2015

wtorek, 20 czerwca 2017

Łomża

Wybraliśmy się z Kasią na 2 dni do Łomży. Niegdyś miasto wojewódzkie, dziś jeden z trzech największych ośrodków miejskich w województwie podlaskim. Niby znane. Sam przejeżdżałem przez Łomżę wielokrotnie, prywatnie i służbowo zatrzymywałem się na chwilę, ale tak naprawdę znałem bardzo pobieżnie.

Hotel
 
Najpierw było planowanie. Okazało się, że łomżyńska baza noclegowa wcale nie jest bogata w oferty. Wybraliśmy hotel Mohito położony w najbliższym sąsiedztwie rynku. Po pierwsze zbierał pochlebne opinie w internecie. Po drugie oferował pokoje w umiarkowanych cenach, które na zdjęciach prezentowały się zachęcająco.

Był to bardzo dobry wybór. Pokój urządzony był schludnie, łóżka były bardzo wygodne, a i śniadania w formie bufetu smaczne (pieczywo, wędliny, ser, warzywa świeże, sałatka jajeczna bajeczna).




Narew

Najpierw nad rzekę. Łomża malowniczo rozlokowała się w średniowieczu na wzgórzu zwanym Popową Górą. Niemal naprzeciw hotelu widzieliśmy wejście przez bramę do kościoła Matki Boskiej i klasztoru Kapucynów, o którym wzmiankowałem przy okazji podlaskich wędrówek śladami Augustyna Mirysa. To historyczne miejsce.  W czasach, gdy książę mazowiecki Janusz I lokował miasto na prawie chełmińskim, pierwszy miejski kościół Najświętszej Marii Panny i Świętych Rozesłańców stał właśnie tu. Uliczką Krzywe Koło schodziliśmy nad rzekę. Minęliśmy budynek dawnej parafii ewangelickiej związanej z osobą Józefa Piłsudskiego (pamiątkowa tablica przypomina o tym, a jakże), a zaraz potem bramę Napoleona, prowadzącą donikąd, jakby przeniesioną w to miejsce z dawnej, zapomnianej epoki. W dół do ulicy Rybaki prowadziły nas schody i miłe zapachy unoszące się w powietrzu. Kwitł jaśmin, róża, powoje. Doszliśmy do przystani zlokalizowanej u przedłużenia uliczki Żydowskiej, a potem poszliśmy na południe w kierunku najstarszego cmentarza żydowskiego, położonego malowniczo na stoku wzgórza.




Później, już wieczorem dotarliśmy dalej do Starej Łomży, kolebki dzisiejszego miasta. Góra królowej Bony położona już za wsią, niby nic. Warto jednak wejść, aby spojrzeć na wijącą się jak wąż rzekę Narew w świetle zachodzącego słońca.




Katedra

Ze wszystkich łomżyńskich zabytków zrobiła największe wrażenie. Czy dlatego, że weszliśmy do środka, gdy pięknie rozbrzmiewały organy? Czy też dlatego, że gotyk na terenach województwa podlaskiego nie jest częstym widokiem? Tablice epitafijne i pamiątkowe na ścianach świadczące o bogatej historii miasta. Henryk Sienkiewicz, Adam Chętnik, Jan Nepomucen Kamil Bisping. Nastrój zadumy i zapach starej świątyni.




Dysonanse

Mimo świetnej historii sięgającej wczesnego średniowiecza oraz malowniczego położenia na wzgórzu co i rusz mieliśmy wrażenie, że potencjał Łomży jest nie wykorzystany. Nad Narwią jedna przystań z dwiema budkami lodów, jeden ogródek piwny fantazyjnie obsadzony kwiatami z wystrzyżoną trawą, pedantycznie przygotowanym miejscem na ognisko i reklamowany niestety w sposób mało zachęcający, jako bilard i piwo plus plaża miejska. To zdecydowanie za mało. 



Gdy wracaliśmy schodami Krzywego Koła wieczorem do hotelu nie mogliśmy uwierzyć, że wokół nie palą się latarenki zachęcające do zjedzenia kolacji w w rozlokowanych na stoku wzgórza knajpkach.

Wrażenie nie wypełnionej niczym pustki pojawiło się w sposób wyraźny na rynku. Tylko cztery miejsca, gdzie można zjeść obiad, w tym burgerownia, kebab, pizzeria i jedna, jedyna restauracja. Zresztą po godzinie 22.00 nie ma czego szukać w rynku. Wszystko pozamykane. Żywej duszy. Na kolację Łomża zaprasza poza starówkę. Może McDonalds?

Muzeum

Świetną kolekcję bursztynu z dorzecza Narwi można zobaczyć w Muzeum Północno-Mazowieckim nieopodal rynku przy Długiej. Sporej wielkości bryły jasnobrązowe, żółte, o kolorze ciekłego miodu z zatopionymi szczątkami dawnych światów. Ozdoby ludowe i religijne z bursztynu i ciekawie opisana historia jego wydobywania na Kurpiach. Obok równie ciekawa ekspozycja rzeźb ludowych świątków. Jednak i w muzeum odniosłem wrażenie pewnego dysonansu. Trzy wystawy stałe. Na każdą oddzielne bilety. Jak na Wawelu, panie.

Kolebka

W muzeum można kupić książeczkę Antoniego Smolińskiego "Ze wzgórza św. Wawrzyńca". Autor zaangażowany niegdyś w badania archeologiczne na wzgórzu, będącym kolebką chrześcijaństwa zachodniego na terenach Polski północno-wschodniej bardzo ciekawie opowiada o pracach badawczych, odkryciu drugiej świątyni oraz pierwszej z czasów Bolesława Chrobrego, co do której istnienia wciąż trwają spory wśród historyków. Być może osoba Brunona z Kwerfurtu, który podobnie, jak święty Wojciech wyruszył z misją chrystianizacyjną na północny wschód nie jest tak samo powszechnie znana, ale i w przypadku wzgórza świętego Wawrzyńca, wokół którego powstała pierwsza osada zwana Łomżą i prawdopodobnie pierwsza świątynia zniszczona podczas buntu Masława, odnoszę wrażenie, że nie jest jego potencjał wykorzystywany. Spróbujcie na wzgórze trafić, nie pytając miejscowych o drogę. Traficie do nieodległej Góry Królowej Bony (kierunkowskaz "grodzisko" wskaże drogę do niej), położonej już za Starą Łomżą i będziecie błądzić nie zdając sobie sprawy, że wzgórze św. Wawrzyńca położone jest niżej i schody do niego prowadzą jeszcze wśród zabudowań wsi. O tabliczkę ze strzałką nikt się nie zatroszczył.



Łomża na pewno stała się dla nas bliższa, to był dobry czas. Odjeżdżaliśmy z nadzieją, że przyjdzie moment, gdy miasto które opuszczaliśmy, stanie się o wiele częstszym celem wypraw turystów (jak Kazimierz Dolny na przykład).