niedziela, 30 maja 2010

Szlakiem poniemieckich kościołów w podgorzowskich wioskach, część 2

Wracam do tematu rozpoczętego w maju zeszłego roku. Nadarzyła się okazja, okres świąt Wielkiej Nocy spędzałem bowiem w Gorzowie Wielkopolskim. Tym razem postanowiłem odwiedzić Lubno (niem. Liebenow) - trzecią miejscowość, po Wojcieszycach i Marwicach, w której zlokalizowany jest kościół należący do gorzowskiego kręgu romańskich świątyń. Jeździłem w tamtejsze okolice kiedyś na grzyby, ale nigdy nie zahaczyłem o samą wieś. Leży całkiem niedaleko Gorzowa. Należy jechać w kierunku Szczecina i za rogatkami miasta skręcić w drogę na Dębno. W Baczynie skierować się na Łupowo. Po drodze mijamy Racław (niem. Ratzdorf). Można mieszkać w Gorzowie i nigdy nie trafić tutaj. Jest to bowiem zupełnie boczna, choć asfaltowa droga, obecnie podziurawiona, jak szwajcarski ser. Warto jednak. Tuż za Racławiem rozpoczynają się zalesione wzgórza, schodzące w kierunku doliny Warty, wspaniałe miejsce do niedzielnych spacerów lub jesiennych grzybobrań. A i sama wioska bardzo ciekawa. Zachowany jest jej średniowieczny kształt - owalnicy. W centrum wioski neogotycki kościół z 1863 roku oraz neoklasycystyczny dwór.

Z Racławia jest już niedaleko do Lubna. Dojechałem do centralnej części wioski i oczywiście natknąłem się na charakterystyczny budynek romańskiej świątyni. Bardzo podobna do tej z Marwic. Kościół pochodzi z XIII wieku, zbudowany jest z granitowych ciosów, z oryginalnym portalem w południowej ścianie, obecnie zamurowanym.

Niezwykle ciekawa jest historia tej wioski. Istnieje hipoteza, że w wiekach X-XII istniał tu wczesnośredniowieczny gród. Pisane źródła wzmiankują wieś w roku 1243, kiedy to rycerz Włost sprowadza do osady Templariuszy. Oni są więc prawdopodobnymi budowniczymi świątyni.

Świątynia to jednak nie jedyna atrakcja Lubna. Tuż za kościołem, po przeciwnej stronie ulicy rozciąga się park o powierzchni 5,5 ha, a w nim ruiny neogotyckiego pałacu z XIX wieku. Legenda związana z pałacem mówi, że dziś jeszcze widuje się w niektóre noce Celinę – piękną panią zamku, galopującą konno po parku. Podobno popełniła ona samobójstwo po śmierci ukochanego męża, inni zaś przekonują, że targnęła się na swe życie z rozpaczy, gdy we śnie ujrzała, jaki los spotka jej piękny zamek. W nocy raczej nie zapuściłbym się do parku i raczej nie ze względu na Celinę. Jest straszliwie zarośnięty i zaniedbany. Ma jednak w sobie w zestawieniu z ruinami to coś, odrobinę tajemniczości. Przyznam, że poszukiwałem wzmiankowanego na terenie parku dawnego cmentarza niemieckiego i nie znalazłem. Pewnie nie trafiłem na właściwą ścieżkę...

Po drugiej stronie wsi na cmentarzu miały się znajdować przedwojenne groby niemieckie i ruiny neogotyckiej kaplicy cmentarnej. Był poranek, lekko mżyło, wieś wyglądała na opuszczoną. Cmentarz ładnie utrzymany, przynajmniej ta część obecnie użytkowana. Za ostatnimi nagrobkami zaczyna się "ziemia niczyja". A tuż za nią ruiny kapliczki. Podszedłem i poczułem się przez chwilę, jakbym był jednym z bohaterów wykreowanych przez Egdara Allana Poe. Zobaczyłem ruiny, a właściwie walącą się, obrośniętą krzakami, ostatnią ścianę , niegdyś neogotyckiej kapliczki. Wzdrygnąłem się, gdy z krzaków wyleciał piszcząc piękny bażant, tuż obok mej głowy. A chwilę później wyskoczył dorodny zając. Nastrój tajemniczości jednak szybko minął. Zajrzałem kawałek dalej, a tam śmieci i zwalone na kupę potłuczone płyty nagrobne. Ni śladu dawnych nagrobków... No ale i tak bywa.

Powrót do Gorzowa przez Tarnów (niem. Tarnow), podobnie jak Lubno, i Racław wieś o bogatej historii, położoną malowniczo wśród lasów. Osada była wzmiankowana w 1300 r. w dokumencie fundacyjnym margrabiego Albrechta III dla cystersów z Kołbacza w nieodległych Mironicach. Już w średniowieczu istniał tu kościół. Obecny, neogotycki pochodzi jednak z 1870 roku. Na wieży kościoła znajduje się dzwon z 1506 roku. Posiada on napis gotycką minuskułą: „Ave maria gracia plena dominus tecum a.d. MCCCCVI” i relief z krucyfiksem i Chrystusem w wieku chłopięcym.
 
A teraz rzecz z innej bajki. Tereny nadwarciańskie to już bowiem krajobrazy z dominującymi łąkami, przy drogach rosną rozłożyste lub krótko przycięte wierzby, zdarzają się topole, lasów jest zdecydowanie mniej. W poprzednich latach zaglądałem do Borka i Chwałowic. Teraz pora na kolejną osadę, leżącą na trasie Gorzów - Lubniewice.

Krasowiec (niem. Schönewald) jest typową ulicówką rozłożoną prostopadle do wzmiankowanej trasy, wzdłuż lokalnej drogi do Deszczna. Powstała na zmeliorowanych w XVIII wieku Warciańskich Błotach. W 1774 roku osadzono tutaj 40 dużych rodzin, z których każda otrzymała po 7,6 ha ziemi. Osadnicy musieli sami ją wykarczować i pobudować domy.

Pierwszy kościół został zbudowany już w 1788 roku. Przebudowany w 1843 roku, a w 1890 roku rozbudowany o wieżyczkę.

PS. Zajrzałem również do nieodległego Bolemina, gdzie stoi XVIII wieczny kościół o konstrukcji szachulcowej. Został on jednak odnowiony w sposób skutecznie zacierający atrakcyjne ślady historii budynku. Zdjęć nie było sensu robić.

poniedziałek, 24 maja 2010

Ulica Młynowa w Białymstoku

W zeszłym roku zamieściłem trochę zdjęć z ulicy Grunwaldzkiej w Białymstoku, położonej na Piaskach - biednej żydowskiej dzielnicy, ukształtowanej pod koniec wieku XIX. Moja pierwsza krótka wycieczka rowerowa w prima aprilis tego roku prowadziła tym razem w stronę ulicy Młynowej, najbardziej znanej ulicy dawnych Piasków, położonej najbliżej historycznego centrum Białegostoku. Dziś już białostoczanie nie używają nazwy Piaski. Mówi się Młynowa. Niedaleko piętrzy się nowo wybudowany surowy gmach Opery i Filharmonii Podlaskiej, co oznacza, że już wkrótce zniknie część starego miasta z powierzchni ziemi wraz ze swymi historycznymi budynkami. Postanowiłem uwiecznić część z nich na zdjęciach.







piątek, 30 kwietnia 2010

Cmentarz w Sokołach i dawna cerkiew unicka z Tykocina

Niedaleko Białegostoku, w kierunku na Wysokie Mazowieckie, znajduje się wieś Sokoły. Rozpoznać ją można już z daleka po monumentalnych wieżach neogotyckiego kościoła z czerwonej cegły. Pierwsza wzmianka o miejscowości pochodzi z 1239 roku, gdyż dotyczy osady sokolników w lasach koło Płonki. Nazwa Sokoły używana jest w dokumentach już w 1446 roku. Prawa miejskie miejscowość otrzymuje w 1827 roku, traci w roku 1870, uzyskuje ponownie w 1915 roku, aby po raz drugi je stracić, jak na razie ostatecznie, w roku 1950.

W Sokołach znajduje się bardzo ciekawy i dość unikalny obiekt architektoniczny. Chodzi o cmentarz rzymskokatolicki, a właściwie znajdującą się na nim dawną cerkiew unicką bazylianów z 1758 roku.

W marcu pisałem o cmentarzu w Tykocinie oraz pozostałościach po parafii prawosławnej, później unickiej w tym miasteczku.

Cerkiew pochodzi właśnie z Tykocina. Została przeniesiona do Sokołów w roku 1833. Jest budynkiem drewnianym, o zrębowej konstrukcji, szalowanym, jednonawowym, na planie prostokąta. Usytuowana na uboczu wśród starych nagrobków i drzew pięknie komponuje się z otaczającym krajobrazem. Obok stare nagrobki. Niektóre zwracają uwagę bogato zdobionymi krzyżami żeliwnymi.



poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Smoleńsk, 10.04.2010 i dwa tygodnie po

W pierwszym tygodniu po katastrofie Radio Białystok nadawało codziennie reportaże poświęcone ofiarom tragedii, powiązanym z Białymstokiem lub Podlasiem: Ryszardowi Kaczorowskiemu, ostatniemu prezydentowi RP na uchodźstwie, który młodość spędził w przedwojennym Białymstoku, arcybiskupowi Mironowi Chodakowskiemu, propagatorowi odbudowy supraskiej cerkwi obronnej i osobie, której monaster supraski zawdzięcza swą obecną świetność, Krzysztofowi Putrze, pochodzącemu z Podlasia wicemarszałkowi sejmu, wcześniej zaś pracownikowi białostockich Uchwytów, Justynie Moniuszko, harcerce, studentce lotnictwa, stewardessie rządowego samolotu, wreszcie Prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu, honorowemu obywatelowi Czyżewa. Pełne ciepła i ciekawe reportaże.

*

W mediach rozpoczął się, trwający właściwie do dziś, festiwal domysłów i dezinformacji dotyczących tragedii pod Smoleńskiem (ilość prób lądowania, czas katastrofy, itd., itp.), a także obłudy dziennikarskiej. Ci, którzy jeszcze niedawno wylewali na Prezydenta i jego małżonkę kubły pomyj, nagle zaczęli pokazywać parę prezydencką w zupełnie innym - ciepłym, rodzinnym świetle. Jesteśmy społeczeństwem dającym się sterować, takie jest moje odczucie.


*

W drugiej połowie tygodnia media zainspirowały protesty przeciwko pochówkowi pary prezydenckiej na Wawelu. Według krytyków Wawel powinien pozostać już pewnie tylko narodowym muzeum. A może powinni tam spoczywać tylko Ci przywódcy państwa polskiego, którzy według propagandystów byli święci, a nie Lech Kaczyński, człowiek z krwi i kości? Jedyny prezydent w ostatnim dwudziestoleciu prowadzący patriotyczną politykę historyczną oraz jedyny prowadzący konsekwentną politykę uniezależniania Polski na arenie międzynarodowej. Być może krytycy pochówku na Wawelu zdają sobie sprawę jak niestosownie brzmi zestawienie słów Wolski, Bolek, pijaństwo w Charkowie ze słowem Wawel i dlatego tak krytykują decyzję o pochówku Prezydenta Kaczyńskiego w tym miejscu.


*

Poniedziałek, 19 kwietnia, późny wieczór, Białystok, Pałac Branickich. Przed trumną ze szczątkami Krzysztofa Putry stoi warta honorowa, w sali zgromadzeni białostoczanie w podniosłej atmosferze odmawiają różaniec. Przed efektownie podświetlonym z zewnątrz pałacem, grupki ludzi wchodzących, aby oddać hołd wicemarszałkowi lub już wychodzących z pałacu.


*

Początek drugiego tygodnia to pochówki Krzysztofa Putry na cmentarzu parafialnym św. Rocha na Antoniuku, Justyny Moniuszko na cmentarzu miejskim. Społeczność prawosławna pożegnała swego biskupa w Supraślu. Podniosły nastrój w mieście, transmisje radiowe, zablokowane ulice.


*

Koniec drugiego tygodnia upłynął pod znakiem sugestii niektórych mediów, jakoby katastrofa mogła być spowodowana przez naciski Prezydenta na pilota. I dzieje się to w momencie, gdy nie znamy zawartości czarnych skrzynek (i nie wiadomo, czy poznamy) oraz gdy szef Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych - Edmund Klich publicznie stwierdza, że strona rosyjska traktuje polskich prokuratorów, jak petentów. Gdy trudno wyjaśnić, dlaczego samolot z zainstalowanym system TAWS znalazł się tak blisko ziemi. Co tu jest grane?


*

A oto zdjęcia wykonane w Białymstoku w dwa tygodnie po katastrofie.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Krynki

Tuż przy granicy z Białorusią leży malutkie miasteczko Krynki. Niedaleko stąd do okrytych sławą (dzięki między innymi Włodzimierzowi Pawluczukowi) Wierszalina oraz Starej Grzybowszczyzny, silwarium w Poczopku, będącego od niedawna popularnym miejscem weekendowych wycieczek białostoczan, jak i do Kruszynian, jednej z dwóch wiosek na Podlasiu, w której zachował się stary meczet tatarski wraz z mizarem, miejscem pochówków Tatarów. W Kruszynianach można spróbować kuchni tatarskiej w rozsławionej między innymi wizytą księcia Karola, Tatarskiej Jurcie.

Same Krynki znane są niektórym z wytwarzanej tu wody mineralnej, część osób kojarzy je ze stowarzyszeniem Villa Sokrates, założonym przez pisarza białoruskiego Sokrata Janowicza. Odnoszę jednak wrażenie, że jest to miejsce niedoceniane, choć bardzo ciekawe, co postaram się pokazać.

Zacznę od przedstawienia najważniejszych wydarzeń historycznych. W 1429 roku w miejscu dzisiejszych Krynek został zbudowany dwór książęcy. Już wkrótce, w 1434 roku, król Władysław Jagiełło powracający z łowów w Puszczy Białowieskiej spotkał się we dworze z wielkim księciem litewskim Zygmuntem Kiejstutowiczem. Spotkanie możnowładców w kryneckim dworze łączone bywa z odnowieniem unii polsko-litewskiej, zwanym unią grodzieńską 1432 roku. Spotkanie w Krynkach w roku 1434, o którym pisze Jan Długosz, być może było nawiązaniem do tego wydarzenia i potwierdzeniem przymierza pomiędzy królem, a księciem. Na przymierzu zależało wtedy bardzo księciu, gdyż Wielkie Księstwo Litewskie przeżywało kryzys, który nastąpił po śmierci wielkiego księcia Witolda w roku 1430. Na krótko litewski tron wielkoksiążęcy objął wtedy najmłodszy z rodzonych braci króla, sześćdziesięcioletni Świdrygiełło. Prawdopodobnie na skutek knowań z Krzyżakami, został przeciw niemu zawiązany spisek w Oszmianie i Świdrygiełło ratował się ucieczką na wschodnie tereny Wielkiego Księstwa Litewskiego. Wielkim Księciem został wtedy młodszy brat Witolda, Zygmunt Kiejstutowicz, co siłą rzeczy doprowadziło do konfliktu ze Świdrygiełłą.

Krynki otrzymały prawa miejskie najprawdopodobniej na początku XVI wieku od króla Zygmunta Starego, który w następstwie nadania praw ufundował w Krynkach kościół, a w 1540 roku wydał przywilej na cotygodniowy targ.

W 1659 roku wojska moskiewskie dowodzone przez Chowańskiego pobiły pod Krynkami wojska litewskie hetmana Pawła Sapiehy.

W roku 1639 król Władysław IV nadał miejscowym Żydom, osiedlającym się w Krynkach od I połowy XVI wieku, przywilej na założenie synagogi, cmentarza i mykwy, a także rozwijanie handlu, budowę oberż, zajazdów i produkcję alkoholu. Jest to data znamienna dla Krynek. W ciągu kilku następnych wieków nastąpił niesamowity rozwój społeczności żydowskiej w miasteczku. W 1789 roku gmina żydowska liczyła już 700 osób i należała do najliczniejszych na terenach Podlasia. W pierwszej połowie XIX wieku po wprowadzeniu unii celnej pomiędzy Cesarstwem Rosyjskim, a Królestwem Polskim rozwinął się w Krynkach na szeroką skalę, podobnie jak w nieodległych Supraślu i Białymstoku, przemysł włókienniczy. Upadł on jednak w latach 1883-1885 i jego miejsce zajęło garbarstwo, kojarzone od tej pory z Krynkami, jako główne zajęcie ludności. Było to już wtedy typowe żydowskie miasteczko, gdzie wyznawcy judaizmu stanowili 85 % mieszkańców.

Koniec przyszedł wraz z II wojną światową.

Dziś trudno wyobrazić sobie, że w tym sennym miasteczku kwitł kiedyś przemysł. Ma ono inny zupełnie, wiejski charakter. Jest w nim nadal jednak sporo pamiątek przeszłości.


Nieopodal sześciobocznego rynku kryneckiego, nawiasem mówiąc o unikalnej architekturze na skalę europejską, znajdują się pozostałości trzech synagog. Z pierwszej z nich, tzw. Wielkiej Synagogi (Beth Ha Kneseth) zachowały się jedynie ruiny. Została ona zbudowana w XIX wieku. W czasie II wojny światowej służyła Niemcom jako zakład remontowy czołgów. Wojnę budynek przetrwał, jednak został wysadzony w powietrze w roku 1971, decyzją ówczesnych władz.

Nieopodal, przy ul. Czystej wznosi się budynek bożnicy słonimskich Chasydów (Jentes Beth Midrasz). Zbudowany został w drugiej połowie XIX wieku z fundacji Jenty Rafałowskiej-Wolfson. W jednym z pomieszczeń znajdowała się szkoła talmudyczna. Do dziś zachowały się charakterystyczne cechy budowli, jak półokrągłe okna, czy wystrój zewnętrzny.


Trzecią synagogą krynecką, leżącą po przeciwległej stronie rynku jest synagoga kaukaska, zbudowana w 1850 roku. Nazwa "Kaukaski Beth Midrasz" pochodzi od kupców, sprowadzających skóry z Kaukazu. Po wojnie mieściło się w niej kino Krokus, obecnie zaś spełnia funkcję domu kultury.


W Krynkach znajduje się jeden z największych, najstarszych (założony 1622 roku) i najlepiej zachowanych na Białostocczyźnie kirkutów.

Gdy spojrzeć w kierunku południowym od rynku, widać nieco zbyt monumentalny, jak na rozmiary Krynek kościół katolicki pw. św. Anny, neogotycki, wzniesiony w latach 1907-1913 według projektu architekta Stefana Szyllera.
Wcześniej w miejscu obecnej świątyni stała starsza, drewniana. Pozostałością po niej jest stojąca przed kościołem od strony drogi dzwonnica bramna datowana na XVIII wiek.

Obok kościoła znajduje się bardzo ciekawy, tonący w półmroku drzew oraz zieleni traw i chwastów cmentarz, kryjący XIX-wieczne nagrobki de Virionów, właścicieli tutejszego dworu i majątku oraz Korybut Daszkiewiczów, właścicieli majątków Górka koło Kruszynian i Wojczyzna w Dolinie Świsłoczy.




Nieopodal rynku znajduje się prawosławna cerkiew pw. Narodzenia Bogarodzicy, zbudowana w 1864 roku, tuż po Powstaniu Styczniowym, na miejscu wcześniejszej drewnianej, tzw. murawiewka.

Krynki to również wiele wąskich, brukowanych, przywodzących na myśl wiek XIX, otoczonych ciekawymi budynkami zaułków wokół rynku, piękne widoki rozciągające się ze skraju drogi łączącej centrum z kościołem i miejscem dawnej siedziby de Virionów, po której pozostał dziś tylko malowniczo usytuowany park.



A dla zgłodniałych turystów godna polecenia jest, choć wystrojem wnętrza przypomina czasy PRLu, położona przy rynku Gospoda pod Modrzewiem, gdzie można niedrogo i smacznie zjeść, a obsługa jest bardzo miła.

czwartek, 25 marca 2010

Pożegnanie zimy. Cmentarz parafii pw. Trójcy Przenajświętszej w Tykocinie

Wiosna definitywnie wkroczyła. Słońce przygrzewa, zrobiło się kolorowo, pełną piersią można w końcu oddychać. Zima była w tym roku długa i mocno dała się we znaki. Na jej odejście prezentuję zdjęcia z wycieczki na cmentarz parafialny w Tykocinie.

Założony został w roku 1795 przez księdza Andrzeja Cykanowskiego, superiora tykocińskiego Domu Misjonarzy na gruncie ofiarowanym przez Bractwo Różańca Świętego. Znajdują się na nim groby proboszczów i księży ze Zgromadzenia Misjonarzy i zakonu bernardynów, który musiał opuścić Tykocin po Powstaniu Styczniowym. Pośród nich grób księdza Konstantego Ludziusa, ostatniego rektora kościoła pobernardyńskiego. Jest też grób lokalnego malarza Zygmunta Bujnowskiego, którego pejzaże okolic Tykocina można obejrzeć w tutejszym muzeum. Zygmunt Bujnowski malował w pierwszej ćwierci XX wieku. Został ciężko ranny w wojnie polsko-bolszewickiej pod Berezyną. Zdrowia już nigdy nie odzyskał, zmarł w 1927 roku, a swe pejzaże rozdawał tutejszym mieszkańcom. Wiele jego obrazów ocalało upiększając wnętrza okolicznych domów.

Mnie jednak najbardziej interesowała kaplica grobowa rodziny Glogerów, już z daleka widoczna z drogi prowadzącej do Tykocina z Białegostoku, dzięki ciekawej architekturze oraz gniazdu bocianiemu na jej szczycie. Spoczywają w niej rodzice wielkiego polskiego uczonego, historyka, archeologa i pisarza Zygmunta Glogera: Jan Gloger - ogrodnik i malarz oraz Michalina z Wojnów Glogerowa, a także pierwsza jego żona Aleksandra z Jelskich oraz syn Stanisław.

Podczas spaceru natknąłem się na nagrobek burmistrza tykocińskiego, zmarłego w roku 1939, Stanisława Koczorowskiego.

Ciekawy jest nagrobek młodo zmarłej przedstawicielki rodu Dziekońskich.



I na koniec nagrobek będący efektem prowadzonych w Tykocinie prac archeologicznych.
W 2003 roku podczas prac przy budowie kanalizacji na ulicy 11 listopada natrafiono na pozostałości cmentarza, najprawdopodobniej pierwotnie prawosławnego, później unickiego. Jak pisze Dorota Wysocka w Przeglądzie Prawosławnym, nr 12/2002 w artykule "To są kości przodków naszych":
"Zakres badań archeologicznych, przeprowadzonych na początku lata tego roku na tykocińskiej ulicy 11 Listopada, określony został przez zasięg inwestycji - budowę kanalizacji. Wykop długi na blisko czterysta metrów i szeroki na mniej więcej półtora biegł wzdłuż chodnika po północnej stronie drogi prowadzącej od strony Złotorii na Plac Czarnieckiego, przez dzielnicę zwaną Nowe Miasto. Badania, prowadzone na zlecenie i koszt władz samorządowych, należało bardzo szybko zakończyć, gdyż terminy budowy były nieprzekraczalne. To co znaleziono warte jednak było wielkiego wysiłku.
Archeologom, Urszuli Stankiewicz i Ireneuszowi Kryńskiemu z Muzeum Podlaskiego, udało się odnaleźć wiele śladów po ludziach zamieszkujących ten teren w czasach prehistorycznych - średniej i młodszej epoce kamienia i wczesnej epoce żelaza, przede wszystkim krzemienne narzędzia i broń, gliniane naczynia. Najciekawsze okazały się jednak odkrycia z czasów późnego średniowiecza.
Cmentarz czytelny był na długości mniej więcej pięćdziesięciu metrów. Znaleziono tam około pięćdziesięciu szkieletów, ułożonych dość gęsto i niekiedy w kilku warstwach. Zmarli skierowani byli głowami na wschód. Niektórych pochowano w drewnianych trumnach, niektórzy być może nigdy ich nie mieli. Wiele kości zmieniło miejsce, gdyż niegdyś groby powszechnie przekopywano. Dzięki współpracy z antropologami udało się ustalić, że wśród pochowanych przeważały kobiety, że jedna z nich padła ofiarą zabójstwa, a dziesięcioletni chłopiec zmarł z powodu choroby zębów.
Nieliczne kobiece ozdoby znalezione w grobach pozwoliły datować pochówki na okres od drugiej połowy wieku XIV po pierwszą połowę wieku XVI. Być może osadnicy ze wschodu pojawiali się w Tykocinie dużo wcześniej, niż grupy sprowadzane przez Gasztołdów, a może biżuterii używano wówczas dużo dłużej.
Samo odkrycie cmentarza nie było zaskoczeniem. Skoro gdzieś tu stała cerkiew (teraz wiadomo już dokładnie gdzie, przynajmniej ta, która spłonęła w 1637 r., i jaki obszar zajmowała cerkiewna posesja) to przy niej powinna znajdować się nekropolia. Jeśli jednak bruk położono na jej północnych obrzeżach w XVIII wieku (co dowodzi zresztą, jak zaniedbane było już wtedy otoczenie świątyni) to pierwotnie ulica musiała biec inaczej. A to burzyło utrwalony w piśmiennictwie pogląd o niezmienności układu przestrzennego Tykocina od czasów średniowiecza. "
I dalej:
"Archeologowie kości z wykopu, zajętego teraz przez rury kanalizacyjne, pieczołowicie wydobyli. Wolą badaczy, władz miasta i jego mieszkańców było godne ich pochowanie. A ponieważ ulica Choroska, nazwana potem Białostocką, w latach trzydziestych stała się - i jest do dziś - ulicą 11 Listopada, postanowiono połączyć pogrzeb z uroczystościami Święta Niepodległości, te zaś skoncentrować nie tylko na dziejach XX wieku.
Zaproszono na nie przedstawicieli Cerkwi prawosławnej, aby zmarłych, już przecież kiedyś zgodnie z chrześcijańskimi zasadami pochowanych, raz jeszcze pożegnał duchowny ich wyznania. Cerkiew reprezentowali o.o. Adam Sawicki i Włodzimierz Misijuk oraz o. diakon Dymitr Tichoniuk.
Pogrzeb miał więc niezwykłą oprawę. Trumna ze szczątkami (właściwie ich cząstką, bo większość spoczęła już w mogile) stanęła na katafalku w kościele parafialnym. Msza za Ojczyznę, celebrowana przez ks. Witolda Nagórskiego, była jednocześnie mszą żałobną. Wspominano bohaterów walczących o wolność, ale i ludzi, którzy przez stulecia w codziennym trudzie przyczyniali się do rozkwitu miasta. Mówiono o śmierci, pamięci o zmarłych, ich trwaniu wśród nas (kazanie - bardzo dobrze przyjęte - wygłosił też o. Adam Sawicki). Tykociński proboszcz podkreślił, że choć dawni mieszkańcy miasta byli różnych wyznań, wszyscy są przodkami dzisiejszych. Nic nie wiadomo o waśniach religijnych wśród mieszczan. Konflikt dotyczył spraw majątkowych i ograniczył się do duchowieństwa.

Z kościoła tłumnie udano się ulicą 11 Listopada w kierunku położonego już za miejskimi zabudowaniami cmentarza.
Trumnę ustawiono na chwilę przed pomnikiem Orła Białego. W Apelu Poległych przywołano uczestników wydarzeń z listopada 1918 r. i imiona mieszkańców trzech nowomiejskich ulic - tak jak je zapisano w inwentarzu z 1571 r. A potem szczątki Dawnych Mieszkańców Tykocina - jak napisano na nagrobnej tablicy - spoczęły w ziemi."

środa, 24 marca 2010

W poszukiwaniach genealogicznych ważny jest nos i odrobina szczęścia

Od pewnego czasu nosiłem się z zamiarem poszukiwań aktu ślubu prababci Józefy Uzarek z pierwszym mężem, niejakim Kurosińskim. O prababci pisałem między innymi tu. Co wiedziałem? W sierpniu 1914 poślubiła w Bottrop, po śmierci pierwszego męża, mego pradziadka Józefa Paczkowskiego. Z pierwszego małżeństwa miała dwoje dzieci. Nie wiedziałem kiedy poślubiła Kurosińskiego, nie wiedziałem gdzie, nie wiedziałem kiedy zmarł, nie wiedziałem nawet jak miał na imię.

Postanowiłem zacząć od ksiąg stanu cywilnego w Bottrop. Ewentualności było kilka:

1. Urzędnikowi nie będzie się chciało sprawdzać szerokiego zakresu lat, o jaki poprosiłem.
2. Urzędnik sprawdzi księgi, ale nic nie znajdzie. Skąd bowiem pewność, że ślub miał miejsce w Bottrop?
3. Jeśli szukana metryka nie odnajdzie się w Bottrop, postanowiłem szukać w macierzystej parafii prababci, do której należała miejscowość Siedlików - miejsce urodzenia. Ale przecież urodzić mogła się w Siedlikowie, a mieszkać z rodzicami zupełnie gdzie indziej. Poza tym ślub mogła zawrzeć gdziekolwiek, choćby w drodze do Bottrop. Mogła na przykład znaleźć pracę zarobkową w zupełnie innej miejscowości. Ojciec Józefy, Marcin Uzarek zmarł przecież w Priort w Brandenburgii. Równie dobrze przez pewien czas mogła mieszkać właśnie w Priort albo w miejscu zupełnie mi nie znanym.

Napisałem do Standesamt w Bottrop i akt się odnalazł! Wiele ciekawych rzeczy z niego wynika. Ślub pomiędzy Aleksandrem Kurosińskim, a Józefą Uzarek miał miejsce w Bottrop w dniu 25 stycznia 1913 roku, a więc niespełna 20 miesięcy przed ślubem prababci z pradziadkiem. Biorąc pod uwagę fakt, że Józefa miała z Aleksandrem dwójkę dzieci, musiały rodzić się w krótkim 20-miesięcznym okresie czasu. Ale można przyjąć i inną perspektywę. Na fotografii ślubnej pradziadków siedzi dwójka dzieci (już nie niemowlaków) i najprawdopodobniej są to dzieci Aleksandra i Józefy, a skoro tak, to musiały rodzić się jeszcze przed ślubem. Chyba, że siedzące na fotografii dzieci nie są dziećmi Józefy albo fotografia o której pisałem wcześniej nie jest fotografią ślubną mych pradziadków.
Cóż jeszcze ciekawego można odczytać z aktu zawarcia małżeństwa? Aleksander Kurosiński był równolatkiem mej prababci. Urodził się w Odolanowie, a więc w niedalekim sąsiedztwie Siedlikowa. Czy młodzi małżonkowie poznali się już w Nadrenii, czy może wcześniej w południowej Wielkopolsce? Aleksander Kurosiński pracował w Bottrop jako robotnik fabryczny, Józefa w czasie ślubu pozostawała bez zajęcia.
Ojciec Józefy, Marcin Uzarek nie żył już w 1913 roku. Jako ostatnie miejsce pobytu podane zostało wspomniane Priort. Natomiast Balbina, mama Józefy, w momencie ślubu mieszkała w Horst, a nie w Bottrop, jak rok później.

sobota, 30 stycznia 2010

Cygany - niegdyś wieś w parafii Miechocin - kolebce Tarnobrzega

Trzebienie Puszczy Sandomierskiej po prawej stronie Wisły zapoczątkowane zostało w XIV wieku i postępowało stopniowo w ciągu wieków od południa i południowego zachodu. Od północy przez długi czas puszcza graniczyła ze wsiami Dąbrowicą, Chmielowem, Mokrzyszowem i Sobowem. Dopiero w XVII i XVIII wieku kolonizacja ruszyła żwawiej w głąb puszczy. Powstały wówczas wsie: Cygany, Jadachy, Dęba, Majdan, Stale, a następnie Alfredówka, Tarnowska Wola i Rozalin.

Powstanie czterech pierwszych z wymienionych wsi to czasy rozkwitu pierwszej Rzeczypospolitej. Nieodległy Baranów, należący w owym czasie do rodu Leszczyńskich, starających się szerzyć w swoich dobrach kalwinizm, przeżywał rozkwit gospodarczy. Nie inaczej było z pobliskim Tarnobrzegiem, który powstał dzięki uzyskaniu przez Stanisława Tarnowskiego w roku 1594 przywileju królewskiego na założenie na gruntach wsi Miechocin, miasta na prawie magdeburskim. Wtedy też powstało miasto Rozwadów założone przez boczną linię rodu Lubomirskich. Czasy były względnie spokojne, co sprzyjało rozwojowi nowych osad. Powstałe w parafii miechocińskiej Cygany, a także Jadachy, Dęba, Stale oraz Ślęzaki wymieniane były w regestrach skarbowych po raz pierwszy w roku 1662.

Cygany, jak również część Sobowa, część Grębowa, Mokrzyszów, Stale, Jeziórko, Chmielów i Jadachy należały do nielicznych na opisywanym terenie wsi królewskich. We wsiach tych istniały sołectwa dostarczające piechura na potrzeby wojenne.

W roku 1761 nazwa wsi Cygany została podana obok innych nowych osiedli - Kępy Nagnajowskiej i Ślęzaków w inwentarzu parafii Miechocin.

W roku 1772 nastąpił pierwszy rozbiór Rzeczypospolitej i opisywane tereny znalazły się w zaborze austriackim.

W latach 1829-1838 rząd austriacki zdecydował się na ostateczną sprzedaż dóbr kameralnych, które przed rokiem 1772 należały do starostwa sandomierskiego w dobrach królewskich, które otrzymała w dożywocie szlachta, jako tak zwany "chleb zasłużonych", to znaczy w nagrodę za rzekomo położone względem państwa zasługi. Po pierwszym rozbiorze Rzeczypospolitej dobra te przeszły na własność austriackiego skarbu, tak zwanego fiskusa albo kamery. Cygany, jak również Jadachy i Chmielów zostały sprzedane przez rząd austriacki w 1838 roku za 46 670 złr. Karolowi Perratowi oraz Janowi Jędrzejewiczowi, od których dobra te około roku 1844 nabył Antoni Gothart hr. Shaffgotsche, magnat śląsko-morawski.

Ciekawy był stosunek mieszkańców byłych wsi królewskich do rabacji galicyjskiej 1846 roku. Jak opisywał profesor Stanisław Tarnowski, uczestnik wydarzeń:

"W obwodzie rzeszowskim, w lasach leżą wielkie dobra Mokrzyszowskie. Właściciel - Niemiec, mieszkał na Morawie. Rzeź tu nie doszła. A gdy doszła o niej wiadomość, trzy wsie: Mokrzyszów, Stale i Cygany, jednej nocy nasadziły kosy, narządziły cepy i siekiery i już wybierały się w pochód, żeby bić "rabusiów i rozbójników". Wstrzymała ich rada z sąsiednich dworów, żeby nie szli, bo złemu nie poradzą, a sami na siebie mogą ściągnąć nieszczęście."

O specjalnej sympatii mieszkańców tych wsi dla szlachty i panów nie można chyba jednak mówić. Jak pisze Gabryela Tarnowska, autorka "Zapustów":

"Chłopi z Cyganów wywozili nocą siano ze stogów p. Schindlera. Leśny tegoż zakradł się, dla poznania sprawców często powtarzanych kradzieży. Złapani na uczynku - świadka zamordowali. A, że nikt żywy nie mógł świadczyć o tem, co się stało, prócz śladów świeżej krwi na odzieży, sianie i wozie - zdaje się, że zbrodniarzy, dla niedostatku dowodów, czeka tylko więzienie i kara cielesna na indagacjach."

Podobnie było w listopadzie 1918 roku za tzw. "republiki tarnobrzeskiej", gdy chłopi w Stalach i Cyganach rabowali drzewo w lasach Tarnowskiego i wywozili z łąk całe stogi siana przygotowanego dla armii austriackiej.

Chłopi przed tzw. uwłaszczeniem roku 1867 nie byli przyzwyczajeni do samodzielnego gospodarowania własnością. Podczas likwidacji serwitutów pastwiskowych, często podawano mniejszą od rzeczywistej liczbę inwentarza żywego, spodziewając się, że spis robiony jest dla celów podatkowych lub innych. Na podstawie zaś spisu przydzielano gminie odpowiednią powierzchnię pastwiska. W Cyganach gmina nie chciała zgodzić się na przyznaną powierzchnię pastwisk. Odpowiedni wyrok wydała komisja rządowa, a że chłopi stawiali opór, usunięto ich przemocą z pastwiska za pomocą wojska.

Lata 1860-1870 to rozwój szkolnictwa, głównie dzięki działalności księdza dziekana Sobczyńskiego. W dziesięcioleciu tym powstało 6 nowych szkół zimowych w parafii Miechocin, a mianowicie w Chmielowie, Jadachach, Mokrzyszowie, Ocicach, Nagnajowie i Cyganach.

Ostatecznie Cygany, Jadachy i Chmielów zostały wykupione przed rokiem 1908 z rąk niemieckich przez hr. Jana Tarnowskiego.

Początek pierwszej wojny światowej to ciężkie czasy dla mieszkańców okolic podtarnobrzeskich. Najpierw triumfalny przemarsz wojsk austriackich w kierunku Lublina. Później odwrót niedobitków austriackich leśnymi lichymi drogami przez Żupawę, Cygany, Chmielów, Ślęzaki na Mielec. Jak widać, przez te miejsca często przetaczał się front rosyjsko-austriacki. I tak 15 września 1914 roku o godzinie 8 rano, patrole rosyjskie weszły do Tarnobrzega, gdzie na ulicach doszło do wymiany strzałów z patrolami austriackimi, które następnie wycofały się przez Miechocin na Machów. Tegoż samego dnia z rana, wycofujące się wojska austriackie obsadziły i okopały się na wzgórzu machowskim, a okopy ich ciągnęły się na Chmielów, Cygany i dalej ku wschodowi.

Koniec 1914 roku i pierwsza połowa 1915 to umacnianie się wojsk rosyjskich na zdobytych terenach. Okopy, schrony oraz umocnienia polowe budowane były i w Cyganach. W połowie roku nastąpiła ofensywa wojsk państw centralnych, które wyparły Rosjan z zajmowanych terenów. Następnie front przetoczył się daleko na wschód i już aż do końca I wojny światowej nie dosięgnął okolic Tarnobrzegu.

Powyższe informacje zostały zaczerpnięte z doskonałej monografii parafii Miechocin, zatytułowanej "Miechocin. Kolebka Tarnobrzega" autorstwa braci Józefa i Wojciecha Rawskich, pasjonatów historii opisywanych terenów. Jest to obok "Pamiętników włościanina" Jana Słomki podstawowa pozycja dla osób zainteresowanych ziemią tarnobrzeską.

Mnie wieś Cygany interesuje szczególnie. W latach 20-ych XX wieku wyjechali bowiem z tej wioski moi pradziadkowie Andrzej Tudor i Marianna z Ozimków wraz z trójką dzieci. Jako młodzi ludzie pracowali w Niemczech, co pozwoliło im zebrać potrzebny kapitał, aby po pierwszej wojnie światowej, która mocno dała się we znaki okolicznym terenom, opuścić swe rodzinne strony, kupując ziemię we wsi Kluczewo w Wielkopolsce. Jak długo ich potomkowie mieszkali we wsi Cygany, skąd tam trafili, trudno bez dalszych badań powiedzieć.

Według informacji otrzymanych od Mariana Tomczyka, pasjonata historii wsi Cygany we wsi nie mieszkają już dziś osoby o nazwiskach Tudor i Ozimek. "Słownik nazwisk używanych w Polsce na początku XXI wieku." autorstwa profesora Kazimierza Rymuta podaje, że nazwisko Tudor jest w Polsce bardzo rzadkie i w roku 1990 występowało tylko na obszarze ówczesnych dwóch województw: tarnobrzeskiego i gorzowskiego.