środa, 30 maja 2012

"Ptak umarłych" Edwarda Dębickiego

Miejsce: stołówka Szkoły Podstawowej nr 7 przy ulicy Estkowskiego w Gorzowie Wielkopolskim, końcówka 1985 roku, turniej szachowy dla młodzieży organizowany przez nauczyciela i propagatora szachów wśród dzieci, Bogdana Lotko. Na sali kibice, również dorośli. Lata 80-te praktycznie aż do odzyskania niepodległości w 1989 roku to ogromna popularność szachów amatorskich. Turnieje miejskie i wojewódzkie pełne graczy. Czy wpływ na taki stan rzeczy miały mecze o mistrzostwo świata pomiędzy Karpowem i Kasparowem? Pewnie tak. Ale i beznadzieja końcówki PRLu, powodująca wzrost aktywności ludzkiej poza głównym nurtem szarego życia.

Gdzieś tam w stołówce siódemki, jako 12-letni chłopak, zauroczony szachami, zobaczyłem po raz pierwszy człowieka, którego później z różnych turniejów szkolnych kojarzyłem jako Edwarda Dębickiego. Posiadał bodajże II-gą kategorię szachową i reprezentował gorzowski Start.

Trafiłem niedawno na stary wycinek kącika szachowego z Ziemi Gorzowskiej o nazwie "Nad szachownicą". Tytuł jednej ze wzmianek brzmi: "Edward Dębicki mistrzem okręgu w grze korespondencyjnej". Przytoczono w niej tabelę finału z roku 1984 oraz partię E.Dębicki - J. Konieczny. Swoich sił w grze korespondencyjnej próbowałem parę lat później zostając mistrzem okręgu gorzowskiego w roku 1987. Później rozwój komputerowych programów szachowych zabił tę formę rozgrywek.

O tym, że Edward Dębicki jest założycielem cygańskiego zespołu artystycznego "Terno" dowiedziałem się po latach, gdy w Gorzowie odbywały się coroczne Międzynarodowe Spotkania Zespołów Cygańskich "Romane Dyvesa". Dopiero dużo później znalazłem w internecie informację o książce zatytułowanej "Ptak umarłych", informację na tyle ciekawą, ze postanowiłem książkę zdobyć i przeczytać.

Cyganie są wśród nas, a jednak na tyle różni się ich kultura od naszej, że nie zadajemy sobie trudu, aby ją poznać. Swoją rolę grają tu uprzedzenia, ale i hermetyczność cygańskiego świata. Kiedyś na fali zachwytu "Sklepami cynamonowymi" Brunona Schulza trafiłem na książkę poświęconą temu niezwykłemu artyście słowa, autorstwa Jerzego Ficowskiego, pt. "Regiony wielkiej herezji", książkę na tyle niezwykłą, że zachęciła mnie do przeczytania innych pozycji tego autora. Kupowałem na chybił trafił, a okazały się o tyle ciekawe, że traktowały o Cyganach i ich kulturze.

Zarówno "Pod berłem króla pikowego. Sekrety cygańskich wróżb", jak i "Cyganie na polskich drogach" będąca rodzajem monografii historyczno-etnograficznej polskich Cyganów są obarczone pewnymi wadami. Pisał je człowiek z zewnątrz, który miał styczność z cygańskim taborem, jednak nie jesteśmy w stanie, czytając książkę, zweryfikować na ile wiedza w nich przedstawiona ma wartość poznawczą, na ile mocno autor został wtajemniczony w arkana cygańskiego życia. Zresztą on sam na kartach zwłaszcza drugiej książki niejednokrotnie podkreśla hermetyczność cygańskiego świata, niemożność pełnego poznania cygańskiej kultury, również z powodu niechęci Cyganów do ludzi z zewnątrz.

Książka "Ptak umarłych" to wspomnienia z lat wojennych 1939-1945, gdy rodzina Krzyżanowskich (takie nazwisko rodowe nosili pierwotnie rodzice Edwarda Dębickiego) przebywała na Wołyniu.

Autor, wówczas, w czasie objętym wspomnieniem jeszcze dziecko (urodził się w 1933, 1934, lub 1935 roku), wprowadza nas do swego świata poprzez nakreślenie sylwetek najbliższych osób z rodziny, skupiając się na ich cechach charakterystycznych, jak i szczególnie pamiętanych wydarzeniach związanych z każdą z tych osób. Zaczyna się od czasów zamierzchłych, gdy rodziny Krzyżanowskich, Wajsów i Korzeniowskich, z których wywodzą się przodkowie autora, powiązane zostały z konkretnymi szczepami cygańskimi. Legendarnym dla rodziny wydaje się przywołany w książce dokument z czasów króla Jana III Sobieskiego, wystawiony przez królową Marysieńkę, stwierdzający wysoki poziom artystyczny zespołu muzycznego stworzonego przez przodków autora. Muzyka więc jest głównym zajęciem rodziny. Wśród portretów krewnych odnajdujemy rozsławioną przez Juliana Tuwima poetkę cygańską Papuszę, ciotkę Edwarda Dębickiego, mieszkającą po wojnie również w Gorzowie Wielkopolskim.

Rozdział jej poświęcony daje nam równocześnie wgląd w zwyczaje Cyganów związane z ożenkiem, który często następował poprzez porwanie. Takiego fortelu użył w stosunku do Papuszy (prawdziwe nazwisko Bronisława Zielińska) wuj autora Dyźko Wajs, dużo od niej starszy, nie będący wymarzonym kandydatem na męża.

Ciekawy jest także fragment poświęcony matce, gdyż możemy przez chwilę posmakować tak obcego dla zwykłego śmiertelnika świata wróżb:

"Matka moja miała odmienny charakter niż ojciec. Jej przyjaźń zdobyć było bardzo trudno. Była stanowczą i mądrą kobietą. Co komu miała powiedzieć, to mówiła prosto w oczy i dlatego nie znajdowała poklasku i nie miała zbyt wielu koleżanek. Była prawdomówna i skromna, unikała konfliktów. Dzieci kochała bardzo, ale w przeciwieństwie do ojca nie umiała tego okazać. Była wrażliwa na każdą krzywdę. Nawet jak ktoś opowiadał o swoich kłopotach, to potrafiła płakać. Była opiekuńcza, wychowała nas siedmioro, pomogła wychować wszystkie wnuczęta. Życie oddałaby za nas.

Nie umiała tańczyć po cygańsku, umiała za to śpiewać, miała nawet przyjemny głos. Była ładną kobietą, drobnej budowy. Umiała dobrze wróżyć, w czym pomagał jej dar przekonywania. Kiedyś zapytałem mamę czy to, co mówi podczas wróżby, jest prawdą i skąd jej się to bierze, że wszystko zgaduje, co było i co będzie?

-Trudno to tak po prostu wyjaśnić - odpowiedziała - coś takiego jest na tej ziemi, czego człowiek nie umie jeszcze sprawdzić i wytłumaczyć. Kiedy zaczynam przygotowywać się do wróżby, to nie wiem co będę mówić, ale jak rozłożę karty i zaczynam wróżyć, to jakby ktoś mi podpowiadał, a język jakby sam sobą kierował i wymawiał słowa bez mojej kontroli. Ja czuję to i wiem jak się dostosować do tego, ale nie umiem wytłumaczyć. Widocznie jest jakaś boska siła."

Czytając  powyższy fragment przypominałem sobie, co o swoim darze jasnowidzenia mówił ksiądz Klimuszko.

Przejmująca jest historia najmłodszej siostry ojca - Babulki, pięknej kobiety, która została porwana przez Polaka. Sprowadziło to na nią hańbę. Rodzina nie chciała utrzymywać z nią kontaktu. W czasie wojny zginęła w getcie.

Zupełnie inaczej traktowano kobiety z zewnątrz, które trafiały do taboru. Parni (Biała) - Polka, która uciekła sprzed ołtarza do taboru cygańskiego "...zaczęła rozumieć, na czym polega cała tradycja cygańska i czemu służą nasze prawa, zmienił się jej sposób myślenia. Pokochała nasze zwyczaje i stała się białą Cyganką. Nawet już przychodziły swaty, ale o tym Parni nie chciała długo słyszeć. Wreszcie nadszedł taki dzień, kiedy oczy Parni błysnęły do Stacha, przystojnego chłopaka z naszego taboru. Pobrali się zwyczajem cygańskim, żyli zgodnie i przykładnie. Dochowali się pięciorga dzieci - trzech synów i dwóch córek. Stacho już umarł, Parni żyje i bawi wnuczęta."

W książce mamy też przykłady niesnasek małżeńskich na przykładzie Muchy i Terentego, który ostatecznie postanawia opuścić żonę i tabor cygański.

Przeczytamy również o wielu innych cygańskich zwyczajach. Dowiemy się co to jest śpera, czy też jak zakwasić barszcz z kury w warunkach leśnych bez octu.

Początkowe rozdziały książki przechodzą w opis niedoli wojennej: ukrywania się w lesie przed Niemcami i banderowcami, pogromów, głodu. Dały mi z innej nieco strony wgląd w życie, jakie mogli prowadzić moi pradziadkowie mieszkający w lesie przy stacji Tomaszgród na Wołyniu.

Książka warta przeczytania, z pierwszej ręki otrzymujemy namiastkę świata cygańskiego. Ja już czekam na drugą część wspomnień Edwarda Dębickiego, obejmującą lata powojenne.

Edward Dębicki, "Ptak umarłych", Bellona, Stowarzyszenie Twórców i Przyjaciół Kultury Cygańskiej im. Bronisławy Wajs-Papuszy.

Tablica pamiątkowa poświęcona poetce cygańskiej Papuszy na ścianie poniemieckiego, przedwojennego domu przy ulicy Kosynierów Gdyńskich 20 w Gorzowie Wielkopolskim. Wielokrotnie koło niego przechodziłem, w nieodległym podobnym budynku mieszkali moi dziadkowie.

czwartek, 10 maja 2012

Obrazki z Rygi

Pierwsze wrażenie po wjeździe do Łotwy: trochę gorsze drogi niż na Litwie, poza tym popsuła się słoneczna pogoda, która towarzyszyła nam aż od Polski. Na horyzoncie ciężkie chmury. Mijamy miejsca nawodnione solidnymi opadami deszczu. W radio nastawiam Latvijas Radio 4, kanał z nastrojową muzyką. Dużo rosyjskich piosenek, co też odróżnia je od stacji słuchanych na Litwie. W Rydze, gdy wysiadamy z samochodu, zimno. Miasto - niegdyś kojarzące się z jednym z najlepszych czasopism szachowych wydawanych w Związku Radzieckim.
***
Przed kioskiem (Narvesen). Chcę kupić znaczki pocztowe. Sprzedawczyni po rosyjsku próbuje ustalić, czy chodzi o kraje Unii Europejskiej: - Jewro? Na co mężczyzna stojący za mną odzywa się z poirytowaniem: - Jewro, jewro... Euro!

***

Cieszy oko widok migdałów w czekoladzie na wystawie kiosku, a później wafelków w sklepie spożywczym. Wyprodukowanych przez Jutrzenkę.

***
Lewobrzeżna Ryga (po lewej stronie Dźwiny). Slokas iela. Pałace i kamienice secesyjne, kojarzące się z germańskimi korzeniami miasta. Przejeżdżające tramwaje i autobusy z chorągiewkami łotewskimi i Unii Europejskiej.


Wśród secesyjnych pałacyków i masywnych kamienic mnóstwo drewnianych budynków, wiele z nich piętrowych, przypominających odchodzące do lamusa przedwojenne budownictwo Białegostoku, pieczęć wschodu.



***
Zwiedzanie miasta po prawej stronie Dźwiny w pochmurną pogodę i w pośpiechu nie sprawia przyjemności. W drodze do starego miasta kupuję zachwalane przez przewodnik Pascala czekoladki Laima i czarny balsam. Tu już miasto ma zdecydowanie niemiecki charakter. Masywne wielopiętrowe secesyjne kamienice zdają się nie mieć końca. Dochodzimy do starej części. Zamknięte kościoły św. Piotra i św. Jana, przez chwilę tylko przyglądamy się katedrze, zamkowi ryskiemu, bramie szwedzkiej i baszcie prochowej. Wrażenie robi dopiero skromne wnętrze XIII-wiecznego katolickiego kościoła św. Jakuba i w jego wnętrzu tablica poświęcona wizycie w Rydze, we wrześniu 1993 roku, papieża Jana Pawła II.

***
Latvijas Radio 4. Dźwięki Roty i za chwilę na antenie słychać polski język. Audycja Związku Polaków na Łotwie. Informacje, audycja religijna, wydarzenia kulturalne, w tym relacja z koncertu Justyny Steczkowskiej w Rydze. Miłe to uczucie posłuchać polskiej audycji poza granicami kraju.

 ***
Dzień wyjazdu. Dochodzimy pod pomnik żołnierzy sowieckich. Wysoka, górująca nad okolicą statua, ozdobiona gwiazdami, pomnik przedstawiający kobietę, z napisem u dołu 1941-1945 i trzech żołnierzy niosących wolność. Obok scena z napisem w tle: "9 мая, с днем победы". Na scenie przygotowania do koncertu w dniu 8 maja - kobieta i mężczyzna ćwiczą przemówienia w języku rosyjskim i łotewskim. Dookoła stoiska z jedzeniem, wystawa zdjęciowa poświęcona poległym w czasie II wojny światowej, przed pomnikiem małe dziewczynki ćwiczą układ choreograficzny z kwiatami w dłoniach, nieopodal wszystkiemu przygląda się staruszek z czerwonymi goździkami. I tym widokiem żegnamy się z Rygą i Łotwą.


sobota, 5 maja 2012

Jeziorka Suwalszczyzny

Tegoroczny weekend majowy upłynął pod znakiem prawdziwie letniej pogody, temperatury dochodziły do prawie 30 stopni, a na niebie z rzadka tylko pojawiały się chmury. W moim przypadku była to kolejna wyprawa na Suwalszczyznę. Gdybym miał wskazać, co tym razem mnie zachwyciło z osobliwości tego regionu, wskazałbym przede wszystkim na dwa jeziorka, leżące na uboczu głównych tras obleganych przez rozmiłowanych w Suwalszczyźnie turystów.

Gdyby udać się drogą z Jeleniewa w stronę siedziby Suwalskiego Parku Krajobrazowego w Turtulu, mija się po prawej stronie parking położony na odkrytym terenie, miejsce będące początkiem ścieżki poznawczej Porosty. Od trzeciego przystanku ścieżki niedaleko jest do wzgórza, skąd podziwiałem pięknie położone jeziorko Linówek, leżące na dnie kotła wytopiskowego, otoczone torfowiskiem z reliktową roślinnością. Z dalszej odległości znakomicie widać niesamowite ukształtowanie terenu, tak charakterystyczne dla Suwalszczyzny. Kotły lodowcowe powstawały w górnej części lodowca, w polu firnowym. Po stopieniu się lodu, w kotłach tworzyły się jeziorka. Morskie Oko w Tatrach jest podobnym przykładem jeziora powstałego w kotle wytopiskowym.

 

Zupełnie na odludziu leżącym jeziorkiem, równie pięknym jak Linówek, jest jezioro Graużyny o litewskiej nazwie wywodzącej się od słowa graužus - piękny. Aby spojrzeć na nie, wystarczy udać się drogą z Wiżajn na północny zachód w kierunku miejscowości Sudawskie, minąć ją i zatrzymać się tuż przed granicą polsko-litewską, mając po lewej opuszczone i częściowo zrujnowane, samotnie stojące zabudowania, a po prawej wzgórze górujące nad okolicą. Ze wzgórza rozciąga się piękny widok na okolicę upstrzoną różnymi kolorami pól i drzew oraz czerwienią dachów pojedynczych domów. W oddali można zobaczyć otoczone lasem jezioro.



Niesamowity widok rozciąga się z drugiej strony wzgórza, na drogę. Za drzewami po prawej znajduje się już znak granicy polsko-litewskiej, dziś rzec można atrakcja turystyczna.


niedziela, 15 kwietnia 2012

Gorzowskie okolice, poniemieckie kościoły i inne atrakcje, część 3

Jednym z najurokliwszych jezior niedaleko Gorzowa Wielkopolskiego jest położone w kierunku południowym od miasta rynnowe, o kształcie wydłużonym w kierunkach północnym i południowym, jezioro Glinik. Z dzieciństwa i młodości pamiętam, że dużo większą popularnością cieszyły się w sezonie letnim jeziora Nierzym i Marwicko, do których dojeżdżała miejska komunikacja autobusowa. Glinik pozostawał nieco na uboczu głównych szlaków. Byłem tam dosłownie kilka razy, choć piękne usytuowanie jeziora w lesie zawsze robiło na mnie wrażenie. Ciekawa jest niemiecka, dawna nazwa jeziora - Bestien See. Natomiast zupełnie nie niemiecko brzmiała nazwa strumienia wypływającego z jeziora - Timene.

Dzisiejsza nazwa jeziora współgra z położoną nieopodal wioską o tej samej nazwie. Glinick jest to historyczna słowiańska nazwa miejscowości, wymieniana w dokumentach z 1319 roku. W późniejszych czasach, gdy Ziemia Lubuska została włączona do Nowej Marchii, nazwa Glynike została zmieniona na Altensorge, obowiązującą do początku 1945 roku. We wsi stoi kościółek, zbudowany w 1896 roku o wyraźnych wpływach neoromańskich i neogotyckich w architekturze.

Naprzeciwko kościoła, po drugiej stronie ulicy zachował się ciekawy obelisk poświęcony poległym w czasie I wojny światowej. Niewiele takich pamiątek po czasach niemieckich pozostało.

Kolejną miejscowością, do której skierowaliśmy się podczas wycieczki świątecznej było Osiedle Poznańskie. Jest to stosunkowo młoda miejscowość w porównaniu z Glinikiem. Powstała na początku XIX wieku po regulacji rzeki Warty na terenach dawnych łąk wykorzystywanych przez mieszczan gorzowskich do wypasania zwierzyny i koszenia siana. Niemiecka nazwa miejscowości brzmiała Bürgerwiese. We wsi znajduje się mały kościółek w stylu neogotyckim, wyświęcony w 1891 roku.

Kolejna miejscowość, sąsiadująca z Osiedlem Poznańskim to Ciecierzyce. Miejscowość powstała na początku XVIII wieku podczas zagospodarowywania Warciańskich Błot. Nazwa (Czettritz) utworzona została na cześć dowódcy pułku dragonów z Gorzowa, generała von Czettritz. Kościół pochodzi dopiero z 1941 roku, został wybudowany na miejscu wcześniej istniejącego. Bryła budynku, podłużne okna przypominają jako żywo zbór ewangelicki.


***
Przenieśmy się w kierunku północno-wschodnim od Gorzowa. Przy dawnej drodze Berlin - Gdańsk, tuż przed Strzelcami Krajeńskimi, znajduje się miejscowość Przyłęg, dawna osada słowiańska. Pierwotna nazwa miejscowości Oldenflith pochodzi od rodziny von Oldenfliet. Później została zmieniona na Altenfliess. Wieś położona jest nad rzeczką Pełcz, przy której można napotkać ruiny starego młyna. Tuż obok na wzniesieniu znajduje się urokliwy kościółek z 1803 roku.




Obok kościoła stary drzewostan. Poszliśmy na spacer w tę stronę nie zdając sobie sprawy, że drzewa rosną na terenie starego cmentarza założonego w XIX wieku. Nagrobki, które przetrwały, są przewrócone, często inskrypcją w stronę gruntu.


Jedna z czytelniejszych inskrypcji dotyczy pochówku niemowlęcia w roku 1876.

Powyższy nagrobek poświęcony jest Marii Bercie Dumerl zmarłej w 1880 roku. Nieco zdziwiony byłem, że w czasach względnej dbałości o zabytki, XIX-wieczny poniemiecki cmentarzyk w Przyłęgu wydaje się tak opuszczony i zaniedbany.

wtorek, 3 kwietnia 2012

"Moi" kierscy Paczkowscy i problemy z poszukiwaniami genealogicznymi

Gdy zgromadziłem już większość istotnych informacji genealogicznych dotyczących mego pradziadka Józefa Paczkowskiego (1888-1943), nadszedł czas aby wyruszyć w jeszcze odleglejszą przeszłość. Dzięki wizytom w mormońskim Centrum Historii Rodziny, na mikrofilmach zawierających księgi metrykalne rzymskokatolickiej parafii w Kiekrzu koło Poznania odnalazłem akt zawarcia małżeństwa prapradziadka Wawrzyńca Paczkowskiego z Katarzyną Goworzowską z Urbaniaków. Dotarłem również do akt chrztu większości dzieci Wawrzyńca i Katarzyny.
Pozostało odszukać inne dokumenty dotyczące Wawrzyńca. Jednym z najłatwiejszych do odnalezienia wydawał się akt zgonu. Ostatnim ustalonym przeze mnie dzieckiem Wawrzyńca i Katarzyny był Jan Paczkowski, urodzony 17 czerwca 1892 roku w Krzyżownikach. Z aktu zawarcia małżeństwa Józefa Paczkowskiego i Józefy Kurosińskiej z Uzarków (1888-1923) (mojej prababci) z dnia 8 sierpnia 1914 roku, którego kopię pozyskałem z niemieckiego urzędu stanu cywilnego (Standesamt) w Bottrop, wynikało, że ojciec Józefa - Wawrzyniec zmarł jeszcze przed ślubem syna, a jego ostatnim miejscem zamieszkania były Krzyżowniki. Wynikałoby z tego, że wystarczy przejrzeć ksiegi metrykalne / stanu cywilnego, obejmujące tę miejscowość, od roku 1892 do 1914 i akt zgonu prapradziadka sam się odnajdzie. W Centrum Historii Rodziny przejrzałem mikrofilmy zawierające księgi zgonów parafii w Kiekrzu z lat 1892-1908. Bez rezultatu. W następnej kolejności zleciłem Archiwum Państwowemu w Poznaniu odszukanie aktu zgonu prapradziadka w księgach stanu cywilnego Złotnik – obecnie dzielnicy Poznania, której podlegały Krzyżowniki. Księgi te obejmowały lata 1888-1910. Niestety i tam nic nie znaleziono. Zadzwoniłem więc do Urzędu Stanu Cywilnego w Rokietnicy, który posiada księgi złotnickie od roku 1911 i tam poprosiłem o sprawdzenie lat 1911-1914. Niestety poszukiwanego aktu nie ma. Albo więc pominąłem go przy przeszukiwaniu mikrofilmów, albo osoby sprawdzające księgi złotnickie przeoczyły ten akt, albo po prostu nie ma go w księgach obejmujących Krzyżowniki. W takim razie, gdzie może być?
Z kolei, aby odnaleźć akt urodzenia Wawrzyńca sięgnąłem do mikrofilmów zawierających duplikaty kierskich ksiąg metrykalnych z lat 1817 – 1865 (brakuje na nim niektórych roczników, jest wielka dziura obejmująca lata 1830-1839), przechowywanych w Archiwum Państwowym w Poznaniu. Z aktu zawarcia małżeństwa Wawrzyńca i Katarzyny wiedziałem, że prapradziadek urodził się w 1851 roku. Wiedziałem nawet, którego dnia ... i tu krótka dygresja.
W 2005 roku dzięki ogłoszeniu zamieszczonemu na portalu Genpol, a dotyczącego nazwiska Paczkowski, napisał do mnie Piotr mieszkający w Poznaniu, którego przodkowie nosili to samo nazwisko i mieli krewnych w okolicy Kiekrza. Ani ja nie wiedziałem wtedy zbyt wiele o pradziadku Józefie i jego przodkach, ani Piotr o swoich.
Minęło 5 lat. Ja zdążyłem odnaleźć akt zawarcia małżeństwa Wawrzyńca Paczkowskiego i opublikować notkę na blogu. Przeczytał ją Piotr i 5 lat po naszym pierwszym kontakcie napisał do mnie e-maila. W Archiwum Archidiecezjalnym w Poznaniu w kierskich księgach metrykalnych odnalazł bowiem akta urodzenia Wawrzyńca oraz jego ojca Stanisława. Nasz kontakt sprzed 5 lat okazał się bardzo owocny. Pozostawało mi dotrzeć do samych metryk, aby zweryfikować otrzymane informacje, a także dotrzeć do innych.
Stąd też wziął się pomysł na mikrofilmy z archiwum poznańskiego. Do aktu chrztu Wawrzyńca Paczkowskiego dotarłem łatwo. Urodził się 3 sierpnia 1851 roku w Krzyżownikach. Rodzicami jego byli Stanisław Paczkowski, ubogi wieśniak (łac. colonus) i Dorota z Derdów. Okazało się, że mój prapradziadek wychowywany był bez matki. Wkrótce bowiem znalazłem akt zgonu Doroty, która zmarła 3 listopada 1852 roku w Krzyżownikach, pozostawiając męża Stanisława. Nie napotkałem na inne rodzeństwo Wawrzyńca, poza jednym dziwnym aktem. 24 marca 1855 roku umarła w Krzyżownikach w wieku lat 7 Katarzyna Paczkowska, córka Stanisława Paczkowskiego i Doroty z Derdów. Według tego zapisu, w 1855 roku nie żył już ojciec Katarzyny, Stanisław. Nie trafiłem jednak na jego akt zgonu pomiędzy 1852, a 1855 rokiem. Wróciłem do ksiąg chrztów z roku 1848, przejrzałem również lata 1847 i 1849 i aktu chrztu Katarzyny Paczkowskiej również nie znalazłem. Znalazłem za to akt chrztu Katarzyny Taysner, nieślubnej córki Doroty Taysner i ojca niewiadomego. Katarzyna urodziła się 19 listopada 1848 roku w Krzyżownikach. Tajemnicę częściowo wyjaśnił dawny e-mail od Piotra, wskazujący na wyszukiwarkę małżeństw Poznań Project, w której można znaleźć zawarte w 1849 roku w Kiekrzu małżeństwo pomiędzy Stanisławem Paczkowskim, a Dorotą Tayssner, wdową. Ja niestety do metryki owej nie dotarłem, mikrofilm nie zawierał księgi małżeństw z roku 1849.
Stanisław Paczkowski urodził się w Krzyżownikach 2 sierpnia 1821, jako nieślubne dziecko Jadwigi Paszkowskiej z Brzezińskich, kątniczki i wdowy. To było dla mnie zaskoczenie. Piotr pisał, że w księgach metrykalnych parafii Kiekrz przechowywanych w poznańskim Archiwum Archidiecezjalnym, jako rodzice Stanisława wymienieni są Tomasz Paczkowski i Jadwiga Brzezińska. Pierwotne nazwisko matki brzmiało Jadwiga Paszkowska, ale zostało przekreślone. Ojcem chrzestnym zaś był Tomasz Paszkowski. Dlaczego więc w duplikatach brak jest nazwiska ojca, a jako matkę wpisano Jadwigę Paszkowską z Brzezińskich? Bez porównania zapisów oryginalnych ksiąg metrykalnych z duplikatami chyba nie obędzie się.
Podobny akt chrztu nieślubnego dziecka Jadwigi Paszkowskiej z Brzezińskich znalazłem w roku 1819, kiedy to 18 stycznia urodził się Maciej Paszkowski. Natomiast już 9 maja 1825 roku w Krzyżownikach rodzi się Jakub Paczkowski, ślubne dziecko Tomasza Paczkowskiego i Jadwigi z Brzezińskich. Aktu zawarcia małżeństwa Tomasza i Jadwigi nie odnalazłem. W zmikrofilmowanych duplikatach brak jest małżeństw z kluczowego (wydaje się) roku 1821. Małżeństwa z lat 1817-1820 i 1822-1829 znajdują się na mikrofilmie.
Kolejną ciekawostką, jeśli to nie błąd prowadzącego księgi, jest wiek małżonków Tomasza Paczkowskiego i Jadwigi. Tomasz umarł 27 kwietnia 1850 roku w Krzyżownikach w wieku 65 lat, Jadwiga zaś w tej samej miejscowości 21 marca 1856 roku w wieku 90 lat. Jeśli księgi nie kłamią, była starsza od Tomasza o 19 lat!
Dotychczas nie udało się odnaleźć wspólnego przodka pomiędzy linią Piotra, a moją. Jego kończy się na Franciszku Paszkowskim i Dorocie Szatenberg. Najprawdopodobniej ten sam Franciszek jest ojcem chrzestnym wspomnianego wyżej Macieja Paszkowskiego, zaś jako matka chrzestna Stanisława Paczkowskiego, mego praprapradziadka wymieniona została Julianna Szatenberg. Co jest przesłanką, że pomiędzy Franciszkiem, a Tomaszem być może istniało bardzo bliskie pokrewieństwo. Ale o tym pewnie dowiem się, jeśli zdecyduję się odwiedzić Archiwum Archidiecezjalne w Poznaniu, które posiada księgi metrykalne parafii Kiekrz od roku 1751.

niedziela, 25 marca 2012

Dawnej gwary siedlikowskiej czar

"Siedlików - wielka wieś! Rozległa: gęsto zabudowane centrum, na dalekich obrzeżach huby, tuż za granicami wsi przysiółki, jeśli nie przynależące formalnie, to ku niej ciążące - Korpusy, Rudunki, Rejmanka, Nojmanka, Kamole, Łopaty, Jaźwiny... Ludna - zawsze ludniejsza od wszystkich okolicznych wsi, skrupulatny ksiądz radca Michał Perliński podaje, że sto lat temu z okładem, w 1910 roku, w Siedlikowie mieszkało "Polaków katolików 1200, Polaków ewan. 96", podczas gdy Bukownica, największa z sąsiednich wsi, liczyła mieszkańców 950. Wielki i ludny Siedlików nie umywał się przecież do tej leżącej tuż za miedzą, za wąziutkim pasemkiem lasu, na ziemiach jednak nieporównanie żyźniejszych od siedlikowskich piaseczków i glinek sąsiadki - murowanej, z okazałym kościołem, pięknym budynkiem dworca kolejki namysłowskiej... Dość powiedzieć, że w Warthegau, okupowanym Kraju Warty, taż Bukownica przechrzczona została na Buchenitz, Marydoły na Marienthal, Korpysy bodaj Cecilienthal, Kozły Kamilienthal czy jakoś podobnie, natomiast dla Siedlikowa gaulaiterzy zarezerwowali nazwę Alte Hütte, Stare Budy więc inaczej mówiąc - dziadostwo...

I prawda - dziadostwo; tych starych bud pod słomianymi strzechami tu przed wojną, długo po wojnie zresztą także jeszcze, było a było, niektóre chałupy, pamiętam, na wpół wrośnięte w ziemię, pochodzić musiały zgoła z początków dziewiętnastego stulecia; kościół nawet w tej wielkiej wsi, w istocie stara buda tak samo, siedemnastowieczny, modrzewiowy, omszały, niepokaźny, zresztą piękny; plebanii brak, proboszcz rezydował na plebanii w malutkim Przedborowie, który poszczycić się mógł także solidnym neoromańskim kościołem zbudowanym pod koniec XIX wieku.

Siedlików to, jako się rzekło, wielka wieś, w tym miejscu dopowiedzieć trzeba, że także - starożytna, znacznie starsza od takiego Mikstatu, a nawet naszego stołecznego miasta Ostrzeszowa: "ante 1266 Sedlicowiczi, Sedlikow", "1283 Siltperch, 1337 Ostrzeszow"..."


Tak rozpoczyna się książeczka, którą niedawno otrzymałem pocztą od samego autora, za co jeszcze raz serdecznie dziękuję. W Siedlikowie, o którym traktuje wstęp do książki urodziła się w roku 1888 moja prababcia Józefa Paczkowska z Uzarków. Nie wiem, jak długo tam mieszkała, a także czy jej rodzina na stałe była związana z tym miejscem. Prawdopodobnie i dziadek - jej syn, niewiele wiedział o tym miejscu, a matki mógł dobrze nie pamiętać. Zmarła, gdy miał 7 lat.

Książeczka, do której fragment wstępu przytoczyłem to słownik dawnej gwary Siedlikowa. Jeśli więc prababci rodzina mieszkała w Siedlikowie, musiała wielu słów zamieszczonych w książeczce używać w życiu codziennym. Cóż ciekawego można się z niej dowiedzieć? A że taki chleb to Chleboszek, cukier to Faryna, kromka chleba to Gielnicek, kołnierz to Hachoł, a kaganek to Kociślepek. Jest też trochę sprośnego lub dosadnego słownictwa, które musiało być w powszechnym użytku na wsi: gęba to Kalafa; pyszałek to Chwalidup; niedołęga, fujara, fajtłapa to Ciul (znane poznaniakom); dupek - Dupersztajn; plotkarz zaś to Pierdouśnik.

Jest sporo słów, bez poznania których lektura opisywanego tu wcześniej "Pióropusza" może być chwilami niezrozumiała. Taka na przykład jajorka, pojawiająca się często na kartach "Pióropusza" to zapasy, których celem jest obnażenie przeciwnika.

Cieszę się więc, że dzięki tej pozycji mogę choć przez chwilę poczuć namiastkę świata, do którego prowadzi część mych korzeni rodzinnych.

Marian Pilot
"Ssapy. Szkudły. Świętojanki.
Słownik dawnej gwary Siedlikowa."
Oficyna Wydawnicza Kuba. Warszawa 2011.

czwartek, 15 marca 2012

Narzędzia Męki Pańskiej na krzyżu przydrożnym w Barszczewie

W zeszłym roku na dziedzińcu okalającym kościół w Raczkach zobaczyłem krzyż z towarzyszącymi mu insygniami (zdjęcie poniżej).


Niedawno zaś, zachęcony pierwszymi pojawiającymi się tu i ówdzie oznakami wiosny, wyruszyłem na pierwszą w tym roku wycieczkę rowerową. Trasa wiodła ścieżką rowerową w kierunku Kruszewa i Narwiańskiego Parku Narodowego. Minąłem Krupniki, Sienkiewicze i dotarłem do widzianego już dość dawno temu krzyża w Barszczewie.

Pochodzi on najprawdopodobniej z końca XIX wieku i z tego samego warsztatu, co pokazywane już na blogu krzyże przydrożne w Sienkiewiczach i w Krupnikach. Ale różni się od nich jedną cechą. Początkowo nie zwróciłem na to uwagi patrząc z dalszej odległości. Dzida, młotek, obcęgi, drabina - narzędzia Męki Pańskiej, okazuje się, nie tak rzadko umieszczane na krzyżach przydrożnych.

wtorek, 14 lutego 2012

Zdjęcie nieznajomego mężczyzny wykonane w Piotrkowie Trybunalskim

Mam w swoich zbiorach zdjęcie, otrzymane kiedyś od babci. Problem w tym, że babcia nie wiedziała kto na nim jest. Zrobione najprawdopodobniej już po I wojnie światowej o czym świadczy pieczątka zakładu fotograficznego na odwrocie z polskim napisem: Piotrków, Rokszycka 18. Na odwrocie zdjęcia jest również pisany ręcznie napis, ale zupełnie nieczytelny dla mnie. Być może przedstawia kogoś z rodziny, z Szarbska z kręgu Krupów, Krzysztofików bądź Janiszewskich, ale pewności nie mam. Może ktoś z bliższej lub dalszej rodziny wejdzie na tę stronę, a ma podobne zdjęcie w swym albumie i pomoże mi w identyfikacji? A może osoba zupełnie nieznajoma, a mająca korzenie w Szarbsku, Dąbrówce, Sulejowie bądź Piotrkowie Trybunalskim będzie wiedzieć, kogo przedstawia zdjęcie?

piątek, 10 lutego 2012

Losy nieustalone. Wawrzyniec (Ławrentij) Szczerbaczewicz (1904-?)

Jedną z ciekawszych zagadek genealogicznych, która od paru lat mnie frapuje, stanowią losy brata rodzonego mej prababci Agaty Stępień ze Szczerbaczewiczów. Przeplatają się w tej historii exodus ludności prawosławnej na wschód w 1915 roku (tzw. bieżeństwo), rewolucja bolszewicka w Rosji, kordon graniczny pomiędzy ZSRR a II RP. Ale może po kolei.

Jest rok 1911, Pińsk. Moja praprababcia Paulina Szczerbaczewicz z Rozalików zostaje wdową, po tym, jak jej mąż Filip przychodzi z pracy, źle się czuje, kładzie na łóżku i umiera. Przez wiele lat z opowieści prababci oraz babci wynikało, że Paulina miała czworo dzieci (poza Agatą jeszcze Antoniego, Jana i Elżbietę, zwaną w rodzinie Lizą). Antoni i Jan po wojnie zostali w Pińsku, Elżbieta mieszkała zaś w Łodzi, ale odeszła zbyt wcześnie, gdy byłem jeszcze małym dzieckiem, abym mógł poznać ją i z nią porozmawiać. W opowieściach babci przewijały się jakieś niejasne zdania o tym, że w Rosji również zostali członkowie rodziny Szczerbaczewiczów. Prawdziwą rewelacją były dla mnie dopiero rozmowy z ciocią Heleną, córką Elżbiety.

Wynika z nich, że Paulina wraz z dziećmi zmuszona była opuścić Pińsk (czy przed ofensywą niemiecką 1915 roku?) i udać się na wschód. Opowieści tej towarzyszy wiele niejasności. Przede wszystkim czy wraz z praprababcią wyjechała też moja prababcia Agata i jej dwaj bracia Jan i Antoni? Trudno powiedzieć. Ludzie z bieżeństwa często wracali nawet w latach 20-ych XX wieku. A Agata, Jan i Antoni na pewno zdążyli być na robotach przymusowych w Niemczech i wrócili do Pińska tuż po zakończeniu I wojny światowej. Wiele dałbym, aby dowiedzieć się o szczegółach tej pracy w Niemczech. Niestety jak przez mgłę pamiętam tylko opowieści prababci z dzieciństwa o jej pobycie na obczyźnie wraz z dwójką młodszych braci. Ale czy chociaż Paulina długo była na wschodzie? Mosze Aszpiz, syn jej żydowskich sąsiadów z Pińska napisał w liście, że Paulina w czasie I wojny światowej ukrywała Żydów w domu przed Niemcami. Przyznam, że do dziś nie wydaje mi się to wiarygodne. W czasie I wojny światowej to Rosjanie często traktowali ludność żydowską, jako potencjalnych szpiegów niemieckich, a niemieckie czystki antysemickie czasów II wojny światowej były czymś niewyobrażalnym. Ale zakładając nawet, że tak było, jak pisał Mosze, to ukrywanie to musiało mieć miejsce już po powrocie praprababci z bieżeństwa. A więc jeszcze w czasie wojny wróciła?

Ciocia Helena wspomniała o również o kolejnych dwóch braciach i siostrze mej prababci: Feliksie, Wawrzyńcu i Annie.

Według tej opowieści Feliks miał zostać w Rosji komisarzem bolszewickim i nie wrócić do Pińska, a nawet zaniechał kontaktów z rodziną.

Historia, która ma stanowić clou tej opowieści dotyczy Wawrzyńca (Ławrentija), brata bliźniaka Elżbiety. Podczas powrotu do Pińska i przeprawy przez rzekę, Wawrzyniec zaginął i nie wrócił wraz z matką i rodzeństwem. Poszukiwany był przez całe dwudziestolecie międzywojenne. Odnalazł się dopiero tuż przed wybuchem wojny w Homlu po drugiej stronie granicy z Sowietami. Po zaginięciu trafił do domu dziecka. Gdy nawiązano z nim kontakt był już żonaty. Ciekawe jest to w jaki sposób praprababcia trafiła na ślad syna. Przypomina mi się historia Tadeusza, syna Agaty, który w czasie II wojny światowej zaginął jako dziecko na Wołyniu i nawiązał kontakt z rodziną już jako dorosły mężczyzna. Ale frapujący jest również inny element tej opowieści.

Poza Feliksem i Wawrzyńcem usłyszałem od cioci Heleny także o Annie. Była podobno najstarsza i najpiękniejsza z sióstr. Miała w przeciwieństwie do Agaty i Elżbiety czarne włosy. Otóż, gdy natrafiono na ślad Wawrzyńca, Anna wyjechała do Homla, do ZSRR. Ciocia twierdzi, że na stałe. W Pińsku nikt z potomków Jana i Antoniego, z którymi miałem okazję rozmawiać nie kojarzył Anny i Feliksa. Ławrentija tak, ta historia była znana.

Co sprawiło, że Anna, która nie widziała brata tak długo, zdecydowała się jechać do ZSRR? Czy pojechała tylko zobaczyć brata i nie mogła wrócić? Pytania, na które najpewniej nie poznam odpowiedzi. Nie mam na potwierdzenie tej opowieści żadnych dokumentów. Towarzyszą jej tylko cienie z przeszłości w mojej wyobraźni.

poniedziałek, 6 lutego 2012

Losy nieustalone. Józef Krupa (1887 - ?)

Przypadek mego pradziadka Stefana Stępnia, którego losy niedawno ustaliłem, nie jest jedynym, który tak mnie ekscytował podczas poszukiwań genealogicznych. Podobnie ciekawa historia wiąże się ze stryjem mojej babci, Józefem Krupą. Urodził się 23 lutego 1887 roku w Szarbsku na ziemi piotrkowskiej, z Łukasza i Wiktorii z Janiszewskich. Dzięki dokładnemu zbadaniu akt stanu cywilnego parafii skórkowickiej dysponuję metryką chrztu, z której wynika, że rodzicami chrzestnymi Józefa byli Łukasz Laszczyk i Franciszka Cichosz, osoby o dość popularnych nazwiskach w miejscowościach należących w XIX wieku do parafii Skórkowice.

Gdy rozkwitała moja pasja genealogiczna, dużo rozmawiałem z babcią Wandą, bratanicą Józefa, dysponującą fenomenalną pamięcią i będącą zarazem skarbnicą różnorakich historii rodzinnych. Od niej usłyszałem, że Józef zaginął po I wojnie światowej, najprawdopodobniej zginął w III Powstaniu Śląskim. Historię tę miał uwiarygodniać artykuł zamieszczony w Panoramie Śląskiej w latach 70-ych. Poświęcony był powstańcom śląskim i wymienione było w nim nazwisko Józef Krupa wraz ze wzmianką, że pochodził z ziemi piotrkowskiej. Gdy zapytałem babci, czy zachowała ten artykuł, odpowiedziała, że wkrótce po jego przeczytaniu miał miejsce w jej mieszkaniu remont i czasopismo wraz z artykułem zawieruszyło się na amen. Babcia niestety nie potrafiła sobie przypomnieć w którym to było roku. Cóż, muszę przyznać, że historia Józefa i artykułu zapłodniła moją wyobraźnię. Wiele z innych faktów przedstawianych przez babcię potwierdziło się w toku dalszego sprawdzania. Postanowiłem szukać.

Dowiedziałem się, że Biblioteka Śląska w Katowicach dysponuje kompletnymi rocznikami Panoramy Śląskiej z końca lat 60-ych oraz z lat 70-ych. Tak się składa, że w 2005 roku miałem być w Katowicach i dysponowałem nawet kilkoma godzinami wolnego czasu. Niewiele się zastanawiając udałem się do biblioteki i poprosiłem o wszystkie roczniki Panoramy Śląskiej. Przejrzałem je, niestety na interesujący mnie artykuł nie natrafiłem.

Dwa lata później na stronie Muzeum Śląskiego znalazłem spis powstańców śląskich zweryfikowanych przez Związek Powstańców Śląskich w latach 1936-1939. Występują w nim aż trzej mężczyźni nazywający się Józef Krupa. Przy żadnym z nich jednak miejscowość nie wskazuje na ziemię piotrkowską. Postanowiłem dowiedzieć się więcej szczegółów i skontaktowałem się z kierownikiem Pracowni Historii Powstań Śląskich, profesorem Edwardem Długajczykiem. Okazało się, że dokładne spisy powstańców uległy zniszczeniu w obawie przed Niemcami w latach 1936-1939, natomiast jedyna osoba o nazwisku Józef Krupa widniejąca wśród poległych powstańców, pochodziła z Bierunia Starego na Śląsku.

Kilka lat minęło i w internecie pojawiły się skany dokumentów dotyczących powstań śląskich, pochodzące z Instytutu Józefa Piłsudskiego, w 1941 roku wywiezione do Stanów Zjednoczonych, od 1943 roku przechowywane w Nowym Jorku. Strona internetowa posiada wyszukiwarkę nazwisk, dzięki której udało mi się obejrzeć wszystkie skany (a jest ich ogrom), zawierające nazwisko Józef Krupa. W kilku przypadkach dokumenty wskazują na osobę pochodzącą z Bierunia Starego. Na pozostałych skanach nie można ustalić miejsca pochodzenia występującego na nich Józefa Krupy.

Nadal nie zwątpiłem w relację babci, aż do ubiegłego roku.

Dotarłem wtedy do skromnego drzewa genealogicznego, wyrysowanego w latach 80-ych XX wieku przez Henrykę Krupę, żonę brata mej babci Stefana Krupy. Ciocia Henia, której nigdy nie dane mi było poznać, słynęła podobno ze skrupulatności i dokładności, jeśli chodzi o spisywane historie rodzinne. W jej drzewie znajduje się nazwisko Józef Krupa, a przy nim adnotacja: "wyjechał do USA, zaginął". Mam więc dwie relacje pochodzące od osób z rodziny. Hipotezę babci sprawdziłem, nie wiem natomiast jak mam sprawdzić hipotezę cioci Heni, nieznane jest mi bowiem źródło informacji, które podała. Może rzeczywiście Józef Krupa wyjechał do USA?

piątek, 3 lutego 2012

Ustaliłem losy mego pradziadka Stefana Stępnia!

Zagadka powojennych losów pradziadka Stefana Stępnia wydawała się jedną z najtrudniejszych do rozwikłania, gdy rozpoczynałem moją przygodę z genealogią prawie 10 lat temu. Moja babcia widziała ojca, jak sama mówiła, ostatni raz na Wołyniu w 1943 roku. Jeden z jej braci podobno po wojnie spotkał go na którejś z dolnośląskich stacji kolejowych i tam ojciec powiedział mu, że nie chce utrzymywać kontaktu z rodziną.

Szczegółowo opisałem hipotezy dotyczące dalszych losów Stefana Stępnia na tym blogu w czerwcu 2010 roku.

Wtedy już dysponowałem dodatkowymi relacjami potomków jego braci i sióstr, do których dotarłem dzięki pewnemu listowi. Nie wnosiły te relacje dużo nowego. Według nich pradziadek mógł zaginąć na Wołyniu lub też przeżyć wojnę, ale ze swoją rodziną z jakichś względów nie chciał utrzymywać kontaktu. Były to relacje z drugiej ręki. Nikt z rodzeństwa Stefana nie dożył czasów, gdy zainteresowałem się genealogią.

Pewien przełom nastąpił, gdy zdecydowałem się napisać do PCK, przez którą to organizację członkowie rodziny poszukiwali pradziadka po II wojnie światowej. Ustaliłem wtedy, że na pewno przeżył on wojnę i w 1954 roku mieszkał we Wrocławiu.

Dodatkowe poszukiwania pomogły mi ustalić, iż od 1942 roku pradziadek był na robotach przymusowych w Boberrörsdorf (dziś Siedlęcin koło Jeleniej Góry). Sprawdziłem również adres podany przez Polski Czerwony Krzyż (ul. Katowicka 103) we wrocławskich zbiorach meldunkowych (bez rezultatu), a następnie poprosiłem o kopię pisma, na podstawie którego Polski Czerwony Krzyż ustalił miejsce pobytu dziadka w 1954 roku. Okazało się, że z pisma tego nie wynika na pewno adres przy ulicy Katowickiej (był napisany bardzo nieczytelnie), a raczej jest to ulica Rolnicza 103 we Wrocławiu. Jednakże pod tym adresem w zbiorach meldunkowych Wrocławia również nie znalazłem żadnej informacji o Stefanie Stępniu.

Dużym przełomem okazała się chwila, gdy pokazałem koleżance Anecie kopię pisma z PCK. Według niej adres wskazywał na ulicę Lotniczą, a nie Rolniczą. Sprawdziłem i ten adres w zbiorach meldunkowych Wrocławia, bez rezultatu niestety. Wiedziałem jednakże, że pod adresem Lotnicza 103 we Wrocławiu w 1981 roku znajdował się stary barak, w którym Brat Jerzy Marszałkowicz założył pierwsze schronisko dla bezdomnych im. Brata Alberta. Mimo to, czułem, że znalazłem się w ślepej uliczce, jeśli chodzi o poszukiwania informacji o moim pradziadku.

***

Ale... zadzwoniłem do Towarzystwa Pomocy im. Brata Alberta we Wrocławiu, aby zapytać o to, jakie było przeznaczenie baraku przy ulicy Lotniczej 103, gdzie powstało pierwsze schronisko dla bezdomnych. Skierowano mnie do schroniska dla bezdomnych w Bielicach, do samego Brata Jerzego Marszałkowicza. Zadzwoniłem tam, poprosiłem o połączenie i spotkałem się z zupełnie niezwykłą reakcją. Brat Jerzy sprawdził w ewidencji Towarzystwa, czy nie ma w nim osoby o nazwisku Stefan Stępień (nie było), a następnie w sposób cierpliwy i wyczerpujący opowiedział mi historię baraku. Baraków przy Lotniczej było kilka. W latach powojennych Przedsiębiorstwo Robót Inżynieryjnych kwaterowało w nich robotników, pracujących przy odgruzowywaniu Wrocławia. Później były tam tereny wojskowe, a w czasie, gdy jeden z baraków przejmowało Towarzystwo Pomocy im. Brata Alberta, w części z nich znajdowały się magazyny, a w pozostałych mieszkali różni "dzicy" lokatorzy. Byłem bardzo zadowolony z tej rozmowy. Wyobraziłem sobie, że pradziadek mógł być robotnikiem, który został dokwaterowany do baraku przy ulicy Lotniczej 103 i nie miał tam stałego meldunku. Rozmowa ta ukierunkowała też moje dalsze poszukiwania.

Oderwijmy się na chwilę od nich. W Gazecie Polskiej w grudniu ukazał się artykuł księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, poświęcony bratu Jerzemu. Gdy go czytałem, przekonywałem się, że naprawdę rozmawiałem z osobą niezwykłą. Oto fragment artykułu, który mówi o interesującym mnie okresie:

"Jako furtian po raz pierwszy zetknął się z bezdomnymi, którzy przychodzili do niego po prośbie. Przez wiele lat z własnej woli opiekował się nimi, zbierając dla nich żywność, odzież i lekarstwa. Traktowano go jako dziwaka, ale on w tym działaniu odkrywał swoje nowe powołanie. Jego marzeniem było stworzenie zakładu opiekuńczego dla osób potrzebujących pomocy na wzór przytulisk i schronisk prowadzonych w czasie zaborów przez Adama Chmielowskiego, czyli Brata Alberta. W PRL bezdomnych oficjalnie nie było, bo w czasach propagandy i sukcesu te sprawy starannie utajniano. Wszelkie starania o utworzenie schroniska rozbijały się o mur bezdusznej biurokracji. Dopiero w dobie Solidarności w środowisku wrocławskim narodziła się idea utworzenia organizacji pozarządowej opiekującej się bezdomnymi. Utarczki z urzędami trwały kilka miesięcy. W końcu pod koniec listopada 1981 r. zarejestrowane zostało w sądzie Towarzystwo Pomocy im. Adama Chmielowskiego, pierwsze tego typu w Polsce. Otwarło to drogę do przejęcia prymitywnego baraku przy ul. Lotniczej we Wrocławiu i do zaadaptowania go na noclegownię. W trakcie prac przygotowawczych wybuchł stan wojenny. Nie zraziło to jednak Jerzego, który w noc wigilijną, gdy na ulicach stały patrole wojskowe i opancerzone samochody, opuścił za zgodą władz seminarium duchowne, aby zamieszkać w obym baraku z kilkoma bezdomnymi mężczyznami. Początkowo było to na próbę, ale taki stan rzeczy trwa już równo 30 lat. Duchowny przeprowadzał się w ciągu tych lat do kilku kolejnych schronisk, w tym do Bielic na Opolszczyźnie, ale zawsze mieszkał razem z bezdomnymi. Był dla nich jak brat. Oni jednak mówili do niego "tata" nie z powodu różnicy wieku, ale ze względu na jego autentyczną, ojcowską troskę. "

W poszukiwaniu akt osobowych Przedsiębiorstwa Robót Inżynieryjnych zwróciłem się do Towarzystwa Miłośników Wrocławia. Stamtąd zostałem odesłany do Archiwum Państwowego we Wrocławiu. Gdy napisałem do tej szacownej instytucji, dowiedziałem się, że akta osobowe przedsiębiorstwa nazywającego się podobnie do wskazanego przez Brata Jerzego: "Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Renowacji Budynków", znajdują się w Dolnośląskim Urzędzie Wojewódzkim.

Zadzwoniłem oczywiście do Archiwum Zakładowego Dolnośląskiego Urzędu Wojewódzkiego i tam znów spotkałem się z bardzo miłą reakcją. Pani, która za mną rozmawiała powiedziała, że w zasobach archiwum znajdują się akta osobowe Przedsiębiorstwa Robót Inżynieryjnych oraz Miejskiego Przedsiębiorstwa Rozbiórkowo-Porządkowego. Obiecała przeszukać i oddzwonić. Gdy po paru dniach ponownie rozmawialiśmy, dowiedziałem się, że żadnych danych odnośnie mego pradziadka nie odnaleziono. Ale usłyszałem przy okazji, że Przedsiębiorstwo Robót Inżynieryjnych zostało podzielone na inne przedsiębiorstwa i część akt osobowych trafiło do Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Robót Inżynieryjnych we Wrocławiu, a część do firmy Hydrobudowa, skąd zostały przeniesione do Zakładu Usług Archiwalnych "Archiwista" mającego swą siedzibę aż w Teresinie.

Skontaktowałem się z pierwszą ze wskazanych instytucji, gdzie również przeszukano dla mnie akta (bez rezultatu). Z firmą mieszczącą się w Teresinie nie udało mi się niestety skontaktować. Telefony milczały, a na mojego e-maila nikt nie odpowiedział. Znów znalazłem się w kropce.

Postanowiłem jednak sprawdzić dla świętego spokoju jeszcze jeden trop. Sprawdziłem już dokładnie Wrocław, gdzie według PCK natrafiono w 1954 roku na ślad Stefana. W piśmie z PCK jednak, znajdowała się również wzmianka o tym, że w 1948 roku poszukiwał go szwagier Mikołaj Lemański, podając jako miejsce zamieszkania Jelenią Górę. Skontaktowałem się z Urzędem Miejskim w Jeleniej Górze, prosząc o sprawdzenie zasobów meldunkowych tego miasta. Jakież było moje zaskoczenie, gdy otrzymałem odpowiedź mówiącą, że Stefan Stępień mieszkał w Jeleniej Górze przy ulicy Powstańców Śląskich 29, gdzie trafił z ulicy Lotniczej 103 we Wrocławiu. Z Jeleniej Góry zaś trafił do Janowic Śląskich. Potwierdziła się więc ulica Lotnicza we Wrocławiu. Pomyślałem sobie wtedy, że jeśli (według relacji rodzinnych) prababcia napisała wtedy do pradziadka pod wskazany adres w piśmie z PCK (ul. Katowicka 103), to nijak nie mogła trafić na ślad swego męża. Jeleniogórska karta ewidencyjno-adresowa nie zawierała żadnych dat, stąd nie dowiedziałem się w jakich latach pradziadek zmieniał miejsca zamieszkania. Najbardziej elektryzujące jednak było następujące zdanie: "Nadmieniam, że źródłem informacji w kwestii bliższych danych może być teczka dowodowa ostatniego wydanego dowodu osobistego, ponieważ teczka dowodowa została wysłana do Szczecina to tam należy zwrócić się o pomoc ...".

Oczywiście natychmiast napisałem do Urzędu Miejskiego w Szczecinie. Dalej sprawy potoczyły się już szybko. Dowiedziałem się, że pradziadek mieszkał w Szczecinie od 1959 aż do 1984 roku. Wtedy też został wymeldowany do Domu Pomocy Społecznej w Śniatowie, gdzie zmarł w 1986 roku. Teczki dowodowej pradziadka nie miałem jednak możliwości otrzymać. Została zmakulaturyzowana w 1996 roku, 10 lat po jego śmierci.

Wystąpiłem o odpis zupełny aktu zgonu do Urzędu Stanu Cywilnego w Kamieniu Pomorskim i dowiedziałem się, że pradziadek zmarł jako wdowiec. Jego drugą żoną była Stanisława Flugel.

Sprawdziłem także oczywiście, czy jakiekolwiek dane, dokumenty bądź zdjęcia zachowały się w Domu Pomocy Społecznej w Śniatowie. Niestety nie było tam nic, poza zapisem, że pradziadek był wdowcem i osobą samotną i że został pochowany na cmentarzu w Kamieniu Pomorskim.

Ostatnim krokiem był telefon do PGK w Kamieniu Pomorskim, gdzie dowiedziałem się, że nagrobek pradziadka, jako nieopłacony od 2007 roku nie istnieje.

Dowiedziałem się więc bardzo dużo. Dolny Śląsk i druga rodzina w pewnym sensie okazały się prawdą. Ale pradziadek mieszkał bardzo długi czas w Szczecinie, gdzie po wojnie mieszkał wraz z żoną jego syn Edward. Ciekaw jestem, czy kiedykolwiek zetknęli się ze sobą na ulicy i mieli okazję na siebie popatrzeć. Pradziadek zmarł w 1986 roku, trzy lata później odeszła prababcia Agata, jego przedwojenna żona.
 
Pińsk, 1924 lub 1925 rok, na zdjęciu Agata Stępień ze Szczerbaczewiczów (1898-1989) i jej mąż Stefan Stępień (1900-1986). W środku ich najstarszy syn Kazimierz (1924-1997).

czwartek, 12 stycznia 2012

Siedlikowska awantura

Zapisany na listy subskrybcyjne kilku instytucji kulturalnych Białegostoku, co jakiś czas otrzymuję na skrzynkę pocztową e-maile o mniej lub bardziej interesujących wydarzeniach. Z Centrum im. Ludwika Zamenhofa takich ciekawych dla mnie ofert przychodzi stosunkowo najmniej. Choć wśród nich zdarzają się i perełki, jak na przykład wystawa fotograficzna upamiętniająca białostockie Bojary, która odbyła się pod koniec 2010 roku.

W drugiej połowie listopada otrzymałem z CiLK e-maila o następującej tytule: "Spotkanie z Laureatem Nagrody Literackiej NIKE 2011 - 23.11.2011, godz. 18.00". Pomyślałem sobie - z jednej strony środowisko Gazety Wyborczej nagradza co roku niektórych pisarzy, z drugiej wytacza procesy sądowe tym ludziom kultury, którzy piszą w opozycji do tegoż środowiska (np. procesy wytoczone Rafałowi A. Ziemkiewiczowi, czy ostatnio Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi, który notabene sam otrzymał swego czasu nagrodę NIKE), mające w zamyśle zamknąć niepokornym usta.

Czytam jednak dalej e-maila:
"Pióropusz
najnowsza książka Mariana Pilota, to opowieść o trudnym powojennym dzieciństwie. Główny bohater wywodzi się z rodziny wiejskich „biedniaków” i złodziei. Niepiśmienny ojciec za kradzież i zniszczenie tablicy szkolnej zostaje – jako wróg ludu – zamknięty do stalinowskiego więzienia. Żona i syn postanawiają dochodzić sprawiedliwości, co wiąże się z koniecznością prowadzenia obszernej korespondencji. Nieoczekiwanie przymus staje się pasją – pisanie niezliczonych podań i próśb rodzi w bohaterze kult słowa pisanego. Symboliczny dar od niepiśmiennego ojca – kradzione pióro ze złotą stalówką – przesądza o jego dalszych losach.Marian Pilot
urodził się 6 grudnia 1936 w Siedlikowie." To ostatnie słowo mnie zelektryzowało. Mój Siedlików! A właściwie nie mój. Moja prababcia ze strony ojca, Józefa Uzarek urodziła się w podostrzeszowskim Siedlikowie w 1888 roku i najprawdopodobniej spędziła w tej wiosce dzieciństwo. A nie znając Siedlikowa, mam szansę nasiąknąć nieco jego klimatem, pobudzić wyobraźnię na tyle, aby wejść w świat autora i poczuć się w nim choć trochę jak u siebie.

Spojrzałem jednak na datę imprezy i godzinę. Nie mogłem na niej być. Cóż, może kupię książkę później w księgarni. Powiedziałem jednak o tym spotkaniu koledze, a wieczorem otrzymałem od niego sms-a o treści: "Czy kupić ci książkę i zdobyć autograf". Pewnie, że tak! W tym miejscu jeszcze raz dziękuję, Jurku.


Ciężko jest przebrnąć przez początek książki, gdzie zmagamy się z opisem ostatnich chwil ojca głównego bohatera w szpitalu. Opis konstruowany jest abstrakcyjnym językiem z licznymi dygresjami i zapętleniami. Ale później, gdy narrator powraca do swego dzieciństwa w Siedlikowie, zaczyna być bardzo ciekawie. Tu wspomnę tylko, że dalsze losy bohatera, wspomniane w ostatnim zdaniu e-maila informującego o spotkaniu, to losy szpicla komunistycznej bezpieki, wyżywającego się w pisaniu donosów. Wydźwięk ideowy książki, o którym napomina autor w jednym z wywiadów, kładąc w nim akcenty w sposób dla mnie raczej obcy, obchodzi mnie jednak niewiele. Nie dla polityki przecież kupiłem tę książkę. Kupiłem ją, aby nasiąknąć Siedlikowem, jego tłem społecznym, topografią, słownictwem.

Pod tym względem nie zawiodłem się. Jeśli chodzi o tło społeczne doskonale pokazane zostało rozwarstwienie wsi na biedniaków, czyli popychlów, chuderloków, nędzoków, a sołtysiaków, bambrów, kułaków i średniaków, "żrących chleb ze smalcem, skwarkami i cebulą, żeby nabrać jeszcze większej siły". Jest również wiele innych podziałów zarysowanych. Wyróżnia się na przykład podział na Polaków i nielicznych już Dojczów, wyjeżdżających do Reichu po wojnie. W książce ostali się spośród nich Ciurle - Szkiebry. Ciurle jednak to ci gorsi, których "inne, lepsze Szkiebry strzegli się jak zarazy, i wstydzili się, i wygnietli ich do szczętu prawie w mamrach i obozach, a naród siedlikowski był rad z tego akurat obrotu sprawy."

Wtrącając dygresję, wciąż za realną hipotezę uważam pochodzenie niemieckie i wyznanie ewangelickie mego prapradziadka Marcina Uzarka, którego brak w akcie urodzenia jego córki Józefy w księgach urodzeń rzymskokatolickiej parafii w Ostrzeszowie, a który pojawia się dopiero w metryce drugiego małżeństwa zawartego przez moją prababcię Józefę w niemieckim Bottrop. W metryce pierwszego małżeństwa Józefa występuje jeszcze pod nazwiskiem swej matki Balbiny Kaczmarek. Tak więc czytając "Pióropusz" na sprawy niemiecko-polskie nadstawiałem wzrok.

Ale dotarli do Siedlikowa i przybysze zza Buga po skończonej wojnie, Krajonkowie, ciubaryki, jak nazywa się ich w książce, niegospodarni, pędzący bimber, odróżniający się od przyzwyczajonego do porządku siedlikowskiego narodu. Osiedli na ziemiach niemieckich Lipscherów, którzy po wojnie wyjechali z Siedlikowa. Tak o tym niegospodarnym narodzie mówi matka bohatera, chcąc synowi obrzydzić Zośkę Krajonkównę, w której się chłopak zadurzył:

"Cała tam gospodarka na co czeka? Jak kania dżdżu ona na śnieg czeka! Żeby śniegi zeszły, zasnuły wszystkie dziury w poszyciu stodoły i zasypały doły w ogrodzie, i miłosiernie zakryły widok na całe dziadostwo na dziecińcu. Bo to jeszcze nic roztrzaśnięta buda! Szopa na wygwizdów otwarta, jakieś kłęby przerdzewiałego drutu w niej się poniewierają i leży kupka popękanych dachówek i potrzaskanych cegieł, przywalonych workami ze zbrylonym cementem. A woza ani kto myśli wepchnąć do środka, jak stanął pośrodku podwórka, tak stoi, jeno dyszel coraz wyżej bije w niebo, obręcze na kołach od rdzy czerwone i sine, kłonicę ktoś wyrwał jedną, pewnie któryś z tych łotrów i kołchoźników, co się tam teraz kręcą stale, dzień i noc, dzień noc! Potrzebna mu kłonica była, żeby mieć czym naród do kołchozu gonić... Dziurę po wyrwanej kłonicy też zasypią śniegi, nie będzie znaku. Ale kto wie, czy nie bardziej jeszcze modlą się do Pana Boga o śnieg i zawieję chlewy i świńskie chlewiki, ba, czy nie modli się o silne mrozy i zawalne śniegi sam świński i kurzy gnój z krowią gnojówką! Bo czy ty nie widzisz, że Lipschery całe w gnoju stanęły! Gnój porozwłóczony jest po całym obejściu. Nie ma miejsca, co by nie było upaćkane gnojem. A gdzie nie leży kozi bobek albo świński knutek, tam pod podeszwą chlupie gnojówka. U ciubaryków gnoju nikt się nie wstydzi. Wszystko ugnojone, prześmierdłe! Nawet w sieniach, w izbach nawet cuchnie gnojówką i gnojem! Bogiem, a prawdą, jak dobrze wytrzeć nos, to od panny ciubaryczki ruchalskiej nawet w kościele zajeżdża gnojowicą i świńską szczynką. Jak siarczystych mrozów jest nam tej zimy potrzeba, żeby ciubaryckie smrody nie rozniosły się po całej naszej wsi? Co za naród przeteczny! Gnojem ugnojone w całym obejściu wszystko, wszędzie gnój, jeno tam, gdzie gnój być powinien, w polu, na pyrczysku, na ugorowisku - tam szczypty gnoju nie ma! Ale ba, gdzie szukać tego gospodarza, co by chciał gnój z chlewa na pole wywieźć! Niby to gospodarz jest, ale jaki to tam gospodarz! - chaziaj, co ma na nazwisko chaziajski, przysłowie jego: chalierapanie. Jemu, panie chalierapanie!, żadne tam pola, żadne role ani uprawy nie w głowie, on musi pilnować swego, on i przez dzień cały z piwnicy nie wyjdzie, on i nocować będzie tam przy kociołkach i rurkach, bo tam są jego uprawy, bimbermajster z niego patentowany i ledwo we wsi nastał, już jest dla wszystkich tu ochlapusów lepiej niż rodzony ojciec."

Powyższy fragment jest przykładem również bogatego języka gwarowego, obecnego w książce. Autor zresztą napisał słownik gwary siedlikowskiej wydany przez jedno z małych wydawnictw (Trzeba będzie do niego dotrzeć!). Książka w żaden sposób nie idealizuje narodu siedlikowskiego - sceny rubaszne, frywolne, wprost zdominowały książkę. A przez to słownictwo jest mocno niecenzuralne. Ale i bogate. Czy dziś ktoś umie tak przeklinać, jak czyni to matka obrzydzając synowi Zośkę Krajonkównę?
"-Za jaką karę i pomstę Pan Bóg zesłał na naszą wieś takiego grzycha? Nie ma już w parafii chłopa, co by z nią nie leżał, a z poniektórymi powiedzieć można, że jest po półślubku! Wycierucha, swoją rzycią gumna we wszystkich stodołach do czysta wytarła! Komu to jajec nie huśtała!"
"- Ta kurwiszona! - krzyczała.
- Sukacicha!!!
- Gzicha!
- Ladaco!
- Jebicha!
- Puścirzyć!
Tak wykrzykiwała, a kiedy już brakowało jej na Krajonkę słów, na poczekaniu je wymyślała:
- Psiocha! - krzyczała. (I tłumaczyła: - Psu by dała! Psiocha!)
- Gołarzyć! - wołała.
- Kurwiżona!
- Rzyćniewyparzona!
- Kurwiżona! Jeburzyca!
- Polatucha!
- Piździucha! Rebeka!
- Kurwicyc! Kurwicha!
- Kurwacicha! Ruchawica!
- Śmierdzirzyć! Powsikurwa!
- Dajminóżka! Kurwicórka!"
"Uskróm się! - wołała - Nie łaź tam! - Uskróm się, tego słowa z siedlikowskiej i marydolskiej mowy nie przejęła książkowa polszczyzna, choć żadnym innym wyrażeniem nie umie oddać żaru, mocy ani istoty głębokich treści tego matczynego zawołania."


No i wreszcie topografia wsi, jej rozległość podkreślona choćby miejscem zamieszkania Ciurla - Ciuciudojcza, na odludziu (Wieś właściwa i tak zwane huby porozrzucane po okolicy). Smentarz, kościół i wiatrak, którego już nie ma, a w którym zdarzyła się najważniejsza scena - śmierć Hania Krajonka i ostateczna przemiana ideowa bohatera książki, zachłyśniętego nowym porządkiem, to najważniejsze punkty topografii wioski zarysowane w książce, z dodatkiem szkoły, składu Kucyperki i domu katolickiego, drogi kopyrskiej i mikstackiej. Gdy pojadę kiedykolwiek do Siedlikowa, jego topografię będę porównywał, myślę, z wyobrażeniami nabytymi podczas czytania "Pióropusza" właśnie.

Cóż jeszcze? Na jednej ze stron wymienione są jednym tchem rodziny siedlikowskie. Nie ma tam moich Kaczmarków i Uzarków, ale przez 50 lat od 1888 roku wiele we wsi musiało się przecież zmienić. Niech ten krótki fragment, który za chwilę przytoczę stanowi zakończenie mojej relacji z ciekawej, jakby nie było lektury:

"Wielka, ludna i bogata jest nasza wieś, ile narodu gospodarzy się w samym Siedlikowie i na Pogwizdowie, drugie tyle na siedlikowskich hubach, jednych, drugich, trzecich i na siedlikowskiej podewsi Jaźwiny. W polu, na osobności i pod lasem też niejedni pobudowali się. Znał żem każdego tu jak zły szeląg, złodziej by miał nie znać! Tu Kotowice, tu Grzyby, tu Malągi, Pyty, Radłoskie, Andryjany, Materoki, Guzendy, Dziechciarze, Kempy, Cyby, Witki, Grędy, Ślęki, a tu znowu Niewiejskie, Niełacne, Szymały, Dybskie, Bartosiki, Torby, Fludry, Bednarki, Szczoty, Ruchy, Gruchoty, Jasiki, Płócienniki, Pory, Nowoki jedne, Nowoki drugie i trzecie, Karuleskie, Cemple, Gruchoty, Cierpki, Świerkoskie, Siwki, Szymańskie, Szczepanioki, Skrzypki, Otwijaski, Harabasze, Bąki, Aksamscy, Kinalczyki, Klauzy, Bartosiki, Rusieccy, Hobry, Graje, Pastuchy, Proce, Roguźni, Kośmidry, Świtonie, Poloki, Jęcie, Pietronie, Banasie, Haladyny, Proce, Blewąski, Graje, Błochy, Bąki, Świtonie, Wawrzynioki, Ciemne, Buchnery, Grafy, Sieczki, Dery, Żymełki, Chmiele."

Marian Pilot
"Pióropusz"
Wydawnictwo Literackie, 2011