wtorek, 9 lipca 2013

Sejny

Sejny nie są sennym, pełnym uroku podlaskim miasteczkiem, gdzie dawna świetna historia kontrastuje z drewnianymi parterowymi chatami, a codzienne zajęcia większej części mieszkańców bliższe są tym wiejskim. Gdyby przyrównać Sejny do Tykocina i Bielska Podlaskiego, zdecydowanie bliżej im do tego drugiego miasta. Ze spokojnymi, o wiejskim charakterze uliczkami sąsiadują tu niewielkie pokomunistyczne blokowiska, a przez miasto przebiega dość ruchliwa droga w kierunku granicy polsko-litewskiej. Jest kolorowo i pachnąco, jak potrafi być na uliczkach otoczonych kwietnymi ogrodami, a bywa też głośno, wulgarnie i szaro, jak w okolicach 4-piętrowych bloków.

Pierwsze kroki skierowaliśmy do najświetniejszej budowli Sejn, kościoła Nawiedzenia NMP i towarzyszącemu budynkowi podominikańskiego klasztoru. Można powiedzieć, że to tu zaczęły się Sejny. Co prawda ściśle historyczny początek miasta wiąże się z XVI-wiecznym folwarkiem i dworem Wiśniowieckich, a tuż potem założeniem sąsiadującego z folwarkiem Juriewa przez Jerzego Grodzińskiego w końcu XVI wieku. Jednak to dopiero dominikanie, sprowadzeni u początku XVII wieku przez Grodzińskiego nadali dzisiejszy kształt miastu. To wokół zespołu podominikańskiego, wysuniętego nieco na zachód w stosunku do historycznego Juriewa, skupia się centrum Sejn, i to dzięki sprowadzeniu w drugiej połowie Żydów, dla których dominikanie wybudowali w mieście drewnianą synagogę, rozpoczął się rozwój miasta.

Kościół wybudowany w latach 1610-1619 w stylu renesansowym, został przeorientowany w 1760 roku za sprawą Róży Strutyńskiej z Platerów, która sfinansowała jego przebudowę. Nowa fasada w stylu wileńskiego baroku, którą dziś możemy oglądać,  jak również wnętrze kościoła robią niesamowite wrażenie. Poruszamy się w bogato zdobionym, barokowym wnętrzu, pełnym złotego przepychu. Pod chórem możemy oglądać portrety fundatorów: Jerzego Grodzińskiego i Róży Strutyńskiej, kobiety o dość niestety miernej urodzie. Warto zobaczyć najcenniejszy zabytek sejneńskiego kościoła o rodowodzie XV-wiecznym - gotycką figurkę Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Szkoda jednak, że nie ma możliwości zejścia do krypt kościelnych, które kryją prochy okolicznej szlachty. Mogłaby to być pierwszego rzędu atrakcja dla turystów, a także godne upamiętnienie pierwszoplanowych dla rozwoju tej części kraju osób.



Niestety klasztor mimo baszt obronnych i eksponowanego położenia, nie oferuje nic specjalnego. Eksponaty w muzeum dotyczące historii klasztoru sprawiają wrażenie przypadkowych i nieuporządkowanych. Skorzystałem o tyle, że miałem okazję zobaczyć podobizny wszystkich biskupów sejneńskich, w tym także pierwszego, tak często spotykanego na początkowych kartach cyrkularza jamińskiego, (który został sfotografowany w ramach zainicjowanego przez Zbyszka Mierzejewskiego, Jamińskiego Zespołu Indeksacyjnego) - biskupa Pawła Straszyńskiego. Warto z pewnością zobaczyć na parterze wystawę fotograficzną poświęconą Powstaniu Sejneńskiemu, nieznanemu szerszemu gronu, aby uświadomić sobie, że po I wojnie światowej toczyliśmy krwawe walki o granice Rzeczypospolitej i z Litwinami.


Otoczenie kościoła prawdziwie kosmopolityczne. XIX-wieczny budynek przypominający dworek, zwany Starą Pocztą, w którego wnętrzach niegdyś mieściła się szkoła żydowska. Nie ma już niestety sejneńskich sukiennic, wielowiekowego symbolu tutejszego handlu, spalonych w czasie II wojny światowej przez Niemców. Jest za to pomnik biskupa sejneńskiego Antonasa Baranauskasa (Antoniego Baranowskiego), jednego z ważniejszych patronów XIX-wiecznego litewskiego odrodzenia narodowego, tłumacza Pisma Świętego na język litewski. Niedaleko stoi kaplica z figurą świętej Agaty na szczycie, pochodząca z końca XVIII wieku, na której ścianie frontowej wisi tablica upamiętniająca poległych w wojnie polsko-bolszewickiej policjantów. Na mnie wrażenie zrobił sąsiedni pomnik, o którego istnieniu nie wiedziałem. Drugi po Białymstoku w województwie podlaskim, który miałem okazję zobaczyć monument poświęcony poległym we wciąż nie wyjaśnionej katastrofie smoleńskiej.


Rozglądając się z okien dawnego klasztoru, zauważyliśmy białą wieżyczkę nieodległego kościoła z dachem pokrytym czerwoną blachą. Idąc ulicą Wacława Zawadzkiego (poświęconą poległemu w Powstaniu Sejneńskim podporucznikowi), doszliśmy do niewielkiego kościółka pw. Matki Boskiej Częstochowskiej. Wydawał się opuszczony, obrośnięty chwastami i wysoką trawą. Weszliśmy na prowadzącą wzdłuż kościoła ścieżkę, a tam... w powietrzu smród rozkładających się fekaliów, starego moczu, jakiś obrzępolony materac, ślady po niedawnym ognisku, porozrzucane butelki. Byliśmy w szoku. Aż dziw i zgroza, że obiekt sakralny można tak zaniedbać i bezcześcić. Czy władze duchowne nieodległej parafii, do której należy kościół nie widzą co się dzieje? Czy mieszkańcom okolicznych bloków to nie przeszkadza? Wystarczy zboczyć nieco z głównego traktu mieszczącego najwspanialsze zabytki Sejn, aby zobaczyć taki za przeproszeniem syf, kiłę i mogiłę! A warto wiedzieć, że obecny kościół to dawna, XIX-wieczna świątynia ewangelicka, podobno swego czasu udostępniana starowierom na uroczystości religijne. Przecież to mogłaby być kolejna wspaniała wizytówka tego północno-wschodniego miasteczka z  niemałym potencjałem turystycznym!


W Sejnach warto zobaczyć synagogę, gdyż niewiele takich pozostało w tej części Polski. Powstała w latach 1860-1870, a obecnie jest wykorzystywana przez fundację "Pogranicze". Trafiliśmy do jej wnętrza, mijając pomnik matki z czasów komunistycznych z kuriozalnym napisem: "Matka - to córka kraju, co jemu gotowa oddać ostatnie dziecię - to obywatelka", historyczne budynki ratusza i pałacu biskupiego z tablicą poświęconą wymordowanym przez Niemców mieszkańcom Sejn w kwietniu 1940 roku. W synagodze trafiliśmy na ciekawą wystawę. Glinianym płaskorzeźbom towarzyszyły tabliczki z opisem, opowiadające historię Sejn poprzez historie konkretnych postaci, a także miejsc. Stanowiła doskonałe uzupełnienie przyswojonych wiadomości z przewodnika turystycznego, dodając wiele mniej znanych szczegółów do obrazu miasteczka.


Z kolei z synagogi niedaleko do miejsca związanego z samymi początkami Sejn, cmentarza świętojerskiego. W okolicy synagogi warto zobaczyć pomnik poświęcony Powstaniu Sejneńskiemu, na którym orzeł symbolicznie trzyma w szponach herb Sejn.


Cmentarz świętojerski, na który najłatwiej dostać się od strony podwórka remizy strażackiej, to dziś zarośnięty chwastami i sosnami teren, z pagórkiem, na którym stał pierwszy - ufundowany jeszcze przez Jerzego Grodzińskiego drewniany kościół, rozebrany dopiero w XIX wieku przez biskupa sejneńskiego, wspominanego już Pawła Straszyńskiego.


Wystawa fundacji "Pogranicze" wymieniała jedyną już ulicę brukowaną w Sejnach, zwaną niegdyś Koziarka, dziś noszącą nazwę Marii Konopnickiej. Nie jest to jednak, jak się okazało, jedyny brukowany trakt w miasteczku, ale na wieczorny spacer posiada wystarczająco dużo uroku.



Ostatnie chwile tego dnia pełnego Sejn postanowiliśmy poświęcić na odszukanie resztek dworu Wiśniowieckich. Według cytowanego tu już wielokrotnie przewodnika Grzegorza Rąkowskiego "Polska egzotyczna", miały się one znajdować na wzgórzu nieopodal miejsca, w którym Marycha wypływa z jeziora Sejny. Inny z przewodników, precyzował, że resztki dworu kryje las Borek, położony przy drodze do miejscowości Widugiery. Opcje te się nie wykluczały. Problem w tym, że nikt z mieszkańców Sejn, których pytaliśmy, nie wiedział co to są Wysokie Sejny, ani jak trafić do resztek dworu. A skoro las Borek wydawał się zbyt nieprzyjazny na wieczorne poszukiwania, sprawa folwarku Wiśniowieckich pozostała w sferze zagadek.

wtorek, 2 lipca 2013

Powrót do Puńska

Zatrzymaliśmy samochody na parkingu w pewnym oddaleniu od kościoła. Parking przed nim wypełniony był bowiem szczelnie autami, za którymi rozłożyły się budy z wszelkiego rodzaju wielobarwnymi towarami odpustowymi. Odpust na śś. Piotra i Pawła, jeden z trzech odbywających się od lat w Puńsku. Wybierając się na kolejną w tym roku wycieczkę ze znajomymi do tej wsi, dawniej miasteczka - stolicy polskich Litwinów, miałem ochotę odszukać pozostałości cmentarza żydowskiego, a także zobaczyć budynek dawnej synagogi, podobno niczym nie różniącej się od sąsiednich domów. Na parkingu zaczepił nas jednak nieco podchmielony mężczyzna. Chcąc uwolnić się od kłopotliwego towarzysza, zapytałem o muzeum. - O to tu zaraz przy kościele. - Dziękujemy! - i już nas nie było.

Przy świątyni po prawej stronie stoi drewniany budynek dawnej plebanii, który obecnie wykorzystywany jest do celów muzealnych. Zwracają uwagę drewniane zdobienia dachu, okien oraz okiennic. Drzwi były zamknięte, jednak za szybą wsunięta kartka informowała o numerach telefonów, pod które warto zadzwonić, chcąc zwiedzić wnętrze. Pani Anastazja, która przyjechała rowerem już po pięciu minutach, otworzyła nam drzwi i zaczęła barwnie opowiadać. Najpierw o krajkach, czyli dekoracyjnych paskach barwnie tkanych w litewskie wzory ludowe. Dowiedzieliśmy się, jakie było ich zastosowanie w czasach nieodległych, usłyszeliśmy też, że podobne paski materiału z wyszytymi wzorami odnajdowano w grobach jaćwieskich, co wskazywałoby na ich lokalny, dawny rodowód. Oglądaliśmy również pisanki barwione w podobne wzory, wiejskie przedmioty codziennego użytku, warsztat tkacki i co zwróciło moją szczególną uwagę  - domowe ołtarzyki, z których jeden mógł poszczycić się ponad 80-letnią metryką.





Pani Anastazja oprowadziła nas też po wnętrzu neogotyckiego kościoła pw. Wniebowzięcia NMP zbudowanego w latach 1877 - 1881 w miejscu starej drewnianej świątyni, która istniała tu od 1597 roku, a wybudowana została staraniem leśniczego sejwejskiego Stanisława Zaliwskiego, chorążego liwskiego. Warto wspomnieć, że pierwsze wzmianki o osadach nad jeziorem Puńsko pochodzą z rewizji puszcz królewskich z 1559 roku, a więc niespełna pół wieku przed wybudowaniem pierwszego kościoła. Ciekawe jest, że to nie osady położone na południowym brzegu jeziora Puńsko, a wieś Nowe Puńsko założona po przeciwnej stronie jeziora pod koniec XVI wieku dała początek dzisiejszej stolicy polskich Litwinów. Dzięki naszej przewodniczce dowiedzieliśmy się, który z obrazów pochodzi z pierwotnego kościoła, mogliśmy zauważyć, że każdy z filarów pokryty jest tradycyjnymi litewskimi wzorami (każdy innym), podobnymi do tych wykorzystywanych w krajkach oraz to, że położenie kościoła na wzgórzu nad jeziorem świadczy najprawdopodobniej o tym, iż w tym miejscu leżało w dawnych wiekach grodzisko jaćwieskie, a wzgórze położone naprzeciw, mieszczące pozostałości starego cmentarza katolickiego stanowiło jaćwieskie miejsce mocy.

- Byłem na tym cmentarzu niedawno. Pięknie położony. Ale zastanowiło mnie, dlaczego poza jednym nagrobkiem z czytelną inskrypcją nie ma tam innych. - wyrwało mi się.

- Kiedyś stawiano głównie nagrobki drewniane, które nie zachowały się do naszych czasów. Ale na cmentarzu jeszcze niedawno stały dwa nagrobki.

- Może nie zauważyłem tego drugiego?


Po obejrzeniu kościoła dostaliśmy jeszcze wskazówki, jak trafić do budynku dawnej synagogi, gdyż wcale nie stoi naprzeciw kościoła, jak można zasugerować się, czytając świetny skądinąd przewodnik Grzegorza Rąkowskiego, a także zostaliśmy podwiezieni pod dawny cmentarz żydowski. Cmentarz ten podzielił losy wielu innych kirkutów, które odwiedziłem na Podlasiu (Tykocin, Jasionówka, Jałówka, Zabłudów, Knyszyn). Teren zarośnięty, gdzieniegdzie wśród krzaków widać resztki macew.



Postanowiliśmy pojechać jeszcze na dawny cmentarz katolicki, po drodze dziwiąc się "zwykłości" budynku dawnej synagogi i sąsiadującego domu rabina.


A na cmentarzu rzeczywiście po lewej stronie odnalazłem drugi istniejący nagrobek z 1858 roku, upamiętniający Wincentego Mazurowskiego.


Z ostatniej wyprawy do Małej Litwy zapamiętam jeszcze niewątpliwie zaludniony stok jeziora Gaładuś w Burbiszkach podczas koncertu litewskich zespołów folklorystycznych, znakomity smak kartaczy, blinów litewskich z mięsem i chłodnika, a także surowe wnętrze nowego kościoła w Widugierach, z monotonnym głosem księdza prowadzącego mszę w tak innym od polskiego języku litewskim oraz widok dużych rozmiarów krzyża, po litewsku zdobionego kłosami zboża w ołtarzu głównym, na tle jaśniejącego witraża.

Grzegorz Rąkowski, "Przewodnik Polska egzotyczna I", Pruszków 1999.

piątek, 28 czerwca 2013

Urbaniak i Dudziak, Uzarek i Trocha, Krzysztofik i Martyka, Dąbrowa, Garki, Zachorzów - efekt ostatnich poszukiwań w archiwum

Ostatnie pół roku, jeśli chodzi o poszukiwania genealogiczne, stanowiły głównie odkrycia w Archiwum Państwowym. Po 10 latach myszkowania w dokumentach i pamiątkach rodzinnych oraz porządkowania opowieści babć, ciotek, wujków i dalszych krewnych, przyszedł czas na skrupulatne badanie XIX-wiecznych akt stanu cywilnego. Poszukuję w ten sposób wzmianek o tych przodkach, którzy w ogóle nie są znani dziś żyjącym pokoleniom, a wcześniejsze ustalenia pozwalają uczepić się jakiejś jednej bądź kilku wskazówek i drążyć jeszcze bardziej w przeszłości.

Tak też zrobiłem poszukując informacji o mojej praprababci Katarzynie Paczkowskiej z Urbaniaków, żonie Wawrzyńca Paczkowskiego. Ani Wawrzyniec, ani Katarzyna nie są znani nikomu z rodziny. Ich dane ustaliłem kilka lat temu dzięki jednej z cioć, która w akcie zgonu pradziadka Józefa Paczkowskiego znalazła dane jego rodziców. O Wawrzyńcu sporo dowiedziałem się badając księgi metrykalne parafii kierskiej cztery lata temu, o Katarzynie wiedziałem mniej. Podejrzewałem, że mogła pochodzić z innej parafii niż jej mąż Wawrzyniec, na podstawie wzmianek o pochodzeniu rodziców chrzestnych jej dzieci. Wyraźnie pojawiała się w nich nazwa Dąbrowa, a że ta podpoznańska wieś leżała w XIX wieku w parafii Skórzewo, postanowiłem sprawdzić księgi metrykalne z tej parafii. Wypożyczyłem więc duplikaty ksiąg stanu cywilnego parafii Skórzewo z lat 1817-1865 i nie omyliłem się. Katarzyna wywodziła się właśnie stamtąd.

Urodziła się 6 listopada 1850 roku w Dąbrowie. Jej rodzicami byli Stefan Urbaniak i Marianna z Dudziaków (nazwiska jak u słynnej pary polskich muzyków jazzowych!). Katarzyna posiadała liczne rodzeństwo: o rok młodszą Agnieszkę, Walentego, Ignacego, Michała, Kacpra, Franciszkę i Mariannę. Ostatnie dwie siostry zmarły we wczesnym dzieciństwie. Katarzyna była więc najstarsza z rodzeństwa. W wieku 19 lat, 28 czerwca 1869 roku poślubiła w skórzewskim kościele dużo starszego od siebie (o około 14 -20 lat) wdowca po Mariannie z Grześkowiaków, Marcina Goworzowskiego. Urodziły im się Marianna, Antonina, Józef i Andrzej. W międzyczasie rodzina Goworzowskich zmieniła miejsce zamieszkania z Dąbrowy na Krzyżowniki, gdzie Marcin Goworzowski zmarł w 1877 roku, a Katarzyna poślubiła Wawrzyńca, w efekcie czego została moją praprababcią, ale o tym już na blogu pisałem. Ciekawe jest to, że kolejna gałązka mojego drzewa genealogicznego leżała na szeroko rozumianym pograniczu wpływów polskich i niemieckich. Paczkowscy - parafia Kiekrz (na północny zachód od Poznania), Urbaniakowie - parafia Skórzewo (na zachód od Poznania. Dziś podobnie, jak Krzyżowniki, znajduje się w granicach administracyjnych miasta).

***

Z terenów pogranicza wpływów polskich i niemieckich, ale z południowej Wielkopolski pochodził inny mój prapradziadek - Marcin Uzarek. Mało o nim wiem, ale wzmianki w dokumentach metrykalnych świadczą o tym, że musiał jeździć do Niemiec za chlebem, gdzie zmarł w 1909 roku w Buchow Carpson, na zachód od Berlina. Odnaleziony przeze mnie w zeszłym roku akt zgonu Marcina podawał jako miejsce urodzenia Garki nieopodal Odolanowa (Tak a propos, po drugiej wojnie światowej, dzięki odkryciu złóż gazu ziemnego, tereny te stały się lokalnym centrum przemysłu.), a że w połowie XIX wieku Garki należały do parafii pw. św. Marcina w Odolanowie, duplikaty ksiąg stanu cywilnego tej parafii wypożyczyłem. Obejmowały lata 1829-1830 i 1850-1862. Marcin Uzarek urodził się w Garkach 23 października 1859 roku. Rodzicami byli Wojciech Uzarek i Katarzyna Trocha. Odnalazłem jeszcze metryki urodzenia jego brata Stanisława (urodzonego w 1865 roku) oraz Marianny (urodzonej w 1863 roku) i Wojciecha (urodzonego w 1858 roku). Marianna i Wojciech zmarli w wieku niemowlęcym. Rodzice Marcina, Wojciech i Katarzyna wzięli ślub w odolanowskim kościele 15 października 1855 roku. Udało mi się jeszcze szczęśliwym zbiegiem okoliczności odnaleźć akt urodzenia praprapradziadka Wojciecha Uzarka, który przyszedł na świat 10 kwietnia 1829 roku w Garkach, a jego rodzicami byli Jan Uzarek i Rozalia z Kubiców.

***

Podobną ścieżką poszukiwań podążyłem, aby ustalić więcej szczegółów z życia kolejnego z prapradziadków - Stanisława Krzysztofika. 5 lat temu, gdy w księgach stanu cywilnego parafii Skórkowice znalazłem akt ślubu Stanisława z Katarzyną z Dzidkowskich okazało się, że urodził się w Zachorzowie, wsi która w XIX wieku należała do parafii Sławno Opoczyńskie. W księgach skórkowickich znalazłem wcześniej również akt ślubu siostry Stanisława - Magdaleny z Piotrem Leskim. Urodziła się podobnie, jak brat, w Zachorzowie. Trudne do odczytania było wtedy nazwisko panieńskie matki Stanisława i Magdaleny, które wyglądało dla mnie na Madłyk. Przejrzenie duplikatów ksiąg stanu cywilnego parafii Sławno Opoczyńskie za lata 1834-1850 pozwoliło rozwiać wątpliwości. Stanisław urodził się 14 listopada 1841 roku. Musiał być najmłodszym dzieckiem Bonifacego Krzysztofika i Magdaleny bądź Marianny lub też Małgorzaty (w różnych odnalezionych metrykach kobieta ta występuje pod trzema różnymi imionami), gdyż po nim nie odnalazłem już żadnej metryki urodzenia dzieci Bonifacego. Sam zaś Bonifacy umarł 11 lipca 1847 roku. Nazwisko panieńskie jego żony to ponad wszelką wątpliwość Martyka, dość popularne w tamtym czasie, zwłaszcza w miejscowości o wdzięcznej nazwie Prymusowa Wola. Odnalazłem jeszcze akt urodzenia siostry Stanisława, Antoniny, urodzonej w 1836 roku. Nie znalazłem natomiast aktu urodzenia wspomnianej Magdaleny, która według aktu ślubu urodziła się w roku 1833.

***

Teraz, gdy większość gałązek mego drzewa genealogicznego poprowadziłem w głąb wieku XIX, widać jak na dłoni korzenie chłopskie mych przodków: Paczkowscy, Uzarkowie, Urbaniakowie, Krupowie, Krzysztofikowie, Tudorowie. Być może korzeniami mieszczańskimi mogą się poszczycić moi pińscy Szczerbaczewiczowie, ale bez sprawdzenia ksiąg metrykalnych w Mińsku, na co na razie się nie zanosi, trudno będzie to ustalić.

piątek, 24 maja 2013

Stare cmentarze w Puńsku i Burbiszkach

Pierwsze dni maja miałem okazję spędzić w tak zwanej Małej Litwie, czyli okolicach Puńska na samym północno-wschodnim krańcu Polski, zamieszkałych przez zwarte skupisko Litwinów. Kraina to prześliczna, pagórkowata, jak większa część Suwalszczyzny, poprzecinana licznymi krętymi i wąskimi drogami przy których stoją krzyże przydrożne, bardzo bogato zdobione w porównaniu z typowymi krzyżami, tak często spotykanymi na Podlasiu. Nieopodal miejsca, gdzie mieszkałem rozciąga się wśród okolicznych wzgórz rynnowe graniczne jezioro Gaładuś, malowniczo odbijające słoneczne refleksy. Gospodyni przygotowywała znane powszechnie na Podlasiu kartacze oraz pyszne bliny z mięsem -specjalność kuchni litewskiej. Podczas wędrówek po Puńsku i okolicach Burbiszek w uszach często dźwięczał tak różny od polskiego język litewski.

Nie byłbym sobą, gdybym nie zawitał na któryś ze starych, XIX-wiecznych cmentarzy. Jakże one jednak inne od starych cmentarzyków tak często spotykanych na Podlasiu. Najpiękniej położony na wzgórzu, z którego widać było panoramę miejscowości rozciągającej się na wzgórzach obok jeziora Punia, był ten w Puńsku - stolicy Litwinów mieszkających w Polsce. Centralną część cmentarza zajmuje stara murowana kaplica. Obok stoi drewniana kapliczka słupowa, o rodowodzie najprawdopodobniej współczesnym. Teren zadrzewiony, ładnie utrzymany.  Co jednak zwraca szczególnie uwagę, to prawie zupełny brak nagrobków. Nie znam historii tego cmentarza i nie natknąłem się na jakiekolwiek wzmianki w źródłach o nim, ale wskazywałoby to na ich całkowite zniszczenie, co uniemożliwiało odtworzenie podczas renowacji cmentarza. Jedyny czytelny nagrobek Wincentego Wykowskiego, pochodzący z 1903 roku, z inskrypcją w języku polskim znajduje się tuż za kaplicą. Zdecydowana większość XIX-wiecznych cmentarzy chrześcijańskich na Podlasiu, na które się dotychczas natknąłem, wypełniona była po brzegi nagrobkami, nawet tymi, które słabo przetrwały próbę czasu. Wyjątek stanowią cmentarze żydowskie, w większości znacznie zniszczone podczas okupacji niemieckiej, a następnie za PRLu.








Podobny, choć dużo mniejszy cmentarz znajduje się w Burbiszkach. Tu na ogrodzonym terenie, również pięknie utrzymanym znajduje się tylko jeden, w dodatku z nieczytelną inskrypcją, kamień nagrobny. Z rozmów z mieszkańcami wynikało, że teren starego cmentarza przeszedł renowację całkiem niedawno. Wcześniej porośnięty był krzakami i zaniedbany, co dziwi zważywszy, że niektórzy mieszkańcy wskazywali, iż znajdują się na nim prochy ich przodków. Gdy siedzi się pod cmentarną sosną, nieopodal w dole widać wody jeziora Gaładuś. Z innej z kolei strony cmentarza widać spory kamień, wyrastający w górę z jednego ze wzgórz. Kiedyś prawdopodobnie miejsce pogańskiego kultu, dziś pomnik przyrody. Obok kamienia zabudowania gospodarcze, dalej droga, pasma okolicznych wzgórz. Krajobraz litewski...

niedziela, 12 maja 2013

Jaworówka i Pogorzałki na Ziemi Knyszyńskiej - pamiątki Powstania Styczniowego

Gdyby zapytać większości z nas, z jakimi epizodami kojarzy się Powstanie Styczniowe na Białostocczyźnie, wielu wymieniłoby Siemiatycze, gdzie w dniach 6 i 7 lutego 1863 roku miała miejsce pierwsza i jedna z większych bitew na Podlasiu bądź ostęp Komotowszczyzna koło wzgórza Pierecios w Puszczy Knyszyńskiej niedaleko Walił, gdzie 29 kwietnia 1863 roku miała miejsce druga z dużych bitew na terenie dzisiejszego województwa białostockiego. Wielu wymieniłoby też Kopną Górę, leżącą przy drodze Supraśl-Krynki, gdzie Powstańców schwytanych pod Sokołdą mieli powiesić Kozacy, miejsce obecnie kojarzone również z pochówkami z czasów Powstania Listopadowego. Niektórzy wskazaliby jeszcze wzgórze zwane Szubienicą koło Choroszczy, gdzie powieszono kilkunastu powstańców z partii Ksawerego Markowskiego, choć pod samą Choroszczą do bitew bądź potyczek nie dochodziło. Mało kto jednak znałby historię tego oddziału, a także potrafił powiedzieć coś ciekawego o nagrobkach związanych z Powstaniem Styczniowym na cmentarzu w Choroszczy. Niemal zupełnie zapomniana pozostaje natomiast historia wsi Jaworówka koło Dobrzyniewa Kościelnego, a warto o niej pamiętać, gdyż za udział mieszkańców w Powstaniu przestała istnieć w dotychczasowym kształcie, a wielu z nich zginęło śmiercią męczęńską.

Jaworówka, przed Powstaniem Styczniowym składająca się z 27 zagród, była wsią szlachecką, gdzie mieszkały między innymi rodziny Jaworowskich, Dziekońskich, Bezdomskich, Bagieńskich, Rutkowskich, Rogowskich i Kamieńskich. Jej mieszkańcy od początku współpracowali z powstańcami, ukrywając ich na łodziach i wyspach na Supraśli i Narwi, przerzucając ich z Królestwa Polskiego do Imperium Rosyjskiego, a także zasilając oddziały powstańcze. W sierpniu 1863 roku do wsi przyjechali Kozacy, aby zarekwirować żywność. Mieszkańcy odpowiedzieli zbrojnie, na co Michaił Murawiew wydał rozkaz spalenia wsi stacjonującemu w Białymstoku oddziałowi pułkownika Zoge de Manteufla (przedstawiciela rodziny ziemiańskiej z Podlasia), co nastąpiło 18 sierpnia 1863 roku. Mienie ruchome sprzedano podczas publicznej licytacji. W nieodległym uroczysku Biała Góra zbudowano drewnianą szopę, gdzie aresztowano niektórych mieszkańców i żywcem spalono. Pozostałych wywieziono na Syberię, gdzie nad rzeką Jenisej założyli nową wieś o nazwie Jaworówka. Jaworówkę na Podlasiu zaś zasiedlono ludnością ruską, pozostali tu także nieliczni przedstawiciele szlachty, nie mieszkający w czasie powstania we wsi. Ludzkie szczątki, które w okresie międzywojennym były wykopywane na Białej Górze, zostały z inicjatywy wileńskiego historyka Edwarda Hermanowskiego przewiezione na cmentarz w Dobrzyniewie.

Dziś w Jaworówce znajduje się obelisk upamiętniający tamte wydarzenia, odsłonięty w 1997 roku staraniem Edwarda Popławskiego. W obelisku widoczny krzyż pozostały w jednym z domostw na pogorzelisku, herb powstańczego Rządu Narodowego przedstawiający Orła, symbol Królestwa Polskiego, Pogoń Litewską i Michała Archanioła, patrona Rusi, a także tablica z danymi historycznymi dotyczącymi wydarzeń sprzed 150 lat.







W nieodległych Pogorzałkach, przy kościele znajduje się miejsce pamięci wielu wydarzeń związanych z polskimi walkami o niepodległość. Jest też tablica poświęcona Powstaniu Styczniowemu. Nieopodal kościoła stoi drewniana kaplica wzniesiona w 1863 roku przez mieszkańców wsi, którzy bali się losu, który spotkał sąsiednią Jaworówkę.






Obok kaplicy znajdują się zrekonstruowane kapliczki, pochodzące z okresu porozbiorowego. Dziś obie wsie leżą na uboczu głównych szlaków komunikacyjnych, sprawiają wrażenie sennych, spokojnych, uatrakcyjnionych zielenią budzącej się do życia roślinności. Oglądam pamiątki przeszłości, wyobrażając sobie, jakich dramatów była ta ziemia świadkiem, i czując podziw dla tych, których rodziła.





"Powstanie styczniowe na Białostocczyźnie w 150. rocznicę wybuchu", Archiwum Państwowe w Białymstoku, 2013

wtorek, 30 kwietnia 2013

Obrazki z Seulu 2

Wylot planuję w czasie, gdy media informują o wzrastającym napięciu pomiędzy państwami koreańskimi. 15 kwietnia przypadają urodziny pierwszego przywódcy KRLD, Kim Ir Sena, w związku z czym w prasie, telewizji, internecie mnożą się artykuły dotyczące domniemanego ataku nuklearnego, który ma rzekomo nastąpić w czasie, gdy będę wsiadał do samolotu linii FinnAir. Jestem jednak spokojny, od miesięcy interesuję się bowiem Koreą Południową, jej kulturą, kuchnią, a także historią, w tym tą najnowszą dotyczącą napięć po zakończeniu wojny w 1953 roku. Prawdopodobieństwo ataku na dużą skalę jest niewielkie, a ja jestem przede wszystkim ciekaw, czy napięcia polityczne przekładają się na codzienne życie Koreańczyków.

Podróż jak zwykle długa i męcząca. Zrezygnowany brakiem snu przeglądam ofertę fińskich linii lotniczych w zakresie rozrywki. Wybieram niezły film "North Road", którego reżyserem jest Mika Kaurismäki. Dawno (od ponad 30-u lat) niewidziany ojciec przyjeżdża nawiązać stosunki z dorosłym synem, co kończy się wspólną wyprawą na północ Finlandii. Tematyka przypominająca nieco "Mój rower".

Wreszcie śniadanie i o 8.15 lądujemy na lotnisku Incheon pod Seulem. Wita nas słoneczny poranek i powiew prawdziwej wiosny, której tak brakowało w Polsce.

***

Muszę przyznać, że na ulicach nie widać jakichkolwiek oznak politycznego napięcia. Imprezy targowe, kulturalne, zakupy, codzienne życie płyną swoim zwykłym nurtem jak zwykle. Jadąc z lotniska jestem oczarowany dojrzewającą dookoła zielenią. Wiem, że nie będę miał tym razem ani chwili czasu na samotne szwendanie się po Seulu, dlatego wrażenia łapię garściami w każdym możliwym momencie.

***

Jednym z ciekawszych wydarzeń, które odbywa się w Seulu w pierwszej połowie kwietnia jest Yeouido Spring Flowers Festival (여의도 봄꽃축제). Podczas trzynastu dni, gdy pączki drzew wiśniowych wzdłuż zamkniętej dla ruchu ulicy Yeouiseo-ro, w dzielnicy Yeuoido położonej po południowej stronie rzeki Han poczynają zamieniać się w kwiaty, można napawać się do woli nadciągającą wiosną. Ulica wypełniona jest spacerującymi Koreańczykami. Wiele tu stoisk z różnego rodzaju pamiątkami i gadżetami.


Są również tak popularne w krajach azjatyckich stoiska z jedzeniem sprzedawanym wprost na ulicy, przy czym wielość różnego rodzaju przekąsek, potraw, słodyczy i napojów przyprawić może o ból głowy. Próbuję tym razem ciepłych larw jedwabnika (na zdjęciu właśnie są nakładane do kubeczka). Smak akceptowalny, nawet niezły.

 

***
Tym razem mam okazję dłużej pobyć w malowniczo położonej na północnym brzegu rzeki Han, centralnej i starej dzielnicy Seulu, Jung-gu. Wiele tu pomników, miejsc związanych z historią, a na horyzoncie góry. Poprzednim razem miałem okazję cieszyć się tu jedynie atrakcjami kulinarnymi. Pierwszy skromny budynek, na naszej trasie to wciśnięty między wysokie wieżowce pomnik wystawiony z okazji 40-lecia rządów pierwszego cesarza Korei, Go-jong, panującego w latach 1863-1897. Architektura dalekowschodnia, jakich wiele w chińskim obszarze kulturowym, cieszy jednak oko w tym tak nowoczesnym otoczeniu.



Nieopodal wznosi się pomnik jednego z najważniejszych dowódców w historii Korei, admirała Yi Sun-sin. W XVI wieku marynarka koreańska pod jego wodzą pokonała w wielu bitwach morskich flotę Japończyków, uniemożliwiając im podbój Półwyspu Koreańskiego. Jego zasługą było wzmocnienie floty koreańskiej poprzez pokrycie tradycyjnych łodzi geobukseon blachą żelazną i ostrzami, co utrudniało Japończykom stosowanie taktyki polegającej na wdzieraniu się na pokład nieprzyjacielskich statków i walce wręcz.


Jednym  najciekawszych miejsc, jakie mam okazję zobaczyć tym razem jest pałac Deoksugung. Otoczony ze wszystkich stron wysokimi budynkami nie sprawia z zewnątrz (mimo swej orientalnej architektury), takiego wrażenia, jak po wejściu przez bramę wiodącą do kompleksu budynków otoczonych ogrodem. Siedzimy na schodach, wewnątrz kompleksu parkowo-pałacowego, wykorzystywanego w celach fotograficznych przez nowożeńców, mając przed sobą fontannę i względną ciszę, tak różną od wielkomiejskiego gwaru centrum Seulu. Podczas wojny koreańsko-japońskiej w 1592 roku, kiedy pałace królewskie w stolicy zostały zniszczone, król Seonjo począł wykorzystywać ten drugorzędny stuletni wtedy pałac jako rezydencję tymczasową. W 1611 roku kompleks pałacowy uzyskał status drugorzędnego po rezydencji Changdeokgung. Swą świetność obiekt przeżywał od roku 1897, kiedy król Gojong ogłosił się cesarzem Korei. Po upadku cesarstwa w 1907 roku, za czasów okupacji japońskiej, rozmiary kompleksu pałacowego zostały trzykrotnie zmniejszone, a otoczeniu nadano status parku publicznego.


Jakże różna jest okolica, w której krążymy oglądając witryny sklepowe, mijając mrowie ludzi - Koreańczyków, ale i turystów z Chin i Japonii przyciąganych na zakupy luksusem, ale podobno również względnie niższymi cenami niż w macierzystych krajach.



Zbliża się pora kolacji, a ja mam okazję zakosztować bulgogi, czyli kawałków mięsa z grilla, ustawianego na stole obok innych potraw i obsługiwanego przez kelnerkę. Do tego koreańska, o dość słabej mocy, ale dobra w smaku wódka soju, mieszana przez Koreańczyków z piwem.

Kolejnego dnia atrakcji kulinarnych ciąg dalszy. Samgyetang, czyli zupa z kurczaka na żeń-szeniu, podobno dobra dla mężczyzn :).



Później z godziny na godzinę nieodwołalnie zbliża się czas odlotu. Żegnam Koreę spokojniejszą niż mogłoby się wydawać snując się po sklepach z pamiątkami na lotnisku.

czwartek, 28 marca 2013

Żółtki

Zbliżają się Święta Wielkanocne, początek wiosny już za nami i choć aura na zewnątrz nie wskazuje jeszcze wyraźnie na zmiany, pierwsze przebłyski słońca na bezchmurnym niebie, zwiastujące odejście zimy, miały niedawno miejsce. Podczas jednego z takich pięknych popołudni odwiedziłem podbiałostockie Żółtki. Któż z nas nie zna Żółtek? Miejscowości, którą tyle razy mijało się jadąc samochodem do Warszawy, biorąc zakręt pod górę w lewo. W Żółtkach przejeżdżało się obok charakterystycznego pomnika-statuy i ... to zdaje się wszystko. Raczej mało kto zatrzymywał się w wiosce w celach krajoznawczych. Przez Żółtki przebiegał główny szlak samochodowy do Warszawy, natężenie ruchu było spore, poza tym to tak blisko Białegostoku. Albo więc człowiek siedział w aucie, spiesząc do Warszawy, albo z niej wracał, marząc tylko o tym, aby jak najszybciej znaleźć się w pieleszach domowych.

Pomnik-statua stoi do dzisiaj. Nie zwraca już jednak uwagi, jak kiedyś. Żółtki leżą na uboczu i nic nie przypomina czasów, gdy obok przejeżdżały w ciągu doby setki tirów. Może stały się przez to ciekawsze?

Statua kiedyś zwieńczona byłą figurą Matki Bożej. Dziś sterczy w górę sam cokół. Ciekawa jest jego historia. Od strony zachodniej widnieje na niej stary napis, już nieczytelny. Głosi on, że pomnik ufundowali oficerowie lejbgwardii semenowskiego pułku w 1855 roku, aby uczcić swoich kolegów poległych w roku 1831, podczas powstania listopadowego w starciach z Polakami.


Z drugiej zaś strony w podstawie cokołu przymocowano dwie tablice. Pierwsza informuje, iż pomnik poświęcony jest poległym za ojczyznę w latach 1918-1920,


druga z kolei poświęcona została i wystawiona w 50 rocznicę września 1939 "Bohaterskim obrońcom odcinka Żółtki, którzy w sile 150 żołnierzy pod dowództwem por. Witolda Kiewlicza, w dniach 12-14 września 1939 r. bronili przeprawy przez Narew, następnie włączyli się do obrony Białegostoku". Niesamowite losy jednego tylko pomnika!


Nieopodal, po drugiej stronie ulicy stoi metalowy krzyż. Pierwotnie, o czym świadczy metalowa tabliczka, w tym miejscu upamiętniono poległych w 1920 roku. Obecny krzyż poświęcony został wizycie Jana Pawła II w Polsce w 1999 roku.


Wieś została założona przez rodzinę Żółtków w XVI wieku. W XVIII wieku stanowiła ważny port rzeczny na Narwi, skąd Jan Klemens Branicki wypuszczał flotyllę swych 20 statków po zboże do Gdańska. Po postaniu listopadowym, gdy pomiędzy Królestwem Polskim, a Imperium Rosyjskim wprowadzono granicę celną, w Żółtkach znajdowała się komora celna. Tutaj też znajdowała się niewielka manufaktura włókiennicza należąca do związanych z Choroszczą od lat 40-ych XIX wieku Moesów.




W Żółtkach warto jeszcze zejść drogą w dół w stronę nowego przebiegu trasy szybkiego ruchu relacji Białystok-Jeżewo. Stoi tam żeliwny krzyż na kamiennym postumencie z roku 1892, pochodzący z podobnego okresu, co krzyże w nieodległych Sienkiewiczach, Krupnikach, czy Barszczewie.
 


Przy drodze z Białegostoku do Żółtek, jeszcze przed wsią, warto zwrócić uwagę na stojący po prawej stronie krzyż, postawiony w 1984 roku przez Towarzystwo Przyjaciół Choroszczy dla upamiętnienia zamordowanych przez Sowietów Henryka Klimowicza, Izaaka Frydmana i Jankiela Sidrańskiego. 24 czerwca 1941 roku, od czterech dni trwała ofensywa niemiecka na Związek Radziecki. Sowieci cofali się w popłochu. Na rynku w Choroszczy zabito rosyjskiego lejtnanta, oficera politycznego. Rosjanie oskarżyli o to Polaków, twierdząc że strzał padł z wieży kościelnej. Poszli po księdza dziekana Franciszka Pieściuka. W obronie księdza stanął wtedy pochodzący z Otwocka lekarz Izaak Frydman oraz dwóch miejscowych sanitariuszy: Jankiel Sidrański i Henryk Klimowicz. Udali się do sztabu rosyjskiego i stamtąd już nie wrócili. Ksiądz Pieściuk został odprowadzony przez żołnierza sowieckiego na pole pod Nowosiółkami i tam po oddaniu strzału w powietrze puszczony wolno. Dwa dni później w Choroszczy stacjonowały już wojska niemieckie. Wtedy też pod Żółtkami odnaleziono ciała trójki obrońców księdza, w bestialski sposób zamordowanych przez Sowietów. Ciało Henryka Klimowicza złożono na cmentarzu katolickim w Choroszczy, natomiast ciała Izaaka Frydmana i Jankiela Sidrańskiego na cmentarzu żydowskim w Nowosiółkach.


Niepozorna wioska, pełna wielkiej historii i ludzkich dramatów. A o czasach dawnego przebiegu trasy warszawskiej i dużego ruchu samochodowego świadczą tylko przejeżdżające nieopodal - nowym szlakiem - tiry.


Tomasz Darmochwał, "Północne Podlasie. Wschodnie Mazowsze", Warszawa, 2003

Dorota Wysocka, "Rosyjskie ślady w kamieniu i metalu", Przegląd Prawosławny, numer 5/2006

Alicja Zielińska, "Śmierć trzech ludzi. Chcieli ratować księdza", Kurier Poranny, 11 grudnia 2010.