czwartek, 11 sierpnia 2011

Najstarszy krzyż przydrożny w Białymstoku

Rok temu pojawiły się w białostockiej prasie artykuły informujące o tym, że białostockie Towarzystwo Opieki nad Zabytkami zwróciło się do Urzędu Miejskiego z wnioskiem o dofinansowanie renowacji 6 krzyży przydrożnych w mieście. Wtedy właśnie dowiedziałem się, że najstarszy z nich pochodzi z roku 1856 i stoi przy ulicy Nowowarszawskiej. Nie mogło mnie przy nim zabraknąć.



Po raz kolejny sięgam po artykuł Marty Sokół (Pierwszy raz przy okazji opisywania nagrobków na cmentarzu św. Rocha w Zabłudowie), która zebrała informacje o wszystkich odnalezionych krzyżach i kapliczkach przydrożnych na terenie Białegostoku. "Postument wykonano z granitowego polnego głazu, któremu nadano kształt zbliżony do prostopadłościanu, a na jego szczycie umieszczono krzyż żelazny, poddany późniejszym przeróbkom. Na frontowej stronie postumentu znajduje się prostokątna wnęka z obrazem Matki Boskiej, wokół której wyryto napis: 1856 / Dnia 10 listopada / Święta Maryja / módl się za nami / zachowaj nas od nieszczęścia."


Ulica Nowowarszawska częścią Białegostoku stała się 10 maja 1919 roku, gdy miasto otrzymało nowe granice po przyłączeniu okolicznych wiosek, co miało zrównoważyć procentowy udział ludności żydowskiej zamieszkującej miasto. Wtedy to przyłączono do niego między innymi wieś Skorupy, której częścią była dzisiejsza ulica Nowowarszawska.

Rzadko była przeze mnie nawiedzana. Leżąca na uboczu, typowo wiejski zaułek, jakich sporo w mieście. Kiedyś poszukując tapicera, odkryłem, że na jej końcu znajduje się prawdziwe minizagłębie tego typu usług. Od kiedy ulokowano u jej wylotu supermarket Lidl, o wiele częściej zajeżdżają tu samochody białostoczan.

Marta Sokół "Krzyże i kapliczki przydrożne w krajobrazie miejskim Białegostoku - wczoraj i dziś", Zeszyty Dziedzictwa Kulturowego, t.1, Białystok 2007.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Zagadka chrztu Józefy Uzarek

Przeglądając mikrofilmy zawierające księgi chrztów, ślubów i zgonów rzymskokatolickiej parafii w Ostrzeszowie z drugiej połowy XIX wieku, w poszukiwaniu metryki chrztu prababci Józefy Paczkowskiej z Uzarków, natrafiłem na ciekawostkę. Sam zapis w roku 1888 odnalazłem, ale kratki, które powinny zawierać dane ojca, są puste.


Jest to o tyle dziwne, że wszystkie późniejsze dokumenty (metryki obu ślubów Józefy uzyskane z niemieckiego Standesamtu, akt zgonu z USC) wymieniają ojca z imienia i nazwiska (Marcin Uzarek), podają jego profesję (robotnik), a metryki ślubów podają nawet miejsce zgonu (Priort). W zapisie o chrzcie zaś jest pusto, widnieją tylko imię i nazwisko matki - Balbina Kaczmarek.

Na mikrofilmach z danymi parafii ostrzeszowskiej nie odnalazłem także zapisu o ślubie Marcina Uzarka z Balbiną Kaczmarek. Nie przypuszczam jednak, aby Józefa była dzieckiem nieślubnym. Gdyby tak było i nazwisko ojca w momencie chrztu było nieznane bądź nie zostało ujawnione, co przemawiałoby za tym, aby ujawniać je później, w kolejnych dokumentach, podając profesję, a nawet miejsce zgonu ojca?

Skłaniam się ku innej hipotezie. Marcin Uzarek był innowiercą, najprawdopodobniej ewangelikiem. Co prawda i w tym wypadku dziwne byłoby nie wpisanie danych ojca. Jednakże w księgach metrykalnych parafii rzymskokatolickiej w Ostrzeszowie, które przeglądałem, parafii dość w końcu licznej, nazwisko Uzarek w ogóle nie występuje.

Występuje natomiast zupełnie podobny zapis o chrzcie na 4 lata przed urodzeniem mojej prababci. Zostaje wówczas ochrzczona Marianna, danych ojca nie ma, natomiast jako matkę wpisano Balbinę Kaczmarek. Nie mam pewności, czy Marianna jest siostrą Józefy, różnią się miejscem urodzenia - Józefa urodziła się w Siedlikowie, Marianna w miejscowości Niedźwiedź. Na inne tego typu zapisy o chrzcie dzieci Balbiny Kaczmarek nie natrafiłem. Być może Marcin z Balbiną wzięli ślub w kościele luterańskim, gdzie byli też później chrzczeni synowie, natomiast córki zgodnie z wyznaniem matki w kościele katolickim?

czwartek, 21 lipca 2011

Folwark Krupniki

Pierwsze wzmianki o istnieniu w Białymstoku szpitala pochodzą jeszcze z czasów władania dobrami przez Piotra Wiesiołowskiego. W roku 1591, gdy w Białymstoku, w miejscu obecnego białego kościoła, stała świątynia drewniana, następuje jej usamodzielnienie przez utworzenie parafii. Dotychczas bowiem miejscowy kościół podlegał parafii w Surażu. Na nowo utworzonej jednostce parafialnej ciążył obowiązek utrzymania szpitala.

W roku 1768, czyli już za mecenatu Jana Klemensa Branickiego, po zachodniej stronie murowanego (od roku 1621) budynku kościoła, wzniesiono przynależny do parafii, niewielki murowany szpital "mieszczący w sobie dwie izby, jedną dla dziadów, drugą dla bab i dwie komory na skład". Jest to rozbudowany na przestrzeni wieków budynek czynnego jeszcze do niedawna kina "Ton". W czasach Jana Klemensa Branickiego, nawiasem mówiąc, istniał też w Białymstoku szpital żydowski w rejonie dzisiejszej ulicy Spółdzielczej, tak mocno przetrzebionej w czasie likwidacji przez Niemców getta białostockiego.


biały kościół, a z lewej budynek kina "Ton", dawnego szpitala

Rok później, Jan Klemens Branicki, do opieki nad kolejnym szpitalem (na 12 osób), sprowadził z Warszawy 5 sióstr szarytek, z przełożoną siostrą Agnieszką Kłosowską i ufundował dla nich budynek klasztoru po przeciwnej stronie placu, tuż obok najstarszego, rozpoznanego białostockiego cmentarza, wyposażony w szereg pomocniczych obiektów.

W roku 1786 przełożoną klasztoru szarytek została sprowadzona z Francji przez wdowę po hetmanie, Izabelę Branicką, siostra Marianna Brock, która kierowała nim do 1817 roku.

Historia sióstr szarytek w Białymstoku nierozłącznie wiąże się z poplątaną i tragiczną historią Polski. W roku 1842 władze carskie ograniczyły ich działalność w mieście, a szpital zlikwidowały. Dzięki pomocy Komitetu Dobroczynności Rady Powiatowej Białostockiej, siostrom udało się wznowić działalność szpitala, ale już 3 lata później ich klasztor został zlikwidowany, a same siostry zmuszone do opuszczenia Białegostoku.

Wróciły tu ponownie już po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w roku 1923 i w swej dawnej siedzibie, funkcjonującej pod nazwą Dom Świętego Marcina, prowadziły dom opieki dla dzieci. I tak aż do pierwszej okupacji sowieckiej podczas drugiej wojny światowej. W roku 1944 Niemcy paląc zabudowania w centrum Białegostoku, nie oszczędzili budynku dawnego klasztoru. Zostały tylko zgliszcza. Po wojnie przystąpiono do odbudowy budynku. Przez pewien czas siostry prowadziły w nim zakład, ale od 1954 władze przejęły budynek i umieściły w nim państwowy dom dziecka. Ponownie do Domu Świętego Marcina powróciły w roku 1990. Od tego czasu prowadzą w nim przedszkole.

fragment budynku dawnego klasztoru szarytek



A jak się ma do powyższego tytułowy folwark Krupniki? Tak mianowicie, że siostry szarytki, przybywając do Białegostoku, musiały się z jakiegoś źródła utrzymywać. Fundując klasztor, Jan Klemens Branicki, uposażył go właśnie w podbiałostocki folwark Krupniki, który miał zapewniać prowadzonemu przez siostry szpitalowi stabilność finansową. Leczenie w szpitalu odbywało się bezpłatnie, a ubodzy chorzy, przy jego opuszczaniu, zaopatrywani byli w odzież i drobne kwoty.

Dzisiejsza, przylegająca do Białegostoku wioska Krupniki, leżąca przy drodze do Choroszczy, to typowe przedmieście domów i "wypasionych" rezydencji, zbudowanych w ostatnim pięćdziesięcioleciu. Trudno byłoby się domyśleć, że z górą ponad 200 lat temu istniał tu folwark, dający utrzymanie białostockim szarytkom. Tak naprawdę przejeżdżając tędy wielokrotnie czy to samochodem, czy rowerem, nie pomyślałbym, że można natrafić w wiosce na miejsca ciekawe z punktu widzenia przeciętnego, powiedzmy, że trochę zainteresowanego tkanką historyczno-kulturową turysty.


A jednak jest taki obiekt tutaj. Chodzi o metalowy kowalski krzyż przydrożny z 1893 roku na kamiennym cokole, ornamentowany gwiazdkami na zakończeniach promieni. Na cokole napis: "Kriestu Twojemu Pokłaniajemsia Władyko". Przyznam, że dość trudno go znaleźć, a i napotkani przeze mnie mieszkańcy nie wiedzieli o jaki obiekt chodzi. Pierwsza moja wycieczka rowerowa zakończyła się totalnym niepowodzeniem. Krzyża nie znalazłem, "gumę złapałem", a na dodatek nie zdążyłem dotrzeć do domu przed burzą. Krzyż jednak jest i to dość spory, jednak w otoczeniu zieleni, za płotem, w pewnej odległości od drogi, łatwy do ominięcia. Aby go obejrzeć, należy skręcić w asfaltową drogę na Porosły i dosłownie naprzeciwko rozwidlenia do wsi Sienkiewicze spojrzeć na prawo za ogrodzenie.




Krzysztof Antoni Jabłoński: "Biały i czerwony. Kościoły białostockiej parafii farnej.", Wydawnictwo Buk, Białystok 2008.

Andrzej Lechowski: "Białystok. Przewodnik historyczny.", Benkowski Publishing, Białystok 2009.

ks. Henryk Żukowski: "Siostry szarytki w Białymstoku"

czwartek, 23 czerwca 2011

Śladami Antoniego Herliczki na Podlasiu

Najstarszy, istniejący do dni dzisiejszych budynek w Białymstoku to niepozorny kościół pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, zwany kościołem białym. Jego budowę rozpoczął w 1617 roku Piotr Wiesiołowski młodszy, właściciel dóbr białostockich, po pożarze wcześniejszego, drewnianego kościoła. Po jego śmierci prace przy budowie kościoła kontynuował syn Krzysztof Wiesiołowski, kończąc je w roku 1625.

Istotnej przebudowy kościoła dokonał Jan Klemens Branicki w połowie XVIII wieku. Dzięki jego zamierzeniu, kościół stał się, barokowym w wystroju mauzoleum rodowym. To tyle tytułem skromnego wstępu.

W 1979 roku przeprowadzono w kościele badania murów wewnętrznych. Odkryto cztery poważniejsze warstwy malarskie. Ostatnia pochodziła z okresu II wojny światowej. Pierwsza warstwa malarska została położona w okresie prac wykończeniowych kościoła po 1626 roku. Z tego okresu pochodzi widoczny dziś "zacheuszek" w pobliżu chóru.

Druga warstwa malarska datowana jest na przełom wieków XVII i XVIII, gdy włodarzem dóbr białostockich był Stefan Mikołaj Branicki.

Trzecia zaś, odsłonięta i widoczna dziś na sklepieniu kościoła, pochodziła z czasów wspomnianej już barokowej stylizacji wnętrza kościoła, przeprowadzonej w latach 1751-1752. Autorem malowideł był Antoni Herliczka.


***
Właściwie prawie wszystko co wiemy dziś o Antonim Herliczce, zawdzięczamy księdzu Janowi Niecieckiemu, od ponad ćwierćwiecza badającemu losy i spuściznę malarską związanego z Białymstokiem artysty. Pisząc niniejszy tekst korzystałem głównie z artykułów księdza, publikowanych w wydawnictwach specjalistycznych. Nie wiemy kim Herliczka był z pochodzenia. Mógł być zarówno Czechem na co wskazuje nazwisko, jak i Niemcem. Czy miał pochodzenie szlacheckie? Używał przecież pieczęci z herbem, w którym znajdowała się baronowska korona. Czyżby była to uzurpacja? Z zachowanej korespondencji z czasów Jana Klemensa Branickiego wynika, że Herliczka potrafił długo targować się o wysokość zapłaty za swe dzieła, był też sumienny, jeśli chodzi o terminy wykonania zleconych prac. Można więc wysnuć wniosek, że cenił się i miał poczucie własnej wartości. Z wyznania był katolikiem, czego dowodzi jego metryka ślubna z roku 1754. Należał również do arcybractwa Trójcy Świętej przy białostockim kościele.

***
Pierwsza pisemna wzmianka o Antonim Herliczce pochodzi z 1749 roku. Mówi ona, że przebywał w Warszawie, gdzie wcześniej pracował u boku freskanta śląsko-czeskiego Georga Wilhelma Neunhertza. Zadaniem jego było odnowienie wykonanego rok wcześniej, właśnie przez Neunhertza, okazałego malowidła na murze w ogródku w warszawskim pałacu Jana Klemensa Branickiego. Nie wiadomo od kiedy Herliczka współpracował z Neunhertzem. Być może wraz ze swym mistrzem uczestniczył w pracach malarskich w kościele Filipinów w Gostyniu, a także współpracował przy jednym niewielkim zleceniu w Białymstoku. Faktem jest, że w 1749 roku podjął już samodzielną pracę, musiał więc być wtedy doświadczonym malarzem. Neunhertz wkrótce zmarł, a Herliczka związał się praktycznie na stałe z Janem Klemensem Branickim, dla którego, aż do jego śmierci w 1771 roku, wykonał szereg prac malarskich. Kojarzy się go głównie z malarstwem ściennym, w przeciwieństwie do Augustyna Mirysa, Szkota, zatrudnianego przez hetmana Branickiego właśnie do prac sztalugowych, ale znane są również obrazy olejne Herliczki.

***
W 1754 roku, w jakiś czas po sprowadzeniu się do Białegostoku, uzyskał pozwolenie od hetmana na ożenek z miejscową, 14-letnią panną, córką sekretarza poczty, Marianną Paszkowską. W 1754, dzięki hetmanowi Branickiemu, rozpoczęła się budowa domu Herliczki w dzielnicy Nowe Miasto (Neustadt), położonej na osi białostockiego pałacu, na wprost bramy pod Gryfem, po drugiej stronie niewielkiej rzeki (Białka). Dzielnicę Nowe Miasto (dzisiejsza część ulicy Warszawskiej i okolice) zamieszkiwali wyłącznie chrześcijanie, w przeważającej mierze związani z dworem hetmana. W domu tym, parterowym, z pruskiego muru, Antoni Herliczka zamieszkał wraz z żoną w roku 1755. Położony był mniej więcej w miejscu obecnego budynku MPECu. Ze związku z Marianną Paszkowską urodziły się Antoniemu, według przybliżonych ustaleń, następujące dzieci: Teresa Anna (1754), Józef Henryk (1757), Jan (1759), Marianna (1761 lub 1762), Katarzyna Konstancja (1763), Jakub i Maciej (urodzeni pomiędzy 1765, a 1768 rokiem) oraz Antoni. W roku 1768 Antoni Herliczka został wdowcem, jego żona zmarła w wieku 28 lat. Po śmierci hetmana Branickiego w roku 1771, wdowa po nim Izabela z Poniatowskich Branicka, siostra króla, nie prowadziła tak szeroko zakrojonych prac w swych dobrach, jak hetman, więc Herliczka zmuszony był coraz częściej szukać zatrudnienia u innych mecenasów. Ostatnia wzmianka o pracy Herliczki pochodzi z 1792 roku. Malował wówczas 2 obrazy ołtarzowe do ufundowanego przez Izabelę Branicką kościoła pw. św. Wawrzyńca w Dolistowie nad Biebrzą. Ostatnia pisemna wzmianka o artyście pochodzi z roku 1797 z listu jego zięcia Wojciecha Matuszewicza, męża Marianny. Prawdopodobnie wówczas Antoni jeszcze żył. Nie wiadomo niestety ani kiedy, ani gdzie zmarł. Księgi zmarłych kościoła białostockiego milczą na ten temat.


***


Jeśli chodzi o obecne województwo podlaskie, większość prac Antoniego Herliczki nie zachowała się, głównie w związku ze zmianami lub ubytkiem obiektów architektonicznych ozdabianych jego malarstwem. Oto wykaz niektórych z takich dzieł:

- liczne prace malarskie w białostockim Pałacu Branickich, oraz obiektach architektonicznych ogrodów pałacu,
- supraporty do Pałacyku w Stołowaczu,
- liczne prace malarskie w Pałacu Branickich w Choroszczy oraz w pawilonach zdobiących założenie ogrodowe,
- dekoracja Bramy Pieczurskiej na białostockim Nowym Mieście,
- pomieszczenia dworku w Bażantarni,
- facjata parafialnego szpitala w Białymstoku (później budynek kina Ton, tak dobrze znany współczesnym białostoczanom),
- zdobienia facjaty i gabineciku tancerek w Białymstoku (w miejscu obecnej ulicy Kilińskiego, mniej więcej dwa domy za obecną Książnicą Podlaską),
- zdobienia drzwi ujeżdżalni w Białymstoku (tuż za obecnym budynkiem Książnicy Podlaskiej przy ulicy Kilińskiego),
- malowidła refektarza dominikańskiego klasztoru w Choroszczy,
- zdobienie fasady domu sióstr miłosierdzia w Białymstoku,
- freski na fasadzie wozowni w Białymstoku (w tym miejscu obecnie budynek Książnicy Podlaskiej),
- freski w izbach Dworu Pod Jeleniem w Białymstoku (nad Białką, w okolicach dzisiejszego skrzyżowania ulic Sienkiewicza i Piłsudskiego),
- freski w kamienicy narożnej przy ulicy Wasilkowskiej w Białymstoku (budynek dawnej restauracji Ludowej, później restauracji Astoria),
- freski na fasadzie poczty w Białymstoku (obecna ulica Suraska),
- freski na budynku "odwachu" w Białymstoku (w tym mniej więcej miejscu dziś budynek Archiwum Państwowego),
- freski na kapliczce z Pasją Pana Jezusa na Przedmieściu Warszawskim w Białymstoku.

Powyższych dzieł artysty już dziś nie zobaczymy.

***


Gdyby dziś spróbować obejrzeć dzieła pozostałe po Antonim Herliczce w obecnym województwie podlaskim, nie byłoby ich wiele. Najbardziej znanym jest pokazane wyżej sklepienie białego kościoła w Białymstoku. Wykonane było najwcześniej spośród wszystkich znanych prac Herliczki w Białymstoku. Niestety, raczej trudno będzie zobaczyć zwykłemu turyście dekoracje ścienne i "malowidło nad kominkiem", wykonane w technice olejno-woskowej, nigdy nie zamalowywane, zatytułowane "Wizyta trzech aniołów u Abrahama" lub "Gościnność Abrahama" w budynku starej plebanii białostockiego kościoła farnego (obecnie pałac biskupi), pochodzące z roku 1761. Podobnie jest z obrazem sztalugowym przedstawiającym św. Wincentego a Paulo, powstałym tuż przed 1772 rokiem, będącym własnością parafii pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Białymstoku, jednak nie eksponowanym w miejscu publicznym.

Kolejnym miejscem, gdzie można natknąć się na dzieła Antoniego Herliczki są galerie białostockiego Pałacu Branickich. Antoni Herliczka odtwarzał tu freski swego mistrza Neunhertza, w roku 1754, zatytułowane "Pan i Syrinks" oraz "Sąd Parysa". Można je oglądać w galerii pałacu od strony ogrodu.


Ciekawość zaprowadziła mnie do Choroszczy. W latach 1757-1758 Antoni Herliczka pokrył freskami ściany prezbiterium i całe sklepienie kościoła w Choroszczy. Budynek kościoła niestety w 1938 roku opanował pożar, który zniszczył freski. Dzięki zachowanym fotografiom wnętrza kościoła sprzed pożaru odtworzono część fresków sklepienia.


Przyznam, że najbardziej zaciekawiła mnie sprawa ostatnich wzmiankowanych prac Herliczki, a mianowicie obrazów ołtarzowych malowanych w roku 1792 dla kościoła w Dolistowie. Odwiedzałem to miejsce kilkukrotnie, zwłaszcza, że położone jest w urokliwym miejscu nad Biebrzą, a w okolicy znajdują się ciekawe krzyże przydrożne i kapliczki.



W kościele w ołtarzu głównym znajduje się krucyfiks, w ołtarzu bocznym obraz Matki Boskiej Różańcowej, kilka mniejszych obrazów poświęconych Matce Boskiej z Dzieciątkiem. Z moich ustaleń wynika, że żaden z obrazów w kościele dolistowskim nie ma metryki XVIII-wiecznej. Czy obrazy malowane przez Herliczkę trafiły do dolistowskiego kościoła, a jeśli tak, co się z nimi w późniejszym czasie stało, dostępne źródła milczą.



ks. Jan Nieciecki, "Antoni Herliczka. Malarz białostocki z XVIII wieku", "Studia teologiczne. Białystok, Drohiczyn, Łomża", nr 2, 1984.

ks. Jan Nieciecki, "Koleje życia Antoniego Herliczki, malarza polskiego XVIII wieku", "Roczniki humanistyczne", tom LIV, Lublin, 2006.

Krzysztof Antoni Jabłoński, "Biały i czerwony. Kościoły białostockiej parafii farnej", Wydawnictwo BUK, Białystok, 2008.

Andrzej Lechowski, "Białystok. Przewodnik historyczny", Wydawnictwo Benkowski Publishing.

piątek, 17 czerwca 2011

Czego można dowiedzieć się ze starych dokumentów?

Z kolejnym dokumentem napisanym w języku rosyjskim, pochodzącym ze stycznia 1913 roku "poszło" mi już o wiele łatwiej. (Doświadczenie robi swoje!) Dzięki niemu odkryłem osobę, o której pamięć wśród żyjących członków rodziny zatarła się.


Dokument powyższy jest również wypisem z aktu notarialnego, spisanego przez notariusza przy Kancelarii Hipotecznej Sędziego Pokoju w Piotrkowie Trybunalskim, Stanisława Niepokojczyckiego. Akt dotyczy zrzeczenia się spuścizny po Wiktorii Krupie (mojej praprababci) i Wacławie Krupie (synu Wiktorii Krupy i jej męża Łukasza) przez jej dzieci: Mariannę Fijołek, Antoninę Wroniszewską i Jana Krupę i sprzedaż pozostałego majątku na rzecz ich brata, a mego pradziadka Ignacego Krupy.

Akt precyzuje, jakimi dokumentami musiały wylegitymować się osoby stające przed notariuszem. Marianna Fijołek przedstawiła dokument wydany przez wójta osady Niewierszyn, Antonina Wroniszewska i Ignacy Krupa przedstawili podobny dokument wydany przez wójta gminy Skotniki, natomiast Jan Krupa zaświadczenie wydane przez dowódcę 148 kaspijskiego pułku piechoty. I ten ostatni fakt jest bardzo ciekawy. Okazuje się, że stryj mej babci, późniejszy legionista, doświadczenie wojskowe zdobywał w wojsku carskim.

Ignacy Krupa musiał ponadto przedstawić dokument zaświadczający chłopskie pochodzenie. Okazał wypis z tabeli likwidacyjnej osady Szarbsko, w której pod numerem 20/16 zapisany był jego dziadek Ludwik Krupa. Przedstawił ponadto metryki urodzenia swego ojca Łukasza oraz metrykę swojego urodzenia, pobrane z ksiąg metrycznych parafii Skórkowice. Najciekawsze w całym akcie było odkrycie Wacława Krupy. Moja babcia nic nie wiedziała o tym, że jej ojciec miał brata o takim imieniu. Dysponuję też drzewem genealogicznym powstałym w innej gałęzi rodziny Krupów i również, mimo, że rodzeństwo mego pradziadka wymienione jest szczegółowo, brak jest Wacława. Wacław Krupa urodził się w 1899 roku, a zmarł w listopadzie 1908 roku, miał więc w chwili zgonu 9 lat. Widocznie w domu pradziadka nie mówiło się o nim. Późniejsze pokolenia nie miały więc najprawdopodobniej skąd czerpać wiedzy o zmarłym członku rodziny. Dokumenty jednak "mówią do nas", a powyższy przykład raz jeszcze pokazuje, jak ważne jest źródło pisane.

środa, 15 czerwca 2011

Jak połknąć bakcyla?

Zainteresowanie genealogią, chyba pisałem już o tym na blogu, przyszło w moim przypadku niejako naturalnie. Czułem, że muszę spisać i uporządkować już posiadaną wiedzę, że dopiero takie uporządkowanie będzie stanowić punkt wyjścia do dalszych poszukiwań. Na pewno duży wpływ na to, jak zacząć, od czego, jak uporządkować posiadaną wiedzę, miała lektura książki Małgorzaty Nowaczyk "Poszukiwanie przodków. Genealogia dla każdego", a także internetowe forum Genpolu. Ale jak to w każdym zajęciu, hobby, pracy bywa - pojawiają się trudności. Dla mnie takim momentem był na pewno akt notarialny do którego dotarłem na początku swych poszukiwań genealogicznych. Dokument spisany był w języku rosyjskim, pochodził z 1904 roku, zawierał 4 niepełne strony informacji, formatu nieco większego od A4. Charakter pisma osoby tworzącej dokument był wyraźny, wręcz kaligraficzny, ale co z tego, ni w ząb nie rozumiałem, co jest w nim napisane. Mój rosyjski był słaby, wielu wyrazów w ogóle nie byłem pewien, zniechęciłem się. A z drugiej strony bardzo chciałem znać treść dokumentu! Byłem pewien, że odnajdę w nim wiele istotnych informacji, że dokument przemówi klimatem czasu, że choć trochę zasmakuję tego, co zdarzyło się trochę ponad 100 lat wcześniej.

Pierwszy kontakt z dokumentem miałem, gdy jeszcze nie znałem forum Genpolu, nie czytałem książki Małgorzaty Nowaczyk - byłem zdany sam na siebie. Traf chciał, że kolega znał tłumaczkę języka rosyjskiego, dla której język ten był niejako językiem ojczystym - repatriowana była wraz z rodzicami z terenów ZSRR dopiero w roku 1958. Przekazałem jej jedną z kopii dokumentu i umówiłem się na spotkanie. Stwierdziła, że dokument będzie trudny do przetłumaczenia, gdyż język rosyjski po rewolucji bolszewickiej 1917 roku przeszedł reformę, wielu liter, jak i słów już się dzisiaj nie używa. Po mniej więcej dwóch godzinach spotkania wiedziałem jednak mniej więcej, czego dokument dotyczy. Ale chciałem wiedzieć więcej!

Kolejną wersję tłumaczenia uzyskałem dzięki forum internetowemu. Ale nadal była ona dziurawa. Wielu wyrazów i zdań osoba tłumacząca nie była pewna.

Wiedząc już jednak tak dużo, postanowiłem wziąć sprawę dosłownie w swoje ręce. Miałem książkę Małgorzaty Nowaczyk, w której znajduje się słowniczek wyrazów występujących w starych dokumentach rosyjskich, kupiłem sobie dobry słownik współczesnego języka rosyjskiego i ... dwie noce z rzędu spędziłem na tłumaczeniu dokumentu. Często poszczególnych wyrazów nie byłem pewien, więc porównywałem na zasadzie prób i błędów możliwe wersje z książką i słownikiem. I przetłumaczyłem!

Przygoda ta nauczyła mnie, jak ważna jest cierpliwość w genealogii. Na niektóre odkrycia trzeba po prostu czekać i czekać. Często ważna jest pomysłowość podpowiadająca, gdzie, u kogo by tu jeszcze sprawdzić. I najważniejsze - nigdy później nie miałem problemu, aby z jakichś dokumentów obcojęzycznych "wyciągnąć" to co istotne.

A teraz przejdźmy do samego dokumentu:


Jest to główny wypis z aktów notarialnych notariusza przy Kancelarii Hipotecznej Sędziego Pokoju w mieście Końskie, spisany 27 stycznia 1904 roku przez Iwana Wąsowicza, syna Edwarda.

Główne osoby stające do aktu to:

Jan Sokalski inaczej Szokalski, mój prapraprapradziadek, syn Piotra,
Wiktoria Krupa z urodzenia Janiszewska, córka Ignacego, moja praprababcia,
Łukasz Krupa, mąż Wiktorii, towarzyszący jej,
Andrzej Janiszewski, syn Ignacego, brat Wiktorii,
Kazimierz Janiszewski, syn Ignacego, również brat Wiktorii.

Wszystkie wymienione wyżej osoby były chłopami rolnymi, zamieszkałymi we wsi Szarbsko. Jako dowody tożsamości przedstawili zaświadczenia wójta gminy Skotniki, do której należało Szarbsko.

Przedmiotem aktu była umowa sprzedaży zagrody chłopskiej należącej do Jana Sokalskiego. Sprzedawał on po jednej trzeciej swoim wnukom: Wiktorii, Andrzejowi i Kazimierzowi. Miarami powierzchni obszarów składających się na zagrodę były dziś już nie używane morgi i pręty. Zagroda została sprzedana za kwotę 60 rubli. Dodatkowo wnukowie zobowiązali się do opieki nad Janem Sokalskim oraz do pogrzebania jego ciała po śmierci.

Odchodząc na chwilę od treści aktu, chciałbym wspomnieć, że nie odnalazłem metryki zgonu Jana Sokalskiego, przeglądając księgi metrykalne parafii Skórkowice. Być może w pośpiechu umknęła mi. Nie wiem. Wiktoria zmarła w następstwie ciężkiego porodu w roku 1906, Kazimierz w roku 1919, dalsze losy Andrzeja nie są mi znane.

W akcie notarialnym znajduje się jeszcze jedna ciekawostka - nazwy działek w Szarbsku, które wchodziły w skład zagrody, tj:

"plac", "Głowczyny", "Niwa", "na Babach", "Borek", "ług", "ogród", "na Gucy", "Grojce", "ziemia pod łąkami", "Dziki las".

Zagroda musiała być mocno rozdrobniona. Moja ś.p. babcia podobno wiedziała, gdzie powyższe działki leżą. Ciekaw jestem, czy wśród współczesnych mieszkańców Szarbska takie nazwy funkcjonują.

wtorek, 31 maja 2011

Informacja o losach Stefana Stępnia nadal poszukiwana!

Poszukiwania genealogiczne nie zawsze kończą się sukcesem. Bywa, że wydają się beznadziejne. Tak przynajmniej jest jeśli chodzi o mego pradziadka. Z relacji rodzinnych, którymi dysponowałem, te bardziej wiarygodne mówiły, że Stefan Stępień ostatni raz widziany był na Wołyniu w 1943 roku.

W zeszłym roku, dzięki szczęśliwemu zrządzeniu losu, udało mi się porozmawiać z kilkoma potomkami rodzeństwa Stefana Stępnia, osobami nie znanymi mi osobiście wcześniej. Dzięki tym rozmowom zapisałem wtedy wiele nowych hipotez dotyczących jego losów po roku 1943, a tu na blogu zamieściłem apel do czytelników o przesyłanie wszelkich informacji o losach pradziadka, jeśli jakimś nieprawdopodobnym trafem natrafiliby na nie.

Jakiś czas później, mój serdeczny kolega Jurek, słysząc opowieść o pradziadku, zwrócił mi uwagę, że przecież poszukiwano go przez Polski Czerwony Krzyż. Poradził mi, abym i ja skorzystał z tej ścieżki i spróbował dotrzeć do danych, jakimi PCK dysponuje. Wszedłem więc na stronę internetową PCK, wydrukowałem formularz, wypełniłem go i wysłałem.

I muszę powiedzieć, że był to szczęśliwy krok, wyjaśniający wiele hipotez. Po pierwsze: okazało się, że Stefan Stępień wyjechał z Wołynia w roku 1942, a nie 1943. Pierwszy ślad pochodzi z 1945 roku. Pradziadek 26 września zarejestrował się w Polskim Czerwonym Krzyżu w Warszawie, a następnie udał się do Szpitala Dzieciątka Jezus przy ulicy Oczki. Tam podczas rejestracji oświadczył, że 20 kwietnia 1942 roku został wywieziony do Niemiec i że powraca z Boberröhrsdorf.

Równolegle szukałem informacji o pradziadku w zasobach ITS, ale bez rezultatu.

Co więcej, okazało się, że pradziadek był trzykrotnie poszukiwany po wojnie za pośrednictwem PCK i dwukrotnie na ślad pradziadka natrafiono. Po raz pierwszy poszukiwał go szwagier Mikołaj Lemański w 1948. Za pośrednictwem PCK otrzymał informację, że Stefan Stępień był wywieziony na roboty do Niemiec i powrócił do Polski 3 grudnia 1945 roku (Sprzeczna informacja z pierwszą, mówiącą o rejestracji w szpitalu, nieprawdaż?). Zamieszkiwał w Jeleniej Górze, skąd wyjechał w niewiadomym kierunku.

Po raz drugi poszukiwany był przez żonę, moją prababcię w roku 1954. W grudniu 1954 roku została poinformowana pismem z PCK, że Stefan Stępień mieszka we Wrocławiu przy ulicy Katowickiej 103.

Według relacji rodzinnych rzeczywiście jest mowa, że poszukiwania pradziadka po wojnie przyniosły efekt, ale gdy został wysłany list pod wskazany adres, wrócił z adnotacją, że adresat nie mieszka pod wskazanym adresem. Nie wiem jednak, czy chodzi o miejsce pobytu pradziadka w Jeleniej Górze, czy we Wrocławiu.

Pradziadka poszukiwał również syn Tadeusz Stępień, który podczas wojny zaginął w ZSRR i używał później nazwiska Anatol Stachow. W tym wypadku nie podano rezultatu poszukiwań.

Ostatni więc hipotetyczny ślad pradziadka, do którego dotarłem to rok 1954, ul. Katowicka 103, Wrocław. Napisałem do Wydziału Spraw Obywatelskich Urzędu Miejskiego Wrocławia o sprawdzenie, czy pod wskazanym adresem mieszkał w roku 1954 lub w innym czasie mój pradziadek. Niestety, żadnych danych nie odnaleziono.

Tak więc, choć dużo się dowiedziałem przez rok poszukiwań, nadal tkwię w ślepej uliczce. I tu mam prośbę do czytelników mojego bloga. Może ktoś z Was wie, co to za adres: ul. Katowicka 103 we Wrocławiu i co mieściło się w tym miejscu w roku 1954? Będę wdzięczny za wszelkie informacje i zdjęcia. Być może macie doświadczenia w swoich poszukiwaniach ze Szpitalem Dzieciątka Jezus w Warszawie, być może dysponujecie relacjami z pobytu własnych przodków na robotach w Boberröhrsdorf. Wszelkie podpowiedzi, wskazówki, pomysły są w tym momencie cenne. Dla porządku podam, że pradziadek urodził się 6 grudnia 1900 roku w Bardzie w Górach Świętokrzyskich, był synem Kacpra i Józefy. Ale równie dobrze, tak sobie myślę, mógł po wojnie zmienić nazwisko.

poniedziałek, 23 maja 2011

Landsberg w powieści Christy Wolf "Wzorce dzieciństwa"

Dwa lata temu pisałem o książce niemieckiej pisarki Christy Wolf, w przedwojennej młodości związanej z Landsbergiem - dzisiejszym Gorzowem Wielkopolskim. Jestem obecnie po lekturze innej książki, związanej treścią bardzo mocno z moim rodzinnym miastem. "Wzorce dzieciństwa" są rozliczeniem pisarki z czasami hitlerowskiej III Rzeszy. Nie chciałbym oceniać tej części książki. Wypada jednak wspomnieć, że zawiera również sporo fragmentów krytycznych wobec polityki Richarda Nixona i wojny prowadzonej przez Stany Zjednoczone w Wietnamie. Wiedząc o poglądach pisarki wyrażonych w powieści, nie wypada pominąć faktu, że w 1993 roku odnaleziono dokumenty wskazujące na jej współpracę z enerdowską STASI i że w 1990 roku była przeciwna zjednoczeniu Niemiec.

Książka jest za to skarbnicą wiedzy o przedwojennym Gorzowie. I jako taka zasługuje na tym blogu na uwagę. Akcja zaczyna się w lipcu 1971 roku, gdy Nelly (alter ego pisarki) przyjeżdża wraz z rodziną do Gorzowa Wielkopolskiego, aby odbyć swoistą podróż do przeszłości. Landsberg opuściła będąc młodą dziewczyną, uciekając przed ofensywą Armii Czerwonej na początku na 1945 roku.

"Podróżowanie w dawne strony rodzinne kwitło. Ci, co wracali z takich wypraw, chwalili niemal powszechne uprzejme przyjęcie przez nowych mieszkańców miasta i mówili, że warunki drogowe, wyżywienie i kwatery są "dobre", "możliwe", "przyzwoite", co na tobie nie robiło żadnego wrażenia. Jeśli chodzi o topografię, powiedziałaś (również po to, by stworzyć choćby pozór rzeczywistego zainteresowania), mogłabyś w zupełności zdać się na swoją pamięć: domy, ulice, kościoły, parki, place - cały układ tego niezbyt zresztą frapującego miasta był w niej zachowany kompletnie i na zawsze."

"A potem nadeszła sobota, 10 lipca 1971, najgorętszy dzień tego miesiąca, który z kolei był najgorętszym miesiącem roku."

Zacznijmy podróż sentymentalną od Placu Słonecznego 5. To w tym domu rozpoczyna się dzieciństwo Nelly. Przyznam, że Osiedle Słoneczne, do którego należy Plac Słoneczny odwiedzałem stosunkowo rzadko w ciągu swego 19-letniego zamieszkiwania w Gorzowie. Poruszałem się raczej na jego obrzeżach. Przychodnia lekarska przy ulicy Gwiaździstej była tym najczęściej odwiedzanym obiektem. Pamiętam z tamtego okresu dziś już nieistniejącą restaurację Kosmos. Na obrzeżach Osiedla Słonecznego znajdowało się, nieistniejące już dziś kino "Muza", wyświetlające w niedziele bajki dla dzieci, na które lubiłem chodzić w pierwszych klasach podstawówki. Intrygował również cmentarz żydowski położony w jarze nieopodal szkoły. Budynek przy Placu Słonecznym 5 nie należał do mojego świata. Dopiero wykonując poniższe zdjęcie wiosną tego roku, zwróciłem na niego uwagę.

"Scena jest autentyczna. Kamienny schodek (istnieje przecież, odnajdziesz go po trzydziestu sześciu latach, niższy, niż się spodziewałaś: ale któż by dzisiaj nie wiedział, że miejsca dzieciństwa mają zwyczaj się kurczyć?). Nieregularny ceglany bruk, który prowadzi do drzwi ojcowskiego sklepu, ścieżka pośród nieprzebytych piasków placu Słonecznego. Światło późnego popołudnia, które pada na ulicę z prawej strony i odbija od żółtawych fasad domów Pflessera."

"Nelly musi iść teraz do domu [...] Przechodzi koło narożnej wystawy ojcowskiego sklepu, udekorowanej zapewne paczuszkami kawy słodowej Kathreinera i przyprawami do zup Knorra, a przebudowanej później (wiesz o tym od owej lipcowej soboty roku 71) na wjazd do garażu, w którym o dziesiątej rano, kiedyście przyjechali, jakiś mężczyzna w zielonej koszuli roboczej z podwiniętymi rękawami mył swój wóz. Wyciągnęliście wniosek, że wszyscy obecni mieszkańcy placu Słonecznego - także ci z nowo wybudowanych domów - kupują w sklepie spółdzielni spożywców przy Werpritzer Chausee, należącym kiedyś do kupca Rambowa.[...] Dziecko, Nelly, skręca za róg, wchodzi po trzech stopniach i znika za drzwiami wejściowymi swojego domu, plac Słoneczny 5."

"Plac Słoneczny, o ile wiesz, ani razu nie występował w twoich snach. Nigdy nie stałaś we śnie przed tym narożnym domem, który swój numer, pięć, rzeczowo uwzględniając fakty, podaje dziś do wiadomości dwukrotnie: w postaci znanej od dawna, zwietrzałej, tryśniętej cementem na ścianę piątki i tuż obok w postaci nowej białej emaliowanej tabliczki z tą samą liczbą na czarno. Nigdy nie śniłaś o czerwonych pelargoniach, które dziś jak wtedy kwitną lub kwitły pod niemal wszystkimi oknami. Tylko dawniej nie było zasłon słonecznych za szybami. [...] Nie weszliście do tego domu. Bez widocznego powodu przystajesz z lewej strony schodków, oparta o nowy ośmiokątny słup ulicznej latarni, tuż koło rozwalających się niskich sztachet, za którymi zachował się skrawek ogródka przed domem. Kobieta z dzieckiem na kolanach, siedząca na najwyższym stopniu schodków, nie wzbraniałaby wam wstępu. Pewnie pomyślała sobie, dlaczego to wy, rozmawiając półgłosem w obcym języku, robicie parę zdjęć, na których ty możesz teraz - tak są ostre - policzyć stopnie wiodące do czerwonobrązowych drzwi wejściowych: jest ich pięć. Możesz też, gdyby zaszła potrzeba, ustalić znak rejestracyjny samochodu mytego w przebudowanej na wjazd do garażu dawnej wystawie: jest to stara pobieda z numerem ZG 8461; i choć w głębi ostrość zdjęcia słabnie, możesz domyślić się, że napis na tabliczce umieszczonej na ścianie domu to polska wersja nazwy "Sonnenplatz", czego bez pomocy rosyjskiego nie zdołałabyś chyba rozszyfrować."

Z Osiedla Słonecznego niedaleko do Wieprzyc, niegdyś wioski, a dziś administracyjnie części Gorzowa. W dzieciństwie jeździliśmy rodziną pociągiem na Wieprzyce w odwiedziny do wujka. Pociąg zatrzymywał się na stacji Gorzów-Wieprzyce i, gdy szliśmy od stacji w kierunku wzgórz, na ich tle widać było obłoki pary wyrzucanej przez odjeżdżającą lokomotywę.

"(Wepritz nazywa się dzisiaj Wieprzyce, jak przypuszczalnie nazywało się też dawniej, bo nawet za twoich szkolnych czasów przyznawano, że końcówki nazw miejscowych na -itz i -ow wskazują na słowiańskie pochodzenie osiedli.)"

Osiedle Słoneczne z Wieprzycami łączyły Wieprzyckie Wzgórza, w dużej części poligon wojskowy za moich czasów młodzieńczych, obecnie na jego terenie rozciąga się rezerwat przyrody o nazwie Gorzowskie Murawy.

"Weź choćby plac Słoneczny, którego starą nazwę przetłumaczoną na polski, odnalazłaś, nie bez wzruszenia, na nowych niebieskich tabliczkach. (Cieszyło cię wszystko, co pozostało przydatne, szczególnie nazwy; bo nazbyt wiele, nazwy jak ulica Adolfa Hitlera, szkoła Hermana Göringa czy plac Schlagetera, było dla nowych mieszkańców miasta nieprzydatne.) Być może plac już dawniej był cokolwiek obskurny. Po prostu peryferie. Duwpiętrowe bloki mieszkalne GEWOBA (magiczne słowo, którego rozszyfrowanie - Gemeinnützige Wohnungsbaugenossenschaft: Powszechna Spółdzielnia Mieszkaniowa - rozczarowało Nelly), wzniesione z początkiem lat trzydziestych na białych lotnych piaskach moreny czołowej, jaką stanowiły, z geologicznego punktu widzenia, Wieprzyckie Wzgórza."

"Padalce! "Ślepaki"! Czy ktoś powiedział padalce? Na Wieprzyckich Wzgórzach miało się roić od padalców, jeśli chciało się wierzyć pani Busch. (Ta Buschowa! Po raz pierwszy od trzydziestu sześciu lat pojawia się gadatliwa matka Elli Busch z domów Pflessera, drwiąco wykrzywia usta: Ależ dziewczynko, ślepaki wcale nie są ślepe!) Lecz ludzie nie zwracali uwagi, że nie udało im się nigdy zobaczyć, a tym bardziej złapać choćby j
ednego z tego mrowia padalców."

Na kartach książki pojawia się także Kesselstrasse, czyli dzisiejsza ulica Mała. Właściwie nie była to ulica, a zaułek w czasach, które pamiętam, odchodzący do ulicy Żelaznej, łączącej ulicę Gwardii Ludowej - przedłużenie Sikorskiego w kierunku Kostrzyńskiej z ulicą Armii Czerwonej. A ulica Żelazna prowadziła wzdłuż "górek gazowych", miejsca zabaw mojego dzieciństwa - ognisk palonych latem, krzaków jeżyn, a zimą doskonałego miejsca do saneczkowania.

"Babcia od Azorka nigdy nie chciała niczego dla siebie.To ona tutaj, przy dawnej Kesselstrasse, pod siódmym, szyjąc, hodując warzywa na skrawku o
grodu i trzymając mleczną kozę, wykarmiła troje dzieci. Na skraju tych dróg rosła trawa dla kozy i cała trójka dzieci pod groźbą surowych kar musiała zbierać siano, dużo siana na zimę. Tutaj też babcia od Azorka ze śnieżnobiałego prześcieradła uszyła anielski kostium dla swej córki Charlotty (matki Nelly), która na pasterce w kościele mariackim śpiewa swoim czystym, pięknym głosem: "Triumfy Króla Niebieskiego"."

Jest też ulica Myśliborska. Autorka mylnie nadaje tę nazwę również przedłużeniu Myśliborskiej w kierunku śródmieścia - ówczesnej ulicy Armii Czerwonej, dziś Alei Konstytucji 3 maja, mojej drogi do szkoły. Pada tu nazwa lokalu "Pod Orłem" z lewej strony ulicy, jadąc ze śródmieścia. Zupełnie nie kojarzę takiego lokalu z mojego dzieciństwa. Po lewej stronie ulicy był dom kultury "Kolejarz", a trochę w górę piekarnia. I raczej dom kultury "Kolejarz", moim zdaniem, mógł być wcześniej lokalem "Pod Orłem".

"Większość ulic miasta była brukowana, częściowo kocimi łbami, przeważnie jednak już dużymi płytami z tak zwanego szarogłazu, niezniszczalnego kamienia, który być może jeszcze dziś leży pod asfaltową pokrywą nowoczesnych arterii, na przykład pod połową rozszerzonej, dwujezdniowej, pokrytej smołowatym grysem ulicy Myśliborskiej, przy której zresztą po lewej - jadąc ze śródmieścia - leży podupadły dziś lokal "Pod Orłem", po prawej zaś, o jakieś czterysta metrów w górę (ulica przecież się wznosi) ów dwurodzinny dom, który Bruno Jordan (ojciec Nelly) polecił zbudować w roku 1936 i w którym rodzina mieszkała do końca, to znaczy do czasu ucieczki, przez dziewięć lat. Był to ten sam lokal "Pod Orłem"- knajpa składająca się z sali pod dachem i tak zwanego kawiarnianego ogródka: stoliki i krzesła ogrodowe na wysypanym żwirem dziedzińcu..."

W powyższym akapicie został wymieniony dwurodzinny dom, do którego rodzina Nelly przeprowadziła się w 1936 roku. Znam ten budynek bardzo dobrze. Mijałem go codziennie w drodze do i ze szkoły przez 8 lat. W upalne dni, pamiętam zachodziłem tam z kolegą do sklepu spożywczego na oranżadę lub kefir w szklanych butelkach. Dom stoi przy ulicy Asnyka, którą to nazwę autorka śmiesznie przekręca.

"Ulica, przy której stoi dom należący kiedyś do Jordanów, nazywa się teraz "Annuszka" Nazwa podoba się wam obojgu, Lutzowi i tobie. Zastanawiacie się, czy Annuszka, być może z akcentem na pierwszej sylabie, mogłaby być imieniem dziewczyny."

Schodząc ulicą Myśliborską, a później Armii Czerwonej w kierunku centrum trafiało się do Parku Wiosny Ludów, który przez gorzowian nazywany był parkiem róż. W dzieciństwie przychodziłem tam często z babcią na plac zabaw lub karmić kaczki i łabędzie. Przed wojną noszący nazwę Parku Miejskiego.

"Park Miejski, opowiadano wam, jest doskonale utrzymany. (To się potwierdza.) Niebawem będziecie musieli go odwiedzić, bo w hotelu przy dworcu dają wam do zrozumienia, że przed szesnastą nie możecie zająć pokoi, a przy tym upale nie sposób długo łazić po ulicach. Cienista ławka w Parku Miejskim marzy się Lutzowi i tobie. [...] Czyż to możliwe, że przez wszystkie te lata ani razu nie ukazała ci się wierzba płacząca za Cafe Voley? Jej widok był dla ciebie wstrząsem, jakiego nie spodziewałaś się w tym miejscu, nie spodziewałaś się właściwie nigdzie. [...] Czego jeszcze mogłaś sobie życzyć: tutaj w półcieniu pod tą wierzbą, którą zawsze uważałaś za najpiękniejsze drzewo na świecie, mając za plecami walącą się dawną Cafe Voley, w uszach szmer Kłodawki, w której naturalnie płynie bardzo niedużo wody."

Ja zupełnie nie kojarzę hotelu przy dworcu, za to na przedłużeniu ulicy Dworcowej, przy dawnej ulicy Buczka wybudowano elegancki hotel Qubus. Podobnie walącą się Cafe Voley widziałem tylko na przedwojennych zdjęciach. Za to wierzbę płaczącą nad spiętrzoną Kłodawką znam bardzo dobrze i podobnie, jak autorka uważam wierzby za piękne drzewa, urozmaicające podgorzowski pejzaż nadwarciański w obfitości.

Mijając Park Miejski i idąc dalej do centrum ulicą Sikorskiego dochodzi się do gotyckiej katedry.

"W godzinach południowych po raz pierwszy obchodzicie dokoła kościół Najświętszej Panny Marii. Jest bardziej odsłonięty niż dawniej, domy wokół Rynku zostały pod koniec wojny zniszczone, zastąpiły je nowe rzędy domów, bardziej oddalone od kościoła. Dzięki temu wygląda on bardziej okazale. Porównujesz obraz zapamiętany z dzisiejszym, stwierdzasz, że się pokrywają. Cieszysz się, że H. i Lenka podziwiają kościół, zbudowany, jak się okazuje, aż po ostatnie okno na wieży w stylu czysto romańskim. Czy nie tu byłaś konsekrowana?, pyta Lutz. Jasne, że tak.
Naprzeciwko zachodniego portalu kościoła znajduje się nowa restauracja przy Rynku. Lutz ma przy sobie polskie rozmówki, które jednak wobec prawie nieczytelnie wydrukowanego jadłospisu zawodzą. Kelnerka z wysoko utapirowanym hełmem czarnych włosów nie szczędzi trudu, wy nie szczędzicie trudu, w końcu z udawanym zrozumieniem godzicie się na propozycje, których treść do was nie dotarła.
Dostajecie dobry, zimny roztrzepaniec, faszerowaną pieczeń wołową i doskonałe lody z rodzynkami."

Co do stylu, w jakim został zbudowany kościół, miałbym spore wątpliwości. Natomiast restauracją, o której pisze autorka, jest nieistniejąca już, a kiedyś wydawało się, wieczna "Słowiańska".

"Do kościoła Najświętszej Marii Panny nie weszliście zresztą. Dwukrotnie, wieczorem 10 i przed południem 11 lipca 1971, próbowaliście wejść, przez wschodnie wrota, przed którymi też zebrali się konfirmanci, wśród nich Nelly, w kwietniową niedzielę 1943 roku. Lecz w sobotę wrota były zamknięte, a w niedzielne przedpołudnie tłum wiernych, stojących aż na ulicy, zagradza dostęp przygodnym widzom, którzy być może chcą tylko odświeżyć pewne wspomnienie. Śpiew docierał ze środka na zewnątrz, gdzie podchwytywali go, cienko i nieśmiało, ludzie przy drzwiach, odwróceni do was plecami."

W centrum znajduje się również inny zabytek gorzowski z czasów średniowiecza - resztki murów obronnych, a nieopodal łaźnia miejska, gdzie nauczyłem się pływać, uczęszczając w podstawówce na lekcje pływania.

"Resztki starych murów miejskich G. - dawnego L. - są pieczołowicie konserwowane. Weszły jako motyw do albumu fotograficznego, jaki można kupić we wszystkich kioskach. Na fotografii widać w tle dawny basen ludowy. Na basenie ludowym nie pływało się czy kąpało, lecz pod okiem nauczycieli gimnastyki realizowało się ogólną ideę ćwiczenia ciała i hartowania charakteru."

W książce jest jeszcze wiele gorzowskich zakątków wymienionych, opisanych. Osoby interesujące się Gorzowem na pewno znajdą w niej jeszcze sporo innych opisów i wspomnień, które siłą rzeczy nie mogły znaleźć się w mojej i tak rozbudowanej notce (np. dotyczące pożaru synagogi czy obozu jenieckiego na stadionie przy Myśliborskiej). Wiele tu grozy czasów hitlerowskich, której w przytoczonych wyżej fragmentach oszczędziłem. Warto przy okazji czytania książki dotrzeć do przedwojennego planu Landsberga, gdyż wiele nazw podanych jest w niemieckiej formie.

Christa Wolf
"Wzorce dzieciństwa" (niem. Kindheitsmuster)
Czytelnik, Warszawa 1981



środa, 18 maja 2011

Krzyż spod Babina poświęcony żołnierzom wyklętym

Kiedyś, pisząc o poszukiwaniach cmentarzy z czasów I wojny światowej w Zaczerlanach, Kruszewie i Babinie na Podlasiu wspomniałem o mogile powstańców z lat 1944-1956 w okolicach Babina. Nie jestem dziś pewien, czy była to rzeczywiście mogiła, czy krzyż poświęcony poległym żołnierzom podziemia antykomunistycznego. W każdym razie stał on przy drodze z Białegostoku do Warszawy, a zniknął w związku z budową nowej drogi z Białegostoku do Jeżewa. Nie wiem, czy zniknął zupełnie, czy tylko został przeniesiony w inne miejsce. Jego wygląd sprzed przeszło dwóch lat przedstawia poniższe zdjęcie.




Krzyż opatrzony był tablicą z następującą inskrypcją:


"Bóg-Honor-Ojczyzna. Ś.p. poległym w zasadzkach i walkach z niewolą kajdan hitlerowsko-stalinowskich o Niepodległość Ojczyzny, Po rozbiorze Polski 1939, Żołnierzom Narodowym Podziemia zawsze wiernym Bogu i Ojczyźnie, Organizacja Polska, Związek Jaszczurczy, Narodowa Organizacja Wojskowa Narodowych Sił Zbrojnych, Narodowe Zjednoczenie Wojskowe.

Narodowcom i rodzinom, którzy zginęli w obozach i łagrach Syberii, Wydanym, pomordowanym i rozstrzelanym w latach 1939-1956 przez Gestapo, NKWD i UB.

Złożyli swoje życie w ofierze Bogu i Ojczyźnie o wolną Katolicką Polskę i o wolność przyszłych pokoleń.

Wieczny odpoczynek racz Im dać Panie. Cześć Ich Pamięci.

Ochotnik Podziemia Narodowych Sił Zbrojnych i Stronnictwo Narodowe Okręg Białystok."