poniedziałek, 23 lutego 2015

Gdy przyszła wojna...

"Wojska niemieckie weszły do Warszawy wraz z jesiennym chłodem i mrokiem. Z dwu plag ta druga, atmosferyczna, była bardziej bodaj dotkliwa od pierwszej. Pozbawione okien mieszkania, dziury w murach i sufitach, chwiejne podłogi, wypalone czy puste piwnice, nieczynna sieć gazowa, wodociągowa i elektryczna spowodowały troski, powiększające zasęp bezradnej godziny. Były to jedyne dni, kiedy Warszawą owładnął smutek. Bliskość umarłych, leżących tuż tuż w nie uprzątniętych wciąż mogiłkach ulicznych, powiększała przygnębienie."

Powyższe wspomnienie Ferdynanda Goetla w książce "Czasy wojny" nieznośnie dla mnie podczas lektury korespondowało z wiadomościami, które dzień w dzień sączyły się poprzez media z ukraińskiego frontu. Krótka retrospekcja - Nie tak dawno przecież podziwialiśmy Ukraińców za wydarzenia na Majdanie, oglądaliśmy zdjęcia z opuszczonej przez Janukowycza rezydencji, pełnej bizantyńskiego i bezgustownego przepychu. Wkrótce nastąpiła jednak aneksja Krymu, rozruchy w Doniecku i Ługańsku, tak zwane konwoje humanitarne z Rosji, zestrzelenie holenderskiego samolotu, zdobycie Nowoazowska, mińskie rokowania, ostrzelanie Mariupola, Debalcewe. To wszystko pokazało nam kruchość podstaw, od których zależał spokój naszego, europejskiego świata. Jak nic wojna i to tak niedaleko. Puszka Pandory otwarta została szerzej i na Bliskim Wschodzie. Poza odwiecznym konfliktem izraelsko-palestyńskim i próbami pozyskania broni nuklearnej przez Iran, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić i na co zobojętnieć, doszła ekspansja Państwa Islamskiego, rozlokowanego już na sporych obszarach Iraku, Syrii, Jemenu, Libii, a końca ekspansji terytorialnej nie widać. Dodatkowo w dobie dostępnego wszędzie internetu epatuje bestialskimi i barbarzyńskimi mordami, prowokując do zadawania pytań o możliwość współistnienia ze światem islamu. Zastanawiam się nieraz - dotrze, czy nie dotrze do nas zaraza wojenna. A jeśli dotrze, to kiedy i jak bardzo zmieni nasze życie, jako analogię mając w świadomości II wojnę światową, która potrafiła obrócić w perzynę świat naszych pradziadków, dziadków czy też rodziców.

Ferdynand Goetel, o którego niedawno przeczytanej książce chciałbym parę słów napisać, syn potomka niemieckich osadników, wychowany w niezbyt zamożnej rodzinie - ojciec był kolejarzem i kelnerem (zresztą wcześnie osierocił syna), matka zaś krawcową; urodzony w Suchej Beskidzkiej, wychowany w Krakowie i we Lwowie; w chwili wybuchu II wojny światowej miał za sobą kawał burzliwego i niezwykle bogatego życiorysu. W czasie I wojny światowej został zesłany przez władze rosyjskie do dalekiego Taszkientu skąd uciekł z powrotem do Polski po wybuchu rewolucji, gdzie z kolei z dużą siłą wybuchł jego talent literacki. Obejmował prestiżowe funkcje: prezesa polskiego oddziału Pen Clubu oraz Związku Zawodowego Literatów Polskich, a na rok przed wojną wydał kontrowersyjną książkę "Pod znakiem faszyzmu", będącą apoteozą włoskiego faszyzmu. Sympatyzował poza tym z piłsudczykami. W 1939 roku miał już 51 lat i zapewne nie przypuszczał, że będzie wkrótce zaczynał życie na nowo, o czym poza zniszczeniami pozostawionymi przez ślepą machinę wojenną, zadecyduje drobny, wydawałoby się, epizod wojenny.

Goetel, podobnie, jak Józef Mackiewicz, był jednym z pierwszych Polaków, którzy w 1943 roku widzieli masowe groby polskich oficerów w Katyniu. Sporo o tym właśnie fakcie - wyjeździe do Katynia, poprzedzonego odkryciem masowych grobów przez Niemców, wahanimi polskich organizacji, stosunku społeczeństwa polskiego do rozgłaszanych przez okupanta informacji,  wreszcie samych przygotowaniach do wyjazdu, a także dalszych losach pisarza, uwieńczonych ucieczką z kraju, można przeczytać we wspomnianej przeze mnie książce. Nie mam serca jednak do pisania rozbudowanej recenzji, choć książka bardzo mi się podobała. Chciałbym natomiast zwrócić uwagę czytelnika na te fragmenty książki, które pobudziły mnie szczególnie do refleksji.

Przyzwyczailiśmy się, że literatura traktująca o wojnie, pisana jest według pewnego ogólnego schematu. Wybuch wojny, kampania wrześniowa, wkroczenie Sowietów, upadek państwa, rząd Sikorskiego, tworzenie struktur państwa podziemnego, śmierć Sikorskiego, akcja Burza i powstanie warszawskie, proces szesnastu i inne wydarzenia historyczne, stanowiące kamienie milowe w historii II wojny światowej, a na tle tych ważnych dla kraju wydarzeń toczy się właściwa akcja. Tu też z pozoru tak jest, a jednak mam wrażenie, że autor uwypuklił przede wszystkim taki obraz wydarzeń, który jest bliski szaremu człowiekowi, oddalonemu od głównej areny wydarzeń, za to blisko szarej codzienności, nieobecnej na kartach wielu książek o tematyce II wojny światowej. Wiele więc w książce epizodów nieznanych szerszemu gronu czytelników. Choćby ten opis Zaduszek 1939 roku, świadczący o trwałości zbudowanej przed wojną tkanki solidarności społecznej, dającej nadzieję po dwóch miesiącach zniszczenia na odbudowę normalnego życia:

"W Dzień Zaduszny Warszawa pierwszy raz drgnęła i zamanifestowała, że ją ożywia jednak wspólne uczucie. Na grobach rozrzuconych po mieście zabłysły światła. Całe orszaki ludzi opuściły domy, aby sprawować tradycyjny obchód, który w tak szczególnych okolicznościach nabrał potężnego wyrazu. Świeczki i lampki ustawione na grobach ujawniły nagle nie tylko większe cmentarze na skwerach, lecz i mogiłki zapomniane w zaułkach, podwórzach, wśród ruin. W mroku nie oświetlonych ulic mury nikły. Całe miasto wyglądało wówczas jak jeden cmentarz."

Ciekawe są również w książce fragmenty dotyczące budowania namiastki życia literackiego w stolicy za okupacji niemieckiej, opisy prężnej prywatnej działalności gospodarczej, działającej mimo zakazów, kar (z karą śmierci włącznie), kreującej dobrobyt skazanego na upadłość miasta poprzez nowy podział administracyjny i odcięcie od tradycyjnych źródeł zaopatrzenia  w solidarności z polską wsią, która również metodą podziemną niezgorzej potrafiła funkcjonować gospodarczo niż przed wojną.

Opisy współdziałania polskiego społeczeństwa w zmaganiach z okupantem niemieckim uzupełnione są fragmentami świadczącymi o samotności ludności żydowskiej zapędzonej do getta, a później walczącej samodzielnie o godną śmierć podczas jego likwidacji przez Niemców. Autor w sposób niezwykle sugestywny opisuje granicę pomiędzy żywiołem polskim, a żydowskimi mieszkańcami stolicy, ginącymi w beznadziejnej walce z okupantem, przy częściowej obojętności (opis wesołego miasteczka pod murami getta, przywołany podobnie jak w znanym wierszu Miłosza), a przede wszystkim niewiedzy społeczeństwa polskiego, o tym co dzieje się za murami odgrodzonego od reszty miasta getta.

Nie mogło zabraknąć w książce zdań na temat powstania warszawskiego. Autor wyraźnie przeciwny politycznej decyzji o jego wybuchu, nie liczącej się z realną możliwością wsparcia go przez mocarstwa sprzymierzone, zdawał sobie sprawę, że tak silna była nienawiść do Niemców po 5 latach okupacji niemieckiej, iż beczka prochu musiała w końcu wybuchnąć.

Występują tu również epizodycznie znane postaci przedwojennego świata literackiego. Adolf Nowaczyński już u schyłku życia, wypijający potężne ilości "przedśmiertnych" kaw, autor cenionych przeze mnie pozycji z historii Wielkopolski "Warta nad Wartą" i "Poznaj Poznań", przed wojną antysemita, po doświadczeniach okupacji niemieckiej wyraźnie sympatyzujący z ludnością żydowską. Zmarł w przededniu powstania:

"W parę tygodni później umarł w szpitalu Rocha, a więc w samym środku Warszawy. I znów przesunęło się przed nami widmo dawnych lat, gdy na nabożeństwie w kaplicy św. Karola Boromeusza zaśpiewali na chórze śpiewacy operowi, trumnę zaś wynieśli na ramionach Solski, Olchowicz, Wroczyński, Ossendowski, a za nią szedł "teatr", "prasa", "sfery" gospodarcze i polityczne oraz trzy generacje przyjaciół zmarłego. Nie wiedzieliśmy wówczas jeszcze, że to ostatnie pożegnanie oddane warszawskiemu torreadorowi pióra, było zarazem i ostatnim pożegnaniem, jakie nam składała dawna Warszawa".

Jest i Ferdynand Antoni Ossendowski, autor wielu bestsellerów, niezwykle płodny pisarz. Dla mnie ważna ze względu na mieszkających w Pińsku przodków, choć nieco przereklamowana, była jego książka o Polesiu, osiągająca swego czasu niebotyczne ceny w antykwariatach, zanim została wznowiona niedawno. Ossendowskiego spotkał Goetel już po upadku powstania w Milanówku. Musiała to być jedna z ostatnich przywoływanych w literaturze rozmów Ossendowskiego, gdyż ten wkrótce zmarł, a NKWD rozkopywało grób pisarza już po zdobyciu Warszawy, chcąc mieć pewność, że autor książki o Leninie rzeczywiście nie żyje.

"Na jednej z ławeczek w Milanówku przysiadł się do mnie Ossendowski. Rozmowa przeszła rychło na sprawy powstania.

- Wie pan, co myślę? - spytał mnie autor książki o bogach, ludziach i zwierzętach. - Był klucz do rozwiązania tej sprawy. Ale ten mieli w ręku Rosjanie.
-Że niby nie przeszli Wisły? - replikuję sceptycznie.
- Tak! Pan w to nie uwierzy. Ja rozumiem. Pan był w Katyniu. Ale właśnie w tych wrześniowych dniach, gdyśmy już byli tak zrozpaczeni wewnętrznie, tak opuszczeni przez wszystkich i zawiedzeni, w tych, mówię, dniach, gdyby oni przeszli Wisłę i wyciągnęli do nas dłoń, może byśmy przebaczyli jeszcze i tamto i potrafili zawiązać z nimi coś, co rokowało jakąś przyszłość przyjazną, jakieś współżycie. Była taka chwila. Nie sądzi pan?"

Zaskakująca opinia kogoś, kto na wylot znał państwo sowieckie.

Listę ciekawych wątków zamknę wspominając opis Krakowa, do którego autor przybył po zniszczeniu stolicy. Bardzo oryginalne spostrzeżenia na temat różnic pomiędzy Krakowem i Warszawą,  i co z tego wynika - mentalności mieszkańców obu miast.

Różnego rodzaju ciekawostek i smaczków jest pełna ta książka. Mógłbym je jeszcze długo wymieniać. Ale najlepiej po prostu zachęcić do jej przeczytania.

Ferdynand Goetel, "Czasy wojny", Oficyna Wydawnicza Graf, Gdańsk, 1990.


czwartek, 5 lutego 2015

Książka w ukryciu (a propos Bielska Podlaskiego)

Cofnę się raz jeszcze do wycieczki Śladami Augustyna Mirysa, która odbyła się w październiku zeszłego roku, gdyż wyjazd ten okazał się nadzwyczaj płodny, jeśli chodzi o nową wiedzę. Książka Stanisława Szymańskiego, która posłużyła mi do przygotowań, oferowała dużo, jeśli chodzi o tego oryginalnego artystę, ale jest dziełem niekompletnym, a w dodatku wydanym dość dawno. Wielu dodatkowych informacji o artyście dostarczył mi za to internet. Szymański na przykład ni słowem nie wspomniał o pracach Mirysa nad obrazami ołtarzowymi do kościoła pw. Narodzenia Najświętszej Marii Panny i św. Mikołaja w Bielsku Podlaskim. W internecie można było natomiast przeczytać, że obraz w ołtarzu głównym, przedstawiający nawiedzenie Matki Bożej wyszedł spod ręki szkockiego malarza. Ale znalazłem również informacje mówiące o innych obrazach ołtarzowych, namalowanych przez tego artystę do bielskiego kościoła. Niestety nic więcej nie dowiedziałem się, gdy zadzwoniłem do parafii. Zamęt pogłębił dodatkowo, otrzymany niedługo przed wycieczką, biogram Mirysa z Polskiego Słownika Biograficznego, w którym można było przeczytać, iż namalował on aż 4 obrazy ołtarzowe do bielskiej świątyni.

Podczas wycieczki, przyglądając się wraz z jej uczestnikami obrazom ołtarzowym w bielskim kościele, usłyszeliśmy od siostry, która otworzyła nam drzwi, że parę lat temu została wydana książka - album, w której znajdują się informacje na temat każdego obrazu znajdującego się w świątyni. Siostra niestety nie pamiętała tytułu ani autora, ale wiedziałem już, że o książkę powinienem pytać w biurze parafialnym.

Niestety ustalenie tytułu książki oraz miejsca, gdzie można ją zakupić nie okazało się łatwe. Nie opiszę tu też wszystkich perypetii związanych z jej poszukiwaniami. Dość powiedzieć, że początkowe zapytania w parafii nie doprowadziły mnie do celu. Dopiero, gdy ponad wszelką wątpliwość ustaliłem w internecie o jaki tytuł mogło chodzić, gdy zadzwoniłem do Wydawnictwa Sióstr Loretanek, które książkę wydało i dowiedziałem się, że wszystkie egzemplarze zakupiła parafia w Bielsku Podlaskim, książkę zlokalizowałem i nabyłem.

Dzieło Ks. Eugeniusza Beszty-Borowskiego, bo o nim mowa, jest książką niezwykłą. Autor pracował nad nią przez dużą część swego życia i nie udało mu się jej ukończyć. Dzięki pracy redakcyjnej ks.Marcina Składankowskiego została wydana w takim kształcie, jaki zdążył jej nadać autor. Mimo nieukończenia wydaje się być wyjątkowo dobrze opracowaną.

Ksiądz Eugeniusz Beszta-Borowski związany był z Bielskiem Podlaskim od dziecka. Tu się urodził, tu proboszczem był jego stryj - błogosławiony ksiądz Antoni Beszta-Borowski, rozstrzelany przez Niemców w czasie II wojny światowej. Te dwa podstawowe fakty złożyły się na to, że czuje się serce autora włożone w powstanie książki. A biorąc dodatkowo pod uwagę to, że przez wiele lat pracował w Drohiczynie w Kurii Diecezjalnej oraz Wyższym Seminarium Duchownym, miał też bezpośredni dostęp do wielu unikalnych dokumentów dotyczących historii parafii.

Możemy je oglądać czytając o historii czterech kolejnych świątyń parafialnych, z których najstarsza, choć nie zachował się dokument fundacyjny, pochodziła z drugiej połowy XIV wieku. Oprócz samej świątyni dokładnie opisane zostały inne instytucje parafialne, jak szkoła i szpital. Sporo miejsca autor poświęcił zmieniającym się: przynależności administracyjnej oraz przynależności kościelnej najstarszej parafii bielskiej, a także zmieniającemu się terytorium parafii oraz ludności je zamieszkującej na przestrzeni wieków.

Dokładnie, na podstawie dostępnych dokumentów archiwalnych przedstawieni zostali kolejni proboszczowie parafii bielskiej, począwszy od kapłana Hieronima obdarowanego w roku 1446 przywilejem osadzenia na ziemi kościelnej dwóch włościan. Notka biograficzna każdego księdza poza datami zawiera opis działalności osadzonej w konkretnym tle historycznym, przez co na przykładzie małej parafii możemy obserwować barwnie opisany wycinek z długiej i burzliwej historii ziemi podlaskiej. Poza proboszczami, wymienieni są z imienia i nazwiska wiceprepozyci prepozytury bielskiej oraz wikariusze i mansjonarze.

Wielu informacji genealogicznych dostarcza również część poświęcona bractwom parafialnym. Zachowały się bowiem dokumenty archiwalne dotyczące przynależności do Bractwa Matki Boskiej Różańcowej, Trzeciego Zakonu Świętego Franciszka, czy Żeńskiej Sodalicji Mariańskiej działających przy parafii bielskiej, a nazwiska zostały podane w książce.

Poza tekstem bogaty jest również materiał zdjęciowy, który poza dokumentami archiwalnymi pokazuje wyposażenie świątyni, czy też migawki z różnych wydarzeń historycznych.

Nie dowiedziałem się niestety, które obrazy w świątyni na pewno wyszły spod pędzla Mirysa, ale autor zacytował Józefa Jaroszewicza, historyka żyjącego na przełomie XVIII i XIX wieku, który podał 3 z 4 obrazów namalowanych przez szkockiego artystę. Ksiądz Eugeniusz Beszta-Borowski wskazał ten czwarty, który według niego mógł wyjść z pracowni mistrza.

Nie ma też w książce dokumentu w sprawie figury św. Jana Nepomucena ze Szczytów Dzięciołowa, ale przecież na tle historii parafii bielskiej, to niewiele znaczący epizod.

Trochę szkoda, że książka nie jest szeroko rozpowszechniona wśród miłośników historii regionu. Przydałby się w tej sprawie większy rozgłos, do którego, mam nadzieję, niniejsza notka w jakiejś części się przyczyni.

ks. Eugeniusz Beszta-Borowski, "Dzieje parafii katolickiej Narodzenia Najświętszej Maryi Panny i św. Mikołaja w Bielsku Podlaskim", Drohiczyn 2012.