wtorek, 31 maja 2011

Informacja o losach Stefana Stępnia nadal poszukiwana!

Poszukiwania genealogiczne nie zawsze kończą się sukcesem. Bywa, że wydają się beznadziejne. Tak przynajmniej jest jeśli chodzi o mego pradziadka. Z relacji rodzinnych, którymi dysponowałem, ostatnie wiarygodne mówiły, że Stefan Stępień ostatni raz widziany był na Wołyniu w 1943 roku.

W zeszłym roku, dzięki szczęśliwemu zrządzeniu losu, udało mi się porozmawiać z kilkoma potomkami rodzeństwa Stefana Stępnia, osobami nie znanymi mi osobiście. Dzięki tym rozmowom zapisałem wtedy wiele nowych hipotez dotyczących jego losów po roku 1943, a tu na blogu zamieściłem apel do czytelników o przesyłanie wszelkich informacji o losach pradziadka, jeśli jakimś nieprawdopodobnym trafem natrafiliby na nie.

Jakiś czas później, mój serdeczny kolega Jurek, słysząc opowieść o pradziadku, zwrócił mi uwagę, że przecież poszukiwano go przez Polski Czerwony Krzyż. Poradził mi, abym i ja skorzystał z tej ścieżki i spróbował dotrzeć do danych, jakimi PCK dysponuje. Wszedłem więc na stronę internetową PCK, wydrukowałem formularz, wypełniłem go i wysłałem.

I muszę powiedzieć, że był to szczęśliwy krok, wyjaśniający wiele hipotez. Po pierwsze: okazało się, że Stefan Stępień wyjechał z Wołynia w roku 1942, a nie 1943. Pierwszy ślad pochodzi z 1945 roku. Pradziadek 26 września zarejestrował się w Polskim Czerwonym Krzyżu w Warszawie, a następnie udał się do Szpitala Dzieciątka Jezus przy ulicy Oczki. Tam podczas rejestracji oświadczył, że 20 kwietnia 1942 roku został wywieziony do Niemiec i że powraca z Boberröhrsdorf.

Równolegle szukałem informacji o pradziadku w zasobach ITS, ale bez rezultatu.

Co więcej, okazało się, że pradziadek był trzykrotnie poszukiwany po wojnie za pośrednictwem PCK i dwukrotnie na ślad pradziadka natrafiono. Po raz pierwszy poszukiwał go szwagier Mikołaj Lemański w 1948. Za pośrednictwem PCK otrzymał informację, że Stefan Stępień był wywieziony na roboty do Niemiec i powrócił do Polski 3 grudnia 1945 roku (Sprzeczna informacja z pierwszą, mówiącą o rejestracji w szpitalu, nieprawdaż?). Zamieszkiwał w Jeleniej Górze, skąd wyjechał w niewiadomym kierunku.

Po raz drugi poszukiwany był przez żonę, moją prababcię w roku 1954. W grudniu 1954 roku została poinformowana pismem z PCK, że Stefan Stępień mieszka we Wrocławiu przy ulicy Katowickiej 103.

Według relacji rodzinnych rzeczywiście jest mowa, że poszukiwania pradziadka po wojnie przyniosły efekt, ale gdy został wysłany list pod wskazany adres, wrócił z adnotacją, że adresat nie mieszka pod wskazanym adresem. Nie wiem jednak, czy chodzi o miejsce pobytu pradziadka w Jeleniej Górze, czy we Wrocławiu.

Pradziadka poszukiwał również syn Tadeusz Stępień, który podczas wojny zaginął w ZSRR i używał później nazwiska Anatol Stachow. W tym wypadku nie podano rezultatu poszukiwań.

Ostatni więc hipotetyczny ślad pradziadka, do którego dotarłem to rok 1954, ul. Katowicka 103, Wrocław. Napisałem do Wydziału Spraw Obywatelskich Urzędu Miejskiego Wrocławia o sprawdzenie, czy pod wskazanym adresem mieszkał w roku 1954 lub w innym czasie mój pradziadek. Niestety, żadnych danych nie odnaleziono.

Tak więc, choć dużo się dowiedziałem przez rok poszukiwań, nadal tkwię w ślepej uliczce. I tu mam prośbę do czytelników mojego bloga. Może ktoś z Was wie, co to za adres: ul. Katowicka 103 we Wrocławiu i co mieściło się w tym miejscu w roku 1954? Będę wdzięczny za wszelkie informacje i zdjęcia. Być może macie doświadczenia w swoich poszukiwaniach ze Szpitalem Dzieciątka Jezus w Warszawie, być może dysponujecie relacjami z pobytu własnych przodków na robotach w Boberröhrsdorf. Wszelkie podpowiedzi, wskazówki, pomysły są w tym momencie cenne. Dla porządku podam, że pradziadek urodził się 6 grudnia 1900 roku w Pińsku, był synem Kacpra i Józefy. Ale równie dobrze, tak sobie myślę, mógł po wojnie zmienić nazwisko.

poniedziałek, 23 maja 2011

Landsberg w powieści Christy Wolf "Wzorce dzieciństwa"

Dwa lata temu pisałem o książce niemieckiej pisarki Christy Wolf, w przedwojennej młodości związanej z Landsbergiem - dzisiejszym Gorzowem Wielkopolskim. Jestem obecnie po lekturze innej książki, związanej treścią bardzo mocno z moim rodzinnym miastem. "Wzorce dzieciństwa" są rozliczeniem pisarki z czasami hitlerowskiej III Rzeszy. Nie chciałbym oceniać tej części książki. Wypada jednak wspomnieć, że zawiera również sporo fragmentów krytycznych wobec polityki Richarda Nixona i wojny prowadzonej przez Stany Zjednoczone w Wietnamie. Wiedząc o poglądach pisarki wyrażonych w powieści, nie wypada pominąć faktu, że w 1993 roku odnaleziono dokumenty wskazujące na jej współpracę z enerdowską STASI i że w 1990 roku była przeciwna zjednoczeniu Niemiec.

Książka jest za to skarbnicą wiedzy o przedwojennym Gorzowie. I jako taka zasługuje na tym blogu na uwagę. Akcja zaczyna się w lipcu 1971 roku, gdy Nelly (alter ego pisarki) przyjeżdża wraz z rodziną do Gorzowa Wielkopolskiego, aby odbyć swoistą podróż do przeszłości. Landsberg opuściła będąc młodą dziewczyną, uciekając przed ofensywą Armii Czerwonej na początku na 1945 roku.

"Podróżowanie w dawne strony rodzinne kwitło. Ci, co wracali z takich wypraw, chwalili niemal powszechne uprzejme przyjęcie przez nowych mieszkańców miasta i mówili, że warunki drogowe, wyżywienie i kwatery są "dobre", "możliwe", "przyzwoite", co na tobie nie robiło żadnego wrażenia. Jeśli chodzi o topografię, powiedziałaś (również po to, by stworzyć choćby pozór rzeczywistego zainteresowania), mogłabyś w zupełności zdać się na swoją pamięć: domy, ulice, kościoły, parki, place - cały układ tego niezbyt zresztą frapującego miasta był w niej zachowany kompletnie i na zawsze."

"A potem nadeszła sobota, 10 lipca 1971, najgorętszy dzień tego miesiąca, który z kolei był najgorętszym miesiącem roku."

Zacznijmy podróż sentymentalną od Placu Słonecznego 5. To w tym domu rozpoczyna się dzieciństwo Nelly. Przyznam, że Osiedle Słoneczne, do którego należy Plac Słoneczny odwiedzałem stosunkowo rzadko w ciągu swego 19-letniego zamieszkiwania w Gorzowie. Poruszałem się raczej na jego obrzeżach. Przychodnia lekarska przy ulicy Gwiaździstej była tym najczęściej odwiedzanym obiektem. Pamiętam z tamtego okresu dziś już nieistniejącą restaurację Kosmos. Na obrzeżach Osiedla Słonecznego znajdowało się, nieistniejące już dziś kino "Muza", wyświetlające w niedziele bajki dla dzieci, na które lubiłem chodzić w pierwszych klasach podstawówki. Intrygował również cmentarz żydowski położony w jarze nieopodal szkoły. Budynek przy Placu Słonecznym 5 nie należał do mojego świata. Dopiero wykonując poniższe zdjęcie wiosną tego roku, zwróciłem na niego uwagę.

"Scena jest autentyczna. Kamienny schodek (istnieje przecież, odnajdziesz go po trzydziestu sześciu latach, niższy, niż się spodziewałaś: ale któż by dzisiaj nie wiedział, że miejsca dzieciństwa mają zwyczaj się kurczyć?). Nieregularny ceglany bruk, który prowadzi do drzwi ojcowskiego sklepu, ścieżka pośród nieprzebytych piasków placu Słonecznego. Światło późnego popołudnia, które pada na ulicę z prawej strony i odbija od żółtawych fasad domów Pflessera."

"Nelly musi iść teraz do domu [...] Przechodzi koło narożnej wystawy ojcowskiego sklepu, udekorowanej zapewne paczuszkami kawy słodowej Kathreinera i przyprawami do zup Knorra, a przebudowanej później (wiesz o tym od owej lipcowej soboty roku 71) na wjazd do garażu, w którym o dziesiątej rano, kiedyście przyjechali, jakiś mężczyzna w zielonej koszuli roboczej z podwiniętymi rękawami mył swój wóz. Wyciągnęliście wniosek, że wszyscy obecni mieszkańcy placu Słonecznego - także ci z nowo wybudowanych domów - kupują w sklepie spółdzielni spożywców przy Werpritzer Chausee, należącym kiedyś do kupca Rambowa.[...] Dziecko, Nelly, skręca za róg, wchodzi po trzech stopniach i znika za drzwiami wejściowymi swojego domu, plac Słoneczny 5."

"Plac Słoneczny, o ile wiesz, ani razu nie występował w twoich snach. Nigdy nie stałaś we śnie przed tym narożnym domem, który swój numer, pięć, rzeczowo uwzględniając fakty, podaje dziś do wiadomości dwukrotnie: w postaci znanej od dawna, zwietrzałej, tryśniętej cementem na ścianę piątki i tuż obok w postaci nowej białej emaliowanej tabliczki z tą samą liczbą na czarno. Nigdy nie śniłaś o czerwonych pelargoniach, które dziś jak wtedy kwitną lub kwitły pod niemal wszystkimi oknami. Tylko dawniej nie było zasłon słonecznych za szybami. [...] Nie weszliście do tego domu. Bez widocznego powodu przystajesz z lewej strony schodków, oparta o nowy ośmiokątny słup ulicznej latarni, tuż koło rozwalających się niskich sztachet, za którymi zachował się skrawek ogródka przed domem. Kobieta z dzieckiem na kolanach, siedząca na najwyższym stopniu schodków, nie wzbraniałaby wam wstępu. Pewnie pomyślała sobie, dlaczego to wy, rozmawiając półgłosem w obcym języku, robicie parę zdjęć, na których ty możesz teraz - tak są ostre - policzyć stopnie wiodące do czerwonobrązowych drzwi wejściowych: jest ich pięć. Możesz też, gdyby zaszła potrzeba, ustalić znak rejestracyjny samochodu mytego w przebudowanej na wjazd do garażu dawnej wystawie: jest to stara pobieda z numerem ZG 8461; i choć w głębi ostrość zdjęcia słabnie, możesz domyślić się, że napis na tabliczce umieszczonej na ścianie domu to polska wersja nazwy "Sonnenplatz", czego bez pomocy rosyjskiego nie zdołałabyś chyba rozszyfrować."

Z Osiedla Słonecznego niedaleko do Wieprzyc, niegdyś wioski, a dziś administracyjnie części Gorzowa. W dzieciństwie jeździliśmy rodziną pociągiem na Wieprzyce w odwiedziny do wujka. Pociąg zatrzymywał się na stacji Gorzów-Wieprzyce i, gdy szliśmy od stacji w kierunku wzgórz, na ich tle widać było obłoki pary wyrzucanej przez odjeżdżającą lokomotywę.

"(Wepritz nazywa się dzisiaj Wieprzyce, jak przypuszczalnie nazywało się też dawniej, bo nawet za twoich szkolnych czasów przyznawano, że końcówki nazw miejscowych na -itz i -ow wskazują na słowiańskie pochodzenie osiedli.)"

Osiedle Słoneczne z Wieprzycami łączyły Wieprzyckie Wzgórza, w dużej części poligon wojskowy za moich czasów młodzieńczych, obecnie na jego terenie rozciąga się rezerwat przyrody o nazwie Gorzowskie Murawy.

"Weź choćby plac Słoneczny, którego starą nazwę przetłumaczoną na polski, odnalazłaś, nie bez wzruszenia, na nowych niebieskich tabliczkach. (Cieszyło cię wszystko, co pozostało przydatne, szczególnie nazwy; bo nazbyt wiele, nazwy jak ulica Adolfa Hitlera, szkoła Hermana Göringa czy plac Schlagetera, było dla nowych mieszkańców miasta nieprzydatne.) Być może plac już dawniej był cokolwiek obskurny. Po prostu peryferie. Duwpiętrowe bloki mieszkalne GEWOBA (magiczne słowo, którego rozszyfrowanie - Gemeinnützige Wohnungsbaugenossenschaft: Powszechna Spółdzielnia Mieszkaniowa - rozczarowało Nelly), wzniesione z początkiem lat trzydziestych na białych lotnych piaskach moreny czołowej, jaką stanowiły, z geologicznego punktu widzenia, Wieprzyckie Wzgórza."

"Padalce! "Ślepaki"! Czy ktoś powiedział padalce? Na Wieprzyckich Wzgórzach miało się roić od padalców, jeśli chciało się wierzyć pani Busch. (Ta Buschowa! Po raz pierwszy od trzydziestu sześciu lat pojawia się gadatliwa matka Elli Busch z domów Pflessera, drwiąco wykrzywia usta: Ależ dziewczynko, ślepaki wcale nie są ślepe!) Lecz ludzie nie zwracali uwagi, że nie udało im się nigdy zobaczyć, a tym bardziej złapać choćby j
ednego z tego mrowia padalców."
 
Na kartach książki pojawia się także Kesselstrasse, czyli dzisiejsza ulica Mała. Właściwie nie była to ulica, a zaułek w czasach, które pamiętam, odchodzący do ulicy Żelaznej, łączącej ulicę Gwardii Ludowej - przedłużenie Sikorskiego w kierunku Kostrzyńskiej z ulicą Armii Czerwonej. A ulica Żelazna prowadziła wzdłuż "górek gazowych", miejsca zabaw mojego dzieciństwa - ognisk palonych latem, krzaków jeżyn, a zimą doskonałego miejsca do saneczkowania.

"Babcia od Azorka nigdy nie chciała niczego dla siebie.To ona tutaj, przy dawnej Kesselstrasse, pod siódmym, szyjąc, hodując warzywa na skrawku o
grodu i trzymając mleczną kozę, wykarmiła troje dzieci. Na skraju tych dróg rosła trawa dla kozy i cała trójka dzieci pod groźbą surowych kar musiała zbierać siano, dużo siana na zimę. Tutaj też babcia od Azorka ze śnieżnobiałego prześcieradła uszyła anielski kostium dla swej córki Charlotty (matki Nelly), która na pasterce w kościele mariackim śpiewa swoim czystym, pięknym głosem: "Triumfy Króla Niebieskiego"."

Jest też ulica Myśliborska. Autorka mylnie nadaje tę nazwę również przedłużeniu Myśliborskiej w kierunku śródmieścia - ówczesnej ulicy Armii Czerwonej, dziś Alei Konstytucji 3 maja, mojej drogi do szkoły. Pada tu nazwa lokalu "Pod Orłem" z lewej strony ulicy, jadąc ze śródmieścia. Zupełnie nie kojarzę takiego lokalu z mojego dzieciństwa. Po lewej stronie ulicy był dom kultury "Kolejarz", a trochę w górę piekarnia. I raczej dom kultury "Kolejarz", moim zdaniem, mógł być wcześniej lokalem "Pod Orłem".

"Większość ulic miasta była brukowana, częściowo kocimi łbami, przeważnie jednak już dużymi płytami z tak zwanego szarogłazu, niezniszczalnego kamienia, który być może jeszcze dziś leży pod asfaltową pokrywą nowoczesnych arterii, na przykład pod połową rozszerzonej, dwujezdniowej, pokrytej smołowatym grysem ulicy Myśliborskiej, przy której zresztą po lewej - jadąc ze śródmieścia - leży podupadły dziś lokal "Pod Orłem", po prawej zaś, o jakieś czterysta metrów w górę (ulica przecież się wznosi) ów dwurodzinny dom, który Bruno Jordan (ojciec Nelly) polecił zbudować w roku 1936 i w którym rodzina mieszkała do końca, to znaczy do czasu ucieczki, przez dziewięć lat. Był to ten sam lokal "Pod Orłem"- knajpa składająca się z sali pod dachem i tak zwanego kawiarnianego ogródka: stoliki i krzesła ogrodowe na wysypanym żwirem dziedzińcu..."

W powyższym akapicie został wymieniony dwurodzinny dom, do którego rodzina Nelly przeprowadziła się w 1936 roku. Znam ten budynek bardzo dobrze. Mijałem go codziennie w drodze do i ze szkoły przez 8 lat. W upalne dni, pamiętam zachodziłem tam z kolegą do sklepu spożywczego na oranżadę lub kefir w szklanych butelkach. Dom stoi przy ulicy Asnyka, którą to nazwę autorka śmiesznie przekręca.

"Ulica, przy której stoi dom należący kiedyś do Jordanów, nazywa się teraz "Annuszka" Nazwa podoba się wam obojgu, Lutzowi i tobie. Zastanawiacie się, czy Annuszka, być może z akcentem na pierwszej sylabie, mogłaby być imieniem dziewczyny."

Schodząc ulicą Myśliborską, a później Armii Czerwonej w kierunku centrum trafiało się do Parku Wiosny Ludów, który przez gorzowian nazywany był parkiem róż. W dzieciństwie przychodziłem tam często z babcią na plac zabaw lub karmić kaczki i łabędzie. Przed wojną noszący nazwę Parku Miejskiego.

"Park Miejski, opowiadano wam, jest doskonale utrzymany. (To się potwierdza.) Niebawem będziecie musieli go odwiedzić, bo w hotelu przy dworcu dają wam do zrozumienia, że przed szesnastą nie możecie zająć pokoi, a przy tym upale nie sposób długo łazić po ulicach. Cienista ławka w Parku Miejskim marzy się Lutzowi i tobie. [...] Czyż to możliwe, że przez wszystkie te lata ani razu nie ukazała ci się wierzba płacząca za Cafe Voley? Jej widok był dla ciebie wstrząsem, jakiego nie spodziewałaś się w tym miejscu, nie spodziewałaś się właściwie nigdzie. [...] Czego jeszcze mogłaś sobie życzyć: tutaj w półcieniu pod tą wierzbą, którą zawsze uważałaś za najpiękniejsze drzewo na świecie, mając za plecami walącą się dawną Cafe Voley, w uszach szmer Kłodawki, w której naturalnie płynie bardzo niedużo wody."

Ja zupełnie nie kojarzę hotelu przy dworcu, za to na przedłużeniu ulicy Dworcowej, przy dawnej ulicy Buczka wybudowano elegancki hotel Qubus. Podobnie walącą się Cafe Voley widziałem tylko na przedwojennych zdjęciach. Za to wierzbę płaczącą nad spiętrzoną Kłodawką znam bardzo dobrze i podobnie, jak autorka uważam wierzby za piękne drzewa, urozmaicające podgorzowski pejzaż nadwarciański w obfitości.

Mijając Park Miejski i idąc dalej do centrum ulicą Sikorskiego dochodzi się do gotyckiej katedry.

"W godzinach południowych po raz pierwszy obchodzicie dokoła kościół Najświętszej Panny Marii. Jest bardziej odsłonięty niż dawniej, domy wokół Rynku zostały pod koniec wojny zniszczone, zastąpiły je nowe rzędy domów, bardziej oddalone od kościoła. Dzięki temu wygląda on bardziej okazale. Porównujesz obraz zapamiętany z dzisiejszym, stwierdzasz, że się pokrywają. Cieszysz się, że H. i Lenka podziwiają kościół, zbudowany, jak się okazuje, aż po ostatnie okno na wieży w stylu czysto romańskim. Czy nie tu byłaś konsekrowana?, pyta Lutz. Jasne, że tak.
Naprzeciwko zachodniego portalu kościoła znajduje się nowa restauracja przy Rynku. Lutz ma przy sobie polskie rozmówki, które jednak wobec prawie nieczytelnie wydrukowanego jadłospisu zawodzą. Kelnerka z wysoko utapirowanym hełmem czarnych włosów nie szczędzi trudu, wy nie szczędzicie trudu, w końcu z udawanym zrozumieniem godzicie się na propozycje, których treść do was nie dotarła.
Dostajecie dobry, zimny roztrzepaniec, faszerowaną pieczeń wołową i doskonałe lody z rodzynkami."

Co do stylu, w jakim został zbudowany kościół, miałbym spore wątpliwości. Natomiast restauracją, o której pisze autorka, jest nieistniejąca już, a kiedyś wydawało się, wieczna "Słowiańska".

"Do kościoła Najświętszej Marii Panny nie weszliście zresztą. Dwukrotnie, wieczorem 10 i przed południem 11 lipca 1971, próbowaliście wejść, przez wschodnie wrota, przed którymi też zebrali się konfirmanci, wśród nich Nelly, w kwietniową niedzielę 1943 roku. Lecz w sobotę wrota były zamknięte, a w niedzielne przedpołudnie tłum wiernych, stojących aż na ulicy, zagradza dostęp przygodnym widzom, którzy być może chcą tylko odświeżyć pewne wspomnienie. Śpiew docierał ze środka na zewnątrz, gdzie podchwytywali go, cienko i nieśmiało, ludzie przy drzwiach, odwróceni do was plecami."

W centrum znajduje się również inny zabytek gorzowski z czasów średniowiecza - resztki murów obronnych, a nieopodal łaźnia miejska, gdzie nauczyłem się pływać, uczęszczając w podstawówce na lekcje pływania.

"Resztki starych murów miejskich G. - dawnego L. - są pieczołowicie konserwowane. Weszły jako motyw do albumu fotograficznego, jaki można kupić we wszystkich kioskach. Na fotografii widać w tle dawny basen ludowy. Na basenie ludowym nie pływało się czy kąpało, lecz pod okiem nauczycieli gimnastyki realizowało się ogólną ideę ćwiczenia ciała i hartowania charakteru."

W książce jest jeszcze wiele gorzowskich zakątków wymienionych, opisanych. Osoby interesujące się Gorzowem na pewno znajdą w niej jeszcze wiele innych opisów i wspomnień, które siłą rzeczy nie mogły znaleźć się w mojej i tak rozbudowanej notce (np. dotyczące pożaru synagogi czy obozu jenieckiego na stadionie przy Myśliborskiej). Wiele tu grozy czasów hitlerowskich, której w przytoczonych wyżej fragmentach oszczędziłem. Warto przy okazji czytania książki dotrzeć do przedwojennego planu Landsberga, gdyż wiele nazw podanych jest w niemieckiej formie.

Christa Wolf
"Wzorce dzieciństwa" (niem. Kindheitsmuster)
Czytelnik, Warszawa 1981



środa, 18 maja 2011

Krzyż spod Babina poświęcony żołnierzom wyklętym

Kiedyś, pisząc o poszukiwaniach cmentarzy z czasów I wojny światowej w Zaczerlanach, Kruszewie i Babinie na Podlasiu wspomniałem o mogile powstańców z lat 1944-1956 w okolicach Babina. Nie jestem dziś pewien, czy była to rzeczywiście mogiła, czy krzyż poświęcony poległym żołnierzom podziemia antykomunistycznego. W każdym bądź razie stał on przy drodze z Białegostoku do Warszawy, a zniknął w związku z budową nowej drogi z Białegostoku do Jeżewa. Nie wiem, czy zniknął zupełnie, czy tylko został przeniesiony w inne miejsce. Jego wygląd sprzed przeszło dwóch lat przedstawia poniższe zdjęcie.




Krzyż opatrzony był tablicą z następującą inskrypcją:

"Bóg-Honor-Ojczyzna. Ś.p. poległym w zasadzkach i walkach z niewolą kajdan hitlerowsko-stalinowskich o Niepodległość Ojczyzny, Po rozbiorze Polski 1939, Żołnierzom Narodowym Podziemia zawsze wiernym Bogu i Ojczyźnie, Organizacja Polska, Związek Jaszczurczy, Narodowa Organizacja Wojskowa Narodowych Sił Zbrojnych, Narodowe Zjednoczenie Wojskowe.

Narodowcom i rodzinom, którzy zginęli w obozach i łagrach Syberii, Wydanym, pomordowanym i rozstrzelanym w latach 1939-1956 przez Gestapo, NKWD i UB.

Złożyli swoje życie w ofierze Bogu i Ojczyźnie o wolną Katolicką Polskę i o wolność przyszłych pokoleń.

Wieczny odpoczynek racz Im dać Panie. Cześć Ich Pamięci.

Ochotnik Podziemia Narodowych Sił Zbrojnych i Stronnictwo Narodowe Okręg Białystok."

Postanowiłem o nim napisać również z innego względu. Z jednej strony możemy oficjalnie czcić żołnierzy podziemia niepodległościowego dzięki ustawie, z drugiej od kilku lat jesteśmy świadkami niszczenia i ośmieszania w sferze polityczno-medialnej wszystkiego, co związane z patriotyzmem, antykomunizmem, religią. Od jakiegoś czasu mamy w Polsce do czynienia z powstaniem patriotycznego ruchu kibicowskiego. Uczczenie przez kibiców Lecha Poznań pamięci uczestników zwycięskiego Powstania Wielkopolskiego, słynna już sektorówka kibiców Legii Warszawa na stadionie w Poznaniu, skierowana przeciwko gazecie od lat zaciekle zwalczającej odradzającą się polskość, czy oprawa jednego z meczów na stadionie Śląska Wrocław, poświęcona żołnierzom podziemia antykomunistycznego, to tylko niektóre z przykładów. Jeśli jeszcze wierzyć statystykom policyjnym, poprawa bezpieczeństwa na stadionach mierzona liczbą wniosków o ukaranie uczestników imprez masowych, liczbą zatrzymanych, czy też liczbą zarzutów popełnienia przestępstwa, to w ciągu ostatnich dwóch lat bezpieczeństwo na stadionach w Polsce poprawiło się drastycznie. Gdy jednak czytamy o zajściach w Bydgoszczy, warto wiedzieć, że firma ochroniarska wynajęta do zapewnienia bezpieczeństwa na stadionie jest ta samą, która swego czasu wynajęta została do pacyfikacji kupców z warszawskiego KDT. Warto też posłuchać wypowiedzi kibiców, aby sobie wyrobić zdanie na temat zajść w Bydgoszczy oraz ostatniej akcji z zamykaniem stadionów. W każdym bądź razie trudno mi ukrywać sympatię zarówno do tak zwanych moherów domagających się godnego uczczenia ofiar katastrofy pod Smoleńskiem, jak i młodych kibiców, dla których patriotyzm (oddolny!) nie jest pustym słowem.

Na koniec polecam reportaż ze strony radia Białystok o Stanisławie Grabowskim ps. Wiarus, który w obławie ubeckiej zginął w 1952 roku. Był związany z miejscowością Babino.

czwartek, 12 maja 2011

Moryń

Gdyby jesienią 1939 roku dziadek nie został wzięty do niewoli niemieckiej i nie trafił do małego miasteczka na Pomorzu o nazwie Mohrin... Gdyby po wojnie i powrocie do rodzinnego Poznania nie zdecydował się wyjechać do Szczecina, a później do polskiego już Morynia...

Gdyby babcia wracająca po wojnie pociągiem z robót przymusowych w Niemczech nie wysiadła w okolicach Morynia i nie zdecydowała się zostać...

Gdyby - tak mogłaby się zaczynać niejedna historia rodzinna. Dość powiedzieć, że w Chojnie w 1947 roku przyszedł na świat mój ojciec.

Moryń - dziś mała, senna miejscowość na Pomorzu Zachodnim. Niedaleko stąd do Cedynii. Wiele tu pamiątek po historii dawnej i tej nieodległej w czasie. Miasteczko na całym obwodzie jest otoczone średniowiecznymi kamiennymi murami obronnymi, które otrzymało w pierwszej połowie XIV wieku, gdy należało do związku miast nowomarchijskich wraz z Mieszkowicami i Chojną, powołanego do wzajemnej obrony w razie napaści. Powyżej widok na bramę mieszkowicką.



Około 1365 roku margrabia Otto Leniwy przystąpił do wznoszenia zamku obronnego na terenie dawnego grodziska. Zamek przyczyniał się do podniesienia prestiżu miasteczka niezbyt długo. W 1380 roku został zniszczony przez rycerstwo pomorskie i nigdy go nie odbudowano. Powyżej fragment murów obronnych prowadzących do ruin zamku.

Tuż przy rynku znajduje się romański kościół, którego najstarsza część została zbudowana w latach 1263-1265, najprawdopodobniej z fundacji księcia pomorskiego Barnima I. Kościół zbudowany jest z ciosów granitowych w formie trzynawowej bazyliki z transeptem i wieżą z przejazdem na osi północ - południe.


Pisząc o Moryniu nie można nie wspomnieć o pięknie położonym i czystym jeziorze Morzycko.


Dziadek prowadził w Moryniu własną małą rzeźnię. Jej budynek, dziś już nie istniejący, stał w miejscu uwidocznionym na powyższym zdjęciu.


Polityka państwa komunistycznego, starającego się zniszczyć wszystko, co prywatne spowodowała, że dziadek musiał zamknąć swe miejsce pracy. Pracował później jako kierownik w zakładzie upaństwowionym. Dziś też już nie istniejącym. Pozostały tylko mury.


Dziadkowie mieszkali w domu przy rynku, gdzie dziś mieści się oddział jednego z banków.


Do Morynia ściągnęła też siostra babci, ciocia Gienia, która najwcześniej z Morynia później wyjechała. Mieszkała w domu pokazanym na zdjęciu powyżej. Gdy mój ojciec rozpoczął naukę w gorzowskim ogólniaku, ciocia była już w Gorzowie. Później do Gorzowa ściągnęli dziadkowie z resztą dzieci. W Moryniu pozostał wujek Jan z żoną i synem Alkiem. Dziś na cmentarzu w Moryniu znajduje się jego grób, miejsce spoczynku znalazła tam też jego małżonka, a także brat mego ojca Piotr, który zmarł krótko po urodzeniu.

Tak się zdarzyło, że było sobie miasteczko, przez pewien czas mieszkali tam moi przodkowie i inni krewni. Przeminęło z wiatrem.