wtorek, 24 sierpnia 2010

Supraśl

Tuż za rogatkami Białegostoku, gdy wyjeżdżamy samochodem lub rowerem w kierunku północno-wschodnim (z naciskiem na wschodni) ulicą Raginisa, wjeżdżamy jakby w inny świat. Krajobraz mocno pofałdowany, najpierw Nowodworce i zagajniki pełne maślaków porą jesienną, później okolice Ogrodniczek ze stokami narciarskimi i gliniankami wykorzystywanymi do kąpieli w ciepłe letnie dni. Powoli wkraczamy do Puszczy Knyszyńskiej. Dominują sosny, ale z dużą domieszką świerka, co sprawia, że mamy wrażenie zmiany strefy klimatycznej na bardziej północną, tajgową. Wreszcie jest i Supraśl. Zapraszam do krótkiej wędrówki po miasteczku.
Supraśl - widok na kościół pod wezwaniem św. Trójcy, zbudowany w latach 1861-1863.

Już pierwsze wrażenie jest bardzo pozytywne. Wjeżdżając do miasta mijamy po obu stronach cmentarze z oryginalnymi kapliczkami. Przed nami widnieją budynki monasteru prawosławnego, górującego nad małym miasteczkiem, z przeważającą stylową niską zabudową, głównie drewnianą. Supraśl leży na obrzeżach Puszczy Knyszyńskiej, rozciągającej się w kierunkach północnym, wschodnim i południowym nad meandrującą wśród łąk Supraślą, niegdyś nazywaną Sprząślą.

Historia miasta równie ciekawa i oryginalna, związana z zasłużonym dla rozwoju Podlasia rodem Chodkiewiczów. W 1498 roku bowiem Aleksander Chodkiewicz, wojewoda nowogrodzki i marszałek Wielkiego Księstwa Litewskiego, sprowadził do Gródka, leżącego w kierunku południowo-wschodnim od Supraśla, wówczas na szlaku z Grodna do Bielska, prawosławnych mnichów reguły zakonnej Św. Bazylego Wielkiego. Bazylianie, którym reguła zakonna nakazywała przebywanie w miejscach cichych i odludnych, dwa lata później, za zgodą wojewody nowogródzkiego opuścili Gródek i osiedlili się w uroczysku Suchy Hrud na skraju ówczesnej Puszczy Błudowskiej, stanowiącej część dóbr rodu Chodkiewiczów. Miejsce to dało początek dzisiejszemu Supraślowi.

Już w 1500 roku wyświęcono drewnianą cerkiew pod wezwaniem św. Jana Teologa Ewangelisty, która jednak spłonęła w 1545 roku. W 1503 roku rozpoczęto budowę świątyni murowanej, w stylu gotyckim, w zamierzeniu mającej być budowlą obronną. W 1511 cerkiew już górowała nad puszczą, mierząc 49 metrów wysokości. Za czasów archimandryty Kimbara, w latach 1550-1557 klasztor rozwinął się gospodarczo. Wtedy też wnętrze świątyni zostało ozdobione freskami autorstwa serbskiego malarza Serbina Nektarija. W 1596 bazylianie przystępują do unii brzeskiej i rozpoczyna się unicki okres świetności klasztoru. W 1695 założyli drukarnię, w której drukowano między innymi "Podróże Guliwera" Jonathana Swifta, czy "Pieśni nabożne" Franciszka Karpińskiego.

W 1839 roku, po kasacie unii, budynki klasztorne zajmują mnisi prawosławni sprowadzeni z Rosji. Stan taki trwał do wielkiej ofensywy niemieckiej 1915 roku i tzw. bieżeństwa. Po pierwszej wojnie światowej zabudowania przejęła Kuria Metropolii Wileńskiej, a od 1935 roku salezjanie prowadzą w nich zakład wychowawczy.


Zbrodni na wspaniałej architekturze gotyckiej cerkwi dokonali Niemcy w 1944 roku wysadzając ją w powietrze. Po wojnie założono tu Technikum Mechanizacji Rolnictwa, a kościołowi prawosławnemu ostatecznie zwrócono budynki klasztorne w 1996 roku. Odbudowa wysadzonej cerkwi rozpoczęła się w roku 1984. Stan budowy pamiętam z końcówki lat 90-ych, gdy po raz pierwszy trafiłem do Supraśla. W oddziale Muzeum Podlaskiego można było obejrzeć część ocalałych po 1944 roku fresków autorstwa Serbina Nektaryja.

Do odbudowania życia monastycznego w Supraślu w latach 90-ych przyczynił się biskup Miron Chodakowski, prawosławny ordynariusz Wojska Polskiego, który zginął w katastrofie smoleńskiej 10.04.2010. W Supraślu odbyły się uroczystości pogrzebowe duchownego, a szczątki biskupa spoczęły w krypcie cerkwi obronnej. Na terenie monasteru znajduje się naprawdę warte polecenia muzeum ikon. Zwiedzając je, poruszamy się jakby wewnątrz katakumb. Ikony są stopniowo podświetlane, w tle słychać przejmujące melodie chórów prawosławnych, panuje nastrój zamyślenia i skupienia.

Supraśl - widok na zabudowania monasteru prawosławnego, 2008 r.

Pisząc o monasterze supraskim warto również odnotować dwa zabytki kultury duchowej związanej z tym miejscem. Chodzi o tzw. Kodeks Supraski z XI wieku, składający się z czterdziestu ośmiu części obejmujących żywoty świętych, homilie i rozprawy teologiczne, tłumaczone z języka greckiego na staro-cerkiewno-słowiański. Kodeks Supraski stanowił wyposażenie biblioteki bazylianów do 1839 roku, roku kasaty unii oraz rozproszenia i ograbienia jej. Historia sprawiła, że dziś Kodeks Supraski utrwalony na 285 kartach przechowywany jest w trzech bibliotekach: w Petersburgu (16 kart), Ljublianie (118 kart) i w Warszawie (Biblioteka Narodowa - 151 kart).

Drugim ze wspomnianych zabytków jest Irmologion Supraski - rękopis muzyczny ze średniowiecznymi religijnymi utworami cerkiewnymi. Rękopis spisał w XVI wieku śpiewak rodem z Pińska Bogdan Onisimowicz. W Supraślu przebywał w latach 1572 - 1630. Manuskrypt trafił do Ławry Pieczerskiej, a potem do Muzeum Państwowego. Kurzył się w nim do lat 70-ych XX wieku, gdy odkrył go na nowo profesor Anatolij Konotop. Dziś coraz więcej chórów prawosławnych utwory z Irmologionu włącza do swego repertuaru, a w zeszłym roku płytę z tą niezwykłą muzyką wydało Radio Białystok.

Obok klasztoru znajdują się katakumby - miejsce pochówku zakonników prawosławnych oraz unickich od początku istnienia klasztoru. W latach 90-ych byliśmy świadkami gorszącego sporu pomiędzy kościołami rzymskokatolickim i prawosławnym o odzyskanie tego miejsca. Ostatecznie opiekę nad katakumbami sprawuje kościół prawosławny. Miejsce jest ogrodzone, oglądać je można zza siatki. Trochę szkoda, że nie jest w inny sposób zagospodarowane.

Supraśl - katakumby, miejsce pochówku mnichów prawosławnych i unickich od XVI wieku.

Do dziś zachował się także w Supraślu budynek ogrodników pracujących dla klasztoru zajmujących się pielęgnacją ogrodu włoskiego założonego w XVII wieku. Drewniany dom pochodzi z II połowy XVIII wieku. Później mieściła się tutaj karczma, a w okresie międzywojennym urząd pocztowy.
 Supraśl - Dom Ogrodnika z II połowy XVIII wieku.

W XIX wieku po Powstaniu Listopadowym, wprowadzono granicę celną pomiędzy Królestwem Polskim, a Cesarstwem Rosyjskim. Granica przebiegała na Narwi niedaleko Białegostoku. Wprowadzenie jej spowodowało napływ przemysłowców i fabrykantów przemysłu włókienniczego do Białegostoku i okolic, którzy w ten sposób chcieli zapewnić zbyt swoich produktów w Imperium Rosyjskim. Przemysł włókienniczy rozwinął się wtedy i w Supraślu, do którego zjeżdżają rodziny Zachertów, Buchholtzów, Altów, Reichów i Jansenów. Pod koniec XIX i na początku XX wieku większość fabryk supraskich przeszła w ręce przemysłowców żydowskich, wśród których najbogatszym był Samuel Hirsz Cytron. Z czasu rozwoju przemysłu włókienniczego pozostało w Supraślu wiele pamiątek.

Supraśl - pałac Buchholtzów, wzniesiony na fundamentach dawnego dworku Zachertów, obecnie siedziba Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych im. Artura Grottgera.

Supraśl - mauzoleum rodziny Buchholtzów na dawnym cmentarzu ewangelickim. Obecnie teren cmentarza należy do parafii rzymskokatolickiej.
 Supraśl, dawny cmentarz ewangelicki, nagrobek Emilie Jansen (1825 - 1865).

Supraśl, dawny cmentarz ewangelicki, klasycystyczny grobowiec rodziny Zachertów.

W Supraślu warto również zobaczyć tzw. Dom Kleina. Zbudowany został dla administratora fabryki włókienniczej Buchholtzów. Później, aż do 1939 roku, pełnił funkcję domu parafialnego gminy ewangelicko-augsburskiej. Warto wejść do środka. Znajduje się w nim bowiem galeria fotografii supraślanina Wiktora Wołkowa, od z górą 50 lat fotografującego przyrodę i okolice Podlasia. W galerii można się przekonać, że mistrz ma na swym koncie również ciekawe akty kobiece.
 Supraśl, tzw. Dom Kleina mieszczący galerię fotografii Wiktora Wołkowa.

Ciekawym przykładem drewnianej architektury modernistycznej międzywojnia jest Dom Ludowy, zaprojektowany przez inżyniera Jarosława Girina, zbudowany w 1934 roku.


Supraśl, budynek Domu Ludowego.

Zbliżamy się do końca naszej wędrówki. Czas posilić się co nieco. Proponuję "prastary", pamiętający czasu PRLu, Bar Jarzębinka serwujący bardzo dobre kartacze z mięsem oraz równie dobrą babkę ziemniaczaną. Do popicia zimny kefir. Mniam, mniam.

środa, 18 sierpnia 2010

Współczesny pamiętnik wypraw kresowych - w poszukiwaniu Polaków

"Pierwszy raz zetknęłam się z tą miejscowością przed wielu laty, a pozostało po tym spotkaniu wspomnienie co najmniej komiczne. Jechałam wtedy autobusem z Baru na Podolu do Kamieńca. W pewnym momencie autobus stanął, a ja zobaczyłam... No właśnie, po pierwsze, autobus zatrzymał się przed znakiem "stop". Po drugie, właściwie było to w szczerym polu, dokoła nie było widać żadnego domu, a po trzecie, i najważniejsze, w tym szczerym polu było prawdziwe skrzyżowanie dróg. W środku tego skrzyżowania znajdowała się wysepka, słowem było to coś w rodzaju ronda. Na wysepce rosło jedno rachityczne drzewko. Pod tym drzewkiem kucali, tak, tak, nie siedzieli, a kucali, żywo rozprawiając, trzej mężczyźni, zaś obok nich skubały nikłą i pożółkłą trawę trzy kozy! W końcu wjechaliśmy do tego, zdawałoby się nijakiego miasteczka. Zatrzymaliśmy się na zakurzonym przeddworcowym placu, pełnym ludzi handlujących czym się tylko dało, i wziąwszy kilku pasażerów, pojechaliśmy dalej. Takie było moje pierwsze spotkanie z Dunajowcami, na szczęście nie ostatnie. Następne, wiele lat później, odbyło się po lekturze dotyczącej tej miejscowości, a przede wszystkim po przeczytaniu hasła w znakomitym dziele Romana Aftanazego Dzieje rezydencji na dawnych kresach Rzeczypospolitej."

Tak rozpoczyna się jedna z wielu opowieści w niezwykłej książce, poświęconej wyprawom do, często zapadłych i zapomnianych, miejscowości, zaścianków szlacheckich, wsi i miasteczek dawnych Kresów I i II Rzeczyspolitej. Autorka odwiedziła zarówno dzisiejszą Litwę, Białoruś, Ukrainę, jak i Mołdawię, a nawet samozwańczą Republikę Naddniestrzańską. Wszystkie podróże mieszczą się w ramach czasowych 2001-2005, a ich celem były odwiedziny miejsc, w których po latach komunizmu, sowietyzacji, kolektywizacji, prześladowań zaczęła odradzać się polskość. Często w miejscach, gdzie państwo polskie nie istniało od ponad dwustu lat, od zaborów!

"Jak państwo wiecie, prawie każde moje zapoznanie się z miejscowością zaczynam od plebanii i księdza proboszcza, ale tym razem było inaczej. Przyjechaliśmy w niedzielę. W Iwiu był odpust, więc ksiądz proboszcz, który miał ręce pełne roboty, zaprosił mnie dopiero na mszę świętą i procesję, czyli na południe. Mając czas wolny, pierwsze kroki tym razem skierowałam też do duchownego, ale ... innego wyznania, a mianowicie do tutejszego imama, i z nim w naszej polskiej mowie ucięłam sobie długą, bardzo interesującą pogawędkę."

Pogawędka z imamem, rzeczywiście bardzo interesująca. Zwraca przede wszystkim uwagę na niesamowite, jak na nasze wyobrażenie o krajach postsowieckich, przywiązanie imama do polskości i patriotyzmu. Ważne jest jednak co innego w przywołanym akapicie. Prawie każdą wizytę rozpoczyna autorka od kościoła. Kościół bowiem to kolebka odradzającej się polskości. To heroiczne starania o odzyskanie kościoła, jeszcze za pierestrojki, często rozpoczynały ten ważny proces. Ludzie przynosili ukrywane przez lata wyposażenie dawnych świątyń, uczyli się polskiego ze starych, często odziedziczonych po rodzicach lub dziadkach modlitewników, bardzo często pamiętali jeszcze przedwojenne czasy, za którymi tęsknili. Walka o kościół często była beznadziejna, a jednak się udawało...

"Dawno temu ludzie chodzili do kościoła do Raszkowa, czasem nawet dwa razy dziennie, bo rano na mszę, a po południu na nieszpory. Potem, kiedy kościoła nie było i nie chcieli go oddać, tutejsi ludzie postanowili starać się o pozwolenie, by mogli zbierać się na modlitwę w domach. Pozwolenie przyszło z datą 29 lipca, to jest dzień Świętej Marty, wtedy parafianie ją wybrali na swoją patronkę. U nas odpust jest właśnie na 29 lipca, kościół, któryśmy zbudowali, jest pod jej wezwaniem. W pewnym momencie ludzie wpadli na szalony pomysł, że w domu jest za mało miejsca, że trzeba pobudować kościół. W siedemdziesiątych latach, tych trudnych latach, zaczęli go budować! Musieli pracować w kołchozie, to w dzień pracowali, a w nocy szli na budowę. Nie pozwalali im przywozić kamienia i materiałów budowlanych, to rozrzucali po polach wokół wioski, a babki, emerytki, worek na plecy, dalej w pola zbierać kamień do worka i, wspierając się o laskę lub kij sękaty, kamień donosiły. Nocą na każdej drodze wystawiali warty. Jak jechała milicja, mężczyźni przez płot w kukurydzę pochowali się, a babki na rusztowania i babki budują! Jedzie milicja, już nic nie mogą zrobić, pokładły się na drodze w błoto i wołają: "Jedźcie po nas!" Tak było. Monter wlazł na słup światło im odłączyć, a baba za siekierę i dalejże rąbać, wołając: "Zaraz z tym słupem zlecisz ty!". Wzywano ich na sądy, grozili więzieniem, szpitalem psychiatrycznym, nakładali na nich kary. Pokażę Pani później, gdzie była ta pierwsza budowa. Ocalało miejsce, które jedna z kobiet oddała - najpierw swój dom na modlitwy, a potem kawał ogrodu, żeby mogli wybudować kościółek. Pewnego razu dostała pani Walentyna wezwanie do sądu. Pojechała, a z nią cała wieś. Idą na salę, babka widzi, że to niewesoło wygląda, zaczyna udawać pomyloną, tańczy, śpiewa przed sądem. W tym momencie wchodzi do sali jej córka, która specjalnie z Rybnicy na rozprawę przyjechała. Zobaczywszy matkę w takim stanie, ze strachu zemdlała. Przyjechała karetka, zabrała obie do szpitala. Cała wieś za nimi do tego szpitala idzie! Z nią wszystko normalnie, więc ją wypuścili, i znów cała wieś idzie w sam środek miasta przed pomnik Lenina. Poklękali na kolana i dalejże się modlić: "Lenin, ty nam obiecałeś wolność religijną. Ojcze nasz któryś jest..." dalej: "Lenin, pozwól nam mieć kościół. Zdrowaś Mario..." i potem różaniec. Co dalej robić? Wrócili do sądu, znaleźli sędziego, babka kułakiem po stole i mówi: "Sądź mnie, co chcesz rób. Możesz mnie zastrzelić, możesz mnie do więzienia wsadzić, bo ja więcej nie przyjadę do ciebie". W końcu dali parę rubli kary i kościół wybudowali. W 1977 roku, 25 listopada, wezwali z rejonu cały aktyw. Okłamali ich: "Przyjedźcie, zarejestrujemy wam parafię." Ludzie pojechali. Na budowie zostały tylko stare babcie. W tym czasie, jak ci pojechali, władza zegnała z całego rejonu milicję, traktory, spychy. Dzieci na cały dzień zamknęli w szkole. Tę kobietę, i jeszcze kilka wsadzili do karetki pogotowia, zawieźli bardzo daleko, wywalili na środku drogi, bose (a już był przymrozek), z obu stron postawili milicję i nie pozwalali nikomu zabrać je z drogi. Za ten dzień kamień na kamieniu nie został. Rozwalili wszystko."

"A tam już było skończone, już Najświętszy Sakrament był. Wszystko wywieźli i zrzucili w Katerynówce w stajni końskiej! Ludzie wrócili, ogólny płacz, rozpacz nawet, ale niedługo to trwało. Baby zebrały się, zwołały chłopców - kto miał deskę, kto miał cegłę, kto kawałek termitu - za jedną noc pobudowały na tym miejscu szałas. I już od samego rana zbiegły się i już od samego rana szły godzinki. Przyjechała milicja - rozwalili to. Na drugą noc to samo. I tak była przepychanka ze straszeniem. Wreszcie wezwali ich i mówią: "Znajdźcie sobie jakiś dom, tam się módlcie". A ludzie swoje: "Nam dom mało". A mieszkała tu samotna kobieta, Zinaida Sajewska się nazywała, też miała korzenie polskie. Ona oddała ludziom swój dom, a to już były czasy pierestrojki, bo dziesięć lat upłynęło od rozwalenia tego pierwszego kościoła. I ludzie pod pretekstem remontu troszkę podnieśli go do góry, dobudowali kawałek. W pewnym momencie władze zorientowały się, wołają tę Zinaidę: "Co ty robisz? - pytają. A ona zdobyła się na odwagę, mówi: "Kościół buduję, a wy popróbujcie rozwalić. My już jeździli do Moskwy, drogę znamy" (oni nawet głodówki na Placu Czerwonym urządzali). Babki emerytki miały tyle fantazji! I tak powstał kościół, a jak w nim będziemy, pokażę Pani, bo to widać, kolejne dobudowy, kolejne powiększenia naszej świątyńki."

Dzielne kobiety! Takich heroicznych historii budowy nowych świątyń, odzyskiwania starych, często na lata zamienianych na magazyny nawozów sztucznych, sale gimnastyczne, sklepy, jest w książce wiele. I najczęściej iskra szła od ludzi, przez lata tłamszonych, zastraszanych, niewolników państwa sowieckiego. Mając oddanych sobie bohaterskich kapłanów, podejmujących pracę duszpasterską po latach zsyłek do łagrów, można wiele osiągnąć. Jakże smutno brzmią słowa autorki o niszczeniu zdobyczy ostatnich lat. Smutno, zwłaszcza, że ciosy często przychodziły z nieoczekiwanej strony. Kościół, chcąc pozyskać wiernych wprowadził do liturgii lokalne języki, białoruski, ukraiński, rosyjski. Zdarzało się jednak, i to nierzadko, że jakiś nadgorliwiec likwidował przy okazji msze w języku polskim w parafiach, gdzie przytłaczająca większość wiernych to potomkowie Polaków, modlący się po polsku. Tak, jak w Latyczowie:

"Miesiąc temu dostaliśmy znów nowego proboszcza. Jest z Polski, ale już jest kilkanaście lat na Ukrainie. Otóż przed nim było tak, że ranna msza święta w niedzielę była po ukraińsku, a wieczorna po polsku, ale ewangelię czytało się po ukraińsku i kazanie po ukraińsku. Kiedy ostatnio weszłam w niedzielę do kościoła, usłyszałam, jak ksiądz na kazaniu mówił: "Podeszła do mnie pani i powiada, że w 1989 roku, kiedy nie było jeszcze tego kościoła, to ksiądz nas uczył czytać po polsku, a ja pytam: "A jak wy czytacie po polsku, to wy rozumiecie to, co wy czytacie?" Litania do Serca Jezusowego. My ją umiemy tylko po polsku, zebrało się kilka starych osób, różne nasze babcie przyszły, a on tę litanię po ukraińsku prowadził! One przecież nawet tak nie umieją, choć znają litanię na pamięć. Więc drugi raz nie przyjdą. Wolą odmówić litanię w domu. W Gródku jest pięć mszy świętych po polsku i na wszystkich pełno ludzi!"

Wiele pesymizmu jest w książce. Wymierają wioski, ostoje polskości. Za starszymi ludźmi nieczęsto idą ich dzieci, wychowywane bez polskości ze strachu na ludzi sowieckich, choć i w tym przypadku zdarzają się wyjątki. Są też i słowa pełne nadziei, jak o księdzu Henryku Soroce, działającym w Słobódce Raszkowskiej w Naddniestrzu.

Bardzo dobrze, że są jeszcze tacy ludzie, jak autorka opisywanej książki- Teresa Siedlar-Kołyszko, którym się chce. Którzy nie patrząc na koszty, bezpieczeństwo i komfort podróży odwiedzają "byłe Sojuzy". Tacy jak Marek A. Koprowski, który od lat pisze artykuły dla Najwyższego Czasu!, o kresowych miejscowościach, w których nie wygasł duch polskości, w swoich podróżach zahaczający nawet o Kazachstan i daleką Syberię.

"Byli, są. Czy będą?" Trudno powiedzieć. Polska rogata dusza jest, istnieje. Objawiło się to po tragedii smoleńskiej, w godnym hołdzie, jaki rzesze Polaków oddały poległej parze prezydenckiej oraz pozostałym członkom wyprawy do Katynia, objawia się nadal w dążeniu do poznania, na przekór wszystkiemu, prawdy o katastrofie pod Smoleńskiem, w obronie krzyża pod Pałacem Prezydenckim i domaganiu się godnego pomnika upamiętniającego ofiary, jak i w obywatelskim sprzeciwie przeciwko odsłonięciu pomnika upamiętniającego najeźdźców bolszewickich w Ossowie.

Dla porządku wymienię miejscowości, które odwiedziła autorka i opisała w książce. Być może komuś ta informacja się przyda.

Niwna, Gołubin, Jałyszów, Jawne, Marianówka, Zatyniec, Dorogań (Żytomierszczyzna), Dunajowce, Gródek, Husiatyn, Kalnik (Iwaszkiewiczów), Daszów, Koziatyn, Latyczów, Międzybórz, Czeczelnik, Starokonstantynów, Nowosielica, Antoniny, Lwów, Dolina, Bolechów, Czerniowce, Panka, Rarańcza na Ukrainie, Bieniakonie, Budsław, Grodno (i dom Elizy Orzeszkowej), Iwie, Iwieniec, Dzisna, Lepel, Widze, Miory, Leonpol, Smorgonie na Białorusi, Mejszagoła, Dowgirdów, Krawczuny, Ciechanowiszki, Rudniki Królewskie, Pikieliszki, Poszawsze (Witkiewiczów) na Litwie, Styrcza w Mołdawii, Słobódka Raszkowska i Raszków w Republice Naddniestrzańskiej.

Teresa Siedlar-Kołyszko
"Byli, są. Czy będą...?"
Oficyna Wydawnicza "Impuls"
Kraków 2006

niedziela, 8 sierpnia 2010

Artur Olędzki "Ksiądz Jerzy Popiełuszko. Spotkania po latach. Wywiady."

Okładka w kolorze delikatnej sepii, a na niej fotografia młodego faceta, z czupryną włosów w delikatnym nieładzie, w zwykłym codziennym ubraniu - kurtka i spodnie sztruksowe. Twarz rozświetlona szerokim uśmiechem. Tylko tytuł częściowo dodaje kolorytu okładce. Na pomarańczowo więc lśni napis: Beatyfikacja 2010. Popiełuszko. Pozostałe napisy w kolorze bieli.

Tematyka, którą próbował zainteresować czytelnika fincher było chrześcijaństwo, a właściwie katolicyzm przeżywany przez młodego człowieka z Żoliborza. Zainteresowałem się jego blogiem chyba na początku 2007 roku. Mogło to być wtedy, gdy napisał o swym przyjacielu Sępie, zaangażowanym w ruch Opus Dei. Mogła to być też recenzja filmu "Wielka cisza" albo opowieść o tzw. moherach, czyli starszych ludziach, uczestniczących w tej samej porannej mszy i stosunku autora do nich. Notka bardzo ciepło przedstawiająca pokolenie naszych dziadków i babć, a jednocześnie stanowiąca bardzo osobiste wyznanie wiary. (Przypomina swym ciepłym opisem niektóre teksty Sosenki o Starych Babach.) Te trzy notki pamiętam dość dobrze, były bardzo oryginalne, jak oryginalnym jest pisarstwo finchera. W pewnym momencie, było to na pewno pod koniec 2007 roku, autor zamilkł, jak również skasował zawartość swego bloga. Wspomnianych przeze mnie tekstów chyba już próżno szukać w czeluściach internetu. Później powrócił do pisania, nie było ono już tak częste, ale nadal pozostało ciekawe. Powrócił tekstem stanowiącym opis dnia wyborów w październiku 2007 roku. Politycznych odniesień było w tekście niewiele, właściwie wcale ich nie było, za to treść wypełniała wędrówka autora przez Żoliborz, wydarzenia towarzyszące delektowaniu się poranną kawą w jednym z barów, trochę erotyzmu, najwięcej jednak przemyśleń autora na różne tematy, ogniskujących się na wierze. Pamiętam też teksty przybliżające sylwetkę katolickiego charyzmatyka z Afryki, ojca Bashoboro, który odwiedził Polskę w zeszłym roku oraz cykl opowieści o Bruno, młodym człowieku z Warszawy, chrześcijaninie, starającym się żyć tak, aby ucieleśniać literę Pisma w trakcie codziennych czynności, jakże ciekawie opisywanych.

Wracając jednak do wspomnianego zamilknięcia w roku 2007. Zdarzyło się ono po bardzo dobrym i ciekawym tekście poświęconym księdzu Jerzemu Popiełuszce. Artykuł był szeroko komentowany na portalu salon24.pl. I właśnie od owego tekstu (jeśli dobrze go pamiętam) rozpoczyna się książka:

"Ja chyba, mamo, zmienię te dyżury (ministranckie) - powiedziałem z pewnym żalem w głosie. - On jest taki nieobecny podczas tych Mszy, jakby nas w ogóle przy nim nie było."

"Tak zatem nie byłem pod urokiem tej charyzmy (zawsze jednak wyciszonej), którą roztaczał wokół siebie "kapłan robotników". Zresztą, ileż to razy słyszeliście, czytaliście te narracje o dzieciach niedoceniających wyjątkowości historycznych chwil, w których przychodziło im żyć?"

"Trzeba przyznać, że gdy on, swoim spokojnym, dla mnie wtedy monotonnym, głosem mówił o wolności - przede wszystkim tej duchowej, nie tylko politycznej - gdy wspominał o krzyżu Chrystusa uobecniającym się wówczas w Polsce, to nas, oczywiście, nadto nie zachwycał. Taki Rambo, którego ledwie można było poznać z kopii "zjechanej" w wyniku tysięcznego przegrywania, rozpalał naszą wyobraźnię o wiele bardziej niż ów drobny człowiek, gromadzący na naszych oczach wokół siebie takie rzesze ludzi."

"Powagę historycznej chwili odczułem dopiero wtedy, gdy telewizyjny spiker odczytał informację o uprowadzeniu księdza Jerzego. Matka przestała robić kolację, nóż zastygł jej w ręku, wreszcie rzuciła do mnie i do siostry: "Idziemy do kościoła!". Nie my jedni tak postanowiliśmy, skoro, gdy przyszliśmy, całą świątynię wypełniała już ciżba ludzka zanosząca błaganie do Stwórcy o ratunek. Dzień w dzień przez dekadę - lub dłużej - jednego miesiąca tak się działo, co zaświadczam jako brzdąc w komeżkę wtedy przyodziany, stojący przed złaknionymi cudu ocalenia ludźmi. Niestety, miało być inaczej."

"To, że historia jednak się spełnia wokół nas, pojąłem jeszcze głębiej wtedy, gdy w czasie pogrzebu księdza Jerzego zobaczyłem tę masę ludzi (kilkaset tysięcy) rozlaną zarówno na głównych alejach, jak i uliczkach Żoliborza; wspinającą się niekiedy na dachy domów i przykościelne drzewa. Wtedy dotarło do mnie, że podawałem liturgiczne ampułki komuś ... wielkiemu. Odczucia tego nie zmąciły zdjęcia jego zmasakrowanego, jakby w rzeźni, ciała, nad którym "popracowali" wcześniej smutni panowie z SB."

"Kiedy to odpłynąłem w strumieniu tych, których pochłonęła ostatecznie nasza kapitalistyczna "mała stabilizacja"? Kiedy mi wmówiono, że w "erze globalizacji", "Unii" to już nie jest tak ważne, że przeminęło wraz z "Bogoojczyźnianą" retoryką tamtych czasów? Że ten ból miażdżonego ciała można zapomnieć, zagłuszyć echem chociażby reklam i oklaskami "wielkiej zgody narodowej"? Ale może tak gniłem w tym fotelu wtedy, bo nie słyszałem z tego kościoła, mojego Kościoła, żadnego donośnego, proroczego głosu, który mógłby mnie porwać, rozpalić dla czegokolwiek, dla kogokolwiek?"

"To było już jakiś czas temu. Zaczęło się gorące, upalne lato, brodziło się w duchocie miasta. Wyszedłem akurat z kościoła po Eucharystii i postanowiłem przyklęknąć przy grobie księdza Jerzego, bo ostatnio mijałem go, jak gdyby nie istniał. Trwałem w bezruchu przez kilka minut. Potem musiałem jeszcze odprawić "pokutę" za grzech niepamięci. I w ramach tej pokuty właśnie tę książkę mu "zrobiłem"."

Powyższy wstęp oraz cytaty miały za zadanie przedstawić autora książki oraz jego styl. Książka bowiem składa się z wywiadów z osobami, które znały księdza Jerzego Popiełuszkę - tak jest z większością materiału, a także z reżyserem filmu o księdzu - Rafałem Wieczyńskim oraz z Piotrem Pokojskim, młodym klerykiem, którego nawrócenie rozpoczęło się po wysłuchaniu relacji pewnej rodziny o księdzu Jerzym.

Wywiady są doskonale zaplanowane. Przybliżają postać księdza Jerzego z różnych okresów jego życia. Z zainteresowaniem czytałem relacje księdza Jana Zająca, Wojciecha Bąkowskiego, Anny Szaniawskiej, księdza Stanisława Małkowskiego, Seweryna Jaworskiego czy Katarzyny Łaniewskiej. Z większości wywiadów wyłania się osoba wątłego zdrowia, bez specjalnie wyrafinowanego przygotowania intelektualnego do posługi kapłańskiej, pozbawiona tej charakterystycznej charyzmy, potrafiącej przyciągać tłumy, natomiast oczarowująca ludzi specjalną emanacją swej duchowości oraz głęboką mądrością. Potrafiąca poruszać się zarówno w środowisku intelektualistów, studentów, jak i robotników. Postać nie pozbawiona też i wad.

Najsłabszą, moim zdaniem, częścią książki jest wywiad ze Stefanem Bratkowskim, a konkretnie ta jego część, w której autor wypytuje interlokutora o prawdopodobny stosunek księdza Jerzego do lustracji i IV RP. Stefan Bratkowski jest osobą o wyraźnie sprecyzowanych poglądach, niechętną idei lustracji, dekomunizacji i wszystkiemu co można skojarzyć z dziś już przysłowiową IV RP. Jego odpowiedzi są przewidywalne i mało ciekawe.

Najbardziej zainteresowały mnie wywiady z Janem Olszewskim i Krzysztofem Piesiewiczem, jako że dotyczyły opinii o procesie toruńskim, procesie, który do dnia dzisiejszego wzbudza wiele kontrowersji. Kontrowersji dotyczących między innymi relacji księdza Chrostowskiego. I co ciekawe, zupełnie inaczej relację księdza Chrostowskiego wydają się oceniać pytani. Nie wiem, czy było to technicznie możliwe oraz czy autor dokonywał prób skontaktowania się i przeprowadzenia rozmów z osobami, mającymi swój duży udział w podważaniu ustaleń procesu toruńskiego, wreszcie w poszukiwaniu prawdy dotyczącej porwania i morderstwa na księdzu Popiełuszce. Brakuje mi relacji Krzysztofa Kąkolewskiego, Andrzeja Witkowskiego, Wojciecha Sumlińskiego i Romana Giertycha.

Powyższe słowa stanowią moje subiektywne podejście do sprawy księdza Jerzego, którego nie znałem, w przeciwieństwie do autora. Interesuje mnie specjalnie poznanie prawdy o morderstwie księdza Jerzego, które może rozświetlić wiele spraw związanych z późniejszymi wydarzeniami politycznymi. Moje uwagi jednak w niczym nie powinny umniejszać dzieła Artura Olędzkiego, dla którego z pewnością zupełnie inne aspekty związane z księdzem Jerzym Popiełuszką były ważne.

Warto wspomnieć, że wydaniu książki patronowała między innymi platforma internetowa salon24.pl, dzięki której poznałem kiedyś pisarstwo finchera. Potwierdza się to, że dzięki internetowi mamy dostęp do wielu ciekawych relacji, które mogłyby w inny sposób nigdy nie zaistnieć, a które w znaczący sposób wpływają na postrzeganie przez nas świata, a także wzbogacają kulturę.

Artur Olędzki
"Ksiądz Jerzy Popiełuszko. Spotkania po latach. Wywiady"
Wydawnictwo eSPe, 2010