czwartek, 22 stycznia 2009

"Nudis Verbis" Józefa Mackiewicza

Notka opublikowana w "salonie24", 27 grudnia 2008 roku.


Pisanie, które jest świadectwem radykalnej zmiany w życiu. Autor nie uświadamia sobie tego w jego trakcie. Trwa ono bowiem latami, a o tym, że coś zmieniło się nieodwołalnie, świadczyć będzie nieodgadniona jeszcze przez piszącego przyszłość.

„Nudis Verbis” jest kolejnym zbiorem artykułów Józefa Mackiewicza po „Bulbinie z jednosielca” i „Oknach zatkanych szmatami”. Obejmuje okres 1939 – 1949. Jest książką fascynującą. Zaczyna się bowiem tematyką znaną z wcześniejszych artykułów i reportaży Mackiewicza, gdy opisywał krzywdy i szkody, jakich dokonują napływowi urzędnicy administracji państwowej wobec „tutejszych”. A więc czytamy jeszcze reportaże pt. „”Polecam...” Starosta Trytek”, „Panie premierze! Czy dojdzie Pana ten artykuł?”, „Kara chłosty”, ale... zaraz na początku książki pojawia się już cykl artykułów z miasta granicznego z III Rzeszą, Zbąszynia. Cykl zwiastujący nieuchronne zbliżanie się kolejnego po pierwszej wojnie światowej, kataklizmu dziejowego, który tym razem spowoduje radykalną zmianę w życiu Mackiewicza – wygnanie z Wileńszczyzny – jego kolebki duchowej oraz bolszewizację ziem środkowo- i wschodnioeuropejskich.

Artykuły o sytuacji w Zbąszyniu na początku 1939 roku pokazują totalitaryzm w pigułce, opisują go językiem pojęć, już dziś w dobie politycznej poprawności niespotykanym. Czy moglibyśmy sobie wyobrazić tytuł reportażu „Co zrobimy z tymi Żydami?” w (dajmy na to) „Polityce”? Oto passus z tego artykułu, pokazujący, jak wyglądały ówczesne realia w naszej części Europy:

„[...]Na usprawiedliwienie przyjęcia przez Polskę wypędzonych z Niemiec Żydów, należy wysunąć argument, który znów nie świadczy zbyt dobrze o zdolnościach przewidywania naszej zagranicznej informacji... Jak wiadomo bowiem, wydana została ustawa, że wszyscy ci z obywateli polskich, którzy zamieszkują poza granicami dłużej niż pięć lat, tracą to obywatelstwo. Zdawało się nam, że będzie genialnym chwytem zaskoczenia, jeżeli wejście w życie ustawy ograniczymy terminem 48 godzin. Otóż pokazali nam dopiero Niemcy, co potrafi dobra organizacja! Nie papierowa, nie deklaratywna, a praktyczna: w terminie krótszym niż 48 godzin, z terenu całej Rzeszy zdołali zebrać ponad 8 tysięcy ludzi, powyciągać z mieszkań, wprost z łóżek, zapakować do wagonów i odstawić do Polski: „Bierzcie, to są wasi obywatele. Nie możecie nie przyjąć, bo prawa obywatelskie tracą dopiero za ... 10, 5 czy 3 godziny. Musicie przyjąć.[...]

[...]I oto byliśmy zaskoczeni. Bo nie wierzyliśmy w możliwość takiej organizacji (zapewne sądząc po własnej...). Musieliśmy przyjąć.[...]”

Później następuje anschluss Kłajpedy, wydarzenie, o którym niewiele się naucza na lekcjach historii. Oto, jak ciekawie pisze o tle tych wydarzeń autor:


„[...]Litwa w stosunku do Kłajpedy zrobiła tę samą gafę, jakiej się dopuszcza „państwowotwórczy” nacjonalizm, gdy mu się do ręki wsadzi pałeczkę policyjną na byle skrzyżowaniu. Poczyniła ten sam błąd, jak byśmy konstatowali w Wilnie, gdyby je miała kiedykolwiek posiąść, albo gdyby realnie – politycznie do tego posiadania chociaż dążyła. O błędach jej w stosunku do Kłajpedy, w poprzednim artykule wspominałem. W Kłajpedzie wytyka je byle dziecko. Litwa, przychodząc z zapleczem, dobrobytem, pieniędzmi do trzeciorzędnego portu drzewnego, przyszła przede wszystkim z własnymi urzędnikami. Za nimi przyszli ludzie różnego autoramentu, nie zawsze najlepszej klasy, i zaczęli tworzyć „społeczeństwo”. Rządzić, odsuwając autochtonów, właścicieli, dotychczasowych gospodarzy.

Był to błąd zasadniczej natury. Specyficzny i kardynalny. Może nawet bezprzykładny. Bo przykład stosunku Litwy do Wilna nie jest współmierny: Wilno zamieszkuje ludność polska; Kłajpedę zamieszkiwała w znacznej ilości ludność litewska. Nie może też zachodzić analogii [tak jest w książce – przypis mój] pomiędzy stosunkami Polski do Gdańska. Swojego czasu też wysuwane były zarzuty, że Polska nie dość dużo zrobiła, aby Gdańsk związać silniejszymi więzami z Polską. Ale Gdańsk jest Wolnym Miastem, jest zamieszkały przez Niemców. Litwa zaś posiadała (posiada) prawa suwerenne nad Kłajpedą, którą – powtarzam – zamieszkiwała większa ilość Litwinów. [...]

[...]Polityka wewnętrzna Litwy w stosunku do Kłajpedy zniechęciła do siebie Litwinów o odrębnej kulturze. Z przychylnych zrobiła separatystów. Z indyferentnych „Memelländerów” zdecydowanych Niemców, a dziś już hitlerowców! I to mimo rzucanych pieniędzy; mimo rozbudowy portu, elewatorów, składów, dźwigów, pięknych gmachów, które im wystawiła.[...]”

Jest w książce wiele smaczków, które chciałoby się cytować. Choćby świetny artykuł „Szabla i pałka gumowa”, zestawiający czasy totalitarne, współczesne Mackiewiczowi, z okresem zaboru rosyjskiego, z jakąż swadą i ironią napisany; głośny tekst „My, Wilnianie...” opublikowany w „Lietuvos žinios” 14 października 1939 roku, który tyle gromów ściągnął na osobę autora. Jest szereg artykułów poświęconych wojnie Sowietów z Finlandią. Sympatia autora do niewielkiego narodu fińskiego, dzielnie opierającego się Armii Czerwonej jest jak najbardziej zrozumiała. Zwłaszcza, że Finowie prowadzili wojnę „z głową”, a i politycznie potrafili podejmować odważne, a zarazem korzystne dla swego kraju decyzje:

„[...]Kto słuchał radia w nocy z 13 bm. [marca 1940 roku – przypis mój], kto w przeciągu dramatycznych godzin decyzji zestawiał komunikaty nadane przez Paryż, Londyn, Berlin i Lahti, dla tego sytuacja nie ulega wątpliwości.

W Paryżu i Londynie nadano pięciokrotnie komunikat o gotowości pomocy. Nadano też słowa pełne żółci i goryczy pod adresem Szwecji, która nie idzie na pomoc Finlandii. A z tej samej Finlandii nadano komunikat pełen ciepła i przyjaźni o Szwecji, o 300 i 100 robotnikach, którzy jadą na pomoc, o jakimś pompatycznym zebraniu jakiejś rady miejskiej jakiegoś szwedzkiego miasteczka i – ani słowa o 50 tysiącach zbrojnych żołnierzy koalicyjnych gotowych do pomocy! Ani słowa o oświadczeniu Daladier!... I ten komunikat nadaje stacja fińska po... włosku i niemiecku.

Oczywiście nie mogło tu działać wyłącznie progermańskie nastawienie Finlandii, jakkolwiek głęboko w niej zakorzenione, które doprowadziło fińskich mężów stanu do podróży wzdłuż osi Berlin – Rzym.[...]

[...]Jak świat szeroki i wielkie są jego morza, i wiele wysp i lądów omywają od lat dwustu – nie spotkał jeszcze Wielkiej Brytanii taki afront polityki globalnej, aby ktoś wolał stracić, przegrać, niż przyjąć królewski gest jej pomocy.[...]”

Po wkroczeniu Niemców, Mackiewicz publikuje słynny artykuł „Moja dyskusja z NKWD” po wizycie w Katyniu w 1943 roku „Widziałem na własne oczy”, oskarżający Sowietów o wymordowanie polskich oficerów. Oba artykuły znajdują się w zbiorze.

Kolejny okres, prezentowany w książce: 1945-1949 jest czasem podsumowań w publicystyce Józefa Mackiewicza. Niemniej istotnym od poprzedniego. Bardzo ważnym, uważam, jest artykuł oceniający Powstanie Warszawskie, pod tytułem „Powstanie warszawskie z innej strony”, opublikowany w 1947 roku w numerze 20 „Wiadomości”. Oto najistotniejsze fragmenty:

„[...]A jak położenie wyglądało naprawdę?
Odwrót armii niemieckiej był w pełnym toku. W ostatnich dniach lipca osiągał swój punkt szczytowy, a wraz z nim nieuchronny bałagan. O żadnej mobilizacji mężczyzn pod pretekstem robienia fortyfikacji nie było mowy. Głośniki radiowe nadały surowy rozkaz, aby „wszyscy zdolni od lat 16 itd.” zgłosili się z łopatami na wyznaczonym szeregu punktów zbornych, skąd ludzi zabiorą ciężarówki. Byli przekonani, że nie zjawi się nikt. Tymczasem tu i ówdzie poprzychodziło po kilkadziesiąt osób. Sam widziałem, jak na wyznaczonym m. in. pl. Narutowicza zebrało się ok. 70 (!) ludzi z łopatami, którzy daremnie czekali na przyjazd samochodów. Jednego z takich naiwnych spotkałem jeszcze o 11.30 na ulicy Filtrowej, gdy wracał z łopatą zniechęcony i zawiedziony (obiecano przecie wyżywienie i zapłatę).[...]

[...]W takich warunkach powstanie, które wybuchło dopiero 1 sierpnia po południu, mogło liczyć na zupełny sukces i minimalne straty, co najwyżej w potyczkach z cofającymi się strażami tylnymi. Formalnie, przed światem, Warszawa wyzwolona by była przez wojska polskie, a wkraczającego nowego najeźdźcę powitałby suwerenny sztandar, zatknięty w suwerennej, wolnej stolicy.

Otóż tego właśnie bolszewicy chcieli uniknąć za wszelką cenę.

Czy można się było spodziewać takiego ich stanowiska? Do pewnego stopnia tak. Na czym więc polegał błąd w rachunku powstańców, który doprowadził do straszliwej katastrofy Warszawy?

Nie wiem, czy w ogóle można tu mówić o błędzie w rachunku logicznym. Bo jeżeli można było się spodziewać, że takie stanowisko zajmą Sowiety, niepodobieństwem było przewidzieć bezmiar zaślepionej, zaciętej tępoty Hitlera. Nawet po wszystkich doświadczeniach okupacji, nawet po zetknięciu się z tymi szaleństwami maniaka, który zatracił wszelkie poczucie rzeczywistości, nawet po tym całym krwawym tańcu epileptycznej polityki na ziemiach naszych i nie naszych. Jakkolwiek sytuacja Niemiec była już wtedy beznadziejna, to choćby dlatego, że czepiały się one rozpaczliwie każdej pozostałej jeszcze możliwości, powinny się były uchwycić oburącz okoliczności, że na drodze marszu Armii Czerwonej stawała suwerenna Polska, nie uznawana i znienawidzona przez Sowiety.[...]

[...]Krew zalewająca oczy Hitlera, pomieszała mu resztę rozsądku. Wiadomo już dziś, że Warszawa to była jego osobista sprawa, jego „Angelegenheit”. W ten sposób, najmniej oczekiwany i nieprawdopodobny, podobnie jak w r. 1939, odnowił się antypolski pakt sowiecko-niemiecki, nie pisany wprawdzie i nie podpisany, ale niemniej namacalny, a bardziej krwawy. Hitler nazwał zupełnie słusznie powstanie „drugim Katyniem”. Gdyż podobnie jak pierwszy, doszedł do skutku wyłącznie w interesach sowieckich, z tą tylko różnicą, że wykonany nie rękami enkawudzistów, ale Niemców. Był to z ich strony obłęd dosłowny i, doprawdy, trudno jest winić kierowników powstania, że go nie przewidzieli.[...]”

Jest tu wiele artykułów polemicznych w stosunku do doktryny, która zapanowała na emigracji, nakazującej traktować Sowiety, jako normalne państwo. Jest też wiele wspominkowych artykułów pisanych ciekawym językiem, z naleciałościami kresowymi i świetnym humorem: „Śmierć Andruszkiewicza” (Oj, warto przeczytać o incydencie z ratowaniem archiwum AK u Piaseckiego), „Dentysta z Baranowicz”, „Wspomnienia wigilijne”, „Fatalny list króla angielskiego”, „Spotkanie z Lipińskim” oraz bardzo dobry tekst poświęcony prl-owskiej radiowej audycji o rozkułaczaniu chłopów w Gródku na Białostoczyźnie, pt. „Przy „radiotoczce””.

Zbiór kończy się „Wstępem do bibliografii czyli Na początku było Słowo”, napisanym przez Michała Bąkowskiego. Ciekawie opisano w nim trudności, na jakie napotyka badacz spuścizny mackiewiczowskiej – kłopoty z wiarygodnym przyporządkowaniem artykułów do inicjałów, jakimi posługiwał się Józef Mackiewicz, w sytuacji, gdy te same inicjały były używane przez innych autorów „Słowa” wileńskiego, pozostawiają jeszcze wiele niewiadomych do rozstrzygnięcia ostatecznego dla przyszłych badaczy, zainteresowanych twórczością jednego z największych pisarzy polskich XX wieku.

Na koniec dodałbym jeszcze, odnosząc się częściowo do „Wstępu...” Michała Bąkowskiego, że bardzo naiwnie brzmi Józef Mackiewicz w swej korespondencji z Gdańska w 1939 roku. W artykule z 21 lipca pt. „Jedna dywizja niemiecka w Gdańsku” czytamy:

„[...]Faktycznie, nie mamy się czego troszczyć o to wezwanie Wysokiego Komisarza. Z nim, czy bez niego, z chwilą, gdy zapadnie decyzja rozwiązania międzynarodowego splotu, ta jedna dywizja niemiecka będzie dosłownie zniesiona, zmasakrowana w ciągu kilku godzin przez wojska polskie, które stalową obręczą stanęły nad granicami Rzeczypospolitej.[...]”

W kolejnym z 25 lipca zaś, pt. „Stanowisko: defensywne, ale nie: ustępliwe”:

„[...]Na razie więc chodzi o to, czy nie da się załatwić wszystkiego bez wojny. A dopiero gdy to się okaże niemożliwe, wyrzucimy zbrojnie SA- i SS-mannów, przywrócimy placówkę w stoczni Schichau, spokój naszym urzędnikom, porządek w Wolnym Mieście, usuniemy armaty stamtąd, gdzie stać nie powinny i obrócimy ich lufy w innym kierunku.”

Oba artykuły sygnowane J.M.

Pisze Michał Bąkowski: „[...]Zatem w latach 1935-1939 wszystkie artykuły (z nielicznymi wyjątkami, które podałem w aneksie) podpisane J.M. i J. pochodzą od Mackiewicza.”

Jeśli tak jest rzeczywiście, to budzi zdziwienie, że tak przenikliwy publicysta mógł dwa powyższe akapity napisać.

Książka „Nudis Verbis” fascynuje więc wielowymiarowo. Warto przeczytać!

Józef Mackiewicz "Nudis Verbis"
Kontra, Londyn, 2003


Pod notką rozpoczęła się ciekawa dyskusja, która jednakże nie została zakończona.


te korespondencje z Gdańska są tak bzdurne,
że wykluczam możliwość, aby mogły być autorstwa Mackiewicza. Na to był za trzeźwym, co znaczy - wątpiacym - obserwatorem swojego czasu i nie ulegał iluzjom, ani tym bardziej propagandowym uniesieniom. Styl obydwu artykułów jest także zdecydowanie nie jego. Były pisane przez kogoś, komu bardzo zależało, aby patriotyczne hasła wygłaszane przez polityków latem 1939 - jak np. o "żelaznej obręczy polskich wojsk wokół Gdańska" - miały przełożenie na rzeczywistość.

Mackiewicz wiedział, że tak nie było. Był zbyt mądry, aby budować tekst na takich zaklęciach. Inicjały JM należały zapewne do jakiegoś polonijnego działacza w Gdańsku, któremu wydawało się, że wojnę można wygrać słowami.
2008-12-27 10:40
wartburg
dywagacje
www.wartburg.salon24.pl


Drogi Panie Danielu
Rozumiem oczywiście Pańskie zdziwienie. Ba, gdyby mógł Pan być świadkiem mojego zdziwienia przy lekturze innych jego tekstów, które nie znalazły się w żadnym z wyborów! Pozwoli Pan, że uczynię pewną egoistyczną uwagę, zanim przejdę do Pańskiego zdziwienia. Mackiewicz żądał, żeby jego artykuły były wydawane bez komentarzy, miejscemm na komentarz i polemikę - i dywagacje, i notki na marginesie – jest publicystyka. W dzisiejszych czasach, internet raczej niż prlowskie pisma. Z mojego punktu widzenia, daje mi Pan niniejszym okazję, żeby wyjaśnić pewien punkt, który mnie zawsze niepokoił.

W pierwszej koncepcji (zrodzonej przed wielu laty) leitmotivem tomu pt. Nudis Verbis miała być II wojna światowa i jej polityczne konsekwencje. (Inne tomy obracać się miały np. wokół krytyki tzw. „wolnego świata”, wokół koncesjonowanej opozycji, literatury itd.) Oczywistą wadą tych wyborów była ich arbitralność, narzucona przeze mnie myśl przewodnia, która poddawała Mackiewicza interpretacji; interpretacji, której chętnie bym bronił, jako zgodnej z duchem jego pisarstwa, ale czy taka jest rola autora wyboru?

Przez kolejne lata, Nudis verbis przerodziło się w powolnym procesie (od pomysłu rozciągnięcia go wstecz w czasie i tym samym objęcia w jednym tomie publicystyki powojennej i tej z czasu wojny, drukowanej w Gazecie i w Gońcu, do ostatniego tomu wyboru tekstów ze Słowa) w tom obejmujący lata od 1939 do 1949. Najważniejszą jednak zmianą jest brak jakiegokolwiek merytorycznego kryterium wyboru. Teksty podane są w chronologicznym porządku, a wybrane wedle subiektywnego odczucia „ważności”. Dokładnie tak samo powstał Bulbin z jednosielca i Okna zatkane szmatami; są to „najważniejsze teksty w porządku czasu”. Obok literackich perełek są doraźne polityczne komentarze, a nawet krótkie notki, ponieważ element reprezentatywności został także wzięty pod uwagę.

Mam jednak wiele wątpliwości wobec tych wyborów! Wydaje mi się teraz, że pominąłem teksty ważne, a wybrałem nieistotne; ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, okazało się także, że mój gust zmienił się z czasem, bo czytając ponownie, natknąłem się na teksty, które byłbym włączył bez wahania, kiedy już niestety było za późno. Myślę, że brak wyraźnego kryterium wyboru może być irytujący dla czytelnika; innymi słowy, nie jestem pewien czy nie należało tego zrobić inaczej.
Jedno jest pocieszenie, że Józef Mackiewicz jest wystarczająco wielki i nic mu zaszkodzić te wybory nie mogą. Naprawdę wybory są przeznaczone dla takiego czytelnika, którego skierują do samego Mackiewicza i przez to zmienią jego życie. Wybór tego nie osiągnie, ale pisarstwo Mackiewicza jest w stanie. Mówię to z własnego doświadczenia.


Tyle mojej egotycznej dygresji, a teraz do Pańskiego zdziwienia. W moim mniemaniu, Mackiewicza poniósł patriotyczny ferwor (nie jego jednego!). Tak, ja też „wolałbym”, żeby zachował dystans, którego nie utracił już nigdy później, ale okoliczności były wyjątkowe. O ile mnie pamięć nie myli, w 39 roku pełnił na zmianę z innymi obowiązki naczelnego redaktora Słowa (nie mam niestety gdzie tego sprawdzić w tej chwili), spoczywała na nim zatem innego rodzaju odpowiedzialność. Zadziorność tych tekstów może dziś bawić, ale ów ton brał się raczej z poczucia honoru niż z „optymizmu”.


Uwaga Pana Wartburga jest interesująca, aczkolwiek nie mogę się zgodzić, że te korespondencje są „bzdurne” – są nadzwyczaj ciekawe, jako świadectwo chwili. W „Jedna dywizja...” JM ocenia wnikliwie cele Hitlera, ale najważniejszy w tej serii tekst pt. „Podział państw bałtyckich”, napisany w dzień podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow, zawiera takie np. zdanie: „Dlaczego Sowiety nie miałyby pójść na podział państw bałtyckich z Niemcami? Moskiewskie metody bardziej są zbliżone do totalnych Niemiec, niż państw zachodu.” – to jest czysty Mackiewicz.


Interesuje mnie jednak ta uwaga ze względu na ważki argument stylu. Jeśli to nie jest styl JM z owych czasów, to da się tego dowieść przez porównanie z innymi tekstami z tej samej epoki. Proszę zatem Pan Wartburga o taki dowód. Rozumie Pan na pewno, że byłoby dziecinnym „wykluczanie” tak ważnego artykułu z kanonu, tylko dlatego, że się nam nie podoba. Muszę mieć twarde podstawy, żeby odmówić mu autorstwa artykułu podpisanego jego inicjałami, a pochodzącego z okresu, kiedy nikt inny takiego podpisu w Słowie nie używał.
2008-12-27 19:58
Michał Bąkowski


@ Michał Bąkowski
Napisałem, że korespondencje z Gdańska były "bzdurne" wychodząc z założenia, że wątpliwości gospodarza blogu, które dotyczyły inicjałów J.M., mogą być uzasadnione. Nie wiemy, czy rzeczywiście wyszły spod pióra Mackiewicza. Znam jego twórczość całkiem dobrze, choć nie czytałem wszystkiego, w tym także zbioru "Nudis verbis". Wiem jednak, że tak daleko idąca naiwność Mackiewicza w ocenie sytuacji militarno-politycznej na parę tygodni przed wybuchem wojny była niewyobrażalna. Na to był obserwatorem zanadto wnikliwym i trzeźwym. Takim go przynajmniej znam jako czytelnik jego książek i za to go zawsze podziwiałem - za niezwykłą umiejętność rzeczowej oceny sytuacji i nieprzekupny intelekt.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że moje domysły opierają się na spekulacji i że mogę się mylić Należałoby dokonać pogłębionej analizy stylistycznej tekstu, aby móc rozstrzygnąć, czy wyszedł on spod pióra autora "Nie trzeba głośno mówić". Pod względem merytorycznym jest to moim zdaniem prawie wykluczone.

pozdrawiam
wartburg
wartburg.salon24.pl
28.12.2008 – 18:33


Drogi Panie Danielu
Nie pojmuję, co się tu dzieje. Wcale się nie dziwię, że nie chce Pan brać w tym udziału, ale może Pan przecież przenieść się gdzie indziej.
Do Pana Wartburga. Twierdzenie, że "pod względem merytorycznym" autorstwo JM jest "prawie wykluczone", jest w moim skromnym mniemaniu niepoważne. Jeśli ktoś będzie czytał poniższą wymianę w roku 2078 (!!!! prawie 70 lat minęło od korespondencji z Gdańska i to i owo się wydarzyło), wiedząc, czego my nie wiemy, to czy ma wówczas powiedzieć, że jest prawie wykluczone, aby komentarz z 28.12. wyszedł spod pióra Wartburga, opierając się na tym co Wartburg napisał przez kolejne pół wieku?
Wypowiadanie takich opinii tak autorytatywnym tonem - bez jakichkolwiek po temu dowodów - wydaje mi się dziecinadą. Wyłączyłem z bibliografii Józefa Mackiewicza rozliczne teksty podpisane JM, ale za każdym razem miałem po temu żelazne argumenty Pan wypowiedział swoją zdecydowaną i jednoznaczną opinię "znając jego twórczość całkiem dobrze, choć nie przeczytawszy wszystkiego, w tym także zbioru "Nudis verbis". " - Ja wymiękam. Czyli WYKLUCZYŁ Pan autortwo, NIE PRZECZYTAWSZY???
Michał Bąkowski
02.01.2009 – 20:37

Święta Bożego Narodzenia we wspomnieniu babci. Miejsce: Szarbsko.

Notka opublikowana w "salonie24", 23 grudnia 2008 roku.


"Święta to była wielka uroczystość, bo przecież dzieci przyjeżdżały na Boże Narodzenie z miasta. Kazia była w mieście, Stefan był w mieście, ja byłam w mieście. Wszyscyśmy zjeżdżali. Kolację jadło się przy tej dużej ławie, bośmy się przy stole nie mieścili. Przy stole mogło usiąść sześć osób najwyżej, a nas przecież było trochę więcej. Szeroką ławę, przy której spożywaliśmy wieczerzę mama nakrywała ładnym obrusem lnianym. Obrusy haftowała Hela od Krzysztofików, która mieszkała u nas długi czas.

Na ołtarzyku leżało sianko nakryte obrusem, nieduży bochenek chleba, który wypiekała mama i opłatek. Opłatki roznosił organista. Zawsze trzeba było go obdarować jakimiś produktami.

Choinka była wieszana u sufitu na deskach, za czubek na haku u belki. Była obciążana trojakiem, albo drewnianym wiadrem. Mieliśmy ładną choinkę. Ojca brat - Władek wżenił się w rodzinę, w której brat mojej stryjenki – Zenek Kardynia pracował w hucie szkła Hortensja w Piotrkowie Trybunalskim. Tam wyrabiano zabawki na choinkę, spirale, lody, różne zabawki, a resztę kupowało się, np. główki aniołków. Stryj przywoził te zabawki, a że wtedy nie było elektryczności, to na choince paliły się świeczki.

My staliśmy na dworze i patrzyliśmy, czy jest pierwsza gwiazdka i z krzykiem do domu wpadaliśmy. Pamiętam, jednego razu byłam razem z moją siostrą Florką. Pierwsza gwiazdka zaświeciła, a tu Stefana nie było jeszcze. - O Jezu, nie przyjedzie, bo śniegi takie wielkie. Przyszedł. Zdążył.

Przed wieczerzą była kolęda. Całowanie. Było to naprawdę wzruszające.

Potrawy były następujące: pierogi z kapustą i grzybami, (dzień wcześniej mama je gotowała, a opiekała w wigilię), ryż zalewany kompotem z suszonych owoców (Ojciec kupował ryż wymieniając na kaszę jaglaną albo na fasolkę. U nas pszenica się nie rodziła, rodziły się różne fasole. Drobną perłówkę wymieniali na ryż. Kaszę jaglaną - u nas ładne prosa były - wymieniał ojciec na pszenicę. Mąka nie była tak biała, jak teraz na bułki, raczej kremowa.), kasza gryczana z olejem lnianym, kasza jaglana gotowana i jęczmienna gotowana.

Grudzień to była ostra zima. Chłopcy szli nad Pilicę, wyrębywali przeręble siekierą, głuszyli ryby uderzaniem w lód, przynosili kosz ryb do domu. Szczupaki, płocie, lipce i inne. Mama nie chciała obierać okoni, bo dużo ości, więc jakoś wodą parzyła.

Na wsi był zwyczaj, że kisili kapustę białą szatkowaną, kapusta czerwona była kiszona w całości. Głąb był nacinany, kiszona była w słonej wodzie, bo sama nie puszczała soku. Sok był piękny, czerwony. Gdy już mocno ukisła, to się ją wyjmowało, kroiło i do obiadu podawało. Mama gotowała ten sok, dodawała listka, pieprzu i ryby były gotowane na tym soku. To było bardzo dobre. Z pierogami, lub rybami smażonymi na oleju się to jadło. No i śledzie. To była rozkosz. Mama kupowała śledzie bardzo przesolone, sztywne były od tej soli. Moczyło się je w wodzie. Mama ucierała mlecze, osobno gotowała albo raczej parzyła cebulę drobno, trochę octu dodawała, przypraw. Śledzie kroiła w dzwony i zalewała. To było jak śmietaną zalane, bo tego mlecza było dosyć dużo. Jakie to było dobre! Śledzie podawano do pyrów okraszonych olejem.

Później na deser były pieczone bułki z serem. Sery wyciskane robiło się jesienią. Później kładło się do pieca na tarninę i tam się suszyło. Jak się zimą chciało pierogów z serem, to się go ucierało na tarce. Dużo było ciasta drożdżowego, dużo z twarogiem, nie było jakichś wymyślnych. Mama też piekła pierniki. Gotowała maślankę z cukrem tak długo, aż się brązowa zrobiła i tym zarabiała kruche ciastka, które później wyżynała na choinkę.

W wieczór wigilijny ojciec brał też opłatek kolorowy: różowy albo zielony i szedł do obory, do stajni, bo trzeba było dać opłatek koniom, krowom, owcom. Ja byłam ciekawa, jak zwierzęta rozmawiają z ojcem. Mieliśmy dwie krowy - wiśniową i smolichę. Pytałam: - Co mówiła wiśniowa? - Żebyś ty ją mniej po tyłku lała. - A smolicha? - A żebyś jej pozwoliła więcej biegać.

Później to już było wylegiwanie się, radocha.

Na pasterkę chodziło się do Dąbrówki. Chodziła mama i dorośli. Dzieci nie chodziły.

Przychodzili też kolędnicy poprzebierani z gwiazdą. Dziewuchy piszczały. Do popielca aż chodzili. Śpiewali kolędy. Niedźwiedź, Cygan, Herod. Misia robili ze słomy.


W czasie świąt zbierali się ludzie, śpiewali kolędy. Przede wszystkim było radośnie."

Spisane ze wspomnień Wandy Paczkowskiej z Krupów (1920-2008)

Ze wspomnień babci: Dom rodzinny. Miejsce: Szarbsko. Czas: dwudziestolecie międzywojenne.

Notka opublikowana w "salonie24", 16 grudnia 2008 roku.


W tym roku odeszła moja babcia. Miała niezrównany talent gawędziarski i świetną pamięć. Potrafiła godzinami opowiadać. Starałem się to wykorzystać, aby jak najwięcej dowiedzieć się o przeszłości - faktach, zwyczajach, zdarzeniach. Po naszych rozmowach pozostało kilka godzin nagrań. Pisząc poniższą notkę starałem się wygładzać stylistykę rozmowy, tylko po to, aby dopasować jej formę do ram tekstu pisanego. Aby jednak wprowadzić czytelnika w czas i miejsce, wstęp zaczerpnę z książki brata babci.

„Powiat konecki z powiatem piotrkowskim miał wspólną granicę, którą stanowiła Pilica. Na wschodnim brzegu usadowiła się nad strumyczkiem, zwanym Strugą, moja wieś rodzinna, Szarbsko. Tuż na skraju lasu, na piaszczystych gruntach, niewiele więcej niż 200 metrów od brzegu Pilicy, znajdowały się pierwsze domostwa wsi. Na obu jej stronach nad strumykiem stały dwa młyny. Od zachodniej strony osady, najbliżej rzeki, widać było ładny murowany szlachecki dworek. Układ wsi, jej położenie i otaczająca przyroda podnosiły urok tego nadpilickiego zakątka. Kto tu znalazł się pierwszy raz, orzekał: jest biednie, ale ładnie.

Było tu biednie, to prawda; ziemie słabe i o wiele ich za mało, aby zaspokoić minimalne potrzeby wielu rodzin. Na ponad czterdzieści gospodarstw nie było więcej niż dziesięć, które miały osiemnaście i więcej mórg gruntu, pozostałe to sześcio- i dwunastomorgowe. Dziś trudno zrozumieć, jak kobieta pracująca w gospodarstwie i w tak ciężkich warunkach mogła podołać wychowaniu sześciorga, a często więcej dzieci. Ja urodziłem się w 1909 roku jako pierwsze dziecko w rodzinie. Moi rodzice mieli sześć mórg gruntu i ośmioro dzieci.
Już w końcu dziewiętnastego wieku przeludnienie wsi było mocno odczuwane. Carskie władze pod naciskiem obdzieliły dodatkowo chłopów ziemią. To wpłynęło na ożywienie wsi, a także miasta, w którym rozwijał się handel, rzemiosło. Najbliższe w okolicy miasto gubernialne – Piotrków – potrzebowało rąk do pracy. W mojej wsi, mając możność zmniejszenia ilości gąb do jedzenia, oddawano młodych chłopców do miasta na praktykę w rzemiośle. Szczególnie dużo tych młodych ludzi poszło do zawodu szewskiego. Było też w okolicy kilku nauczycieli i księży pochodzenia chłopskiego, którzy zdobyli wówczas wykształcenie. Kobiety prawie nie brały udziału w migracji.
W rodzinie mojego ojca było również za dużo ludzi w stosunku do posiadanej ziemi. W krótkim też czasie czterech braci ojca poszło wraz z innymi szukać chleba w Piotrkowie.[...]”

Stefan Krupa (1909-1983) „A jednak tak było”, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 1981.

***
„Nasz dom był duży i bardzo stary. Wchodziło się do przestronnej sieni, ale nie na wylot domu. Po prawej stronie było pomieszczenie na spożywcze rzeczy. Na wprost był komin. W sieni była też półka na buty. Dom składał się z dwóch mieszkań. Z lewej strony wchodziło się do dużej chałupy. Tak się dawniej mówiło: mała chałupa i duża chałupa. Obie miały komorę. Mała chałupa i sień miały podłogę na glinie.

W dużym mieszkaniu okna wychodziły na wschód i na południe. Chałupę dużą bieliło się dwa razy do roku wapnem lasowanym. W promieniu 9 kilometrów w kierunku na Sulejów były wapienniki. Przed bieleniem wszystkie sprzęty domowe wynosiło się z domu pod dyktando mamy. Również wszystkie sienniki były wymieniane.
W dużej chałupie nie było szaf, za dużo miejsca zajmowałyby. Więc komora biegła wzdłuż, przez całą długość mieszkania. Były tam powbijane haki i wieszaki drewniane. Jedna strona była męska, druga damska.

Zaraz za wejściem do dużego mieszkania, po prawej stronie stał piec – kuchnia do gotowania. Nie była to kuchnia zamykana, miała popielnik, jak kominek. Nad kuchnią (płytą) było wejście do pieca chlebowego. Piec chlebowy był bardzo duży. Mama piekła w nim 6 bochenków 3-4 kilowego chleba. Piec ten kończył się w komorze. Był tam pod sufitem wywietrznik z siatką drucianą. Jak trzeba było, to się ją wysuwało. Na piecu leżał worek grzybów i to wszystko, co mogłoby zapleśnieć. Koło kuchni stał piec z kamienia ciosanego. Cały czas był gorący. Gdy się gotowało jedzenie, płomień przechodził przez ten piec i dopiero z tego pieca było wejście do komina. Naokoło pieca była jeszcze ławka, aby można było usiąść i plecy sobie grzać. Mniejsze dzieci lubiły na tej ławie spać. Był też mały stół do jedzenia. A dalej stały trzy łóżka. Obok stała też duża ława, codziennie służąca do maglowania bielizny, kładło tam się poduszki, pościel. Drugi stół to był stół-ołtarzyk. Ładnym obrusem był nakryty, stała na nim figurka krzyża, ładna, drewniana, stolarz znajomy go wykonał. Obok stały obrazki Matki Boskiej. Na tym krzyżu zawsze różaniec mamy wisiał, koło niego leżała książeczka do nabożeństwa. Rodzice umieli czytać. Ojciec i mama uczyli się czytać po rusku w szkole, a po polsku, dla bardziej pojętnych chłopskich dzieci, dziedzic sam zorganizował naukę.

Za wejściem do dużej chałupy, z lewej strony stała szafa na talerze, zamykana bez prześwitu u dołu. Tam chleb się tylko kładło (te sześć bochenków). Szafa była dwuczęściowa. Wyżej kładło się talerze, była tam też skrzynka, gdzie leżały żeleźnioki (garnki, miseczki).

Od północy leżało małe mieszkanie, w którym okna wychodziły na zachód i na północ. Mała chałupka miała komorę spożywczą. Fasola, kasza, mąka. Stały też w niej łóżka, gdyż w dużym mieszkaniu wszyscy byśmy się nie pomieścili. W małej chałupie na łóżkach nie było sienników, bo mama mówiła, że przez sienniki wieje z boku. Łóżka wykładało się słomą, bardzo grubo. Derki, nakrycia, wszystko było własnej roboty.

Jadło się na miseczkach. W domu były dzieci, więc nie nadążyłoby się kupować talerzy. Każdy miał swoją miseczkę. Na zupę oraz na drugie danie. Pamiętam, że jak byłam mała, to jeździł szmaciarz i sprzedawał opoczyńskie talerze. Łatwo się tłukły, nie nadążano ich kupować. A miseczki były w środku wylewane białą polewą, ładne. Jadło się zwykle siedząc na taborecikach, stołeczkach przy niedużym stole. Gdy zjeżdżała się liczna rodzina z miasta, mama nakrywała dużą ławę i stawiała donicę, w której podawała najczęściej pierogi, do pierogów był kapuśniak z grzybami albo krupnik.”

Ze wspomnień Wandy Paczkowskiej z Krupów (1920-2008), nagranych 5.03.2007 roku.
Cdn.

Do Bottrop na wariata!

Notka opublikowana w "salonie24", 27 sierpnia 2008 roku.


Postanowiłem odwiedzić Bottrop, miejsce urodzenia mego dziadka, miejsce ślubu pradziadków, dla kronikarza historii rodzinnych miejsce ważne. Od marca nie miałem żadnych odpowiedzi z dwóch parafii, leżących w pobliżu Prosperstrasse, do których wysłałem zapytanie o poszukiwane akta metrykalne. Pobyt w Gorzowie wydaje się idealną okazją do zrealizowania planów podróżniczych, bo jeśli nie teraz, to kiedy?

Do samochodu wsiadłem w ubiegły czwartek (szczęśliwy dzień, jak się później okazało) o 5 rano. Około godzinny dojazd do dawnego przejścia granicznego w Świecku. Jak dziwnie wygląda opuszczony terminal. Wjazd na autostradę. Prawdziwa przyjemność dla kierowcy. Teren dość płaski, zalesiony. Mijam Berlin, Magdeburg. Autostrada prawie pusta. Monotonna jazda wywołuje senny nastrój. Walczę z ziewaniem. Trasę tę przemierzałem już tyle razy jako pasażer, a liczne elektrownie wiatrowe wciąż robią wrażenie. Za Magdeburgiem teren przybiera formę pofałdowaną. Jest ciekawiej, ale i na samej autostradzie robi się tłoczno. Tu już trzeba uważać. Senność mija. W radio leci „Calling America” Electric Light Orchestra. Noga sama przyciska pedał gazu. Mijam Hanower i Dortmund. (Ileż tu robót drogowych spowalniających jazdę!) O 11.00 jestem w Bottrop. 670 km ciągłej jazdy.

Zatrzymuję się przy pierwszej napotkanej stacji benzynowej. Trzeba się trochę odświeżyć i przede wszystkim zaopatrzyć w plan miasta. Okazuje się, że do Prosperstrasse, głównego celu mej podróży jest już niedaleko - przysłowiowy rzut beretem. Najbliżej do parafii p.w. Jezusa Chrystusa (Kirchengemeinde St. Jesu).




Zdjęcie nr 1: kościół p.w. Jezusa Chrystusa

Podchodzę do świątyni, znajduję drzwi do biura parafialnego. Zamknięte. Godziny otwarcia - późnym popołudniem. Mimo to naciskam guzik dzwonka. Otwiera ksiądz.

- Guten Tag. Do you speak english? (Mój niemiecki nie nadaje się do swobodnej rozmowy.)
- A little bit.

Tak na marginesie zwrotem tym zaczynałem rozmowę we wszystkich odwiedzonych parafiach. Wszędzie spotkałem się z podobną odpowiedzią i bardzo uprzejmą obsługą. Wracając do głównego wątku, wyłuszczyłem sprawę. Ksiądz zakłopotany zostawił mnie w sieni i poszedł gdzieś zatelefonować. Wrócił mówiąc, że sekretarki nie ma, on nie zna się dobrze na księgach, ale postara się pomóc. Wyciągnął z szafy księgę urodzeń, obejmującą rok 1916 i szybko odnalazł metrykę chrztu mego dziadka Feliksa. Ileż tam innych polskich nazwisk.

- Wie Pan, ja za pięć minut mam spotkanie.
- A czy miałby ksiądz możliwość zerknąć jeszcze w księgę ślubów, aby odnaleźć akt ślubu mych pradziadków?

Niestety we wskazanym przeze mnie roku aktu ślubu pradziadków nie znaleźliśmy, a dysponowałem dokładną datą, dzięki wcześniej odnalezionej metryce ślubu w Standesamt w Bottrop. Szczęśliwy, że tak łatwo (przy tak dużej dozie szczęścia) poszło, pożegnałem się i ruszyłem w kierunku drugiej parafii.

Parafia p.w. św. Michała (Kirchengemeinde St. Michael) leży nieco w dół Prosperstrasse przy Glückaufstrasse 5A.




Zdjęcie nr 2: Widok na kościół p.w. św. Michała. Na pierwszym planie przedszkole.




Zdjęcie nr 3: Wózek górniczy. Widok często spotykany na ulicach Bottrop.

Drzwi otwiera ksiądz Erwin Izifovici. Proponuje przejście na polski. Pamięta mój list z marca, jednak jak mówi, wszystkie księgi z parafii św. Michała znajdują się w biurze nieodległej parafii św. Józefa (Kirchengemeinde St. Josef). Jadę więc tam. Biuro nieczynne. Otwarte było między 10.00 a 12.00. Ja docieram tam o 13.00. Okazuje się jednak, że w czwartki jest otwarte również od 14.00. Mam więc godzinę. Jadę z powrotem w kierunku Prosperstrasse.




Zdjęcie nr 4: Prosperstrasse.

Prababcia Józefa z Uzarków mieszkała pod numerem 202. Numeracja jednak albo się zmieniła od 1914 roku, albo stoją tam już zupełnie nowe budynki. Pod numerem 202 znajduje się przedszkole parafii św. Michała. Sama Prosperstrasse zabudowana niskimi budynkami, wiele tu drzew. Budynku pod numerem 257, gdzie przed ślubem mieszkał Józef Paczkowski w ogóle nie znajduję. W miejscu tym rozciągają się bowiem zrekultywowane tereny dawnej kopalni. Jest zielono. Wzgórza wyglądające bardzo nienaturalnie (wielkie hałdy ziemi). Porośnięte roślinnością stanowią dziś miejsce rekreacji i wypoczynku dla mieszkańców Bottrop.




Zdjęcie nr 5: Tereny dawnej kopalni.

Dopiero teraz czuję, jak jestem głodny. Wchodzę do pierwszego napotkanego baru i zamawiam pół kurczaka z rożna z frytkami.

O 14.00 wchodzę do biura parafii św. Józefa. Pani obsługująca kancelarię informuje mnie, że parafia istnieje od 1919 roku (Ślub pradziadków miał miejsce w 1914 roku), a z parafii św. Michała jest tylko księga urodzeń. Cóż mi zostało? Jadę w kierunku ścisłego centrum miasta do najstarszej parafii w mieście. Kirchengemeinde St. Cyriakus istnieje w Bottrop od 1150 roku. Drzwi otwiera mi ksiądz, który po wysłuchaniu z czym przychodzę umawia się ze mną na 16.15. Mam znów ponad godzinę, idę więc w kierunku rynku. Tu znów dominuje niska zabudowa, jednak chyba w większości powojenna. Miasteczko spokojne, średnio atrakcyjne. Kupuję w księgarni album z fotografiami „Bottrop gestern und heute“ i siadam przy stoliku kawiarni, aby wypić kawę.




Zdjęcie nr 6: Polski akcent w centrum Bottrop.

Wracam do biura parafii, wchodzimy wraz z panią obsługującą kancelarię do klimatyzowanych pomieszczeń piwnicy, jednak w księdze ślubów nie znajduję aktu ślubu pradziadków. Być może ślub miał miejsce w parafii p.w Jezusa Chrystusa, później niż w 1914 roku, którego karty przeszukałem? Najbardziej prawdopodobne jednak, że miał miejsce w parafii p.w. św. Michała, która istnieje od 1913 roku. Gdzie jednak szukać jej ksiąg metrykalnych? Z tym pytaniem w głowie wsiadam do samochodu. Opuszczam Bottrop. Kilkugodzinna jazda autostradą. O północy jestem w Gorzowie.

środa, 21 stycznia 2009

"Droga pod ściankę"* pilnie poszukiwana

Notka opublikowana w "salonie24", 25 lipca 2008 roku.


Książka, którą ostatnio czytałem, zawiera teksty autobiograficzne, publicystyczne, wywiady, odpowiedzi na ankiety i wiele innych, które zebrane w jeden zbiór dają nam jako taki obraz jednego z najoryginalniejszych pisarzy polskich XX wieku. Bo czyż nie jest oryginałem człowiek posługujący się do 36 roku życia prawie wyłącznie językiem rosyjskim, który w więzieniu uczy się języka polskiego czytając teksty w Wiadomościach Literackich, który równolegle pisze w nowo wyuczonym języku powieść – bestseller, otwierającą mu drogę do wolności? Dla miłośników „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy” czy „Bogom nocy równi” pozycja obowiązkowa.

Szczególną uwagę zwróciłem na wywiady z pisarzem, przeprowadzone po opuszczeniu więzienia na Świętym Krzyżu w 1937 roku. Szokują, w sensie pozytywnym - opisem człowieka, zachłystującego się wolnością, planującego przyszłe życie, którego 11 lat beznadziejnej codzienności nie pozbawiło nadziei.

Ciekawy jest artykuł wspominkowy o Stanisławie Ignacym Witkiewiczu, którego pisarz zdążył jeszcze poznać po wyjściu z więzienia, przed wojną, a nawet zawrzeć z nim bliższą znajomość. W książce zresztą znajduje się czarno-biała reprodukcja niezłego portretu Piaseckiego, autorstwa Witkacego.

Jest też coś dla zainteresowanych twórczością i życiem Józefa Mackiewicza, a konkretnie „Oświadczenie” z dnia 24 czerwca 1946 roku, dotyczące wyroku kary śmierci na Mackiewicza i kulisów nie wykonania tego wyroku przez Sergiusza Piaseckiego.

Dla tych zaś, którzy cenią „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy”, przedmowa od autora do jej nowego wydania, informująca o tym, jak bardzo książka ta została okaleczona przy pierwszym wydaniu.

Prawdziwym rarytasem zaś jest bez wątpienia „Ankieta „Wiadomości” Jak się uczyli współcześni pisarze polscy? (1949)”. Ankieta zawiera między innymi wyjaśnienia dotyczące dzieciństwa Sergiusza Piaseckiego, a więc okresu, który go w stopniu najmocniejszym ukształtował. Czy nie znamienne są następujące słowa?

„[...] Wielką rolę w mym dzieciństwie odgrywały marzenia. Dla mnie były one szczególnie ważne i potrzebne. Pisać o nich obszerniej nie będę, bo zajmie to dużo miejsca. Marzenia były dla mnie ucieczką od rzeczywistości. Tu trzeba wyjaśnić, że w domu było mi bardzo źle. To „źle” polegało na tym, że byłem jedynakiem i że nie miałem legalnej matki. Kobieta zaś, którą szczerze uważałem za swą matkę (kochanka ojca), poważnie i podstępnie mnie maltretowała. Ja się nie skarżyłem. Ojciec, zajęty zawsze, nie dostrzegał tego i nie rozumiał. Więc stale musiałem być czujny w walce (beznadziejnej) z „własną matką”. Przyczyny jej nienawiści do mnie zrozumiałem, gdy dorosłem. Chodziło jej o wyparcie mnie z serca ojca, jako dziecka innej kobiety. Nawet byłem przeszkodą do jej poślubienia przez ojca... Nie mogę w tym skrócie opisać chwytów – naprawdę podłych – jakich używała przeciw mnie... Była bardzo piękna, była pobożną katoliczką, lecz mogła przez wiele lat bezkarnie pastwić się nad całkowicie od niej zależnym dzieciakiem. Dlatego pomimo dobrobytu w domu, wiedziałem, co to jest głód, krzywda, podstęp, prześladowania, kłamstwa... Dlatego marzenia były mi ucieczką, a wierzchołek lipy lub strych domu bliższe niż „ognisko domowe”, w którym musiałem zawsze być czujny i śledzić wroga-matkę nie tylko oczami, lecz każdym nerwem. Dało mi to zdolność wyczuwania aury sadyzmu nawet w powietrzu, zrobiło mnie sprzymierzeńcem prześladowanych i wyładowało nienawiścią do wszelkiej tyranii i obłudy ... jakże wspaniale czasem zamaskowanych w bardzo nawet szanowanych ludziach.[...]”

W tym samym tekście, na początku, Piasecki pisze:

„[...]Było to przy końcu jedenastego roku mego pobytu w murach więziennych. Przypuszczałem, że nie wyjdę z więzienia i chciałem zostawić trochę szczegółów o mym dzieciństwie i latach szkolnych. Mimo wycieńczenia i okropnych warunków, zabrałem się do pracy, która jest istotną i pełną odpowiedzią na pytania niniejszej ankiety. Świadczy to, że i wówczas uważałem pytania ankiety za ważne. Napisałem duży tom, opracowany literacko, pt. „Droga pod mur”. Gdy odzyskałem wolność, postanowiłem nie drukować tego przez wiele lat. Następnie, przed ucieczką z Polski w r. 1946, brulion tamten dobrze ukryłem. Może ocaleje.[...]”

Wspomniany brulion nie ujrzał światła dziennego do dzisiaj. A mógłby być cenną pozycją dorobku pisarskiego Sergiusza Piaseckiego. Oprócz szczegółów dotyczących dzieciństwa mogło się tam znaleźć wiele opisów Mińska Litewskiego sprzed rewolucji październikowej, gdzie autor spędził młode lata. Według informacji Ryszarda Demla, biografa pisarza, tekst miał zostać oddany na przechowanie Hannie Krzyszkowskiej. Ciekaw jestem, czy jeszcze kiedyś się odnajdzie.

*) "Droga pod ściankę" to inny tytuł "Drogi pod mur", wzmiankowany w niektórych wypowiedziach Sergiusza Piaseckiego.
Sergiusz Piasecki „Autodenuncjacja. Teksty autobiograficzne, wywiady, wspomnienia, publicystyka”, Wydawnictwo LTW, Warszawa 2002.

Skąd przychodzimy?

Notka opublikowana w "salonie24", 15 lipca 2008 roku.


Pytanie w tytule notki traktuję dosłownie. Interesuje mnie bowiem, skąd w sensie terytorialnym pochodzą moi przodkowie. Po II wojnie światowej, dzięki różnym zbiegom okoliczności, cała czwórka moich dziadków i babć trafiła na tzw. ziemie odzyskane. Czy ich przodkowie też migrowali na tak szeroką skalę? Po kilku latach dociekań genealogicznych, wydaje mi się, że nie, aczkolwiek nadal znajduję się, można tak powiedzieć, na początku badań. W przypadku niektórych linii będę miał poważne trudności z jakimikolwiek ustaleniami, jeśli w ogóle będzie to możliwe.

O ile bowiem, biorąc pod uwagę obszar mych zainteresowań, spodziewam się uzyskać sporo informacji wśród akt poznańskich (Krzyżowniki), ostrzeszowskich (Siedlików koło Ostrzeszowa), tarnobrzeskich (parafia Miechocin), czy też na piotrkowszczyźnie (parafia Skórkowice), o tyle niewiadomy pozostaje kierunek piński. Tu wszystkie informacje, które mogłem zgromadzić, korzystając z dostępnych mi źródeł (Pozostali jeszcze bardzo dalecy krewni, o których istnieniu wiem, ale do dzisiaj do nich nie dotarłem.) już posiadam. Pozostają niekompletne księgi metrykalne parafii prawosławnych złożone w Archiwum Państwowym w Mińsku. Dostęp do tych ksiąg, jak wskazują doświadczenia innych znajomych genealogów jest niestety mocno utrudniony i obarczony wysokimi kosztami. Trzeba pewnie poczekać na zmiany polityczne u naszego wschodniego sąsiada, które spowodują liberalizację dostępu do archiwów, w sposób, w jaki dokonało się to w Polsce.

Dużo większy problem mam z parafią Bardo na kielecczyźnie. Księgi metrykalne tej parafii spłonęły najprawdopodobniej podczas bombardowania w czasie II wojny światowej. Świętokrzyskie Towarzystwo Genealogiczne wskazuje, że nie natrafiono dotychczas na jakikolwiek ślad po aktach. A szkoda, bo historia tej linii rodzinnej jest bardzo ciekawa i frapująca. Zastanawia mnie, co sprawiło, że praktycznie wszyscy członkowie rodziny mego pradziadka (matka i rodzeństwo) znaleźli się w dwudziestoleciu międzywojennym w rejonie Sarn na Wołyniu. Czy byli osadnikami wojskowymi? Pytań mógłbym mnożyć wiele. Pradziadek „ulotnił” się w czasie zawieruchy wojennej. Podobno jeden z jego nieżyjących już synów widział go w latach 50-ych na stacji kolejowej gdzieś na Dolnym Śląsku. Podobno pradziadek założył tam nową rodzinę. Niestety dziś już nie ma kogo o to zapytać.

Wrócę jeszcze do tematu migracji przodków. Ostatnio, badając akta metrykalne parafii Skórkowice na piotrkowszczyźnie z lat 1847-1862 znalazłem akt zawarcia małżeństwa mych prapradziadków, Stanisława Krzysztofika i Katarzyny Dzidkowskiej. Stanisław zmarł w roku 1887 w Zygmuntowie nad Pilicą. W murowanym domu Pawła Krzysztofika, syna Stanisława, 28 listopada 1944 roku podczas pacyfikacji wsi przez Niemców spłonęło żywcem wiele osób. Ogółem podczas pacyfikacji Zygmuntowa zginęło około 30-40 mieszkańców wsi i okolicznych miejscowości (za: opoczno.republika.pl). Z wymienionego wyżej aktu małżeństwa wynika, że Stanisław urodził się w Zachorzowie. Jest to nadal miejscowość leżąca na ziemi opoczyńskiej, jednak w znacznym oddaleniu, jak na tamte czasy, od Zygmuntowa, gdzie spędził większość swego życia i od Szarbska, skąd pochodziła jego żona. Wpisuję więc w wyszukiwarkę hasło: Krzysztofik Zachorzów i znajduję bardzo ciekawą informację na stronie Portalu Turystyczno-Krajoznawczego województwa łódzkiego:

„Na terenie wsi Zachorzów wznosi się zabytkowy, modrzewiowy kościół pw. św. Michała wzniesiony w 1785 r. z fundacji rodziny Domaniewskich. Ściany świątyni szalowane są deskami a dach jest kryty gontem.

Obok świątyni stoi drewniana dzwonnica z XIX wieku, a także murowana kapliczka św. Jana Nepomucena z końca XIX w.

Obok kościoła znajduje się niewielki pomnik błogosławionego ojca Henryka Krzysztofika zamordowanego przez hitlerowców w dniu 4 sierpnia 1942 r. w Dachau. Beatyfikacji ojca Krzysztofika dokonał papież Jan Paweł II podczas pielgrzymki do Polski w 1999 r.”

Ciekawe, czy korzenie błogosławionego ojca Henryka Krzysztofika prowadzą do Bonifacego i Małgorzaty Krzysztofików, rodziców Stanisława.

P.S. Gdyby osoby, pochodzące z Zachorzowa, związane w jakiś sposób z rodzinami o nazwisku Krzysztofik czytały tę notkę, proszę o kontakt.

Jeszcze raz Józef Mackiewicz, tym razem o sprawie białoruskiej

Notka opublikowana w "salonie24", 6 kwietnia 2008 roku.


"[...]Widziałem Wilno jako Piemont nowych, żywotnych sił współpracy polsko-litewsko-białoruskiej, ba, może ukraińskiej. Przypuszczałem, że do tej prastarej stolicy, rywalki Moskwy na wschodzie, zbiegną się emigranci z Białorusi, Ukrainy, Wołynia. Napłyną Rosjanie, aktywni jeszcze w walce antybolszewickiej. Może właśnie z Wilna nastąpi odrodzenie Europy Wschodniej. Jeżeli prawdą jest, że [czasami] „historia się powtarza”, czyżby w tej koniunkturze nie mogła się powtórzyć wielka, historyczna misja Wilna na wschodzie Europy?
W pozyskanie Białorusinów do antybolszewickiej wspólnej akcji, nie wątpiłem. I znów tak samo, jak w stosunku do Litwinów, obawiałem się raczej zrażających ekscesów ze strony polskiej, ściślej ze strony ciasnych, krótkowzrocznych sfer, podobnych do tych, które na rok jeszcze przed inwazją bolszewicką, nie budowały, a paliły cerkwie nad granicą, które w ustawie o ruchu granicznym i prawie nabywania ziemi uczyniły wszystko, aby zrazić do siebie ludność. Gdybym takich Kostków Biernackich i podobną kompanię nie uważał po prostu za bandę bardzo głupich sadystów, to mógłbym przypuszczać, że była to klika sowieckich prowokatorów, których zadaniem przygotować grunt dla godnego przyjęcia armii czerwonej w r. 1939![...]”

„[...]W Wilnie za czasów polskich grupował się znaczny ruch białoruski, reprezentowany przez tych, którzy z bolszewikami pracować nie chcieli i marzyli o odzyskaniu niezależnej, narodowej Białorusi. Podczas inwazji bolszewickiej we wrześniu 39 rozbiegli się naturalnie ci działacze, pochowali, uciekli razem z nami na Litwę. Moment ten uważam za charakterystyczny, podkreśla bowiem plastycznie naszą wspólną rolę wobec wspólnego wroga.

Znany literat, dramaturg i aktor białoruski, Franciszek Olechnowicz, który swojego czasu wyjechał był do Mińska i tam aresztowany, siedem lat odsiedział na Sołowkach, a później drogą wymiany powrócił do kraju – uciekał oczywiście pierwszy. Ten mógł się słusznie obawiać, napisał bowiem książkę pt. „Siedem lat w szponach GPU”, przetłumaczoną zresztą na liczne języki. - Na granicy litewskiej oberwał sobie rondo kapelusza, aby w ciemności wyglądał jak hełm żołnierza polskiego i aby go straż litewska przepuściła, która nie puszczała pierwotnie ludności cywilnej. W Kownie wyrobiłem mu paszport polski w poselstwie, bo takowego nie posiadał, a chciał uciekać dalej i korzystać z zapomóg rządu polskiego. Wszystko to wydawało mi się normalne i godziwe, bo oczywiście wspólnota interesów wydawała mi się równie normalną.[...]”

„Był to pogodny dzień roku 1940. Tłusty kurz miejski unosił się w powietrzu. Słońce skłaniało się powoli i wieże św. Jakuba na Placu Łukiskim rzucały normalnie długie cienie. Przed gmachem NKWD bezmyślnie krążył wartownik. Ulica, która od czasów carskich, poprzez imię Św. Jerzego, Adama Mickiewicza, Giedymina, doszła dziś do nazwy prospektu Lenina, leżała pusta. Pamiętam dobrze, bo się zatrzymałem bodaj po jej środku, patrząc jak wszystkie okna przeciwległych na placu kamienic jarzą się w słońcu, jakby od wewnątrz rozświetlone. Musiałem kiedyś coś przeżyć z takim widokiem w oczach, bo ilekroć widzę takie okna, zawsze się zatrzymuję, a wspomnienia biegną mi przez głowę. Biegną, jak zawrotna taśma filmowa, której nie mogę złapać, zatrzymać, ani uświadomić sobie jej przeżyć i uczuć. - Nad miastem, wraz z kurzem, wisiała nuda.

I oto w tym momencie, z tej nudy i tego kurzu wyłoniła się ku mnie twarz żebraka, a zatem i cała jego postać w sznurkami wiązanych trzewikach, w podartym ubraniu. Brodę miał dawno nie goloną, na nosie okulary. Koszula bez kołnierzyka, brudna i rozchełstana na piersi. Na plecach worek, w ręku kij. To był Franciszek Olechnowicz, literat i dramaturg białoruski, autor książki przetłumaczonej nawet na hiszpański i portugalski. Trochę się niemile zdziwił, że go tak od razu poznałem, sądził widocznie, że się lepiej ucharakteryzował.
Czasy były bolszewickie. Stałem przed nim w całej swej okazałości robotnika leśnego. Zacząłem bowiem pracę jako drwal. Poszliśmy razem w jednym kierunku. Powiedziałem mu, że Szkielonek, który w ostatniej chwili widział się jeszcze z Bortkiewiczem, dał mi coś w rodzaju hasła na granicy niemieckiej. Należy się powołać na niejakiego majora, zdaje się von Mende?

- Tak, tak – przytwierdził Olechnowicz. - Czy próbował pan dostać się do pastora Loppe?
- Nie.

Poradził mi zatem, ażebym w sklepie naczyń dawnej firmy Senewalda odszukał subiekta, nazwisko którego zapomniałem. Ten jest agentem „Kulturverbandu” i może coś ułatwić, gdybym chciał uciekać do Niemiec albo do Warszawy.

Podziękowałem mu serdecznie i poszedłem od razu do tego sklepu. Ale subiekt Senewalda przyjął mnie podejrzliwie, szorstko i opryskliwie. Wziął mnie zapewne za agenta NKWD. Gdy wychodziłem, skoczył do okna i gwałtownie odsunął firanki. Wracałem przygnębiony.[...]”

„Był to pogodny dzień grudniowy roku 1941. Plac Katedralny w Wilnie leżał w głębokim śniegu. Przed kościołem, frajter niemiecki lepił ze śniegu i lodu rzeźbę. Przyglądała się temu grupka przechodniów. Kilku Żydów, z żółtymi gwiazdami na piersiach i plecach, podawało mu wiadra wody rękami, które były sine i drżały.

Mróz był silny, starałem się iść prędko, podniósłszy kołnierz na uszy. Nad byłym gmachem wojewódzkim powiewał sztandar ze swastyką. I oto właśnie obok tablicy kierunkowej z nadpisem „Nach Minsk” spotkałem pana w bogatym futrze i takiejż czapce. Był to Franciszek Olechnowicz. Przywitał mnie grzecznie. Powraca z Białorusi, gdzie bawił kilka tygodni. Opowiadał, jak tam jest. Wszystko dobrze, wszystko dobrze, urzędy funkcjonują w języku białoruskim...

-Tylko Polacy... tak, oni tam, w Oszmianie i Smorgoniach, powiadają, że nie będą się uczyć tego „chamskiego języka”... He, he, he, ale będą musieli, będą musieli ... tak, tak – zakończył sentencjonalnie, ściskając mi dłoń.
Po kilku miesiącach Niemcy usunęli definitywnie zarząd białoruski z Oszmiany i oddali go Litwinom, bo im tak było wygodniej...”

Cytuję raz jeszcze wybrane fragmenty, czytanej niedawno książki Józefa Mackiewicza „Prawda w oczy nie kole” bo wpadł mi w ręce czwarty, kwietniowy numer białoruskiego pisma społeczno-kulturalnego „Czasopis”, w którym znajduje się pierwsza część wywiadu Haliny Kozłowskiej z synem, zastrzelonego w swoim mieszkaniu 3 marca 1944 roku Franciszka Olechnowicza, Jerzym.

Poniżej jeden z fragmentów wywiadu:

„[...]- Po powrocie z Sołówek Franciszek Olechnowicz nie wrócił do rodziny. Nie chciała go żona, mimo usilnych próśb Adolfa Narkiewicza. Jak wyglądały Pańskie kontakty z ojcem?
- Już byłem na tyle dorosły, że latem mogłem wypłynąć z ojcem na kajaki na dwa tygodnie. Płynęliśmy do miejscowości Santoka, gdzie Żejmiana wpadała do Wilii, tam w górę rzeki Żejmiany w kierunku rzeki Dubinki, która wypływała z Dubińskich Jezior.

[...] Potem, jak wojna wybuchła, to z ojcem były te perypetie – raz ukrywał się, raz uciekł, znowu wracał. W tych chwilach, kiedy wydawało mu się, że się coś ustabilizowało, to wychodził i zapraszał mnie na piwo. Byłem już wtedy pełnoletni. W połowie Mickiewicza była taka kawiarnia, niedaleko białoruskiego klubu, nad operetką. Tam się mieszało towarzystwo Białorusinów i białych Rosjan. Tam się spotykali też emigranci rosyjscy. No i na piwo zachodziliśmy. Ale to się szybko skończyło. Gdy przyszli Litwini, ojciec się ujawnił. Kiedy ojcu wydawało się, że wszystko jakoś się ustabilizowało, wrócili z powrotem bolszewicy. I znowu zniknął. Potem wybuchła wojna z Niemcami. Niemcy przyjechali. Znowu mógł się pojawiać.[...]”

Mackiewicz często pisze o tym, jak perfekcyjnie wykorzystywali animozje między nacjami bolszewicy, dzięki czemu udawało im się od początku w łatwy sposób podporządkować narody azjatyckie i kaukaskie. Zaczynało się niewinnie. Szkolnictwo pozostawiano często w języku narodowym, nie zwalczano religii. Dodawało się do tego wszystkiego nadbudowę komunistyczną. I akcentowano, tam gdzie to wygodne było, konflikty z sąsiednimi nacjami. Gdy narody podporządkowane bolszewikom orientowały się w sytuacji, spostrzegały, kto jest ich największym wrogiem, było za późno. U nas po wojnie było podobnie. Bierut maszerujący w procesjach kościelnych, religia w szkołach. Skończyło się szybko. Proces biskupa Kaczmarka, uwięzienie prymasa Wyszyńskiego.

Tragedią Europy Środkowo Wschodniej jest to, że narody ją zamieszkujące nie potrafią znaleźć wspólnego języka w polityce. W czasie drugiej wojny światowej część z nich orientowała się na współpracę z Niemcami, część na współpracę z aliantami, którzy mając interes w szybkiej wygranej z III Rzeszą, przefrymarczyły narody Europy wschodniej za pomoc w pokonaniu wspólnego wroga od ZSRR. Dochodziło często do bratobójczych walk, a cały obszar zainteresowania znalazł się po drugiej wojnie światowej w strefie wpływów sowieckich. Wydaje się, że jakiś zalążek wspólnej myśli politycznej widać dziś. Grupa Wyszechradzka, czy też CEFTA nie okazały się spełniać ważnej roli. Jednak coraz częściej dochodzi do wyrażania wspólnego głosu w polityce międzynarodowej między państwami naszego rejonu. Przykładem niech będzie sprawa niezależności energetycznej, czy też współpracy z Amerykanami (wojna w Iraku, tarcza antyrakietowa). Co prawda sprawa przynależności Ukrainy i Gruzji do NATO, która stanęła na szczycie w Bukareszcie, nie odniosła na razie sukcesu, ale mam nadzieję, że nie powiedziano w tej sprawie ostatniego słowa. Ciekaw jestem, jak będzie się zachowywać nowa administracja amerykańska w kluczowych dla naszego regionu sprawach.

Ciekaw też jestem, jak dziś na sprawę białoruską patrzyłby Franciszek Olechnowicz. Istnieje państwo Białoruś, gdzie język i kultura białoruska nie mają prawa się rozwijać. W Polsce zaś, gdzie jest odwrotnie, sami Białorusini w większości wstydzą się swego pochodzenia i w szybkim tempie się polonizują, a ludzie wspierający kulturę białoruską poprzez choćby wydawanie „Czasopisu” czy „Niwy” stanowią niedobitki.

Józef Mackiewicz o polsko-litewskich stosunkach

Notka opublikowana w "salonie24", 28 marca 2008 roku.

Po roku przerwy znów czytam Józefa Mackiewicza. Na pierwszy ogień „poszła” książka, pt. „Prawda w oczy nie kole”. Oto, jak o niej pisze autor:

„Książkę tę skończyłem w roku 1942. Dotyczyła ona okresu okupacji litewskiej i wkroczenia bolszewików. W treści atakowała władze i politykę litewską, tudzież poddawała bardzo ostrej krytyce stanowisko społeczeństwa polskiego przy wkraczaniu wojsk czerwonych. W dalszym ciągu poświęcona była sprawie żydowskiej. Broniłem Żydów przed identyfikowaniem ich z bolszewizmem, co uprawiała nie tylko propaganda hitlerowska, ale część naszego społeczeństwa. Książka nosiła tytuł „Prawda w oczy nie kole” i odbita była w dwóch egzemplarzach, z których jeden wręczyłem członkowi tajnej organizacji (Radziwonowi Romualdowi) dla kolportażu. Egzemplarz ten spalił Jerzy Święcicki w chwili dobijania się policji. Drugi maszynopis, przed swoim wyjazdem do Warszawy, pozostawiłem u członka AK, znanego dziennikarza Janusza Ostrowskiego.”

Ten drugi egzemplarz ocalał. Książka ta stanowi zbiór refleksji autora dotyczących okresu od załamania się kampanii wrześniowej na Wileńszczyźnie do wkroczenia wojsk sowieckich na Litwę w czerwcu 1940 roku. Stanowi też swoisty rozrachunek z ideą krajową, propagowaną przez autora. Oto, jak sam ją rozumiał:

„[...]Jest to pomysł utworzenia pomiędzy dwoma wrogimi dla nas blokami, niemieckim i rosyjskim, takich organizacji państwowych, albo takiego organizmu państwowego, który by mógł prowadzić wojnę na dwa fronty. To znaczy: obronić narody zamieszkałe pomiędzy Rosją i Niemcami, nie tylko przed każdym z tych wrogów pojedynczo, ale nawet w wypadku zaatakowania nas („nas” tzn. narody zamieszkałe jak wyżej) jednocześnie z zachodu i wschodu. - Oto cała mądrość.[...]”

„[...]Z chwilą, gdy organizm Rzeczypospolitej rozdrobnił się z pojęcia „obojga narodów” na pojęcia Polaków, Białorusinów, Ukraińców i Litwinów, zamieszkałych wszystkich pomiędzy Niemcami i Rosją, wspólny, nie zmieniony los tych narodów zmusza nas do utworzenia takiego porozumienia, takiego układu, do takiej decyzji, która by zastąpiła łatwą kiedyś decyzję książąt – trudną dziś decyzją narodów, obarczonych skomplikowaną machiną narodowościowo-wyznaniowo-gospodarczych aspiracji.[...]”

Jak wyglądała w praktyce współpraca między narodami, opisuje Mackiewicz w książce. Książka prócz chronologicznego uporządkowania rozczarowań autora rzeczywistością, jakich doznał on w krótkim okresie okupacji litewskiej Wilna, jest również krytyką ciasnego nacjonalizmu, jako kierunku ideowego, przeszkadzającego we współpracy między narodami. Oto bowiem 17 września na tereny wschodnie II Rzeczypospolitej wkraczają bolszewicy. W październiku wcielają Wilno do Białorusi sowieckiej, w listopadzie zaś oddają Wilno Litwie. Względna niezależność Wileńszczyzny trwa do czerwca 1940 roku, gdy Litwa zostaje wcielona do ZSRR. Zanim jednak do aneksji Litwy doszło, zaczął się krótki okres okupacji litewskiej. Wypada znów oddać głos autorowi książki:

„[...]Zaczęło się od policji. Wiele narodów narzeka na swą policję. Rzekomo „wersalski” naród francuski, który w istocie jest jednym z najgorzej wychowanych narodów, posiada istotnie policję brutalną. W Polsce policja była na ogół grzeczna. O policji litewskiej nie da się inaczej powiedzieć, niestety, jak – chamska. Chamska dosłownie, w znaczeniu nieokrzesanego, brutalnego z natury, nieinteligentnego człowieka, któremu raptem dano władzę do ręki. Mówi o tym przysłowie białoruskie:

„Nie daj Boh świnni roh, da mużyku państwa”.
Tłukli bez pardonu gumowymi pałkami; [...] Nauka języka litewskiego zaczęła się od tych metod policyjnych. „Nauczycielami” byli policjanci, ci najbardziej potrzebni i najbliżej stojący szerokich mas, symbolizujący widomy znak państwowości. Odpowiadali tylko po litewsku, niektórzy nie rozumieli, inni nie chcieli rozumieć po polsku. Dożywianie ludności wileńskiej, za pośrednictwem państwowych sklepów spożywczych, przeistoczyło się też niebawem z momentu propagandowego, jakim być musiało, w szkołę nienawiści do Litwinów. Jeść chciał każdy. Przed sklepami stały ogromne kolejki. Policja wyrównywała je pałkami, a poza kolejką puszczała każdego, kto mówił po litewsku. Przekleństwa, krzyk, wzajemne wymyślania, bijatyki i pierwszy zarodek nienawiści do Litwinów, do ich języka, ich sposobu bycia, wybuchł wśród najszerszych, dosłownie, mas ludności, bo, powtarzam, jeść musiał każdy.
A potem potoczyło się już po równi pochyłej.
Zmiana nazw ulic. Główna ulica w Wilnie, zupełnie szczęśliwym zbiegiem okoliczności, nosiła nazwę Mickiewicza, czyli wspólnego Polakom i Litwinom poety. Trzeba więc było okazać się kompletnym matołem politycznym, albo kierować wyłącznie złą wolą, aby zamiast wyzyskać ten moment przez podkreślenie go – zmienić nazwę Mickiewicza na Giedymina, któremu w zasadzie nikt w Wilnie nie mógł być przeciwny. Następnie wszystkie prawie ulice uległy zmianie nazw, w sposób najbardziej dziwaczny, a szyldziki przybito oczywiście w jednym tylko języku litewskim. Potem poszły szyldy sklepowe, oczywiście też tylko w jednym języku litewskim, wraz z obowiązującym „zlitewszczeniem” nazwiska właściciela.
Odtąd dwustutysięczne miasto, w którym język litewski znało nie więcej jak dwa procent, musiało się już tylko domyślać, co zawierają do sprzedaży sklepy, nie mogąc się połapać, gdzie jest szewc, a gdzie krawiec, że „kirpykla” to fryzjer, a „kepykla” to piekarnia, a „skalbykla” to pralnia. Potem nastąpiło litewszczenie miejscowości, nawet w polskich tekstach obwieszczeń urzędowych. W ten sposób zainteresowana osoba mogła zapoznać się z nowym rozporządzeniem, ale nie wiedziała często rzeczy najważniejszej, gdzie ono obowiązuje. Któż bowiem mógł się domyśleć, że na przykład miejscowość „Czarny Bór” nazywa się nagle „Juodšiliai”, albo „Porubanek” - „Kirtimai”, albo „Nowa Wilejka” - Naujoji Vilnia”!...itp. Oczywiście, że głupota władz działała tu na własną niekorzyść, albowiem każdej władzy zależeć winno na dokładnym zrozumieniu rozporządzeń przez całą ludność.
W ten sposób zaczęła się akcja litewszczenia kraju, jak się okazało – jedyna państwowa myśl przewodnia, na jaką Litwini w odniesieniu do Wileńszczyzny zdobyć się mogli.[...]”

Mackiewicz w książce krytykuje również środowiska polskie, a nawet białoruskie, głównie za niemożność porozumienia w obliczu wspólnego wroga – bolszewików. Książka bardzo interesująca, naświetla wiele faktów mało znanych z historii wojny na Kresach. Napisana jest z charakterystyczną dla Mackiewicza swadą.

***
Mój pierwszy kontakt z Litwą zaczął się od znajomości biznesowej z potomkiem mieszkających na Litwie Polaków. Pamiętam, że w pierwszych naszych rozmowach mocno narzekał na przymusową naukę litewskiego w celu utrzymania pracy, po odzyskaniu niepodległości przez Litwę na początku lat 90-ych. Dla wielu starszych wiekiem, licznych na Wileńszczyźnie Polaków i Rosjan nauka litewskiego stanowiła duży problem. Podobne narzekania słyszałem w 2003 roku, gdy wraz ze znajomymi pojechałem do Wilna. Mieszkaliśmy u Rosjan - dalekiej rodziny żony mego kolegi. Gdy więc czytałem książkę Mackiewicza i fragmenty o lituanizacji kraju w roku 1939, przypomniały mi się dawne rozmowy.

Gdy przyjechaliśmy do Wilna w 2003 roku, rodzina Loni przyjęła nas bardzo ciepło obiadem, suto zakrapianym alkoholem. Później dostaliśmy klucze od mieszkania i przez kilka dni majowych mieliśmy je prawie całe do dyspozycji. Prawie, gdyż jeden pokój zajmował Wowa, syn gospodarzy. Czasami razem z nim i jego dziewczyną Sigą - Litwinką wychodziliśmy na spacery po Wilnie, zdarzało nam się też rozmawiać na różne ważniejsze i mniej ważne tematy. Siga rozumiała po polsku, jak mówiła dzięki polskiej telewizji, którą można było oglądać niedaleko granicy. Te nasze spotkania i rozmowy - jakiż to był kontrast w porównaniu do głosów o przymusowej lituanizacji kraju. Okazało się, że na gruncie prywatnym wszyscy jesteśmy ludźmi i łatwo nam znaleźć wspólne tematy, zainteresowania. Wilno kojarzy mi się więc z gościnnością. Gdy wchodziliśmy na pomost w Trokach, akordeonista posłyszawszy polski język zaczynał grać: „...my pierwsza brygada...”. Po chwili usłyszeliśmy: „witamy milych (to „ł” wschodnie) turystów z Polski”. Co prawda w muzeum narodowym w Wilnie, jak i na zamku w Trokach napisy tylko po litewsku, angielsku i rosyjsku, co było przede wszystkim złym podejściem biznesowym, zważywszy na to, że najwięcej turystów zagranicznych przyjeżdża właśnie z Polski. Pamiętam też, gdy jechaliśmy w słoneczne popołudnie autobusem, dwie nastolatki rozmawiały ze sobą po polsku. Był to jednak inny polski, ze wschodnim akcentem i wieloma rusycyzmami. Chwyciło za serce.

Idea krajowa Mackiewicza jeszcze raz przypomniała, jak bliski jest mi taki model polityki zagranicznej Polski, który zakłada dobrą współpracę wszystkich państw Europy Środkowo-Wschodniej, włączając w to zwłaszcza kraje byłego bloku wschodniego – Ukrainę, Gruzję i Białoruś. Zaczątki takiego myślenia o polityce zagranicznej widziałem w rządach PiSu (z wyłączeniem Białorusi). Tarcza antyrakietowa wzmocniłaby tylko bezpieczeństwo państw naszego regionu.

P.S. Książka w prawie wszystkich księgarniach internetowych figuruje pod przekręconym tytułem: „Prawda w oczy kole”


Ciekawy był komentarz, który pojawił się pod notką:


Autor: wielkie dzieki za ten arcyciekawy tekst!
Moja rodzina jest ze Lwowa, ale z "Wilniukami" mielismy zwiazki i rodzinne, i liczne zwiazki przyjacielskie. W szczegolnosci, jestesmy blisko spowinowaceni z wilenskimi Swiecickimi.

Zaintrygowal mnie ten Jerzy Swiecicki, ktorego Mackiewicz wymienia. Czy na pewno byl to "Jerzy"?

Musze sie dopytac o to, kto to byl Jerzy Swiecicki. Ja nigdy o kims noszacym takie imie nie slyszalem, i dlatego mnie to zdziwilo. Co, oczywiscie, nie znaczy, ze takiego pana nie bylo, bo przeciez ja nie musze absolutnie wszystkiego wiedziec.

Podejrzewam jednak, ze moglo chodzic o Jozefa Swiecieckiego, ostatniego w polskim Wilnie redaktora naczelnego "Kuriera Wilenskiego".

Jozef Swiecicki byl w czasie wojny mocno zaangazowany w dzialalnosc konspiracyjna. Doczekal wkroczenia bolszewikow w 1944 roku. Odwiedzil go wtedy dr Stefan Jedrychowski, w mundurze pulkownika - panowie dobrze znali sie sprzed wojny - i namawial na wspolprace z nowymi wladzami. Swiecicki odniosl sie do tego niechetnie (to eufemizm, oczywiscie). O szczegolach rozmowy z Jedrychowskim jednak malo wiadomo, bo nastepnego dnia rano u Jozefa zjawilo sie NKWD. Po poltora roku pobytu w obozie w Komi w strasznych warunkach Jozef zmarl. Na warszawskich Powazkach jest tylko Jego grob symboliczny.

Mialem swietne zrodlo informacji o przedwojennym Wilnie w osobie Ignacego Swiecickiego, rodzonego brata Jozefa, ktory byl dla mnie "Wujkiem Ignacym". Niestety Wujek zmarl miesiac temu w sedziwym wieku 97 lat, do ostatniej chwili zachowujac sprawnosc umyslu, ktorej moglby Mu pozazdroscic niejeden 20-latek. Nawiasem mowiac, byl On kolega Czeslawa Milosza z klasy w wilenskim Gimnazjum Zygmunta Augusta (sam Milosz byl przedostatnim zyjacym z tej klasy).

Ale zyje jeszcze trzeci brat, prof. Andrzej Swiecicki - tez juz dobrze powyzej 90-tki.

Ja mieszkam w Stanach, Wujek Ignacy tez mieszkal w tym kraju, wiec z Nim moglem sie zawsze bez trudu porozumiec przez telefon. Z Panem Andrzejem, ktory mieszka w Warszawie, trudniej mi sie porozumiec, ale sprobuje i mam nadzieje od niego w ciagu kilku dni uzyskac dokladna wiadomosc, kto to byl Jerzy i czy przypadkiem jednak nie chodzilo o Jozefa.

Synem Jozefa byl Mateusz, kompozytor. Byl bardzo dobrze znany szerokim rzeszom Polakow, bo "dla chleba" skomponowal muzyke do wielu popularnych przebojow, ponadto byl jednym z "ojcow" Festiwalu Piosenki w Opolu. Niestety zmarl (w sosunkowo mlodym wieku) jeszcze za PRL-u, no i malo kto mial szanse sie dowiedziec, czyim byl synem, bo PRL-owskie media raczej tego rodzaju informacji nie lubily naglasniac.
2008-03-29 08:18
trurl_z_klapaucjuszem
ŁH nasz znak!
www.trurl.z.klapaucjuszem.salon24.pl


Zaintrygowała mnie ta sprawa. Odpowiedzi szukałem na forum dyskusyjnym poświęconym osobie Józefa Mackiewicza.


@trurl z klapaucjuszem
Na forum dyskusyjnym poświęconym osobie Józefa Mackiewicza otrzymałem odpowiedź z sugestią, że najprawdopodobniej Józef Mackiewicz się pomylił i w rzeczywistości chodziło o Józefa Święcickiego.

Pozdrawiam
2008-04-03 14:20
Daniel Paczkowski

Ginący ślad odnalazłem

Notka opublikowana w "salonie24", 19 lutego 2008 roku.


Szlak żółty wiodący do Narwiańskiego Parku Narodowego rozpoczyna się na rogatkach Białegostoku w dzielnicy Nowe Miasto. Po przejściu skrzyżowania ulic Pułaskiego i Paderewskiego mija się z lewej strony dawny sklep PMB (obecnie Galeria Stokrotka), następnie należy przejść przez tory kolejowe oddzielające Białystok od miejscowości Kleosin i wejść do lasu. Piaszczysta droga wiedzie do Turczyna, pięknie położonej wioski w dolinie. Dalej szlak skręca w lewo, mija hurtownię Amper-Tur (Gdyby nie szyld, mogłaby to być np. kwatera turystyczna, tak ładnie wkomponowane są jej zabudowania w otaczający drzewostan) i po dłuższym spacerze dochodzi się do zabudowań miejscowości Księżyno. Po prawej widać intrygującą bramę z napisem na biało-czerwonym tle: Dwór Legionistów. Obszerne, zalesione podwórko otoczone metalowym płotem z imponującymi zabudowaniami sprawia wrażenie posiadłości finansowego krezusa w sile wieku, pielęgnującego swoje zamiłowanie do tradycji patriotycznej. Przy dworku krzyżuje się kilka dróg leśnych, ale szlak urywa się nagle. Trzeba sporo przejść, a wcześniej sprawdzić kilka zupełnie błędnych kierunków, aby ujrzeć znów żółte znaki, daleko za zabudowaniami dworku, przy Trakcie Napoleońskim wiodącym do Niewodnicy Kościelnej.

Niewodnica Kościelna zadaje kłam potocznej opinii o Podlasiu, jako regionie biednym. Napotkać tu można liczne, w prawdziwym tego słowa znaczeniu rezydencje, najczęściej w otoczeniu lasu, z wysokimi płotami i zainstalowanymi systemami monitorująco-alarmowymi. Jest to niewielka miejscowość okolona malowniczo lasami, położona przy linii kolejowej Warszawa-Białystok. Z okien pociągu widać biały budynek kościoła z charakterystyczną, prostopadłościennego kształtu wieżyczką, przykrytą czerwonym dachem. Niedaleko kościoła, na wzgórzu leży cmentarz, a stąd droga przez Klepacze prowadzi do Białegostoku. W przeciwnym kierunku, przy skrzyżowaniu dróg wiodących do Białegostoku i wsi Trypucie stoi, jak to na rozstajach dróg, metalowy krzyż z przybitą na kamiennym postumencie tabliczką o następującej treści:
„Od powietrza
Głodu ognia i wojny
Wybaw nas Panie
Fundator An. Kaczyński
1917 r.”
Tuż obok można się zaopatrzyć w sklepiku w prowiant na dalszą drogę. Polecam zwłaszcza swojskie wędliny (ten zapach szynki naprawdę wędzonej). Obok sklepu w słoneczne dni rozstawione są stoliki, przy których miejscowi mieszkańcy dyskutują przy szklanicy piwa, zimą zaś przesiadują na dwóch, specjalnie do tego celu przeznaczonych, plastikowych krzesłach we wnętrzu sklepu.

Z Niewodnicy Kościelnej żółty szlak wiedzie bocznymi drogami do wsi Trypucie, gdzie znów przy skrzyżowaniu z drogą do wsi Zawady bardzo łatwo jest go zgubić.

To zanikanie szlaku i żmudne odnajdywanie go przyszło mi na myśl w związku z pewnym odkryciem natury genealogicznej. W czerwcu 2007 roku napisałem notkę o ciekawej historii związanej z fotografią ślubną, najprawdopodobniej ślubu mych pradziadków – Józefa Paczkowskiego i Józefy z Uzarków. Postanowiłem wtedy mimo wszystko odnaleźć ich metrykę ślubu, mimo że urzędnik w Bottrop (Nadrenia) nie odnalazł takiej w księdze ślubów za rok 1915. Na forum genealogicznym w internecie otrzymałem dane kontaktowe do prawdopodobnej parafii, gdzie mogli wziąć ślub moi pradziadkowie. Napisałem list, ale po krótkim czasie dostałem odpowiedź, że metryki poszukiwanej przeze mnie nie ma i że powinienem spróbować poszukiwań z powrotem w Urzędzie Stanu Cywilnego (Standesamt) lub w innej parafii. Cóż było robić, w październiku napisałem kolejny list do Urzędu z prośbą o rozszerzenie okresu poszukiwań do roku 1912. Wcześniej prosiłem o sprawdzenie istnienia metryki tylko w roku 1915, przypuszczając, że mój dziadek urodzić się musiał tuż po ślubie swych rodziców, a że data urodzenia dziadka to 1916 rok, za prawdopodobną datę ślubu rodziców przyjąłem rok 1915. Napisałem list i czekałem. Minął listopad, grudzień, styczeń, a odpowiedzi z Urzędu nie było.
Postanowiłem dzwonić. Pierwszy telefon do Urzędu Stanu Cywilnego nie przyniósł rezultatu. Uprzejma pani poprosiła o telefon za pół godziny. Po pół godzinie niestety nikt nie odbierał telefonu.

Przypomniałem sobie, że w czerwcu, gdy otrzymałem list z metryką urodzenia dziadka, napisano w nim, że sprawę poszukiwań metryki ślubu pradziadków odesłano do archiwum miejskiego w Bottrop. Odnalazłem w googlach stronę archiwum, telefon został wykonany i ... nastąpił krok do przodu w poszukiwaniach. Ksiąg metrykalnych ani ksiąg stanu cywilnego z interesującego mnie okresu czasu nie mieli (odesłali z powrotem do Urzędu Stanu Cywilnego), odnaleziono natomiast kartę meldunkową mego pradziadka z roku 1914, w której podany był adres (Prosperstrasse 202) oraz informacja, że pod tym adresem zamieszkał z poślubioną 8 sierpnia 1914 roku wdową po Aleksandrze Kurosińskim, Józefą Uzarek. A więc 1914 rok, a nie 1915.
Teraz, po kolejnym telefonie do Urzędu Stanu Cywilnego i podaniu konkretnej daty ślubu, metryka ślubu pradziadków została w ekspresowym tempie odnaleziona. Dzięki uprzejmości pań urzędniczek została też szybko przesłana do mnie. Ileż tam nowych informacji!

„[...]Przed niżej podpisanym urzędnikiem stanu cywilnego stawili się:
1. górnik Józef Paczkowski [...] urodzony w Krzyżownikach, powiat Poznań Zachód[...]”

Czyli pradziadek przyjeżdżając w 1920 roku do Polski i budując dom w Krzyżownikach, wracał do miejsca urodzenia!

„[...]Syn zmarłego murarza Wawrzyńca Paczkowskiego, ostatnio zamieszkałego w Krzyżownikach i jego małżonki Katarzyny z domu Urbaniak, zamieszkałej w Poznaniu.[...]”

To ciekawe. Wynika z tego, że w linii męskiej, aż do mego pokolenia profesja ani razu nie przeszła z ojca na syna. Wawrzyniec był murarzem, jego syn górnikiem, wnuk rzeźnikiem, prawnuk zajmował się ochroną środowiska, a praprawnuk pracuje w branży telekomunikacyjnej.

„[...]2. wdowa Józefa Kurosińska z domu Uzarek, bez zawodu, urodzona w Siedlikowie, powiat Ostrzeszów, zamieszkała w Bottrop przy Prosperstrasse 257 [...]”

Kolejna rewelacja! Józefa również urodziła się na terenach zaboru pruskiego w południowej Wielkopolsce. Czyli emigracja jej rodziców, zarobkowa najpewniej, miała miejsce najwcześniej w końcówce XIX wieku. Chyba, że Siedlików był zupełnie przypadkowym miejscem urodzenia prababci.

„[...]Córka zmarłego robotnika dniówkowego Marcina Uzarka, ostatnio zamieszkałego w Priort w Brandenburgii i jego żony Balbiny z domu Kaczmarek zamieszkałej w Bottrop.[...]”

Z powyższego wynika, że na emigrację ruszyli już rodzice Józefy. Czy Marcin Uzarek zmarł w Priort i dopiero wtedy Balbina z córką ruszyły w poszukiwaniu kolejnej pracy do Bottrop, czy też małżonkowie Marcin i Balbina rozdzielili się w poszukiwaniu pracy, a może rozeszli? To pozostaje do dalszych ustaleń.

W Bottrop polscy emigranci zarobkowi musieli stanowić liczną kolonię. Skąd te przypuszczenia? Pod aktem zawarcia małżeństwa Józefa i Józefy podpisali się następujący świadkowie:
Johann Konopka i Jozef Chlodek.

Kontaktując się z urzędnikami w Bottrop rozmawiałem z paniami o nazwiskach polsko brzmiących: Biskup i Radlewski.

W maju 2006 roku na moją skrzynkę e-mailową dotarł zaś następujący zapisek:

„Z „Kroniki ZBOWiDU w Czyżowicach (powiat Wodzisław Śląski):

Gdy zaś po wojnie roku 1870 z Francją Prusy wygrały, Francja mu musiała dać 5 miliardów odszkodowania, zaczęły Prusy budować przemysł, kopalnie w Westfalii, Nadrenii,przyjeżdżali agenci i zbierali do kopalń i werków. Tak też Czyżowianów nie brakło do kopalń w Bottropie, Alstadem, Herten, Oberhusen, Szalke, Gelsenkirden. Co pojechali pierwsi byli Józef i Francek Klimkowie, Zając Józef, Zieliński Staniek, Płaczek Jan, Gałązka.
Krakowczyk z żoną, to była pierwsza Czyżowianka z mężem w Bottropie. Tak potem przyjeżdżali...zaczęli wyjeżdżać Czyżowianie. Z innych okolic tu rybnickiego i raciborskiego i tak się zaludniło to miejsce Bottrop, że jakem ja tam pracowałem ostatniego roku 1906 to już było 2200 mieszkańców, w tym 2/3 samych Polaków. Tam mieliśmy polskie piekarnie,rzeźnictwo, krawiectwo, Towarzystwo św. Barbary, św. Jacka, Towarzystwo Śpiewu, zabawy polskie i dużo Niemców nauczyło się po polsku. Tam się Czyżowianie dorobili, przyjeżdżali z powrotem i rozbudowali Czyżowice.”

P.S. Dziękuję memu serdecznemu koledze Leszkowi za prowadzenie rozmów w języku niemieckim oraz Piotrowi, za przetłumaczenie na polski metryki ślubu oraz podanie ciekawych linków.